Dzień dobry, przepraszam, że tak długo musiała Pani czekać na odpowiedź. Wygląda na to, że potrzebuje Pani profesjonalnego wsparcia, żeby poukładać sobie sprawy. Żeby to było możliwe, ważne byłoby zrozumienie siebie, swoich uczuć i potrzeb, rozeznanie się w tym, co w związku z mężem jest możliwe, a co nie, i na podstawie tych danych podjęcie decyzji czego Pani chce. Specjalista pomógłby również w ocenie tego, czy przypadkiem w Pani związku nie dochodzi do przemocy psychicznej, ponieważ niektóre z informacji, które Pani tu wniosła mogłyby o takiej świadczyć - wyzwiska, ograniczanie Pani kontaktu z ludźmi. Nie wiem, z jakiego miasta Pani jest, ale w każdej większej miejscowości funkcjonują poradnie zdrowia psychicznego, w większych miastach centra praw kobiet oferujące bezpłatną pomoc psychologiczną, fundacje wspierające kobiety również psychoterapeutycznie, jak i prawnie, gdyby np. zdecydowała się Pani na rozwód.
- Strona główna
- Forum
- kryzysy, zaburzenia lękowe, zaburzenia nastroju, związki i relacje
- Chyba nie umiem...
Wstecz
Chyba nie umiem sobie poradzić ze sobą, od lipca mój stan się polepsza i pogarsza i psychicznie i fizycznie, czuję ucisk w gardle, raz męczy mnie tydzień później mam chwilę spokoju i znów...
Wiki955
Hej , jestem Wiktoria chyba nie umiem sobie poradzić ze sobą , od lipca mój stan się polepsza i pogarsza i psychicznie i fizycznie czuje ucisk w gardle raz męczy mnie tydzień później mam chwilę spokoju i znów .. stresuje się jak gdzie muszę wyjść sama albo sama zostać w domu . Jestem w związku małżeńskim 3 lata mam 2 dzieci, nie jestem szczęśliwa ... Są dni kiedy było fajnie super ale odkąd urodziłam syna 3 lata temu oddaliliśmy się od siebie ja zaczelam po porodzie chorować . Zdiagnozowali u mnie guza tarczycy jestem już po wycięciu , później operacja zatok nieudana czeka mnie kolejna , zakrzepica żył po usuwaniu żylaków i w kółko coś . Po operacji tarczycy kiedy wróciłam do domu mój mąż się odemnie odsunął . Nie wiem co się stało nie chciał ze mną siedzieć , nie wspierał ,wolał wyjść z synem z domu i pisać smsy że mam sobie przemyśleć czy to ma sens od tamtej pory dużo razy słyszałam że mam się zastanowić , finalnie zostawałam . Mąż jest typem który ze mną walczy np. Nie mogę mieć koleżanek .. choć mam tylko 1 na dobrą sprawę która jest jak siostra od 8 lat i widzę się z nią raz w roku bo mieszka zagranicą.
Jest typem który wyzywa innych , obraża , przez to przyjaciółka nie była nawet na moim ślubie . Dusze się już w tej relacji ale boje się co by było gdybym odeszła. Moja córka jest autystyczna nie pracuje mam marne 2600 z tytułu rezygnacji z pracy co miesiąc plus 500+ nie dałabym rady chyba utrzymać dzieci , siebie i wynajętego mieszkania .
To nie jedyne problemy odkąd jestem z mężem raz mam raz nie mam kontaktu z byłym partnerem obydwoje nas do siebie ciągnie nasze rozstanie było przez głupotę ani on ani ja nie potrafimy o siebie zapomnieć ale razem też nie będziemy jestem pomiędzy przeszłością , tym co jest i tego czego się boje . Proszę powiedzcie co mam robić .
Ps.
Dodam że mam 25 lat , z mężem praktycznie nie uprawiamy seksu czasem ciągnie się to 2-3 mc wychodzę z inicjatywą coś zrobimy i znowu nic , jest mi już wstyd samej przed sobą bo śnie że go zdradzam .
Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?
Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!
Zapytaj asystenta AI
Asystent AI - anonimowo, bez logowania
Masz podobny problem? Asystent AI odpowie od razu i podpowie, do jakiego specjalisty się zgłosić.
