Aplikacja TwójPsycholog — wsparcie, które masz zawsze pod ręką

📲 Pobierz aplikację i zadbaj o siebie na własnych zasadach

Dostępne w Google PlayPobierz w App Store
Left ArrowWstecz

Mam obecnie problem w związku.

Dzień dobry. Zwracam się z prośbą o pomoc, a mianowicie też o jakieś wyjaśnienie, podpowiedź. Mam obecnie problem w związku. Od niecałych dwóch lat jestem związany z partnerką, z którą jest mi cudownie, nadmienię tylko, iż zawodowo jest psychologiem, psychoterapeutą (leczenie zaburzeń osobowości, zaburzenia lękowe, Borderline, Depresja) pracuje metodą psychoterapii psychodynamicznej. Oboje mamy po 40 lat także doświadczona moja Kochana Terapeutka. Jak się poznaliśmy to zaiskrzyło na momencie, od razu wyczułem, gdzie pracuje (psycholodzy nie są mi obcy, mam siostrę też psycholog). Ale wiadomo nie może być za łatwo w życiu to i tym razem też tak jest, mieszkamy od siebie 180 kilometrów. Jak się poznaliśmy, ja byłem świeżo po rozstaniu (około 6 miesięcy) z żoną, która mnie zostawiła. Ona również jest po przejściach tylko już jakiś czas temu. Oboje mamy dzieci i wszystko i niby ok. Od samego początku czułem się przy niej tak, jakbym znał ją od dawna i Ona również ze mną czuła podobnie. Problemy zaczęły się w momencie, jak moja była żona zmieniła się nie do poznania (chodzi o zachowanie, zmiana osobowości). Dzieci mieszkały z nią, bo wydawało mi się to po prostu normalne, jak człowiek się rozwodzi (nadmienię tylko, że nie z mojej winy pojawił się po prostu ktoś inny na jej drodze). Kontakt z dziećmi miałem cały czas, przychodziły do mnie, jak remontowałem nowe mieszkanie. Nie będę opowiadał dokładnie, co było dalej, powiem tylko tyle, iż dzieci mieszkają ze mną. Zmiana osobowości ich mamy była tak drastyczna, iż zaczęło dochodzić w starym domu do znęcania psychicznego nad starszym synem. Zabrałem go do siebie, a tak naprawdę to On sam prosił, żebym mu pomógł i zabrał stamtąd. Młodszy z kolei deklarował już wcześniej, że chce mieszkać ze mną. Ja nie miałem pojęcia, że przechodzą tam piekło, bo bali mi się powiedzieć, a widywaliśmy się praktycznie w tygodniu codziennie. Mam takie osobiste spostrzeżenie, że wszystko zaczęło między nami się delikatnie nie tyle, co psuć, ale paskudzić jak starszy syn się do mnie wprowadził. Już nie mogłem być na zawołanie, a z kolei Ona zaczęła nazywać to tak, że potrzebuje oparcia, stabilizacji, bo tak wygląda normalny związek, częste kłótnie właśnie przez to. No i dobrze wiemy, że wykład od psychologa to nie jest łatwa sprawa, bo to jest cała analiza sytuacji, problemów itd. Mi osobiście to w ogóle nie przeszkadza, ale wiadomo, że zaczęło się, że widzę tylko siebie, jestem skupiony na sobie, dzieciach i nie ma przestrzeni na związek. Mamy wspólny jakiś pomysł na życie, przeprowadzkę do niej, tylko na razie muszę zakończyć stary etap i Ona niestety nie wytrzymuje ciśnienia. Wiele mi pokazała, że czasami ma racje, bardzo często zarzuca mi, że nie czuje we mnie wsparcia, choć ja uważam inaczej. Robię, co mogę i jestem przy niej, jeśli tylko mogę. Staram się pomagać w każdej dziedzinie, w jakiej ma problem na tyle ile można. Tylko dla niej to za mało. W trakcie tych wszystkich kłopotów i żeby ratować swoje dzieci odpuściłem trochę firmę, co oczywiście się odbiło. Wiadomo wszystko, co