
- Strona główna
- Forum
- zaburzenia lękowe
- Ataki paniki,...
Ataki paniki, poczucie mdłości. Zwykle dzieje się to poza domem, chciałbym móc sobie z tym radzić.
Julia
Marta Król
Dzień Dobry Pani Julio,
Bardzo dobrze, że rozważa Pani wizytę u psychologa, który pomoże ustalić źródło ataków paniki i strategie radzenia sobie z tym problemem. Te objawy, które Pani opisała to od strony neurofizjologicznej - silne pobudzenie układu nerwowego pod wpływem stresu: w trakcie ataku paniki pojawia się taki mechanizm błędnego koła - im wyższe tętno, im większe mdłości - tym bardziej rośnie lęk. Tak jak Pani opisuje zwykle takie wydarzenia są ograniczone czasowo do około 15 minut - warto sobie o tym przypominać: że wie Pani co to jest, że jest pani bezpieczna i że to minie za jakiś czas. Doraźnie można popróbować technik uspokajających układ nerwowy: ćwiczenia oddechowe, skupianie się na rzeczach z otoczenia lub wrażeniach zmysłowych (np. szukam 3 rzeczy, które widzę, 2 rzeczy które słyszę, i czegoś, czego da się dotknąć) albo odwracanie uwagi przez wykonywanie prostych operacji myślowych: liczenie, literowanie wyrazów - wspak, przypominanie imion osób bliskich).
Pozdrawiam i życzę wszystkiego dobrego,
Marta Król
psycholog, psychoonkolog, psychoterapeutka w trakcie szkolenia
Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?
Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!
Aleksandra Pawlak
Cześć! Super, że planujesz wizytę u psychologa – to naprawdę ważny krok. W terapii zaburzeń lękowych najlepiej sprawdza się terapia poznawczo- behawioralna. Zwykle dość szybko można zauważyć poprawę. Co do ataków paniki, spróbuj odwracania uwagi od ciała. To powinno pomóc. Możesz wcześniej zaplanować, o czym będziesz myśleć w takiej chwili. Ważne, by było to coś angażującego głowę, np. przypomnij sobie daty urodzin wszystkich w rodzinie :)
Oczywiście, wszystko to tylko wsparcie i nie zastąpią profesjonalnej pomocy, ale mogą być dobrym początkiem, zwłaszcza kiedy jesteś poza domem.
Małgorzata Miętkiewska
Pani Julio, czasami trudno zwrócić się o pomoc, Pani napisała tutaj, a to już pierwszy krok. Wizyta u psychologa to bardzo dobry pomysł i kolejny krok. Cechą charakterystyczną ataków paniki jest ich gwałtowny i szybki przebieg, amplituda narastania lęku jest bardzo ostra i wysoka, potem następuje rozładowanie i uspokojenie. Dokładnie taki proces opisuje Pani. W takiej sytuacji można sobie pomóc przez uziemienie: skupienie na oddechu, na otoczeniu, na konkretnym przedmiocie, na który Pani patrzy. Pomaga wyobrażenie sobie, jaki by był w dotyku, ciepły, zimny, gładki, szorstki, mokry, suchy itd. Można próbować spowolnić, wydłużyć oddech, skupić się na jego przepływie przez ciało, zacząć odbierać jak najwięcej wrażeń zmysłowych. Pozwoli to powoli wrócić do tu i teraz. Ważne, żeby przy oddychaniu stopniowo wydłużać wydech, zatrzymywać oddech po wdechu, następnie wypuszczać powietrze jakby się gasiło świeczkę, wolno i długo. Można wydychać z przedłużonym “ssssssss” Te techniki zapobiegają hiperwentylacji.
Ataki paniki powtarzają się często w określonych okolicznościach, w Pani sytuacji poza domem, wzbudza to lęk i zaburza poczucie bezpieczeństwa. Może się pojawić lęk antycypacyjny,. Wizyta u psychologa pozwoli się przyjrzeć przyczynom, atak paniki to objaw, który głośno woła, bo chce być zauważony.