Zadaj to samo pytanie
Asystent AI nie zastępuje psychologa ani pomocy w nagłych wypadkach.
NowośćTylko w aplikacji mobilnejTwoja sytuacja jest trochę inna?Opisz swoją sytuację na czacie w aplikacji TwójPsycholog, a specjalista odpowie do 24 godzin. Bez kamery i bez terminu, pakiety od 49 zł.Sprawdź, jak to działaZobacz podobne
Dlaczego psychologowie, terapeuci i współczesna kultura tak często powtarza stwierdzenie, że: "kto wymaga szacunku, to go dostanie, kto go nie wymaga, nie dostanie go"?
Dlaczego psychologowie, terapeuci i współczesna kultura tak często powtarza stwierdzenie, że: "kto wymaga szacunku, to go dostanie, kto go nie wymaga, nie dostanie go" albo "jeśli samego siebie nie pokochasz, nikt cię nie pokocha"? Czyli jeśli ktoś nie szanuje siebie i ktoś wobec niego używa przemocy, to jest sam sobie winien, bo siebie nie szanował? prawo człowieka do szacunku jest przyrodzone i niezbywalne, nie można się go zrzec, dlatego zawsze winien jest przecież agresor, prawda? Czyli np. wielki pisarz Hemingway, który popełnił samobójstwo, a samobójstwo to chyba największy akt niemiłości własnej, nie zasługuje przez to na szacunek wobec swoich dzieł i twórczości, bo nie kochał siebie? Stał się przez to mniej wartościowym człowiekiem? a człowiek po zawodówce, który jest pewny siebie, ale ma pustą głowę i jest pusty w środku, będzie kochany przez świat? To absurdalne kryterium, samozadowolenie z siebie jest czysto subiektywne i wielu ludzi jest samozadowolonych, mimo że fakty świadczą przeciwko nim.
1 odpowiedź
Do poprzedniego pytania - 5 klasa - wstydzę się swojej osoby.
Mam nadmierne poczucie wstydu. Wstydzę sie swojej osoby. Jak moge to zmienić?(to ja Helenka z 5 klasy,co wcześniej zadawała pytanie, ale zapomniałam dopisać)...
2 odpowiedzi
Chciałabym zakończyć relację z mężczyzną, który jest dziecinny, nie zarabia na siebie, nie ma między nami emocji, ja robię wszystko od rana do wieczora. Jednak boję się, że nie będę nigdy w lepszej sytuacji.
Nie mam z kim porozmawiać. Nie oczekuję, że ktoś to przeczyta. Nie znalazłam innego miejsca, gdzie mogę to napisać. Nie mam żadnych znajomych, koleżanek ani przyjaciółek. Mam faceta, mieszkamy razem. Z jego strony co prawda nigdy nie padło stwierdzenie, że jesteśmy parą/razem, ale wprowadził się do mojego mieszkania 10 lat temu i tak to trwa...