przeszedłem do tej pory ze swoim rozwodem, też zostawiło ślad, psychicznie mnie to wykańcza, a problemów zaczęło przybywać. Pojawiły się długi w firmie i zacząłem mieć załamkę. Oczywiście mój osobisty psycholog wysłał mnie na terapie i do psychiatry, bo zaczęły się stany lękowo depresyjne. Impulsywność, jaką posiada, zaczęła doprowadzać do tego, że co jakiś czas rozstawaliśmy się (no może nie za moją zgodą) tylko po prostu cały czas jest brak stabilności w związku, Ona potrzebuje oparcia na co dzień. Wzajemna miłość nas utrzymuje w tych kłótniach. Ja po drodze miałem parę razy tzw. zjazd depresyjny (spałem 2-3 dni). Problemy, jakie mi się pojawiły, zaczęły mnie dobijać i zacząłem być nerwowy, czasami nieprzyjemny. Najbardziej dotknęły mnie problemy finansowe, o których nie chciałem z Nią rozmawiać, bo sprawiało mi to wielką trudność i taki wstyd, brak poczucia męskości, czego nie może zrozumieć. Bo podejście psychologa rozmowa jest najważniejsza w związku, zgodzę się, ale dla mnie to było takie upokarzające, że mam kłopoty finansowe i ma jeszcze opowiadać o nich swojej Kochanej Kobiecie. Może tak trzeba było zrobić, ale nie umiałem. Kłótnie, jakie powstawały były zarzucane w moją stronę, bo najładniejszy psychologiczny zwrot mój ulubiony "to jak się wczoraj zachowałem i co Ci powiedziałam w złości, to jest reakcja na to, jak się ostatnio zachowujesz w stosunku do mnie i taki ma na mnie wpływ". I to też wiem, jak nazwać, bo żyje z psychologiem "Projekcja". Ale to nie działa tak, jak mi się wydaje, ponieważ ja robię coś źle i jest wykład jak w gabinecie, a Ona jak to zrobi to samo, po jakimś czasie to nie przyzna mi racji, tylko skuteczna technika wyszkolona przez wiele lat "to nie jest to samo bo...." Proszę, aby nikt nie zrozumiał mnie źle, że pokazuje obraz psychologa w jakimś złym świetle. Moja siostra psycholog robi to samo, nie dać dojść do słowa, a gadać. Wszystkich psychologów, jakich znam są gadułami, z ADHD, nie usiedzą na miejscu, w towarzystwie lubiani, ale życie prywatne niestety rozwalone. Pomagają innym, tylko nie wiem, czemu nie chcą widzieć swoich błędów, że też popełniają przecież to normalne, bo są tylko ludźmi. Ja oczywiście nie jestem święty, przyznaje, że często widzi to, czego nie widzą inni i ma racje. Potrafi na momencie po rozmowie z nową osobą zanalizować ja i się praktycznie nie myli. Psychologiem nie zostaje byle kto, to tego trzeba się nadawać i trochę tych szkół skończyć. Ja również chodziłem na terapię, po jakimś czasie przerwałem, ale nie dlatego, że stwierdziłem, że już ok. Absolutnie widzę, że mam problem, bo tak się nie zachowywałem, często mam kryzysy, bo tych kłopotów zebrało się masę. Przerwałem, bo nie miałem za co chodzić po prostu, a Jej wstydziłem się do tego przyznać. Facet traci poczucie męskości, jak ma takie problemy, że czasami musiałem coś wymyślić, bo nie miałem za co do niej jechać i to mnie dobijało. Walczy ze mną o te rozmowy, a ja z kolei nie jestem w tym łatwy, bo uważam, że nie chcę jej martwić swoimi problemami, i słyszę, że nie nadaje się do związku, bo w byciu razem o problemach się rozmawia. Proszę ją często, żeby z nas nie rezygnowała i wytrzymała jeszcze trochę, co prawda do tej jej złości czasami dokładam, ja jak potrafię właśnie położyć się i