
- Strona główna
- Forum
- związki i relacje
- Mam dość...
Mam dość skomplikowany problem, przez który czuję się rozdarta. Mam przyjaciela (mojego byłego chłopaka), w którym jestem już od ponad pół roku "zakochana"
Carolina
Aleksandra Pawlak
O uczuciach warto mówić, jednak trzeba się także przygotować na różne przyjęcie. Proszę się zastanowić jaki jest cel Pani wyznania. Co chciałaby Pani osiągnąć oraz co się stanie jeśli osiągnięcie celu nie będzie możliwe. Relacja tego typu czyli związki partnerskie muszą być symetryczne czyli równe by dawać satysfakcję zamiast robić szkody. Oznacza to min. równe zaangażowanie. W przypadku gdy zaangażowanie byłoby tylko po Pani stronie być może dozna Pani uczucia krzywdy.

Zobacz podobne
Moją narzeczoną rozstała się ze mną dwa tygodnie temu. Cały kwiecień próbowaliśmy walczyć o związek, ale po rozstaniu zaczęła się stopniowo odcinać. W tym momencie jestem całkowicie zablokowany (z desperacji próbowałem wszystkiego, by jakoś ją przekonać do siebie). Wiem już, że mimo jednego medium, przez które mogę się z nią skontaktować, nie mogę już się odzywać, bo będzie tylko gorzej. Ona niby cierpi przez to rozstanie, aczkolwiek wcześniej mówiła, że mnie nie kocha. Nie wiem, co już mam robić, nie wiem, kiedy się odezwie (powinna, z racji tego, że nie zapomina o nikim), i czy w ogóle istnieje jakakolwiek szansa na zbudowanie nowej relacji. Przeprosiłem ją za popełnione błędy i zapewniałem, że się zmienię (wiem, co z mojej strony przekonało ją do rozwiązania wszystkiego). Zacząłem nad sobą pracować, chodzę do terapeuty w celu naprawy swojej psychiki (bardzo mocno panikuję i boję się, że kogoś stracę). Wiem, że prawdopodobnie to już jest definitywny koniec, ale ciągle mam nadzieję, że po jakimś czasie wszystko się odmieni. Nie wiem, co już mam robić, ból związany ze stratą jest niesamowity, ciągle o niej myślę, nie jestem w stanie uciec od tych wspomnień i emocji. Czuję się aktualnie (przez wzgląd na całkowite odcięcie się ode mnie, gdzie nie skrzywdziłem jej w żaden sposób) strasznie, jak bezpański pies wyrzucony tak po prostu na drogę. Co mam zrobić? Czy ta nadzieja w ogóle ma sens? Czy w ogóle istnieje jakaś szansa na to, że się odezwie?
Witam, potrzebuję wsparcia. Opiszę moją historię.
Jestem w małżeństwie od 13 lat, mamy trzech synów. Bardzo mi zależało, żeby rodzina męża mnie zaakceptowała. Mąż ma trzy siostry i dwóch braci, ale nie zostałam przyjęta do rodziny, bo mnie nie zapraszają. Często mają zjazdy rodzinne, a ja jestem zapraszana tylko na Wigilię. Czuję, że jestem nielubiana.
Od samego początku było trudno — już na moim weselu teść powiedział do mojej mamy, że „starucha zabrała mu dziecko” (jestem starsza o 4 lata od męża). Teraz, kiedy mieszkamy we własnym domu, teść nadal mi dogryza. Wcześniej czepiał się mojego najstarszego syna, ale po kłótni z mężem zwrócił mu uwagę i przestał. Czasem sama jadę tam bez zaproszenia, ale bardzo mnie boli to odrzucenie. Przecież są dzieci, a teściowie mają jeszcze dziesięcioro wnuków oprócz moich.
Przestałam do nich jeździć, bo psychicznie lepiej się czuję, kiedy tam nie chodzę. Nikt też z rodzeństwa męża mnie nie odwiedza, bo teść powiedział mi jeszcze zanim poszliśmy „na swoje”, że nikt nie będzie mnie odwiedzał. Sam jednak zaczął przychodzić z rachunkami (mąż jest nadal zameldowany u nich), czasem z teściową.
Wcześniej mieszkaliśmy u mojej mamy i wtedy teść mi nie dogryzał, ale wtrącała się siostra męża. Kiedy urodziłam pierwsze dziecko, uczyła mnie, jak mam się nim zajmować. Nie sprzeciwiałam się, bo chciałam, żeby mnie zaakceptowali. Teraz jednak, kiedy coś mi nie pasuje, mówię o tym wprost.
Z mężem często się kłócimy. Mówiłam mu o tym wszystkim, a on powiedział, że sama mam dzwonić i pytać, czy są w domu. Czuję, że popadam w depresję. Krzyczę na dzieci, bo nie radzę sobie, gdy męża nie ma trzy miesiące w domu, a przyjeżdża tylko na miesiąc. Jesteśmy w trakcie wykończenia domu, a do tego bratowa męża powiedziała mi, że „ona jest dobrą żoną, to jej mąż nie ucieka od niej”.
Proszę mi pomóc.

