
- Strona główna
- Forum
- rodzicielstwo i rodzina, związki i relacje
- W jaki sposób brak...
W jaki sposób brak ojca w dzieciństwie wpływa na moje dorosłe relacje?
Daria Kamińska
Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?
Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!
Usunięty Specjalista_tka
Usunięty Specjalista_tka
Marta Figurska

Zobacz podobne
Dzień dobry. Po krótce opiszę, co mnie nurtuje. Staram się znaleźć odpowiedź, czy to ze mną jest problem i czas nad sobą popracować, czy z moją rodziną. Bardzo bym chciała uzyskać chociaż namiastkę odpowiedzi i kierunkowskaz. Chodzi o relacje z moją mamą. Moje relacje z mamą od zawsze były nie takie jak z pozostałym rodzeństwem. Na każdym kroku mama próbowała mi udowodnić, że nic nie umiem, że się nie nadaję i że nic nie wiem. Nigdy nie chwaliła, nie powiedziała słowa wręcz, czasem wrzucała takie półsłówka między wierszami, żeby wbić mi szpileczkę, że nie wystarczająco coś dobrze zrobiłam lub że się na tym w ogóle nie znam, że lepiej mam coś zostawić. A ja jak mantra starałam się jednak udowodnić, że jest inaczej. I tak całe życie - szkoła, studia, praca, kariera zawodowa - zawsze chciałam udowodnić, że umiem, potrafię, żeby tylko spojrzała łaskawym okiem i rzuciła „dobra robota, jestem dumna". Dodam, że na prawdę świetnie sobie radzę, zawsze najlepsza, itp. Wiem, że to banalne, ale mam 36 lat, męża, dzieci, a ja jakby coraz bardziej oczekuję tej aprobaty mamy (dodam, że budujemy nowy dom i teraz mieszkamy z moją rodziną, z mamą, co pewnie to wszystko utrudnia). Takie dziwne docinki, jak ja to mówię „szpileczki", są na różnych płaszczyznach - od właśnie pracy, rodziny, wychowywania dzieci, ważnych decyzji, po komentowanie tego, co jem, albo co kupuję w sklepie. Mam tak, że uciekam szybko do domu z zakupami, żeby nie gapiła się, co kupiłam, i tego nie komentowała. Boję się kupić piwo mężowi w sklepie, jak jestem z mamą, bo będzie to komentować i rozpowiadać, jaka jestem najgorsza, mojemu rodzeństwu. To plotkowanie o mnie też jest notoryczne z moim rodzeństwem. Mama zawsze zdaje relacje, co robię, siostrze i bratu - ma z nimi bardzo dobry kontakt. Dzwonią do siebie kilka razy dziennie, a ja nawet nie umiem z nią porozmawiać przy herbacie, a mieszkamy pod jednym dachem. Ta sytuacja zaczęła narastać, jak doszły dzieci i mąż. Frustruje się, że nic się nie odzywam, że nie umiem postawić granicy. Mąż to widzi i w sumie nie umie mi pomóc, bo to jest w mojej głowie od zawsze, tam zakotwiczone - że mama to mama, nie mogę jej nic powiedzieć. Czasami, jak próbowałam, to robiła się wielka awantura. Strach przed mamą - co powie, co pomyśli i jak to przekaże mojemu rodzeństwu. Nie wiem, dlaczego, pomimo tego, że miałam w miarę dobry kontakt z siostrą i bratem, teraz się do nich nie odzywam, unikam ich. A dodam jeszcze, że mama, jak już ze mną rozmawia, to rozmowa zawsze schodzi na siostrę i brata - ile to mają, ile zarabiają, że się im powodzi. Może przesadzam, ale czuję się wtedy porównywana, że ja jestem do niczego. Nie wiem, dokąd mnie to zaprowadzi, ale z roku na rok jest coraz gorzej. Dodam, że w miarę wszyscy zarabiamy podobnie, każdy się stara i żyje tak, jak tylko może. A ja przez te komentarze mamy, może jej nieświadome - nie wiem - staję się pracoholiczką. Myślę, że mogę więcej, że ja też potrafię. Myślę sobie, dlaczego o nich mówi tak dobrze, a mi nie powie dobrego słowa. Wiem, jak to się czyta, ale na prawdę mam z tym ogromny problem. Na dodatek widzę, że moja mama to widzi - że mnie to irytuje, że nie chcę słuchać wychwalania rodzeństwa - a robi to, żeby mnie wybić i zgnoić. Nie wiem, czy to moja zazdrość, zawiść, ale poprostu zaczynam tych ludzi nienawidzieć. Mama ogólnie - dodam, że jest straszną