Aplikacja TwójPsycholog wsparcie, które masz zawsze pod ręką

📲 Pobierz aplikację i zadbaj o siebie na własnych zasadach

Dostępne w Google PlayPobierz w App Store
Left ArrowWstecz

Jak radzić sobie z trudnymi relacjami rodzinnymi po kradzieży karty przez siostrę chłopaka

Problem z siostrą mojego chłopaka. Siostra mojego chłopaka (25 lat) wyjeździła 3,5 tys zł na Uber z karty mojego chłopaka. Udało jej się zalogować, ponieważ on kiedyś logował się na jej numer i była przypięta jego karta. Ona wiedząc, ze to nie jej karta zaczęła to wykorzystywać i wszędzie jeździć Uberem. Przez cały czas mówiła, że nie ma pieniędzy, aby mu oddać, jednak w tym czasie kupiła mnóstwo drogich sprzętów i zrobiła sobie operację plastyczną nosa. Po około trzech latach od tej sytuacji, kiedy mój chłopak nie potrafił wyegzekwować od niej tych pieniędzy, a mieliśmy kupić razem dom i my oszczędzaliśmy każdą złotówkę. Powiedziałam, że ma załatwić tę sprawę tak, żeby te pieniądze zostały oddane, bo nie pozwolę na to, żeby jako siostra okradała go, ona obraziła się o to, od tego czasu traktuje nas jak powietrze. Podczas spotkań nawet nie wita się z nami. Jest zła o to, ze musiała te pieniądze nam oddać. Rodzice, z którymi mieszka również nie widza problemu i trzymają jej stronę. Podejście „młoda i głupia była”. Jak powinnam się zachowywać? Nie mam w ogóle ochoty ich odwiedzać, spędzać z nimi Świąt. 

Co zrobilibyście w tej sytuacji ? Rodzice twierdzą, że nie powinni być oceniani za to, co ona zrobiła, jednak mam do nich żal, bo wiedząc o tej kradzieży, zawieźli ja na operacje plastyczna nosa za granice. Nie odpowiadają mi wartości tych ludzi i Chciałabym się od nich odciąć. Z drugiej strony to rodzice chłopaka i czuje się winna, że złe wpływem na ich relacje. Teraz na święta on powiedział, ze nie chce do nich jechać, bo był na Boże Narodzenie i siostra udawała , ze go nie zna, a on nic złego nie zrobił. Jednak ja jestem wychowana w przekonaniu, ze powinno się na święta odwiedzić rodziców, a z drugiej strony zawsze jak mam kontakt z jego rodzicami, dochodzę do wniosku, ze od niektórych ludzi lepiej się odciąć.

Kacper Urbanek

Kacper Urbanek

Dzień dobry,

To bardzo trudna i emocjonalnie obciążająca sytuacja, zwłaszcza, że dotyczy rodziny partnera, co z natury rzeczy może budzić w Tobie napięcie, poczucie winy i konflikt lojalności. 

To, co zrobiła siostra Twojego chłopaka, było nie tylko nadużyciem zaufania, ale po prostu kradzieżą. Masz prawo czuć złość, zawód i brak chęci do utrzymywania relacji z osobą, która nie tylko wykorzystała sytuację, ale też obraziła się za to, że ktoś domagał się sprawiedliwości. Rodzice, choć nie muszą być bezpośrednio odpowiedzialni za jej czyny, dali jasny sygnał, po której stronie stoją i to też może boleć. Nie musisz zmuszać się do udawania serdeczności czy do wspólnych świąt, jeśli za każdym razem wracasz z uczuciem niesmaku i przykrości. Czasem dystans,  nawet od bliskich jest formą troski o siebie i o Waszą relację jako pary. To, że Twój chłopak też nie chce tam jechać, świadczy o tym, że nie jesteś sama z tymi odczuciami. I to wcale nie oznacza, że wpływasz na jego relacje w zły sposób, raczej jesteś dla niego wsparciem w sytuacji, której sam nie potrafił rozwiązać latami. Możesz dać sobie przyzwolenie na to, żeby nie uczestniczyć w relacjach, które są dla Ciebie toksyczne, nawet jeśli to rodzina. I nie musisz się z tego nikomu tłumaczyć. To nie Ty zawiodłaś zaufanie, tylko zostałaś postawiona w sytuacji, w której musiałaś chronić siebie i swojego partnera. 

