Aplikacja TwójPsycholog — wsparcie, które masz zawsze pod ręką

📲 Pobierz aplikację i zadbaj o siebie na własnych zasadach

Dostępne w Google PlayPobierz w App Store
Left ArrowWstecz

Kocham mojego narzeczonego, jesteśmy razem 2 lata, pół roku po zaręczynach. Jego rodzice zmarli w zeszłym roku.

Witam, nie wiem co mam robić. Kocham mojego narzeczonego, jesteśmy razem 2 lata, pół roku po zaręczynach. Jego rodzice zmarli w zeszłym roku. Kilkanaście lat temu zdiagnozowano u niego depresję, bierze leki. Niedawno obgadywaliśmy plany na Sylwestra, chciałam gdzieś wyjechać ze znajomymi albo iść do mojego brata. Mój narzeczony mnie zaskoczył, powiedział kategoryczne nie, że on zostaje w domu, a przed północą wybiera się na cmentarz z rodzeństwem spędzić ten czas z rodzicami. Mogę iść z nim, zostać w domu albo sama wyjechać. On i tak już jeździ na cmentarz co najmniej dwa razy dziennie. Nie chcę użyć nierozsądnych argumentów ze względu na jego chorobę.
TwójPsycholog

TwójPsycholog

Dzień dobry, z góry dziękuję, że tak długo oczekiwała Pani na odpowiedź. Wygląda na to, że narzeczony nie może się pogodzić ze stratą rodziców, że utknął gdzieś w procesie żałoby i na ten moment trudno mu koncentrować się na życiu, które ma i które buduje z Panią. To musi być dla Pani bardzo trudne. Potrzebna byłaby rozmowa z narzeczonym o tym, jak Pani się czuje i jak to, że nie poradził sobie ze śmiercią rodziców, wpływa na Waszą relację. Narzeczony potrzebuje pomocy psychoterapeutycznej w przepracowaniu żałoby, może mu Pani taki pomysł zasugerować, jednak to, czy zdecyduje się z pomocy skorzystać, będzie jego decyzją, na którą Pani nie będzie miała ostatecznie wpływu. To, co Pani może zrobić dla siebie i waszej relacji to komunikować na bieżąco jak Pani reaguje w takich sytuacjach, kiedy narzeczony wybiera czas spędzony na cmentarzu zamiast czasu z Panią. Gdyby narzeczony nie zdecydował się zgłosić po pomoc, dobrze byłoby, gdyby Pani sama skorzystała z pomocy psychoterapeuty, żeby poukładać sobie myśli i uczucia w tej sytuacji.

Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?

Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!