przespać dwa dni, bo to jest taka ucieczka od problemów dla mnie, a wiem, że mam problem i jestem chory. Chodzę również do psychiatry, bo mój osobisty terapeuta mi nie odpuszcza i może dobrze czasami przeciągam wizyty, bo nie mam kasy. Walczymy ze sobą o to ostatnio strasznie, Ona chce, żebym regularnie się leczył (ja o tym wiem, ale za co?) i powstają kłótnie. Złości się często przeze mnie, bo mam jeszcze niezamkniętą przeszłość. Co chwilę słyszę, że jej nie wspieram w trudnych dla niej chwilach (co uważam, że przesadza), bo gdy miała badanie rezonansem głowy i było podejrzenie, byłem ciągle z nią i wspierałem, w tygodniu telefonicznie, w weekendy przy niej, czy jak dzieci chorowały, tylko Ona na momencie zapomina i widzi tylko tę chwilę, o którą się kłócimy i tamtych nie pamięta. Też ją proszę, żeby mi pomogła swoją obecnością przy moim problemie to słyszę, że nie może mnie niańczyć, co mnie boli. Wiele we mnie na pewno wyćwiczyła i pokazała, że można inaczej. Ostatnio wróciłem na terapie (nie koniecznie finansowo jest już ok, ale już niedługo) zrobiłem to Dla niej, bo ja Kocham i nie chce, żeby przeze mnie cierpiała. Z terapeutką oczywiście doszedłem do decyzji jednej, że ma racje co do bycia w związku i rozmowy o problemach a dokładnie moich długach (bo nie chciałem powiedzieć dokładnie ile). Przełamałem się i w ten weekend powiedziałem wszystko, bo wiem, że tego oczekiwała i wiele mnie to kosztowało wewnętrznie, żeby powiedzieć kobiecie, z którą się jest, ile ma się długu przez ostatnie sytuacje. Wszystko było ok, ale w poniedziałek miałem swoje dwa dni. Rozmowa była ciężka, przeprosiłem, nie wiem, czemu tak wyszło, bo nic na to nie wskazywało w ostatnich dniach, że może mi się przytrafić, próbowałem załagodzić. Na drugi dzień oznajmiła, że mam się ogarnąć, uporządkować swoje życie i zdrowie i wtedy do niej się odezwać, bo ona na tym etapie nie chce tego kontynuować. Prosiłem, żeby mi pomogła, bo wiem, że mam problem, to usłyszałem, że Ona więcej pomóc mi nie może i mam się wyleczyć i dopiero skontaktować. Na sam koniec powiem tak nie gadamy około trzech dni, a ja czuje się strasznie, jeszcze nikt mnie tak nie potraktował zimno, jeśli chodzi o osoby, które się Kocha, jest mi bardzo przykro, jak mnie potraktowała na koniec, bo nie byłem w barze z kolegami, tylko ona wie, z czym jest problem i mnie zostawi w chorobie. Ja jak miała gorączkę i nie przyjechałem w sobotę tylko w niedziele, musiałem słuchać, że nie dbam o nią, bo jest sama w takim stanie. A najbardziej czuje się zdeptany, że parę dni wcześniej przełamałem wszystko w sobie i powiedziałem o szczegółach swoich problemów finansowych i nie wiem czemu, mam jakieś przeczucie, że to mogło być główną przyczyną jej decyzji, bankrut u boku. Zastanawiam się tylko właśnie nad jednym, że osoba, którą Kocham, prowadzi terapię, pomaga ludziom, zostawia mnie w chorobie i problemach i każę zadzwonić, jak się z tym uporam. O co tu chodzi??? To jakaś nowa technika w psychologii???? Proszę przeczytajcie to chociaż i spójrzcie na to jakoś i pomóżcie. Ja nie chcę, żeby ktoś myślał, że oczekuje, że macie zjechać psychoterapeutkę, nie, pomóżcie mi zrozumieć, co ja robię aż tak źle, że Kochająca osoba opuszcza Cię w momencie, gdzie jej potrzebujesz. Dziękuję.
Daria Kamińska