egoistką. Długo by pisać, ale tylko ona i ona. Jak coś jej potrzeba albo gdzieś zawieź, to to jest najważniejsze. Nie wiem, czy uda mi się tak szczerze już zmienić poglądy na ich temat, normalnie usiąść, porozmawiać, ale nie chcę sama się robić toksyczną osobą. Chcę dać dobry dom moim dzieciom i dobry przykład, a te wszystkie sytuacje powyżej czasami mnie tak denerwują, że nie mam na nic ochoty. Jestem zła, beznadziejna, że się do niczego nie nadaję, nerwowa. Wiem, że to idiotyczne, ale mnie to zżera od środka. Najchętniej nie chciałabym tych ludzi widzieć i o nich słyszeć - do takiego stopnia to urosło w mojej głowie. Dodam, że mama, delikatnie mówiąc, nie lubi mojego męża... wyrzucane z domu, kłótnie, awantury. To tylko dodatek do tego problemu, że nie umiem postawić granicy. Mam wrażenie, że teraz całe moje życie skierowałam na „opinię" mamy - co powie, żeby tylko nie urazić, żeby powiedziała siostrze i bratu, jaka jestem zaradna. Żeby udowodnić, że dam radę. Czy jest jakaś nadzieja, żeby to sobie jakoś wytłumaczyć? Może to ja jestem egoistką i tylko myślę o sobie, żeby mnie zauważono, a siostrze i bratu zazdroszczę w tym zachłannym świecie. Proszę o poradę, bo czasami mam takie czarne myśli, że tylko czekam, aż ci ludzie znikną z mojego życia.
Od 2 lat spotykam się z mężczyzną, który ma syna z poprzedniego związku. Matka jego dziecka robi mu ciągle o coś problem np. Że nie zajmuje się dzieckiem, bo pracuje, a jak ma wolne i proponuje, że zabierze syna do siebie, to wymyśla różne wymówki, żeby tylko go nie wziął, albo też mówi, że nie pojawia się w szkole u syna a jak partner chce pójść do szkoły to twierdzi że nauczyciele go nie znają i kategorycznie się nie zgadza itd. Takich sytuacji jest naprawdę wiele. Kontakty mają ustalone przez sąd, a każda próba spotkań z dzieckiem częściej niż zostało to ustalone w sądzie, kończy się odmową ze strony matki. Czasem wydaje mi się że ta osoba czerpie ogromną satysfakcję z tego, że utrudnia mu życie. A ja widzę, jak wiele nerwów kosztują go te ciągłe kłótnie, ale nie potrafię mu pomóc. Nie wiem, jak radzić sobie z takim człowiekiem
Piszę tutaj, bo naprawdę już nie wiem, co mam robić. Mam 6-miesięcznego synka z mężem. Od kiedy urodził się maluch, czuję się jakbym była sama. Damian kompletnie się wyłączył z opieki nad dzieckiem. Jego argument brzmi zawsze tak samo: "przecież mała potrzebuje cyca, ja i tak nie pomogę". Nie wstaje w nocy NIGDY. Nawet jak dziecko płacze godzinami, on sobie śpi jak zabity i mówi, że "to moja robota". Codziennie wieczorem znika - albo na padla z kumplami, albo na jakieś swoje zajawki. Wraca późno, czasem nawet nie wiem o której. A ja siedzę sama z maluchem od rana do wieczora, potem całą noc wstaję co 2-3 godziny. Teraz planuje wyjazd z kolegą do Hiszpanii na 2-3 TYGODNIE. Jak mu powiedziałam, że nie dam rady sama z dzieckiem przez tyle czasu, to się zdenerwował i powiedział, że "w pierwszych dwóch latach życia dziecko potrzebuje matki, a nie ojca" i że "powinnam być wdzięczna, że może pracować i nas utrzymywać". Ja już nie śpię prawie wcale od 6 miesięcy. Zaczęłam mieć napady płaczu, czuję się jak zombie. Czasem patrzę na siebie w lustrze i nie poznaję tej osoby. Boję się, że wpadam w depresję poporodową, ale nawet na wizytę do lekarza nie mogę pójść, bo kto będzie z dzieckiem? Próbowałam z nim rozmawiać, ale on mówi, że przesadzam i że "wszystkie kobiety jakoś sobie radzą". Jego matka też mu przytakuje i mówi, że "za jej czasów mężczyźni w ogóle nie zajmowali się dziećmi". Co mam robić? Czy to normalne? Czy rzeczywiście powinnam "dać radę" sama? Czuję się jak najgorsza matka na świecie, że już nie mam siły... Przepraszam za chaotyczny wpis, ale naprawdę jestem na skraju wytrzymałości. Co mam zorbić?