Jeśli czujesz się rozdarta, może warto porozmawiać z chłopakiem o tym, jak wyobrażacie sobie przyszłość tych kontaktów wspólnie ustalić granice, które będą dla Was obojga komfortowe.

 

 

Z pozdrowieniami 

Kacper Urbanek

Psycholog, diagnosta 

 

Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?

Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!

Zobacz podobne

Dobry wieczór, Chciałabym zadać pytanie, odnośnie mojej mamy.
Dobry wieczór, Chciałabym zadać pytanie, odnośnie mojej mamy. Otóż moja 64-letnia mama chorująca od paru lat na arytmie serca 4 marca doznała bardzo rozległego zawału serca. Mimo że już wcześniej przez parę tygodni czuła się źle, ja nawet chciałam wezwać pomoc. Ale ona zawsze mówiła, że przejdzie. Gdy dostała ostrego ataku arytmii i bólu w klatce piersiowej miała duszności. Nie wahając się, wezwałam pogotowie, ułożyłam mamę na podłodze i wtedy jej serce przestało bić po raz pierwszy. Sama rozpoczęłam reanimacje. Bo stało się to jeszcze przed przyjazdem ratowników medycznych. Ratownicy kontynuowali, udało się przywrócić krążenie, jednak krótko po tym doszło do ponownego zatrzymania akcji serca. Odratowano mamę i zabrano do szpitala na sygnale. Trafiła na OIOM pod respiratorem i utrzymywana była w śpiączce farmakologicznej. Tam po 6 dniach pobytu doszło do kolejnego trzeciego zatrzymania krążenia. Udało się opanować sytuacje, jednak od tej pory pozostaje nieprzytomna. Od 1 kwietnia przebywa w ośrodku ZOL, jest podawana rehabilitacji, ma tam zapewnioną dobrą opiekę. Powiedziano mi, że jest szansa na to, że się obudzi, że taka szansa jest zawsze. Ale nigdy takiej pewności nie ma. Mijają już 3 miesiące, a nie ma żadnej widocznej poprawy sytuacji. Boję się coraz bardziej, że nie ma sensu na coś dobrego czekać. Jestem już zmęczona całą sytuacją, z drugiej strony obawiam się też tego, że jeśli mama wybudzi się, to powikłania będą tak duże, że opieka nad nią mnie za trudnym zadaniem. Jestem u niej codziennie od 3 miesięcy, ostatnio jednak przy odwiedzinach emocje biorą górę. Co robić? Czy coś jeszcze mogę zrobić? Jak się zachować? Jak poradzić sobie w takiej sytuacji? Na co powinnam się przygotować? Bardzo proszę o poradę to dla mnie bardzo ważne.
Chyba uczestniczę w tworzeniu dysfunkcyjnej rodziny - chcę przestać. Co zrobić?
Dobry wieczór Hmm, nie wiem od czego zacząć. Chyba muszę stwierdzić, że uczestnicze w tworzeniu dysfunkcyjnej rodziny. Mąż jest alkoholikiem, przemocowcem psychicznym (chyba w fazie wyciszonej, z powodu groźby rozwodu). Ja też coraz częściej sięgam po alkohol. Mimowolnie obwiniam o to męża, ale przecież jestem dorosła, więc odpowiadam sama za siebie. I jest jeszcze corka, która wiele lat obserwowała jak mąż mnie poniża, depta każdego dnia. Jej też się obrywało. W momencie gdy powiedziałam "stop", mąż stara się nad sobą panować, ale alkohol wciąż jest. I mi też wciąż go proponuję. Nie umiem odmówić. Nie chcę się usprawiedliwiać, ale pije dopiero gdy corka spi, nie upijam się, rano nie czuć ode mnie alko. Mimo to, wiem, że mam problem. Z którym chce walczyć. Ale mąż u siebie tego nie widzi. Tzn, mówi, że widzi, i na tym się kończy. Nie wierzę, że jego słowa są prawdziwe. Mówi, to co ja chce usłyszeć. Nie wiem od czego zacząć. Czy od leczenia, czy najpierw zadbać o córkę, która nie panuje nad emocjami, czy może.od rozwodu. Chętnie wysłucham każdej rady, nie radzę sobie sama. Pozdrawiam
Obawy dotyczące decyzji chłopaka o posiadaniu dzieci - jak sobie z nimi radzić?
Mam 24 lata, mój chłopak również. Jesteśmy razem od 7 lat. Od początku różniliśmy się w kwestii dzieci – on ich nie chciał, a ja długo nie byłam pewna, choć z czasem zaczęłam myśleć, że prawdopodobnie będę chciała zostać mamą. Rok temu odbyliśmy bardzo szczerą rozmowę na ten temat. Po dłuższym zastanowieniu chłopak powiedział, że woli być ze mną i mieć dziecko niż prowadzić bezdzietne życie z kimś innym. Wielokrotnie wracaliśmy do tej rozmowy i za każdym razem zapewniał mnie, że jest to jego świadoma decyzja. Mówi, że choć dziecko nie było jego wymarzonym planem, wie, że będzie je kochał i odpowiednio się nim opiekował. Mimo to wciąż mam wyrzuty sumienia i obawiam się, że w jakiś sposób skłaniam go do czegoś, czego tak naprawdę nie chce. Boję się, że kiedyś będzie przez to nieszczęśliwy lub będzie miał do mnie żal, choć on zapewnia mnie, że czuje się dobrze ze swoją decyzją. Nie wiem, jak poradzić sobie z tymi obawami.
Jak poradzić sobie z presją i krytyką męża po 40 latach małżeństwa?

