
- Strona główna
- Forum
- dzieci i młodzież, rodzicielstwo i rodzina
- Mam dwie córki...
Mam dwie córki obecnie 18,5 i 17 lat. Starsza w wieku 16 lat urodziła dziecko, ojciec dziecka jest o 9 lat starszy od niej.
Agusia
Marta Tarasiuk
Dzień dobry,
przeczytałam z uwagą to co Pani napisała.
Jeśli dobrze liczę, Pani wnuk/wnuczka ma już prawie dwa lata, a Pani stale obwinia się za to wczesne macierzyństwo Pani córki. Czuję, że niesłusznie bierze Pani na siebie całą odpowiedzialność.
Wydaje się, że jest tu w tej sprawie, wiele wątków i jest to trudna i złożona sprawa.
To na co zwróciłam uwagę, to powtarzająca się sprawa w Pani małżeństwie, jak i Pani córki związku, że mężczyźni mają kłopot z przejęciem odpowiedzialności za swoje zachowanie. Pani mąż, jak Pani pisze, nie wspierał Pani, a córka jest w związku z mężczyzną, który nie pracuje. Mam poczucie, że jest Pani obarczona wieloma sprawami i jest Pani z tym sama. To, co mogłabym ze swej strony zasugerować, to spotkanie z terapeutą rodzinnym, który pomógłby ustalić jakieś granice dla wszystkich Państwa. Kto czym zajmuje się w gospodarstwie domowym, funkcjonowanie na co dzień, opieka nad dzieckiem. Ma Pani pełne prawo do tego, by płakać, bo zdaje mi się, że jest Pani trochę już zmęczona i bezradna. Może chciałaby się Pani przyjrzeć sobie na terapii? Myślę, że warto spróbować znaleźć dla siebie pomoc, aby ktoś Panią cierpliwie wysłuchał i wsparł w bardzo kryzysowej sytuacji.
Życzę spokoju
Marta Tarasiuk
Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?
Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!
Agnieszka Stetkiewicz-Lewandowicz
Dzień dobry,
z tego, co Pani pisze znalazła się Pani w trudnej sytuacji, z jednej strony chciałaby Pani pomóc dzieciom i wszelkie działania podejmuje Pani dla ich dobra, z drugiej ma Pani wrażenie, że Pani intencje są źle odbierane, co powoduje poczucie winy i zwiększa napięcia i konflikty.
Sytuacja narodzin dziecka, zmian w aspekcie domowników i relacji z nimi jest stresująca. W związku z tym sugeruje się omówienie kwestii akceptowanych i nie w naszym domu (czyli np. organizacja posiłków, zakupów, sprzątania, opłat). Zdaję sobie sprawę, że może to brzmieć sztucznie i obco, w końcu jest to nasza rodzina, a nie najemcy lokalu, natomiast takie ustalenie reguł porządkuje życie wszystkich, zmniejsza ryzyko konfliktów i chroni nasze terytorium psychologiczne (co z Pani opisu wydaje się, że może być ważnym aspektem).
Podsumowując, myślę, że w tej trudnej dla Pani rodziny sytuacji dobrze jest spojrzeć i zaakceptować różne emocje, starać się rozmawiać spokojnie (nie wtedy gdy jesteśmy zdenerwowani) i ustalić jasne reguły funkcjonowania.
Na koniec proszę zwrócić uwagę, że badania wskazują, że wychowanie jest ważne w kształtowaniu osobowości dzieci, ale równie istotne są oddziałania szkoły, rówieśników szerszego społeczeństwa, kultury oraz czynniki wewnętrzne, czyli np. nasz temperament. Na pewno słyszała Pani o osobach popełniających jakieś czyny karalne, wykazujących zaburzenia, które mają w pełni zdrowe i prawidłowo funkcjonujące rodzeństwo (wychowane w tej samej rodzinie).
Życzę wszystkiego dobrego. Pozdrawiam serdecznie. Agnieszka Stetkiewicz-Lewandowicz

Zobacz podobne
Syn mojej partnerki ma 11 lat. Problemy z jego zachowaniem zaczęły się jakieś 5 lat temu. Drugi rok się zaczął jak został umieszczony w MOS-ie. Przedtem próbowaliśmy wszystkiego. Najpierw w domu rozmów, dopytywania, obserwacji, pracy z jego emocjami, tłumaczeniem itd. Nic nie skutkowało. Zaczęły się wizyty w szkole, praktycznie nie było dnia, żeby nie było skarg, bo się pobił, bo zaczepia, bo przeszkadza na lekcjach. Najpierw wizyty u psychologa i pedagoga szkolnego. Oczywiście w międzyczasie cały czas próby dotarcia do dziecka i powodów jego zachowania. Zajęcia dodatkowe z psychologiem. Potem wizyty u psychologów zewnętrznych, jeden drugi, potem psychoterapeuta, następnie nawet psychiatra. Próbowaliśmy terapii i farmakologii. I nic. Cały czas jest coraz gorzej.