Daria Kamińska

Dzień dobry,

na początku chciałabym Pana uwrażliwić na to, że to, co Pan obecnie przeżywa jest naturalną i zdrową reakcją na trudną sytuację, w której się Pan znalazł. Doświadcza Pan straty, a reakcje na stratę różnią się mocno u poszczególnych osób. To, co jest również ważne, to, że szuka Pan rozwiązań dla sytuacji, która jest dla Pana ważna i trudna jednocześnie. To dobrze, bo jest pierwszym (potencjalnym) krokiem do zmiany. 

Jedną z przyczyn, dla których nie jesteśmy w stanie się dogadać w relacjach, jest fakt, że nie potrafimy określić naszych potrzeb i mówić o nich. Bywa też, że kiedy ktoś czuje się opuszczony czy odrzucony, bo inny czegoś nie robi, siła tych odczuć jest tak duża, że nie ma opcji, by zastanowić się nad intencjami drugiej strony, zobaczyć inny punkt widzenia, by odpuścić i uznać, że pewne rzeczy mogą się nie zmienić. Bywa też, że kiedy ktoś czuje się opuszczony czy odrzucony, bo inny czegoś nie robi, siła tych odczuć jest tak duża, że nie ma opcji, by zastanowić się nad intencjami drugiej strony, zobaczyć inny punkt widzenia, by odpuścić i uznać, że pewne rzeczy mogą się nie zmienić. Pojawia się niechęć do szukania tego, jak ja współtworzę to, co przyczynia się do powstania zapalników, bo całą winę obsadzam w drugiej osobie, a w związku problemem jest problem, a nie jedna czy druga osoba. Zastanawiam się, na ile to może być coś, co dotyczy Pana i byłej partnerki.

Warto badać, na jakie moje potrzeby odpowiada dane działanie w relacji, czy to jest OK dla obu stron, jak może być inaczej. Może Pan samodzielnie dokształcić się np. w Porozumieniu Bez Przemocy (NVC), by lepiej rozumieć i wyrażać swoje potrzeby, ale też polecam bardzo bezpłatne materiały od terapeutki par, Marity Woźny (np. webinar poświęcony oczekiwaniom), które mogą rzucić nowe światło na Państwa relację:

Link

Warto też rozważyć przyjrzenie się temu, co się dzieje między Państwem we współpracy ze specjalistą, jeśli tylko będą mieli Państwo na to przestrzeń.

Pozdrawiam serdecznie,

Daria Kamińska

Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?

Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!

TwójPsycholog

TwójPsycholog

Dzień dobry, widać, że bardzo przeżywa Pan tę sytuację, chciałby ja poukładać w głowie, zrozumieć, a to z kolei chyba sposób na poradzenie sobie z bardzo trudnymi uczuciami. Fakt, że ma Pan swoją terapię i opiekę lekarza psychiatry (czy bierze Pan leki?) wydaje się być najlepszym rozwiązaniem: leczenie psychiatryczne pomoże poradzić sobie ze stanem obniżonego nastroju i napędu, z brakiem siły i motywacji do działania, a psychoterapia z kolei może posłużyć rozumieniu sposobów reagowania w wielu sytuacjach, mechanizmów funkcjonowania w relacji oraz pozwoli zająć się uczuciami, które obecnie Pan przeżywa. Niestety leczenie to proces i rozumiem frustrację wynikającą z tego, że jego efektów nie widać od razu, podczas gdy Panu w tej chwili tak bardzo brakuje wsparcia partnerki. Wygląda na to, że potrzebuje Pan zająć się sobą i stanąć na nogi - nie dlatego, że partnerka tego oczekuje i że to jest jakiś jej warunek - ale dla samego siebie, dlatego, że ma Pan za sobą wiele trudnych doświadczeń (zdrada, rozwód, kłopoty z dziećmi) i opisuje Pan, jak jest mu trudno. Dodatkowo rozumiem, że ma Pan pod opieką dzieci, które też Pana potrzebują. 
Trudno tu analizować uczucia i motywacje Pana partnerki, dlatego najlepszym wydaje mi się kierunek zadbania o siebie na wielu płaszczyznach życia. Pozdrawiam 