Justyna Czerniawska (Karkus)
Dzień dobry,
bardzo dobrze, że zaplanowała Pani wizytę u psychologa, ponieważ ataki paniki wymagają wsparcia specjalisty. Natomiast na chwile obecną może Pani zastosować różne strategie, które pomogą przetrwać:
a) Techniki oddechowe (np. oddychanie kontrolowane) - bierzemy spokojne wdechy i robimy spokojne wydechy. Skupiamy się na oddechu licząc w głowie np. do 3 i powtarzamy czynność kilkukrotnie.
b) Skupienie się na myślach - czasami może zdarzyć się tak, że ataki paniki są spowodowane pojawiającymi się w głowie myślami. Warto się na nich skupić, wychwycić i spróbować przekształcić w bardziej racjonalne.
Pozdrawiam serdecznie,
Justyna Karkus - psycholog, psychoterapeuta

Zobacz podobne
TW. Nie potrafię już żyć, ale śmierć mnie przeraża. W wyniku nie mogę nic ze sobą zrobić. Mam tak dość siebie i całego swojego marnego życia, że nawet nie potrafię sobie pomóc. Tak bardzo chciałabym po prostu zniknąć, ale tak bardzo się boje. Nie wytrzymuje już dłużej, łzy same się ze mnie leją od paru dni i nie chcą przestać, nic na uspokojenie nie działa.
Chodziłam na terapię od 3 miesięcy, ale nie widzę efektów, a jestem uwięzioną na wsi bez żadnego dojazdu, oprócz busów w roku szkolnym dostosowanych pod liceum. Jestem dorosła, a zachowuję się gorzej niż dziecko w podstawówce, mam siebie tak bardzo dość. Nawet jak staram się dopasować albo 'ogarnąć' życie jakkolwiek to nie wiem co robić, nie wiem, co się ze mną dzieje, nigdy nic nie wiem, nigdy nie umiem sobie poradzić. Nie wiem kim jestem, co robię na świecie, czego chcę, nie mam celów, nie mam marzeń.
Wczoraj chciałam skoczyć z balkonu, ale zaczęłam się śmiać jak już stałam na barierkach, bo oprócz tego, że bym się połamała lub ewentualnie została sparaliżowana, bardziej przeraża mnie fakt, że moi rodzice i wszyscy znowu by mnie krytykowali i równali z ziemią. Mój brat, którego nie uznaję za brata, znęca się nade mną psychicznie odkąd miałam 8 lat, moi rodzice prawie nigdy na to nie reagowali, jak już przestałam się kryć z tym, że nie daje rady psychicznie to mój ojciec stwierdził, że jestem po prostu leniwa i stąd bierze się cały mój stres, mimo że jego syn wyzywa mnie z taką agresją od dziecka, że jak tylko słysze jego kroki to moje całe ciało zaczyna panikować i się trząść i automatycznie próbuje być jak najciszej, żeby mnie nie usłyszał.
Groźby śmierci w tej rodzinie to normalność. Od matki najlepsze co usłysze to, że wszyscy jesteśmy popier* i żeby zostawić ją w spokoju. Ale zawsze znajdzie się, gdy trzeba kogoś skrytykować, szczególnie przy innych ludziach. Ledwo utrzymywałam tą terapię za stypendium, a teraz próbuję od miesiąca znaleźć pracę. Brak samochodu mnie skreśla z dojazdu gdziekolwiek, nawet na tą marną terapię. Przez telefon nie mogę rozmawiać, bo jeśli tylko ktoś to usłyszy to będzie mnie wyzywał jeszcze bardziej.