W końcu trafił do ośrodka. Tam oczywiście poza zajęciami, które ma sam i z grupą, my również regularnie jeździliśmy na spotkania z tamtejszym psychologiem i oczywiście z dzieckiem. On w teorii wszystko wie. Książkowo przedstawi wzorce zachowań. Zdąży się odwrócić i teoria idzie w las. Agresja na każdym kroku, wszyscy są winni tylko nie on. Egocentryzm, narcyzm, nadmierna fascynacja agresywnymi i niebezpiecznymi rzeczami. Potrafi przylecieć z podwórka tylko po to, żeby się pochwalić, że "kolega mu pokazał, że jak się zrobi komuś tak i tak to można komuś skręcić kark". Przekleństwa takie, że niejeden "dres spod klatki" by się nie powstydził. Zero szacunku do kogokolwiek czy respektowania podstawowych zasad i norm. Póki coś jest po jego myśli jest ok. Czyli najlepiej dać mu telefon, tv z konsolą i dostęp do karty, żeby mógł się żywić w fast foodach non stop. Palenie papierosów do jakichś 3 lat. Zdarzały się też kradzieże.
W momencie kiedy coś zaczyna być nie po jego myśli, zaczyna być agresywny, krzyczy, pyskuje (delikatnie mówiąc), nie docierają do niego argumenty i próby wyjaśnienia dlaczego postępuje się tak czy inaczej. Kiedy już nie ma pomysłów jak być w centrum zainteresowania, potrafi manipulować własnymi emocjami, żeby grać na czyichś uczuciach. Na zawołanie w ciągu sekundy potrafi się rozpłakać. Kiedy widzę, że to jest na pokaz i wprost mu to komunikuję, w ułamku sekundy jego wzrok zmienia się na "morderczy".
Teraz jest jeszcze za mały, ale nie wiem co będzie za kilka lat. Nie wiem czy nie zacznie wynosić z domu rzeczy, albo czy nie pobije kogoś, żeby otrzymać to czego chce. Póki nie ma go w domu jest względy spokój, kiedy przyjeżdża wszyscy chodzą w nerwach, bo ciągle są awantury. Przez tą nerwową atmosferę cierpi również nasz związek. Raz, że nie możemy się skoncentrować na sobie, bo w kółko na tapecie jest jeden temat. Dwa, że odreagowywanie nerwów przekłada się na nasze sprzeczki o głupoty czasami.
Nie wiem co mam robić. Kocham moją partnerkę, chcę z nią być. Z drugiej strony chciałbym bardziej spokojnego życia. Nie bez problemów, bo zawsze jakieś będą, ale można sobie z nimi poradzić. A tu cały dom jest sterroryzowany przez jedno dziecko. Nasze plany z partnerką zeszły na dalszy plan. Nie mamy głowy i czasu, żeby podyskutować czy zaplanować ślub, nie wspominając o staraniach o wspólne dziecko, którego oboje chcemy.
Tylko ja się boję. Bo nie wiem czy w tych nerwach udałoby jej się urodzić zdrowe dziecko, albo czy w ogóle ciąża by przeszła bez komplikacji. Nie darowałbym sobie ani jemu, gdyby jej albo dziecku coś się stało przez to, że przysparza tylu problemów. I wiecznie robi z siebie ofiarę. W szkole każdy się na niego uwziął, to każdy jego zaczepiał, jego tylko bili. Problem w tym, że nie zawsze tak było, bo niejednokrotnie dochodziły do nas informacje, że to on jest prowodyrem. Na podwórku też oczywiście on jako jedyny niewinny, każdy się na niego uwziął. Teraz w MOS-ie jest dokładnie to samo. To jego zaczepiają, on nic nie robi. Tylko to on dostaje kary dyscyplinujące "za niewinność".
Nie mam pojęcia co robić. Chcę, żeby było dobrze, ale nie mam już cierpliwości. Każda jego wizyta w domu to niekończące się nerwy. Mogę jeszcze dużo wytrzymać. Wiem i znam siebie. Zniosę jeszcze bardzo dużo. Tylko, że co to za życie. Partnerka się męczy, jest zmęczona psychicznie i fizycznie, boli mnie, że nie wiem jak jej pomóc.
Moja relacja z młodym jest aktualnie żadna. Najchętniej w ogóle bym nie miał z nim styczności. Tzn. chciałbym i są momenty, że podejmuję starania, ale zaraz on znowu odwala coś "patologicznego" i mi się odechciewa. Partnerka ma mi za złe czasami, że ja się z nim nie dogaduję. Nie dziwię się jej z jednej strony, bo to jej dziecko i chciałaby, żeby było dobrze, żeby on był inny i żebym miał z nim dobre relacje. Ale nie da się budować żadnej relacji bez obustronnego zaangażowania. A nie będę się przecież kajał przed dzieckiem tylko po to, żeby mógł mną rządzić i wtedy odwalimy teatrzyk "jest super".