Z jego strony nigdy nie padło żadne stwierdzenie na temat wspólnej przyszłości, nigdy nie padło stwierdzenie o ślubie, nie wspominając o dzieciach, o planach na przyszłość. On takowych nie ma. Żyje sobie z dnia na dzień nie myśląc o jutrze. Nie myśli o posiadaniu swojego mieszkania (chodzi mi o to, że mieszka u mnie i dla niego to nie problem). On nie planuje zmiany mieszkania, abyśmy mieli wspólne czy większe. Jeździ moim samochodem, co dla niego nie jest problemem. W weekend ja samochód umyję, wyczyszczę. Ja zajmuję się wszystkim, organizuję dom (ja gotuję, pranie, sprzątanie, remonty, etc.). Poproszenie go o naprawę czegokolwiek oznacza tygodniowe zrzędzenie i oczywiście nie kiwnięcie nawet palcem w danej sprawie, po czym się kłócimy i znowu problem na moich barkach. Kilkukrotnie zaproponowałam, że miło byłoby, gdyby coś ugotował, ponieważ 7 dni w tygodniu gotuję ja. Zaśmiał się, że może mi zupkę chińską przynieść ze sklepu jak sobie wstawię wodę w czajniku i tak ze wszystkim. Próbowałam nie gotować, nie prać. To nie problem ... je bułki cały dzień i zapija je monsterami, a z kosza na ubrania wyjmie gacie i włoży na lewą stronę; w taki sposób po jakimś czasie zmusza mnie prania itd. Seksu brak od początku. Najpierw nie chciałam, później stwierdziłam, że jak się jest przed 40-stką, to warto spróbować. Nie udaje się, nie idzie. On jest zbyt, z jednej strony dziecinny, bo komentarze kilkunastoletniego dziecka stykają się z tym, że on nie wie co robi, przez co jest bolesny. Zwracałam uwagę; najpierw sugestią, potem mówiąc wprost. Bez efektu, za każdym razem to samo. Jemu trzeba mówić krok po kroku co ma robić, tylko, że to i tak bez skutku.. Za każdym razem zawód, dlatego ograniczam bliskość na raz do roku. Nic nie czuję, wszystko dzieje się poza mną. :( Ostatnio w trakcie stwierdziłam, że to nie ma sensu po tym jak zaczął na głos zastanawiać się jakiego burgera zje w Burger Kingu. Na nic skupienie czy wyobrażanie sobie w głownie różnych rzeczy skoro ani orgazmu ani nawet nuty emocji. Próbowałam kilku sposobów, by coś zmienić; ale nic a on nie docenia. Zazwyczaj komentuje w jakiś - wg niego - zabawny, lecz dziecinny sposób niemający wiele wspólnego z romantyzmem. Zachowuje się na chłopaczek nastoletni ciągle zawstydzony wszystkim. Nigdy nie mogę z nim porozmawiać poważnie o nas, o naszym związku, dlatego o seksie również nie będę próbować. Już widzę to zawstydzenie na twarzy i pytanie czy mamy słoik ogórków kiszonych, bo jak nie to on musi do sklepu:(
On w każdej poważnej sytuacji sobie żartuje, zmieniając temat, lekceważy co mówię lub manipuluje słowami i udaje, że nie rozumie. A ja chciałabym wiedzieć jaki jest mój status, czy osiągnęłam już wszystko co mogłam w tej relacji i byciem dla niego jedynie stancją i dzieleniem kosztów za lokum. Ja mam kredyt, spłacam sama. Wszystko co związane z mieszkaniem utrzymuję sama, on się nie dokłada. Gdy ktoś z rodziny pyta kłamię, że dzielimy koszty po połowie, bo mi wstyd. On dorzuca się 50% do jedzenia i czynszu za mieszkanie.
Przez kilka lat dużo pracowałam. Od poniedziałku do niedzieli po kilkanaście godzin dziennie, ponieważ nie osiągam wielkich dochodów i niestety mam niskie perspektywy zatrudnienia brałam każda godzinę pracy, myśląc o przyszłości. Ostatnio praca mnie omija, mam mało zleceń. Mniej zarabiam. Powiedziałam, że mam ograniczone środki finansowe, a on że "jestem silną niezależną kobietą poradzę sobie" (i zaczął się śmiać). Powiedział tak tylko dlatego, żebym nie próbowała "żyć na jego koszt".
Najczęściej spędzamy czas przed komputerami. Ja przed swoim, a on przed swoim. Nie chodzimy na miasto, nie wyjeżdżamy za miasto, nie chodzimy na spacery, nie mamy wspólnego zainteresowania. On ciągle leży i gra w gry na komputerze lub przegląda strony sportowe połączone z odsłuchiwaniem yt. Czasami doprowadza mnie do frustracji, krzyczę, wyzywam go, że to lub to trzeba zrobić. Po 30 minutach wyzywania i krzyczenia na cały blok wyniesie śmieci, ale sam nigdy :( Po takich sytuacjach zawsze czuję się podle; czuję się winna.
Winna... właśnie ... zawsze jestem winna. Jako, że on nie ma żadnych potrzeb i oczekiwań od życia a ja czasami chcę gdzieś pójść lub pojechać, to ponoszę win za wszystko co się wtedy wydarzy, od popsutych rogatek ("to Ty chciałaś jechać, to teraz cierp") po inne problemy.
