Aplikacja TwójPsycholog — wsparcie, które masz zawsze pod ręką

📲 Pobierz aplikację i zadbaj o siebie na własnych zasadach

Dostępne w Google PlayPobierz w App Store
Left ArrowWstecz

Kryzys w związku - komunikacja, brak spokoju, element - masturbacja, której nie potrafię zaakceptować

Mój partner pracuje w naszym kryzysie tak samo albo nawet bardziej niż ja, stara się, jest odpowiedzialny, planuje dla nas przyszłość itd. Natomiast odkąd widziałam, że się masturbuje, ja czuję do niego obrzydzenie, wypominam mu to przy kłótniach, nie chcę teraz zbliżeń, ale nawet i to nie daje mi ulgi i spokoju. Problemy mamy inne dot. komunikacji z mojej strony, braku organizacji i spokoju. To jest poboczny temat, ale bardzo mnie męczy .
Małgorzata Korba-Sobczyk

Małgorzata Korba-Sobczyk

Witam Panią

 Zazwyczaj podstawą większości problemów w relacjach międzyludzkich jest  brak  komunikacji lub wycofanie się jednego z partnerów. Proszę spokojnie porozmawiać na ten temat dowiedzieć się jakie są powody  Pani partnera i co to mu daje?

 Jeśli chodzi o organizację życia i osiągnięcie spokoju, powinno pomóc  planowanie działań w jakimś planerze lub kalendarzu. Odznaczanie tego   co Pani  zrobiła sprawi, że  poczuje Pani większą kontrolę nad swoim życiem. 

Pomocna może się okazać konsultacja z psychologiem lub innym specjalistą.

 Pozdrawiam 

 

 Małgorzata Korba-Sobczyk

 Psycholożka, trenerka rozwoju osobistego

 

Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?

Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!

Agnieszka Stetkiewicz-Lewandowicz

Agnieszka Stetkiewicz-Lewandowicz

Dzień dobry,

bardzo dobrze, że oboje Państwo pracujecie dla dobra związku. Poboczne problemy, które Pani wymieniła mogą mieć znaczenie w tym podstawowym, o którym Pani pisze. Szczególnie istotna wydaje się komunikacja. Jeżeli próby porozumienia się nie udają sugeruję konsultację z psychologiem i/lub seksuologiem.