Czuje się jak krowa czekająca w klatce z bezradnością na śmierć. I to też robię. Nawet jeśli słyszałam od ludzi, że powinnam się ogarnąć i wziąć życie w swoje ręce, to nie widzę już żadnego rozwiązania. Tak szczerze nikt mnie nigdy nie kochał i nawet kot ode mnie uciekł. Moje ataki paniki są coraz gorsze, wszystko z głowy zaczęło wychodzić na zewnątrz, nie mam już siły dłużej się hamować. Tak bardzo przeraźliwie boję się tej śmierci, ale naprawdę nie mam innej opcji, nawet jeśli ktoś mówi, że mam to realistycznie nic nie mam. Albo śmierć albo męczenie się na wsi przez kolejne lata studiowania, a po tym brak pracy, bo mój stan nie pozwala mi już nawet na normalną naukę i ledwo daję sobie radę na prostych studiach. Przez co mam 0 umiejętności.
Czuję się zamrożona, jakby od mojej głowy wszystko się odbijało. Już nic się tam nie zmieści. Zmarnowałam sobie życie, zniszczyłam wszystko. Nie mam żadnych przyjaciół. Nikt nie chce się ze mną spotkać, nigdy nikt nie chciał nigdzie ze mną wyjść poza szkołą. Nawet jak się staram to każda moja relacja się kończy przeze mnie. Boję się związków, raz komuś zaufałam i zostałam sponiewierana gorzej niż moja matka mi to kiedykolwiek zrobiła. Wyznała mi miłość jako pierwsza osoba w życiu, nie słyszałam tego od nikogo, pocałowała mnie, wykorzystała mnie dla seksu, mimo że to był mój pierwszy raz, do którego bardzo przygotowywałam się emocjonalnie, a parę miesięcy później bez powodu kazała mi się wynosić. Później dowiedziałam się, że już przed stosunkiem ta osoba chciała się mnie pozbyć i znaleźć sobie kogoś innego.
Moje życie to jest porażka i tragedia z każdej strony. Nic nie potrafię. Nic nie rozumiem. Mam 21 lat i nigdy sobie nie poradzę. Myślałam, że będzie ok i całe nastoletnie lata, które spędziłam sama w pokoju, próbując udawać, że wszystko ok i sama siebie oszukując, że jak tylko będę dorosła to wszystko się poprawi i z roku na rok wierząc, że będzie lepiej. Już wiem, że nigdy nie będzie lepiej i będzie tylko gorzej i szczerze myślę że powinnam po prostu była udławić się jak miałam te 7 lat i to, że moja matka uratowała mi życie jak już straciłam oddech to jakaś karma, którą teraz muszę spłacać przez to jak całe życie matka niszczyła mi je. Tak naprawdę nie powinnam się nigdy była urodzić, moja matka była w zagrożonej ciąży ze mną i to wszystko ma sens. Powinnam nie żyć i tak bardzo żałuję, że się urodziłam. Nie mogę sobie pomyśleć o dzieciństwie i nastoletnich latach bo wpadam w szał i dostaje ataków. Mam już dość, a nie mogę nic zrobić. Boję się zadzwonić do lekarza. Naprawdę nie mam już wyjścia. Czekam na zbawienie od losu i pomoc, mimo że wiem, że to jest bezsensowne, ale nie wiem co, naprawdę, mogę oprócz tego zrobić. Czekam na śmierć niszcząc sobie wątrobę alkoholem i energetykami na pusty żołądek, uderzając się w głowę z całej siły i stresem. Ciągle powtarzam pomocy w kółko, ale wiem, że ta pomoc nigdy nie nadejdzie. Jeśli nie ma się pieniędzy jest się mniej wartym niż najtańszy produkt w sklepie i nie ma się żadnego znaczenia. I każdy o tym wie, ale nikogo to nie obchodzi, dopóki to nie on. I nie mam nikogo, komu mogłabym cokolwiek napisać, powiedzieć, bo moja rodzina nie wierzy w choroby i problemy psychiczne tylko lenistwo, a moje internetowe znajomości nawet mnie nie znają i tak szczerze mają mnie gdzieś.