Brakuje mi osoby, z którą mogłabym porozmawiać. Nie wiem czy powiedziałabym jej to co napisałam, ale zmieniłabym na kilka chwil otoczenie, wyszła z domu. Próbowałam szukać na fb i forach bratniej duszy, z którą można by się zaprzyjaźnić. Nie udało się. Po wymianie kilku wiadomości znajomość się kończy. Nie mam wielu hobby (o ile jakieś mam), nie umiem robić nic dobrze, raczej we wszystkim jestem słaba lub średnia). Nie umiem grać w gry planszowe, w karty, płynnie angielskiego, aby podróżować po odległych zakątkach (proponowano podróż do Indii - nie zgodziłam się; kontakt się urwał), nie chodzę na dyskoteki i stresuje mnie przebywanie w grupie, więc szybko odpadam jako potencjalna koleżanka. Chętnie się nauczę od kogoś grać w planszówki, ale nie mam od kogo. Nie mam również urlopu w pracy, po pracuję na umowy o dzieło /zlecenia (i moi klienci szybko znajdą kogoś innego na moje miejsce, więc nie ryzykuję utraty pracy). Owszem czasami gdzieś jadę za granicę, ale z pracą (online) i trochę zwiedzam, a trochę pracuję.
Chciałabym poznać kumpelkę, z którą mogłabym pogadać, pospacerować, czasami coś poprzymierzać w sklepach, skomentować, posłuchać o jej problemach i opowiedzieć o swoich. Kogoś z kim można spotkać się w realnym życiu. Kogoś, kto będzie powodem do wyjścia z domu. Nie mam pomysłu jak to zrobić.
Jestem na tyle aspołeczna, że nawet gdy zaczęłam chodzić na jakiś kurs nie umiałam się do nikogo odezwać, poza "cześć" na wejściu, nie umiałam się przebić. Oni zorganizowali się w paczkę, z którą spędzają czas, ja nie jestem zapraszana. Zawsze stoję obok, sama. To samo w każdym innym miejscu, zawsze czuję na sobie wzrok innych i uśmiech (niekoniecznie życzliwy).
Nie umiem podrywać facetów, nie jestem zbyt urodziwa, więc na nadmiar zainteresowania nigdy nie narzekałam.
Każde miejsce, w którym jest więcej niż jedna osoba powoduje mój dyskomfort, na tyle silny, ze np. wolę zapłacić karę niż pójść do jakiejś instytucji coś wyjaśnić itd. Wiem, że nie mam motywacji do żadnych działań. Szybko jestem zmęczona, często płaczę (bez powodu), stale myślę o smutnych rzeczach.
Wiele razy chciałam się rozstać. Trzy razy prosiłam go o to by się wyprowadził, bezskutecznie. Wydawało mi się, że gdy będę mówić spokojnie, bez podnoszenia tonu głosu i bez emocji to zrozumie, że ma się wyprowadzić, ale nie zrozumiał. Olał. Za każdym razem olał; wrócił do komputera i leżał. Po tym jak zapytałam kiedy się wyprowadzi stwierdził, że "przecież nie dzisiaj; należy się termin każdemu lokatorowi"... Ustalaliśmy ten termin i dalej nic. Po tym terminie zaczynał rozmawiać jakby nigdy nic. Momentami myślę, że mu moi rodzice płacą żeby ze mną mieszkał, bo nie wierzę, ze faceci tak mogą....
Mam świadomość, że jeśli kiedykolwiek usunęłabym go ze swojego życia, to na pewno nie zaangażuję się w żaden inny związek. Mam problem z seksem, a jednak dla facetów to ważne. Poza tym czuję silne zmęczenie, nie wyobrażam sobie, by ktoś ze mną mieszkał. Ale też wiem, że gdyby doszło do rozstania to moja rodzina obarczałaby mnie za to. Oni uważają, że chwyciłam Pana Boga za nogi i powinnam siedzieć cicho (on jest wykształconym człowiekiem, niestety zbyt dobrze znającym swoje prawa dlatego są problemy z eksmisją; umie też mną zaszantażować bo zna moje słabe punkty), poza tym jak raz człowiek złapał faceta, to nie można go zmieniać - takie opinie ma moja rodzina. Zdaję sobie sprawę, że musiałabym zerwać kontakty z rodzicami i ograniczyć z pozostałą częścią rodziny. Niestety, znam ich na tyle dobrze, że wiem jak by reagowali. Uważaliby, że to moja wina, że jestem głupia i nie nadaję się do niczego. Przechodzę dość częśto takie docinki, zazwyczaj nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością, ale jestem dobrym obiektem do śmiechu i żarów (nawet wśród rodziców) bo zawsze się gdzieś uderzę albo mam przygodę (nie z mojej winy).