Zobacz podobne

17-latka w toksycznej relacji z koleżanką - manipulacja, przemoc, brak zgody

Cześć, mam 17 lat i byłam w toksycznej relacji z "koleżanką" (nazwijmy ją Ania) – znamy się od 1 klasy technikum (2022). Mieliśmy dosyć skomplikowaną relację, trochę koleżeńską, a jednak "kręciliśmy". Chciałabym zaznaczyć, że praktycznie nigdy nie rozmawiałyśmy, tylko pisałyśmy, a jesteśmy w jednej klasie. Problem w tym, że przez całą znajomość ona wielokrotnie zostawiała mnie dla innych, przekraczała moje granice, dotykała bez mojej świadomej zgody, biła, drapała do krwi, wymuszała na mnie nagie zdjęcia, czułam się manipulowana. Gdy prosiła mnie o zdjęcie, a ja odmawiałam, stawała się chłodna i pisała coś w stylu: "Tak powinna wyglądać miłość, skoro mnie kochasz", "Kochaś mnie? To dlaczego nie możesz zrobić tego, o co proszę?", "Okej, widzę, że po prostu nie czujesz się komfortowo przy mnie" itp. W tej samej konwersacji potem przepraszała, mówiąc, że pewnie mi przykro przez nią, a gdy ja stawałam się zdystansowana i zraniona, ona znowu zaczynała. Zazwyczaj było tak, że gdy byłam mega miła, ona była wredna, a gdy stawałam się zdystansowana, to ona "udawała" jakąś zranioną, nie wiem dokładnie. Były też sytuacje w szkole, gdzie dotykała mnie po udach i w innych miejscach. Niby nie mówiłam jej, że mam coś przeciwko, ale czułam się źle. Dziś odczuwam obrzydzenie i nawet gdy dotknie mnie moja dziewczyna, przypomina mi się tylko to i czuję jej ręce na sobie i ten wzrok. W klasie, przy wszystkich, biła mnie nagle i śmiała się, drapała mnie po całej twarzy do krwi – do tej pory mam blizny, czułam się jak popychadło. Wcześniej spędziliśmy dużo czasu razem, wszyscy – ja, moja była przyjaciółka i moja dziewczyna – wraz z tą "koleżanką". Wiem, że podobałam się jej od pierwszej klasy. Moja przyjaciółka też była dość toksyczna, np. chwaliła się swoimi ranami, ale w taki sposób, że dawała mi rękę przed twarzą i pokazywała je, a ja nie wiedziałam, co powiedzieć, itp. Ale nie o niej chcę dziś rozmawiać. Razem z tą przyjaciółką nie raz zostawiły mnie dla innych osób. Ta koleżanka, "Ania", zawsze była do mnie niemiła, ale gdy potrzebowała pomocy, pisałam jej długie rozprawki, byle tylko było jej lepiej. Jednak, gdy to robiłam, pisała nagle o jakimś jej znajomym za każdym razem, albo mówiła, że ona wie, jak to jest, bo to przeżyła tyle razy, gdy mówiłam jej, jak się czuję. Ja sama przyznaję, że popełniłam masę błędów, do których się przyznaję – wiem, że byłam okropna, sama robiłam złe i niewybaczalne rzeczy, ale sama nie wiem, czy to przez to, jak mnie traktowała, czy co. Nie chcę się tłumaczyć, bo i tak nie ma to znaczenia. Staram się ograniczać z nią kontakt. Od początku 3 klasy (września) stałam się dość wredna, niemiła i zlękniona, bo wtedy też zostawiła mnie moja przyjaciółka. Od 30 kwietnia ją zablokowałam, jednak wczoraj pisała do mojej dziewczyny, że mam oddać jej jakieś 150 zł. Napisałam do niej, że nie jestem zadowolona, bo odkąd z nią nie piszę, czuję się spokojniej. Ciągle piszemy, kłócąc się, gdy mówię, co mi zrobiła (np. o tym dotykaniu), wypiera się, że niby się zgadzałam, i że nigdy by tego nie zrobiła, bo ona wie, jak to jest. Ciągle zrzuca winę na mnie, ciągle mówi, że ja jestem najgorsza. Czasem już wątpię w to, co wierzę – czy ja sobie to wymyślam? Nie wiem. Czuję, że znowu mną manipuluje. Mówi, że mam ją przepraszać, mówi, że obie byłyśmy nieletnie, więc to nie jest molestowanie, tłumaczy, że gdybym jej nic nie zrobiła, to nie musiałaby iść do psychologa itp. Mówiła nie raz, że stawia mnie ponad siebie, ale nigdy tego nie czułam. Ciągle wypiera, że mnie nie dotykała w ten sposób bez zgody, że nie zrobiłaby tego osobie, którą kocha. Nie raz, gdy byłam smutna, nie było mojej dziewczyny, to nagle dała mi buziaka albo coś, przytulała mnie, a w innych sytuacjach, gdy byłam na lekcji, po prostu odsuwała moje spodenki, dotykała ręką i pod koszulką. Pamiętam, że nie raz odsuwałam jej rękę, ale ona mówi, że tak nie było, więc nie wiem już, w co wierzyć. Nie potrafię przestać z nią pisać, bo wkurza mnie to, że dalej nie wie, że robiła źle. Wkurza mnie to bardzo, że wczoraj pierwszy raz od roku popłakałam się z jej powodu. Naprawdę mam dużo do dodania, ale wiem, że to już dużo pisania. Chciałabym, żeby ktoś ocenił tę sytuację, bo ja sama nie wiem, czy to ja sobie to wymyślam, czy przesadzam – sama już nie wiem.