dobrostan

Darmowy test na dobrostan psychiczny (WHO-5)

Zobacz podobne

Czy można przezwyciężyć kryzys, kiedy sprawcą napaści molestowania jest psycholog/psychoterapeuta?
Czy można przezwyciężyć kryzys, kiedy sprawcą napaści molestowania jest psycholog/psychoterapeuta? Jak sobie z tym poradzić?
Konflikt z żoną i wychowanie pasierbicy: jak przywrócić harmonię w rodzinie?

Poniżanie żony przed pasierbicą

Poznałem moją obecną żonę 11 lat temu. Ma dwójkę dzieci – syna niepełnosprawnego i córkę, która ma obecnie 14 lat. Początkowo wszystko dobrze się układało. Pasierbica mnie zaakceptowała, mówi do mnie „tato”. Syn, mimo że nie jest moim biologicznym dzieckiem, to moje oczko w głowie.

Od kilku lat pojawił się jednak problem z żoną, nie z pasierbicą. Chodzi o wychowanie nastolatki. Żona ciągle ją faworyzuje, na wszystko pozwala i nie liczy się z moim zdaniem. Nawet jeśli coś uzgodnimy, i tak postępuje tak, żeby córce było dobrze. Byliśmy nawet u psychologa po poradę i wyszło na moim.

Ostatnio ustaliliśmy, że zgodzimy się na kolczyk w nosie, ale pod warunkiem, że córka pięć razy skosi trawnik – żeby uczyła się, że nic nie ma za darmo. Niestety, już po pierwszym razie doszło do kłótni, bo nie wykonała zadania, a kolczyk i tak już zrobiła. Tym razem powiedziałem, że nie odpuszczę. Zostałem za to tak zwyzywany, że głowa boli.

Zawsze wygląda to tak samo – ja nigdy nie mam racji, musi być tak, jak żona chce. Wyciąga wszystkie brudy, wciąga całą rodzinę, byle tylko nie przyznać, że się myli. Od tygodnia naprawdę myślę o rozstaniu, bo tak po prostu nie da się żyć.

Czuję się we własnym domu jak niewolnik – gdy mam coś dać, jestem „tatą”, a gdy czegoś wymagam, to nagle staję się najgorszym ojczymem na świecie.

Proszę o poradę, co można zrobić w takiej sytuacji.