Podsumowując, dzisiaj widział, że od rana mam gorszy nastrój (przyczynił się wczoraj), ale udaje że nic się nie stało. Siedzi w innym pokoju i klika myszką... Ani razu nie zapytał, nawet czy wszystko jest ok albo dlaczego płaczę... O nic. Wg niego jest fajnie, nic od niego nie chcę, nie przeszkadzam mu. Zamówiłam pizze na obiad, odebrałam więc wystarczyło tylko ułamać kawałek i super, bo o dziwo ułamał sam, nie prosił o podanie ...
2 odpowiedzi
Transplciowosc, lek przed tranzycja i grozba wyrzucenia z domu - jak poradzic sobie z kryzysem?
Witam, od pięciu lat wiem, że jestem transpłciowym chłopakiem. Wyznałem to rodzicom jeszcze przed dorosłością mimo, że wiedziałem, że zareagują źle. To był mój krzyk o pomoc, chorowałem wtedy na depresję. Teraz czuję się lepiej jeśli chodzi o mój stan psychiczny, ale mierze się z wielkim stresem i lękiem. Zrobiłem w tajemnicy opinie o transpłciowości. Dalej się nie pogodziłem z tym, że jestem trans, wstydzę się tego bardzo i traktuje to jako chorobę. Mam już leki (hormony), ale jeszcze nie zacząłem ich brać. Boję się tej wielkiej zmiany. Rodzice powiedzieli mi, że jak odkryją, że coś robię w kierunku tranzycji, to że mnie wyrzucą z domu. Bardzo się boję. Myślę że testosteron by mi znacznie pomógł jeśli chodzi o mój komfort z samym sobą, ale martwię się o relacje z rodzicami i dalszą częścią rodziny. Nie ma nikogo w mojej rodzinie na kogo mogę liczyć. Potrzebuje zacząć hormony, ale boje się, że skończę źle. Nie dostałem się na studia w tym roku. Niby mam pracę, ale jest typowo damska i jak zacznął się jakieś zmiany, to mogą mnie od razu wyrzucić. Więc jest bardzo niestabilnie. Mam jedną osobę mi bliską na którą mogę liczyć. Mogę się do niej udać gdy zostanę wyrzucony, ale nie mogę jej tak wykorzystywać. Gdybym stracił pracę to nie było by warunków do mieszkania razem. Proszę o pomoc. Nie wiem co zrobić. Czuję się taki słaby. Potrzebuje w końcu żyć dla siebie, czuć się jak ja. Widzę jak inni moi znajomi trans przechodzą tranzycje i czują się coraz lepiej, a ja dalej siedzę w miejscu. Chcę w końcu ruszyć, ale boję się, że będę w wielkim kryzysie.
9 odpowiedzi
Jak poradzić sobie z depresją, izolacją i traumą z przeszłości?