Kryzys w małżeństwie: brak zaufania i komunikacji po zdradach i imprezach żony
Dzień dobry, Mam ogromny problem ze związkiem albo z sobą. Nie mam pewności. Chciałbym otrzymać od Was pomoc. Na profesjonalną na ten moment mnie nie stać, więc piszę tutaj. Najważniejsze informacje: - jesteśmy małżeństwem od 16 lat, posiadamy dwójkę dzieci jeszcze młodych (poniżej 10 lat) - w przeszłości zdarzyło się kilka nieprzyjemnych historii, które opisze poniżej chronologicznie - miłością darzyliśmy się wielką, jednak ostatnimi czasy jest coraz gorzej. Postaram się utrzymać chronologię zdarzeń: 1. W około 2 roku naszego związku, zdarzyło mi się pisać z inną kobietą, jednak do niczego więcej poza pisaniem nie doszło. Moja żona uznała to za zdradę i ok - miała absolutne praw do tego, ponieważ takiej sytuacji nie powinno być w ogóle. 2. Ponad rok później przyjechał do mnie mój jeszcze wtedy przyjaciel, w międzyczasie urodził mi się syn. Żona wtedy zdradziła mnie z nim w sąsiednim pokoju. I od tego momentu zaczęła się dziwna fala. Odkryłem tą zdradę, później flirtowała nagminnie z różnymi facetami (to masażysta, to kierownik w pracy). Po wykryciu tych sytuacji i wielu kłótniach, żona się uspokoiła. Zmajstrowaliśmy drugie dziecko i było ok. 3. Po narodzinach drugiego dziecka, zaczęła nagminnie co tydzień wychodzić na imprezy, a co za tym idzie pić. Żona wychodziła o 21:00 z koleżanką i miała wracać po 24, a najczęściej odprowadzali ją inny mężczyźni koło 5-6 rano.... Nie przyłapałem ich na niczym, ale wyglądało to słabo. Doszło do tego, że mimo iż była umówiona ze mną na walentynki, to tak się napiła z ową koleżanką dzień wcześniej, że wróciła nad ranem i nieprzytomna spędzała ze mną walentynki. 4. Po tym trochę się ogarnęła, ale chcąc z nią porozmawiać o tej sytuacji zawsze wybucha gniewem i zwala winę na mnie (że ja mam jakiś problem itp). 5. Na jakiś czas odpuściła sobie koleżankę, znalazła hobby (ok. 12 miesięcy perfekcji) - była wspaniała, kochana i unikała swojej koleżanki (max kawa i to w dzień). Nie poruszaliśmy wcześniejszych tematów. Ale od ostatniego czasu, miłość jakby opadała, kiedy chcę pogadać o sytuacji z nami czy z jej koleżanką to mnie atakuje. O innych tematach możemy porozmawiać, ale nie o tych wyjściach i koleżeństwie (zona twierdzi, że to przez to, że mam złe zdanie o jej przyjaciółce - co jest prawdą, ale to nie powód aby mnie wyzywać czy olewać). Temat zacząłem wznawiać, ponieważ, zawsze jest problem z tą koleżanką, a teraz wymyśliły, że razem we dwie jadą odpocząć od wszystkiego. W weekend. Do Gdańska... Oczywistym jest że jej nie ufam, ale staram się być wyrozumiały.... Co mam o tym wszystkim myśleć? Czy to jest normalne? Błagam o sensowne opinie, ponieważ zbliżam się powoli do kresu emocjonalnego. Za każdym razem jak chce porozmawiać to słyszę te odpowiedzi w kółko: "Wku***asz mnie tym", "Chyba Cię po****ło", "Dorośnij w końcu" i "Weź zluzuj". Wczoraj udało mi się merytorycznie