Jestem z narzeczoną, która, uważam, że jest ofiarą parentyfikacji.
Jestem z narzeczoną, która, uważam, że jest ofiarą parentyfikacji. Mieszka osobno, ale jest emocjonalnie uwiązana z rodziną, szczególnie mamą, która mąż zostawił, gdy moja partnerka była nastolatką. Kupiłem dom, proponowałem oglądanie poprzednich, ale nie była zainteresowana. Ona nie dokłada się, nie musi dać nawet złotówki na zakup i remont. Nie bierze też w tym fizycznego udziału. Ale wymyśla wiele pomysłów niepraktycznych i znów nie słucha argumentów. Pokazuje tak, jak powiedziała, że nie pasuje jej ten dom już ze względu na to, że znajduje się on w moich stronach. Od tamtej pory zaczęło się wszystko sypać. Dziś nie rozmawiamy już 15dni. Przed milczeniem zaczęło się negowanie wszystkiego, bunt, walka i odrzucenie. Nie dało się rozmawiać, argumenty nie trafiały. Do tego urąganie zasłaniane, że to żart. Ostatecznie zaproponowana terapia skutkowała obrazą majestatu i ciszą. Partnerka mówi, że nie chce dzieci i jest to jej świadoma decyzja, ale ewidentnie widzę po niej panikę, wiele leków o których nie możemy porozmawiać, bo ona nie chce. Mieszka sama w wynajmowanym mieszkaniu i pracuje, a proponowała zamieszkanie na próbę. Ja chcę ją ściągnąć na stałe do siebie, szczególnie, że mam dużo lepsze warunki mieszkalne i zarobkowe. Jak to naprawić czy w ogóle się da, i czy jest sens. Jak powrócić do rozmów, by nie dać złudnego poczucia wygranej. I jak namówić taką osobę na terapię. Nie widzę innej opcji, by cokolwiek się zmieniło i nie mam już pomysłów.
Zostałem odrzucony przez kogoś, kogo nadal kocham. Przez to odrzucenie czuję wrogość i złość
Dzień dobry. Zostałem odrzucony przez kogoś, kogo nadal kocham. Przez to odrzucenie czuję wrogość i złość oraz niesprawiedliwość do otaczającego mnie świata oraz ludzi. Chciałbym, żeby było tak, jak przed zakochaniem - byłem wtedy spokojny, miły do ludzi i lubiłem ludzi oraz świat/swoje życie. W jaki sposób powrócić do tego, co było przed nieszczęśliwym zakochaniem? Dziękuję za każdą sugestię.
Jak poradzić sobie z utratą rodziny i niesprawiedliwością sądową? Historia mężczyzny w kryzysie
Nie wiem czy jestem chory, walczę każdego dnia by żyć, patrzę każdego dnia na rodziny , każdego dnia w nocy proszę bym się już nie obudził, żyje w koszmarem który mi się przydarzył, miałem rodzinę miałem dom miałem cudowne życie, pomimo że nie bywało mnie w domu ponieważ pracowałem 4 tygodnie po za domem a tydzień nie cały w domu miałem żonę i dzieci dbałem o nich jak umiałem oddawałabym im wszystko, nie mogłem zawsze się doczekać kiedy przyjadę, moje najmłodsze 8 letnie dziecko wypatrywało mnie przez okno, pewnego dnia nie zastałem w domu nikogo, zastanawiałem się co się stało, wiem że aż pełne trzy dni nie spałem, każdego dnia płakałem miałem sine oczy ludzie widząc moją osobę pytali się czy wszystko wporządku, przed ostatnim wyjazdem przeczuwałem że coś się stanie dziwnie się zachowywała żona i najstarszy syn, było coś nie tak, po powrocie nie zastałem nikogo, dom był spustoszały, tego po dzień dzisiejszy nie mogę zapomnieć, nie interesowało mnie że wszystko wyniesiono ale że nie ma łyżeczką mojego najmłodszego syna, zajęłam się pracą bo nie wiedziałem co robić nie mogłem usiedzieć i przebywać w tym pustym domu, jeździłem i szukałem dzieci , zniknęła również mieszkająca obok rodzina. Wyjechałem po tygodniu do pracy, i się zaczęło, pierw dostałem od starszego syna esemesa że całe życie źle traktowałem matkę, nie