Właściwie to nie mam pytania bo nie ma żadnej odpowiedzi na moje bezsensowne życie. Zaraz będę mieć trzydzieści lat. Jestem DDA. Rodzice alkoholicy. Jestem najstarsza z rodzeństwa. Przez ostatnie pięć lat jestem na bezrobociu, mieszkam z rodzicami. Nie utrzymuje żadnych relacji. Tylko z kuzynką sporadycznie, ale rodzina chyba się nie liczy. Byłam ostatnio w psychiatryku, ale wszyscy wiemy jak działają takie instytucje albo i nie. Kiedyś byłam jedenaście lat temu w psychiatryku jako 19latka po próbie samobójczej. Nic szczególnego. Jestem taka żałosna, że zabić się nie umiem. Z tego co pamiętam to całe życie cierpiałam. Oprócz życia, które było piekłem, libacji alkoholowych, bicia przez matkę, czy molestowania przez wujka, psychiatryk był poważną traumą. Lekarze beznadziejni, nie podobało im się, że leki nie działają, dawali mi takie dawki, że ledwo stałam na nogach. Wiedziałam, że żeby wyjść musiałam wszystko stłumić cały ból. Potworne to było mam nadzieje, że nigdy już tego nie doświadczę. Ostatnio też byłam w psychiatryku, bałam się, ale skierował mnie lekarz przez myśli samobójcze, no i cóż... Lekarze byli mili, ale dosłownie testują na Tobie leki to jest jak rulettka co Ci wpakują. Cierpiałam trzy tygodnie, obiecałam, że jak wyjdę to się zabije, pomijając to, że mam zaburzenia osobowości schizoidalne to ludzie, szpitale mnie stresują no było ciężko. To długa historia wcześniej miałam ataki paniki. No nie ja pierwsza i nie ja ostatnia ma beznadziejne życie i tylko cierpi. Nauczyłam się, że lepiej tłumić wszystko w sobie w szpitalu jak miałam 19 lat ukarali mnie za płacz. Od tamtej pory nie umiem płakać. Rodzice też tak reagowali na moje emocje czy odczucia. Nie jestem w stanie okazać łez przy kimś obcym, boje się lekarzy itd... Doświadczyłam też tam molestowania. No nie ważne nie będę wszystkiego opowiadać. Drugi raz hospitalizowana no cóż... nie pomogli mi. Znowu kłamałam bo widziałam, że nie ma wyjścia. Mówiłam im, że się źle czuje, ledwo mogłam mówić, a oni napisali, że byłam bierno-agresywna, wpierw wstępnie chcieli mi przypisać osobowość schizotypową, a faszerowali mnie takimi silnymi lekami. Źle mnie zdiagnozowali i zepsuli moje leczenie tak powiedział mój psychiatra, który mnie tam wysłał. Chodzi o to, że mam depresje, a nie nerwicowe zaburzenia depresyjne i lękowe. Zresztą za to nie ma renty, o którą muszę się starać bo nie mam żadnych pieniędzy na leki. Oczywiście mama mi pomaga, ale... Zawsze mnie nienawidziła, zwłaszcza była szczera kiedy piła. Moi bracia mieli lepiej z nią, chociaż nie powiem jesteśmy patologiczną rodziną, a jeden z moich braci obecnie siedzi w więzieniu. Mieszkam na wsi, nie mam kasy ciężko jest o leczenie czy dojazdy dokądś. W pobliżu znalazła się psycholog na nfz (tam gdzie psychiatra w poradni), wizyty są raz w tygodniu i nie zawsze. Psycholog jest starsza ode mnie o rok, ale czuje się przy niej jak dziecko. Jestem dużym dzieckiem. Jakieś relacje bliskie z ludźmi nie wchodzą w grę ostatnio nie mogłam opanować ataku paniki przy ginekologu bo musiałam iść w sprawię anemii po prostu trzęsło się całe moje ciało i nie mogłam złapać tchu. Przy leczeniu doświadczyłam stanu takich, że... Uważałam, że nie pasuje do tej rzeczywistości i powinnam się zabić. Ogólnie mój psychiatra skierował mnie na swój oddział na psychosomatykę ale wpisał mi depresja umiarkowana i musiałam na izbie skłamać, że nie chce się zabić bo by mnie skierowali na psychiatryk. No i termin mam na luty, ale pewnie zadzwonią wcześniej. Ogólnie gdyby