porozmawiać. Wytłumaczyłem wszystko. Najpierw przyznała mi rację i już się cieszyłem że złapaliśmy nić porozumienia, bo uznaliśmy że mamy ten sam cel. Ale 10 minut później już usłyszałem, że ja się czepiam, że zwalam na nią i w ogóle nie potrafię rozmawiać. Czy to może ja przesadzam? I co powinienem zrobić w takiej sytuacji? Powoli nachodzi mnie myśl, żeby odciąć się emocjonalnie (dla dobra dzieci), dać jej żyć swoim życiem i tyle... Zapomniałem dodać, iż po wczorajszej rozmowie do dzisiaj do popołudnia jest dla mnie miła i udowadnia jak mnie kocha. Ale po południu chciałem zamienić jedno zdanie na wczorajszy temat i już usłyszałem, żebym nie zaczynał bo jest miła.
Związek na odległość: wyzwania w relacji z partnerką z dziećmi
Witam, jestem z zwiazku na odleglosc, moja partnerka ma dzieci. Ja wlasciwie zakochalem sie w niej a nie w jej dzieciach - jestem pierwszy raz w takiej sytuacji i zawsze myslalem, ze nie jest to problem, i moglbym latwo nawiazac wiez. Niestety ciezko mi to okreslic, pewnie czas pokaze ale mam wrazenie, ze nie moglbym sie na prawde zwiazac emocjonalnie z jej dziecmi, i nie czulbym sie naturalnie gdyby np. Mowily do mnie tato - maja swoich ojcow. I skoro mowa o ich ojcach uwazam, ze kwestie finansowe powinny spoczywac na ich rodzicach, teraz zarabiam dobrze ale po powrocie do kraju moje finanse zmniejsza sie kilkukrotnie i jeszcze gdybym mial brac udzial w finansowaniu nie swoich dzieci to moje zycie polegaloby tylko na jedzeniu i pracy. To kwestia finansowa - mam tylko nadzieje, ze z mojej wypowiedzi nie wynikaja jakies negatywne cechy charakteru. Kwestia podejscia do wydatkow - ja jestem bardzo oszczedny i podchodze bardzo ostroznie do wydawania nawet jak mam pieniadze. Moja partnerka budzet koncentruje nawet kosztem siebie wokol dzieci - byc moze calkiem naturalnie, tylko tutaj sila rzeczy nie bede umial patrzyc na to jak, odmawia sobie jedzenia bo musi zaplacic za wycieczke szkolna - w rezultacie pewnie bede wydawac pieniadze posrednio “na nie swoje dzieci” (to co pisze brzmi troche niezrecznie i dziwnie). Poza tym - ona nie chce podnosic alimentow, wydaje na rzeczy ktore uwazam sa niekonieczne i zbedne ale jezeli dzieci bardzo chca.. to robi wszystko zeby zaspokoic ich potrzeby. Ja tak nie potrafie - sa pewne priorytety na ktore planuje budzet a reszta to dodatki. Kolejna kwestia - czas. Ja chce spedzac go jak najwiecej z nia… nawet teraz kiedy widzimy sie raz na dlugi czas mam wrazenie, ze moglaby rozplanowac go bardziej dla nas jednak odnosze chwilami wrazenie, ze dla niej “czas dla nas rowna sie czas dla nas i dzieci”. Ostatnia noc przed wyjazdem - mam ochote wykorzystac czas maksymalnie i mysle sobie w glebi - fajnie jakby wyslala dzieci do babci… ale u niej wyglada to nieco inaczej. Kolejna kwestia dot. Czasu - kieds byla sytuacja ze partnerka musiala wstac wczesniej do pracy - wiec jak rozumiem w takie dni dzieci organizuja sobie sniadanie same - ona bez