wiedziałem co się dzieje następnie że nie wraca puki się nie zmienię nie wiedziałem co się dzieje bo byłem uczuciowym dobrym człowiekiem, esemesy z synem były podchwytliwe nie zdawałem sobie z tego w tedy sprawy, dosłownie kłamał i śmiał się ze mnie, syn którego kochałem, mogę powiedzieć że nie był moim biologicznym synem a go pokochałem nosiłem to w sobie , ciąże ukrywała moja żona nie wiedziałem że była w ciąży jak mi powiedziała że też nie wiedziała ale dowodem było że jak urodziła to nie zadzwoniła do mnie a jej koleżanka że urodziła syna. Byłem w szoku. Pokochałem to dziecko byłem szczęśliwym człowiekiem, sytuacja się powtórzyła urodziła miałem drugiego syna , pokochałem go jeszcze bardziej, po latach mojej pracy w tym systemie 4 tygodnie po za domem i tydzień w domu przydarzyło mi się to co powyżej opisałem, jedna myśl mi przychodziła że zabrał ich i moją żonę ich prawdziwy ojciec, przezywałem piekło, po miesiącu były mi zakładane sprawy jedna za drugą o alimenty o pozbawienie praw oraz o znęcanie się psychiczne i fizyczne, byłem nie wiem w jakim stanie ale sprzedałem dom za pół ceny bo nie mogłem tam mieszkać ja wciąż szukałem swoich dzieci a po pół roku szukania dostałem zakaz kontakty z nimi, byłem tak samotnym człowiekiem że kupiłem mieszkanie w bloku, też sam byłem przy kupnie, poszedłem do ludzi bo byłem od lat odosobnionym człowiekiem dom mój był na odludziu, a znaleźli się świadkowie którzy kłamali ja byłem sam i przegrałem sprawy w sądach a co ciekawe słuchając ich zeznań na sprawie o znęcanie nic nie mogłem powiedzieć bo byłem jak wryty w kamień nie wierzyłem co słyszałem, świadkowie to była rodzina żony, oraz mój najstarszy syn, co tam napisali to po dzień dzisiejszy nie mogę zapomnieć wciąż to wraca nie ma dnia bym nie płakał a mam 51 lat, wspomnę że sprzedając dom zostawiłem wszystkie swoje rzeczy oraz cały garaż z narzędziami i dorobkiem nic z domu nie zabrałem kupiłem mieszkanie w bloku by nie być już odosobniony, powiem tylko że sąd skazał niewinnego człowieka opierając się na zeznaniach świadków z tym też żyć nie mogłem, jak sądy mogły zawierzyć fałszywym zeznaniom świadków, ale takie życie jak mi powiedział adwokat tak już jest ja wiem że Pan jest niewinny ale zawsze był Pan sam? Po roku dostałem pierwsze widzenie z synami których nie widziałem rok czasu, prucz tego jednego dnia kiedy najstarszy syn zeznawał w sądzie a ja nie wiedziałem co powiedzieć i słuchałem z niedowierzaniem co się dzieje. Miałem wielki żal do syna, przebaczyłem mu. mój najmłodszy syn miał żal do mnie trzęsła mu się żalu broda nie mogłem go znaleść ani pomóc, zrobiłem wszystko by był szczęśliwy, wspomnę tylko że widzenie dostałem raz na trzy tygodnie na dwie godziny tak zadecydował sąd z obawy że wywiozę go do siebie, po dzień dzisiejszy zastanawiam się gdzie do siebie kupiłem mieszkanie oddalone od jego szkoły jakieś 14 km a moja praca za granicą to moja praca była tam nie miałem mieszkania a spałem przez 28 lat w ciężarówce byłem kierowcą, w sądzie zrobili ze mnie alkoholika choć alkoholu unikałem, sąd też sugerował się zeznaniom świadków i opinii biegłych, po prostu to zrobili tak napisali. Co się okazało jak zaczołem się interesować sprawami i aktami, moje dowody świadczące o mojej niewinności nie było w aktach a były przezemnie do sądu dostarczane w tym opinia zakładu pracy, było nie dorzeczne co na mnie wypisywali i ze zrobiono ze mnie alkoholika pomimo częstych kontrol i drogowych i w pracy