po wyjściu z psychiatryka od razu mnie nie przejrzał bo zobaczył mnie jak ze mną jest źle to bym spróbowała w końcu się normalnie zabić. Po prostu skoczyłabym z mostu, specjalnie pojechałabym do stolicy i to zrobiła. No, ale jestem, nie chce mu problemów robić czy coś. Nie pracuje bo w jedynej pracy do której chodziłam zaczęłam mieć przez nią myśli samobójcze, czasami jak się coś dzieje w domu mam taki impuls, i myśli "zabij się". Szukałam kiedyś pomocy, miałam oszczędności ale już nie mam ani ich, ani nadziei ani niczego. Stresuje się tym szpitalem, ale będzie od doświadczeniem "przetrwania" w nowym miejscu, a kiedy wyjdę znowu będzie to samo. Lekarz myśli, że mi da tabletki i mi minie. Co minie? Traumy, lęki, chęć zabicia się, zmęczenie, bezsens mojej egzystencji. Nie mam żadnego celu tylko zostało mi przetrwać. Wszyscy i tak kiedyś umrzemy może musze poczekać, ale czy dam radę? Nie wiem. Zawsze postrzegałam świat w dziwny sposób, wszystko było zbyt intensywne, bolesne, rozrywające od środka i musiałam to tłumić. Nie chce istnieć. Doświadczać tego podłego życia, jestem zbyt wrażliwa, zbyt pokręcona, chciałabym, żeby to się skończyło, ale trwam w tym stanie zawieszenia. Nie ma tabletek na sens, cel, czy na cierpienie. Nie mogę nic z tym zrobić. Wszystko kosztuje mnie tyle energii, że wolałabym się zabić. Dlatego lepiej nic nie robić. W końcu nie można odebrać sobie życie bo wtedy uważają, że jesteś chory i wsadzą Cię do psychiatryka, gdzie będą eksperymentować na Tobie. Żeby nie było jestem pod opieką psychiatry, mam ten termin do szpitala, ale nic to nie zmieni w moim życiu. Może mam depresje lekodporną. Może potrzebuje terapii. Może potrzebuje więcej rozmów z psychologiem niż raz na tydzień. No, ale jestem biedna, nie mam jak dojeżdżać, nie mam żadnych perspektyw. Nie ja pierwsza i nie ja ostatnia, prawda? Dla systemu tacy jak ja jesteśmy zwykłymi śmieciami, tego dowiedziałam się w psychiatryku jako 19 latka, gdzie lekarze, którzy mieli leczyć znęcali się psychicznie nade mną, bo oni mieli władzę, tak jak byłam mała władzę mieli nade mną alkoholicy i nie można było się sprzeciwić bo zostanie się ukaranym. Słabo sobie radzę z życiem. Często się porównywałam do innych kiedyś. Nie będę nigdy mieć domu, męża, dzieci, prawo jazdy, nie wiem czego jeszcze pracy. Pewnie skończę jako bezdomna jak rodzice umrą, albo się zabije. Nie wiem czy chciałabym mieć męża i dzieci, ale fajnie było by umieć jeździć autem, albo mieć kogoś z kim można byłoby stworzyć dobrą relacje i mieć swój własny kąt, ale to marzenia dziecka, którym jestem. Nie mam już siły do niczego. Patrzę na zegar jak jestem coraz starsza, patrzę jak upływają minuta za minutą, czasami nie mogę tego znieść ile jeszcze? Jak długo będę tkwić w tym cierpieniu... Jestem zepsuta, niedostosowana, zapomniałam dodać, że mam nie wiem jak to się nazywa, ale jak ktoś mówi o smutnych rzeczach, albo ja opowiadam o swoim gównianym życiu to się śmieje, afekt niedostosowania chyba. I jakieś zaburzenia emocjonalno- decyzyjne. To tyle, przepraszam za chaotyczny tekst, ale nie chciało mi się go układać w jakimś porządku. Jest jak moje życie, nie chce mi się tego składać. Już dość. Nie wiem czy jest sens, żeby ktokolwiek mi na ten tekst odpowiedział. W końcu nie zadałam żadnego pytania. Tylko w skrócie opowiedziałam jak jest beznadziejnie być mną.
3 odpowiedzi
Partner ani razu nie zadzwonił do mnie i syna, gdy byliśmy na wyjeździe. Cieszył się, że wyjeżdżam i powiedział, że mogę wracać, kiedy mi się chce.