zadnego porozumienia, rozmowy mowi “wstaniesz rano i przyszykujesz sniadanie dzieciom”. Raz ze moga zrobic to same dwa to czas mojego urlopu i mam ochote odespac czas pracy a trzy… moze to nic wielkiego ale mam wrazenie ze takie podejscie moze “sie rozrosnac” i w kazdym wolnym czasie bede slyszec “zrob, zawiez, kup, musisz”. Ja osobiscie uwazam, ze najpierw powinno sie takie kwestie omawiac i szukac ewentualnie kompromisu - ja wlasciwie staram sie totalnie nie dzielic/narzucac swoich obowiazkow na kogos innego. Ostatnia rzecz - przepraszam i mam nadzieje, ze to nie problem, ze tak duzo pisze. Kocham podroze, chcialbym ulozyc zycie tak zeby moc czesciej robic sobie wolne i leciec gdzies pozwiedzac - najchetniej z nia ale nie ma tyle urlopu a dwa - nie bylbym w stanie finansowo tego udzwignac kilka razy w roku na dwoje - nie mowiac juz 4 bo wtedy musialbym zapomniec totalnie o jedynej wlasciwie rzeczy w zyciu ktora daje mi satysfakcje - nie umiem z nia o tym porozmawiac bo czuje, ze bylaby zawiedziona i wyniknalby z tego konflikt. Podsumowujac - kocham ja ale jednoczesnie w zwiazku z tym ze ma dzieci nie chcialbym rezygnowac ze swojego zycia ktore sobie zbudowalem w oparciu o moje potrzeby a ona chyba uwaza, ze “powinna mi narzucic jej realia bo tak wyglada zycie”.
Jak zachować równowagę w relacji i unikać nadmiernego poświęcania się?
Jak w relacji nie stawiać osoby ponad siebie i nie poświęcać się całkowicie na ślepo?
Dlaczego psychologowie, terapeuci i współczesna kultura tak często powtarza stwierdzenie, że: "kto wymaga szacunku, to go dostanie, kto go nie wymaga, nie dostanie go"?
Dlaczego psychologowie, terapeuci i współczesna kultura tak często powtarza stwierdzenie, że: "kto wymaga szacunku, to go dostanie, kto go nie wymaga, nie dostanie go" albo "jeśli samego siebie nie pokochasz, nikt cię nie pokocha"? Czyli jeśli ktoś nie szanuje siebie i ktoś wobec niego używa przemocy, to jest sam sobie winien, bo siebie nie szanował? prawo człowieka do szacunku jest przyrodzone i niezbywalne, nie można się go zrzec, dlatego zawsze winien jest przecież agresor, prawda? Czyli np. wielki pisarz Hemingway, który popełnił samobójstwo, a samobójstwo to chyba największy akt niemiłości własnej, nie zasługuje przez to na szacunek wobec swoich dzieł i twórczości, bo nie kochał siebie? Stał się przez to mniej wartościowym człowiekiem? a człowiek po zawodówce, który jest pewny siebie, ale ma pustą głowę i jest pusty w środku, będzie kochany przez świat? To absurdalne kryterium, samozadowolenie z siebie jest czysto subiektywne i wielu ludzi jest samozadowolonych, mimo że fakty świadczą przeciwko nim.
zdrada

Zdrada – przyczyny, skutki i jak sobie z nią radzić?

Zdrada to głębokie naruszenie zaufania w związku, występujące w formie fizycznej lub emocjonalnej. Powoduje trwałe rany psychiczne u obu partnerów. Analizujemy przyczyny zdrad, ich konsekwencje oraz metody odbudowy relacji po takim doświadczeniu.