Jesteśmy ze sobą ponad 40 lat. Dzieci (2) dorosłe + 4 wnuków. Sprawa jest taka: mój mąż na początku chciał być innym ojcem (niż jego ojciec) – ciepłym, troskliwym. Ale... przeszłość go dopadła. Nie było tak długo fajnie – może pierwsze 4–7 lat. Potem miał zawsze pretensje (do mnie, do dzieci), że nie są jakieś wyjątkowe, że się mało starają. Żeby je ochronić przed docinkami, złośliwością, krytykanctwem – chroniłam, jak mogłam (syn nawet był w szkole średniej w internacie, żeby zejść z oczu ojcu). Starałam się bardzo, żeby wszystko było jak najlepiej w domu, żadnego powodu do krzyku itp. Sama pracowałam i dobrze zarabiałam.

Ale mój mąż popadł w alkoholizm (wyszedł z tego po 10 latach), potem okazało się: zdrady, nawet dziecko jakieś ma z inną (bez kontaktu?). Dzieci to bardzo odczuły – syn też się uzależnił od tabletek (wyszedł z tego po dwóch, trzech latach). Córka ma za sobą rozwód po bardzo nieudanym małżeństwie (z przemocowcem). Mąż jest ze mną. Ale jego zachowanie coraz bardziej jest przykre. Dalej ma pretensje do dzieci (bo nienależycie okazują mu szacunek, nie robią tak, jak on uważa – a on uważa, że ma być tak i już!), do mnie potrafi być niegrzeczny, nawet mi dokuczać w towarzystwie. Jak się upomnę, by tak nie robił, to uważa, że przesadzam.

Ogólnie widzę, że jest niezadowolony z życia z nami – ze mną i z dziećmi. Wobec wnuków jest bardzo krytykancki, ostry, ma jadowite spostrzeżenia. Na ogół nie chcą z nim przebywać. Kupuje ich szacunek pieniędzmi (wysyła kieszonkowe itp.), a potem wypomina, straszy, że nic im nie da itp. Rozkazuje, co mają robić, a jak nie chcą – to jest zły. W ogóle jest zły na swoją sytuację, a według mnie nie ma powodu (dzieci są samodzielne, pracują, opiekują się swymi dziećmi należycie, żadnych kredytów, a my – emeryci, wycieczki, zdrowie dopisuje itp.).

Mój mąż od samego początku nigdy o swoich jakichkolwiek problemach nie mówił swoim rodzicom czy rodzeństwu. To ja zdecydowałam, że powiem rodzeństwu o jego alkoholizmie i zdradach. Ich reakcja: „No tak, nic nie pomogę, bo nie ma o co się martwić. Nie jest źle”. Koniec tematu. Dalej traktują go jak półboga. On bez żadnego pytania zawsze im pomagał, nawet jak nie chcieli, to wciska się z pomocą (materialną, finansową, nawet przyjedzie kilkaset km do nich, żeby być z nimi, gdy chcą). Do nich nigdy nie odezwie się szorstko, nigdy nie skrytykuje. Nawet gdy któreś coś nie dopatrzy, źle zrobi itp. – to zawsze jest usprawiedliwienie („Pewnie zrobi to, gdy będzie miał wolną chwilę”). Gdyby to było u naszego syna, reakcja byłaby taka: „To taki nieudacznik, już dawno miał to zrobić, a się leni i nic nigdy do porządku nie zrobi”.