takie wymogi były, i była ta opinia nie dorzeczna zawierzono świadkom, którzy kłamali zrobili to też biegli lekarze sugerowali się ich zeznaniom choć nigdy nie byłem karany ani pod wpływem alkoholu. Po dzień dzisiejszy mam żal do Państwa Polskiego co mi zrobili, chce powiedzieć że doszło również do rozwodu, w toku postępowania i wspomnę że odbył on się w 10 minut a był ugodowy tak załatwił to adwokat, myślałem że stawiając się na sprawie on się nie odbędzie. Jestem po dzień dzisiejszy w szoku bo uważam że Państwo czy jakaś instytucja spierała moją żonę w jej kłamliwych zeznaniach, odgórnie zostałem skazany, alimenty mi ciągle podwyższali dostawał je również najstarszy pełnoletni syn bo chodził do szkoły ale mnie znowu oszukiwał bo nie chodził do szkoły a pracował po zatym dostawał kidergelty o te kindergelty upomniała się familiekassa bo mu się nie należały i zażądali odemnie zwrotu, tylko trzy miesiące nie płaciłem synowi a on podał mnie do sądu, powiedział mi też że nie jestem jego ojcem i mam mu płacić a najmłodszego syna nie zobaczę zawsze coś wymyślali by i tak ograniczyć mi jego widzenie, ten jego żal mam wciąż przed oczyma duszę go w sercu żal też mam do mojego syna oddałem mu serce, żalu nie wiem czy to żalu nie wiem ale zachorowałem na cukrzycę pierwszego stopnia, trafiłem do szpitala po roku zachorowałem na chorobę peyroniego, stwierdzono również czyraka na lewej nerce, nie sądzę bym miał już dzieci choroba peyroniego silnie postępuje dostałem skierowanie do szpitala i nie poszłem, leki przestałem zażywać, nie wiem czy chce umrzeć, mam żal i to od dwóch lat nie chce nikogo poznać czuję się porzucony, straciłem dobra pracę która mi pomagała, mogę iść do innej ale mi się nie chce, odrabiam nie spanie śpię w dzień i w nocy wciąż zapłakany, ten jego żal mojego najmłodszego syna wciąż widzę go przed oczami a mój żal do Polskiego Państwa jest nie do opisania, mam żal do syna, nie biorę leków uważam że to nie będzie przestepstwo to moja dobra wolna wola, uważam że byłem w depresji nieświadomej przez dwa lata i mam swoją odpowiedź ja tak bardzo kochałem dzieci i swoją żonę a Państwo dla domu i pieniędzy przeprowadzili na mnie atak, bo byłem tu bo byłem w sądzie i widziałem podsmiechiwanie sędziny, nie mogę patrzeć na policję nie mogę patrzeć na flagę Polski na te wszystkie instytucje, urzędy, patrzę na rodziny i im zazdroszczę, zrobiłem wszystko by nic po mnie żadnych pieniędzy nie zostało, nie piję i nie tknę alkoholu tak nienawidzę lekarzy, za to palę trzy paczki papierosów dziennie, słodzę sobie kawę piję ją nawet 10 kubków dziennie i tak zasypiam, mi już nie pomaga, chciałem iść na sor bo kocham życie ciągle się zastanawiam czy warto jak będę się czół po latach, syn dorośnie i mnie się kiedyś jak do mnie przyjdzie spyta co się tato stało, jak przyjdzie bo zaczynam w to nie wierzyć, nie wierzę w to co mi się przydarzyło, ja mam 51 lat i od dwóch lat wciąż codziennie płaczę, muszę iść do pracy a nie chce muszę brać leki a nie chce, wciąż jestem zawalony nowymi sprawami, po prostu nie dają mi żyć, a ja ufam przeznaczeniu, może praca mi pomoże, pracowałem 28 lat i otrzymałem zapłatę
asertywność

Asertywność – jak ją rozwijać i dlaczego jest ważna?

Asertywność może odmienić Twoje życie. Poznaj techniki, które pomogą Ci budować zdrowe relacje, chronić się przed mobbingiem i wyrażać potrzeby. Dowiedz się, jak stać się bardziej asertywnym i cieszyć się lepszą jakością życia osobistego i zawodowego.