Witam . Jestem z synem na wakacjach. Mój partner od czasu mojego wyjazdu ani razu do mnie nie zadzwonił, nie zapytał o syna jak się czuje i jak mu jest na wakacjach nic zero. Przed wyjazdem bardzo się cieszył, że jadę tak jakby nie mógł się tego doczekać aż wyjadę . Cztery razy pytał się mnie kiedy wracam . To tak wyglądało jakby chciał się upewnić, ponieważ zapewnie miał coś zaplanowane, a żebym go nie nakryła dlatego zapytał kiedy wracam, by swój plan zakończyć w dzień przyjazdu . Ale wracając do tematu opisanego tuż na początku. Przed wyjazdem wspomniałam partnerowi, że jeśli będzie chciał porozmawiać to niech dzwoni w każdej chwili. Powiedział, że to ja mam do niego dzwonić, on dzwonić nie będzie, bo nie chce przeszkadzać. Jak wspomniałam wcześniej .Oczywiście dla mnie to bujda na resorach i kolejne jego kłamstwo, bo kiedyś mieszkałam u rodziców i dzwonił normalnie, nawet rozmawialiśmy po 8h dziennie i jakoś mu to nie przeszkadzało, że mieszkam z rodzicami, a teraz nagle stwierdził, że nie będzie dzwonił, bo nie chce przeszkadzać. Ja rozumiem, że jestem mu obojętna , bo po ostatniej rozmowie telefonicznej właśnie tak to brzmiało, ale żeby nie zadzwonić i nie zapytać o syna to już kpina. I on twierdzi, że w jego uczuciach do mnie nic się nie zmieniło. Jasne. Ja to widzę inaczej niż on. Jeśli ktoś naprawdę kocha to nie będzie szukał wymówek, żeby nie zadzwonić. Jeśli komuś zależy na rodzinie, to zawsze znajdzie czas by zadzwonić i zapytać jak leci nawet na 5 minut. Od czasu wyjazdu to ja ciągle dzwonię, a jemu nawet 15 minut szkoda na to by zapytać jak się dziecko czuje, ponieważ się ciekawsze zajęcia niż zapytanie o dziecko. Jestem na niego wściekła. Po ostatnim moim telefonie do niego tylko poczułam gorzki smak w ustach kiedy zapytałam jak sobie radzi to powiedział cytuje,, świetnie sobie radzę a prosić Cie nie będę, żebyś wróciła, możesz siedzieć ile chcesz możesz wracać. nie wracać jak chcesz,, Po rozmowie napisałam mu smsa, ponieważ nie miałam ochoty rozmawiać z nim przez telefon cytuje,, jest mi bardzo przykro z tego co powiedziałeś na koniec rozmowy. Widać, że Twoja miłość została zastąpiona obojętnością. Dziękuję za szczerość,, po czym tydzień już z nim nie rozmawiam. W piątek napisałam mu tylko smsa, że zadzwonię w sobotę, czyli dziś i to wszystko. Szczerze ręce mi się pocą jak mam do jego dzwonić czy przypadkiem nasza rozmowa nie skończy się kolejny raz takim ekscesem, jaki miał miejsce tydzień temu. Ja wszystko rozumiem, ale żeby nie zadzwonić i nie zapytać chociażby o syna jak się czuje czy zdrowy jak spędza wakacje. Normalny mężczyzna, który troszczy się o swoją rodzinę i zależy mu na niej zadzwoniłby i zapytał czy wszystko jest w porządku, a tutaj nie ma nic, żadnego zainteresowania. Jeśli miałabym opisać w kilku słowach to co teraz czuję i to co czułam po rozmowie z nim, to byłoby to smutek, złość, niedowierzanie i niepewność relacji. Czuję, że coś jest nie tak. Mam obawy co do związku. Boję się nawet mu wspomnieć o tym co czuje, ponieważ powie, że przesadzam, że coś mi się wydaje, a co gorsza może dojść do kłótni, jak kiedyś kiedy zaczęłam wspominać mu o moich odczuciach.
2 odpowiedzi
Materiały wspierające
Warto przeczytać
Sprawdź też

Asertywność – jak ją rozwijać i dlaczego jest ważna?
Asertywność może odmienić Twoje życie. Poznaj techniki, które pomogą Ci budować zdrowe relacje, chronić się przed mobbingiem i wyrażać potrzeby. Dowiedz się, jak stać się bardziej asertywnym i cieszyć się lepszą jakością życia osobistego i zawodowego.