Boję się zapraszać dzieci czy wnuki do nas, bo jest po godzinie taka agresja u męża: „Ty ciągle go prowokujesz!” (do wnuczki), „Ciągle mu przeszkadzasz! Wredna jesteś! Bezczelna!”. Wnuczka się oburza, płacze, chce jechać do domu. Mąż jest oburzony, że ona tak reaguje: „Głupia jest i już, za dużo jej pozwalają”. Nie szanuje mnie. A gdy dziecko siostrzeńca ciągnie go za resztkę włosów i kopie po nogach (6 lat – lekki autyzm), to jest ok, nie trzeba nic robić, nie reagować. „Jest fajnie i już”.

Mąż wyraża ostre, krytykanckie opinie, które bolą: „Co trzeba mieć nasrane w głowie, żeby sobie tatuaż na całej ręce zrobić!” (a partner córki ma taki tatuaż – a jest najlepszą rzeczą, jaka jej mogła się zdarzyć, dobry człowiek). Przy obcych ludziach mój mąż pragnie błyszczeć, być podziwiany, stać na świeczniku. W gruncie rzeczy to nic złego – niektórzy chcą być w cieniu, inni w świetle reflektorów. Ale to jego pragnienie rzutuje na moje życie – chce być podziwiany nie przeze mnie, tylko przez rodzeństwo, rodzinę swą (czyli krewnych, bo my chyba do rodziny nie zaliczamy się), przez kolegów (których ma jak na lekarstwo, bo jest taki szorstki i niemiły) czy obcych spotykanych np. na wspólnych wczasach.

Najgorsze jest dla mnie to, że on szuka i znajduje oparcie, usprawiedliwienie takiego postępowania w swej rodzinie. I znajduje je. Jego siostra, brat, kuzyni, ciotki itp. są zawsze murem za nim. Może nie popierają, ale też nie śmią nigdy mu powiedzieć: „To jest złe, tak nie rób”. O nie, tego nikt nie powie. Bo przestałby być taki fajny. Bo ich rodzice też tak postępowali, bo tak ich nauczyli.

I tu jest moje pytanie: jak należy to przerobić? Jak postępować, gdzie szukać pomocy? Jest mi bardzo źle z tym. Uważam, że muszę się ciągle ograniczać, wysuwać go do przodu, żeby „błyszczał”. To zaspokaja jego ego? (Np. zgoda na nowszy samochód, choć ten, co mamy, jest ok, bardzo dobrej klasy – ale musi być lepszy, nowszy, żeby się chwalić, pokazać).

Nie było tak na początku – był zbuntowany przeciwko stylowi życia rodziców, a teraz jest taki jak jego ojciec (matka w cieniu, nie miała nic do powiedzenia, ojciec rządził i rozrządzał, krewni najważniejsi). Ja byłam tą obcą synową (nie pochodzę z ich stron – byłam obca). Choćbym nie wiem, jak się starała, to będę obca.

Mąż szuka po całych dniach jakichś informacji o swych krewnych. Umacnia się w poglądach wtedy wyznawanych. Kreuje się na jakiegoś seniora, ważną osobę w tych kręgach. Przyglądam się temu z niepokojem. Odczuwam, że traktuje mnie gorzej niż kiedyś (a nie ma powodu – jestem atrakcyjna, bez chorób, wykształcona, pracuję jeszcze, w domu załatwiam gotowanie, sprzątanie itp., mąż lubi ogród. Ale nie po to lubi ogród, żeby usiąść i uśmiechnąć się do kwitnących drzew, ale żeby się pochwalić, że palmę wsadził i rośnie – a tu, jak na złość, każda pada i nie rośnie).

Szukam wyjścia z sytuacji, bo czytałam, że przeszłość w rodzinie ma kolosalne znaczenie w postępowaniu. Czy naprawdę da się coś z tym zrobić? Od lat marzę, żeby mąż poczuł satysfakcję, żeby powiedział, że cieszy się z życia ze mną i dziećmi. On zawsze jest nienasycony: kupimy nowy samochód, pojedziemy na kolejną wycieczkę, zrobimy kolejny interes („bo nie ma co siedzieć i czekać na śmierć”). Jak wybudowaliśmy kolejny dom, zapytałam go, czy czuje, że spełnił wreszcie swe marzenie i już koniec z gonieniem za dalszymi przedsięwzięciami. O... nie... to nie było spełnienie.

Jego rodzice nigdy go chyba nie chwalili, był najstarszy. Nie wierzyli w niego, że da sobie radę na studiach. Woleli, by zrobił zawodową szkołę i poszedł do pracy, a najlepiej, żeby wyjechali wszyscy z kraju i gdzieś na Zachodzie wtopili się w inny, lepszy świat, bo ten świat jest nie ich. Ponieważ mąż był ze mną, nie chciał emigrować, to oni też zostali, mając mu za złe. I nie wyemigrowali, choć połowa ich rodziny jest po tamtej, „lepszej” stronie. Oni potem też się bali zostawić ten świat. I tak to się kotłowało.

Ale dalej nie wiem, jak to zrobić, by było lepiej. Rodzina (krewni męża) to normalni ludzie, których lubię. Ale nie znoszę tej różnicy w męża postępowaniu: wobec mnie i naszych dzieci – i wobec jego krewnych. Tu może nas krytykować, ośmieszać, krzyczeć, żądać, a wobec tamtych jest miły, ciepły, wspomagający. Jak to zrobić, by było dobrze?

Dzień dobry, z partnerką spotykamy się od 4 miesięcy. Partnerka ma córkę, lat 7.
Dzień dobry, z partnerką spotykamy się od 4 miesięcy. Partnerka ma córkę, lat 7. Na początku, kiedy poznałem młodą, była najpierw bardzo zawstydzona, potem bardzo mnie polubiła. Oczywiście ze wzajemnością i nawet podoba mi się układ nowej rodziny. Od jakiegoś czasu (około 3tyg.) pojawiła się natomiast duża zazdrość ze strony dziecka. Kiedy chcemy się przytulić, oddala nas od siebie, bądź wchodzi między nas. Kiedy chcemy rozmawiać, ucisza nas. Kiedy chcemy się pocałować to też nas rozdziela. Kiedy śpię u nich, to przychodzi w nocy. Czasami mówi, że boli ją brzuch, albo ma koszmary, albo jest głodna itd. i zabiera mamę do swojego pokoju, albo do salonu, żeby spała tylko z nią. Jeżeli to się nie udaje, to wchodzi do łóżka pomiędzy nas. Zauważam, że uczucie zazdrości postępuje i jest coraz mocniejsze. Wczoraj mam wrażenie, że pomimo że byłem tam 15 minut, to symulowała ból nogi, żeby tylko zająć się w pełni nią. Z plusów - córka nadal mnie uwielbia, przytula się i jest ogólnie bardzo kochanym dzieckiem. Martwi mnie jednak to, że jest zazdrośnicą, ponieważ obawiam się, jak może się to odbić na naszej relacji, skoro nie mamy okazji ani porozmawiać, ani pobyć sami ze sobą nawet na chwilę. Widzę też, że frustruje to moją partnerkę. Na ten moment tłumaczy córce, że będziemy w przyszłości rodziną, że kocha ją najbardziej na świecie i jest najważniejsza itd. Ja też staram się poświęcać jej czas na zabawy, czy obowiązki i czas ten spędzamy bardzo mile, również zapewniam małą, że nie zabiorę jej mamy i zawsze będzie dla niej najważniejsza. Ogarnia mnie jednak niepokój czy w tym wszystkim nie rozmyje się to, co między mną a partnerką. Świetnie się dogadujemy, mamy wiele wspólnego, ciągnie nas do siebie i czujemy, że to jest to. Prośba o poradę - w jaki sposób można pracować z małą zazdrośnicą ? Jaki mniej więcej potrzebny jest czas, by zaakceptowała model nowej rodziny ? Czy ja mogę tutaj coś podziałać, czy wszystko jest w rękach mamy ? Pozdrawiam
zdrada

Zdrada – przyczyny, skutki i jak sobie z nią radzić?

Zdrada to głębokie naruszenie zaufania w związku, występujące w formie fizycznej lub emocjonalnej. Powoduje trwałe rany psychiczne u obu partnerów. Analizujemy przyczyny zdrad, ich konsekwencje oraz metody odbudowy relacji po takim doświadczeniu.