Pozdrawiam

Zobacz podobne

Rodzice wymagają pełnej opieki i odpowiedzialności za nich, w zamian nie dając wsparcia.
Dzień dobry. Sprawa jest złożona, ale postaram się opisać jak najbardziej konkretnie. Jestem przed 40. Mam męża i 2 dzieci. Zawsze byłam przywiązana do mojej rodziny. Mama była jedynaczką i mieszkała ze swoimi rodzicami. Ja mam jedną siostrę. Siostra po ślubie wybudowała dom zaraz obok rodzinnego, w jednym ogrodzeniu. Wszyscy myśleli, że jakoś się dogadamy. Mój mąż pracuje za granicą. W mojej rodzinie od zawsze nie mówiło się, co komu leży na duszy, ale po prostu przychodził czas boczenia się i nieodzywania i trzeba się było domyślić, za co tym razem te fochy. Ja, głupia ja, namówiłam męża, abyśmy zostali w domu rodzinnym...no przecież dom miał być dla nas, skoro siostra się wybudowała. No ale mimo, że chcielibyśmy wyremontować konkretnie ten dom (choć i tak włożyliśmy już w niego z 80 tys) to wszelkie pytania o zapis są zbywane. Najpierw mama musiała przejść na emeryturę, potem covid a na końcu dowiedziałam się, że najpewniej od razu oddałabym ich do domu starców... To, że ja chcę żyć po swojemu odbierane jest jako policzek, że nie robię tak jak oni by chcieli. Moja babcia jeszcze żyje i ona dużo złego zrobiła w relacjach między nami. Z siostrą nie rozmawiam. Obraziła się, bo powiedziałam jej, że wszystko dostała (rodzice i dziadkowie pomogli im wybudować dom, brali kredyty, które później spłacali...urządzili wesele, wspomagali finansowo) a ja nawet nie mogę mieć zapisanego obiecanego domu. Mama mówi, że nam tylko na zapisach zależy. Nie. Chcielibyśmy remontować na swoim, a nie, że po paru latach okaże się, że połowę domu jednak zapiszą mojej siostrze. Mój mąż mówi, że od początku czuje się nieakceptowany (bo nie daje sobą sterować) i kilka lat temu myśleliśmy o pójściu na swoje. Mnie powstrzymywała myśl, że rodzice się starzeją, że będą potrzebowali pomocy, też tej finansowej, no ale starsza córka jest lepsza, bardzo im się przymila i podejrzewam, że dużo też mąci. Konflikty z siostrą ( a raczej nieodzywanie się) wynika z tego, iż jej najmłodsza córka (obecnie 10 lat) od kilku lat jest wobec moich dzieci złośliwa, namawia ich do głupich rzeczy, pokazuje im swoje miejsca intymne, a mój młodszy syn ma zaledwie 5 lat..miałam wiele razy o to pretensje. Dodatkowo a propos tego mieszkania w jednym ogrodzeniu, córka jak i starsi synowie bez problemu przychodzą do "naszego" domu, a moje dzieci nie mogą tam ( do domu siostry) chodzić, bo albo drzwi zamkniete albo zwyczajnie przyjmą ich na progu i powiedzą, że nie mają czasu. Moim dzieciom bardzo smutno z tego powodu, a nikt nie widzi w tym problemu. Nie wiem co robić, z jednej strony czuję się zobowiązana pomagać rodzicom, ale ewidentnie nie chcą nam tego domu zapisać, a wiedzą , że zrobilibyśmy generalny remont i im też żyłoby się wygodniej. Dom jest z lat 60 i wiele technologii też z tego czasu. Z drugiej strony jest mąż i dzieci, dzieci którym ciasno, które chciałyby mieć osobny pokój, które chciałyby wziąć prysznic....takie prozaiczne sprawy. I rodzice nie myślą o tym, że nam ciasno....każdy myśli o sobie. Teraz mąż mówi, żeby jakoś przecierpieć i że rodzice się starzeją i w końcu może zmiękną, a rodzice tak się dumą unieśli, że gdybym zostawiła na stole kubek na tydzień to stałby w tym samym miejscu. Kiedy bylismy na 2 tyg wakacjach to dom był tak zapuszczony po powrocie, ze pierwsze co musiałam czyścić toalety, do tego nikt się nie poczuwa. Ja w tym domu nie mam prawa głosu (choć jak już się postawię to są pretensje i obraza). Mąż mówi, że ....to nie są normalne relacje i że powinnam się od rodziny odciąć. Mnie samej jest bardzo źle, stałam się nerwowa, pesymistyczna, wszystko widzę w czarnych barwach i najgorszych możliwych scenariuszach, jeżdżę na masaże lecznicze, bo od napięcia zaczęłam mieć bóle i zawroty głowy. Na dodatek jestem z tym sama, bo mąż przyjeżdża co miesiąc na 3-4 dni i później ze wszystkim jestem sama, a mam tego pecha, że wszystko biorę do siebie. Teraz żałuję, że nie posłuchałam go te 8 czy 10 lat temu, że postawiłam na rodziców a nie na męża :( Nie widzę teraz żadnego wyjścia z sytuacji. P.S. Podczas jednej z "rozmów" mama niemalże chciała mi wmówić, że ojciec miał 2 zawały serca przeze mnie. Rozumiem, że on nie może się denerwować, ale palić i pić może i reagować na mój widok soczystą "kur*ą" mówioną pod nosem... Jak mogło do tego dojść, że choć ja miałam dobre intencje teraz w domu jest nie do wytrzymania dla wszystkich. I że moi rodzice aż tak mnie ..nie lubią? Nie odżegnuję się, bo mam swoje za uszami, ale w mojej rodzinie wszyscy są pamiętliwi i po kilku latach potrafią wyjąć (poważnie!) z pudełeczka karteczkę, gdzie jest napisane co i kiedy złego zrobiłam, czy powiedziałam. Żyję w ciągłym poczuciu winy względem męża, dzieci, że to ja zdecydowałam o naszym losie, że mimo lat pracy za granicą nie dorobiliśmy się niczego, bo ja naiwnie wierzyłam w zapewnienia "będzie wasza". Przepraszam za ten elaborat, szukam pomocy u kogoś, kto być może spojrzy na ten problem na zimno i powie, że może przesadzam...?
Zauważyłam u siebie schemat relacji z innymi osobami, nie jest dla mnie dobry.
Moje znajomości z domniemaną „drugą połówką”zawsze wyglądały tak samo: Poznanie kogoś - intensywne pisanie - ekscytacja „że to może być to coś” - spotkanie kilka razy na spacer czy na kawę - urwanie kontaktu - milczenie - wrócenie do rzeczywistości - ja i czas i przestrzeń dla siebie. I znowu: poznanie - pisanie - ekscytacja - cisza - urwanie - ja. Spędziłam 3 dni z „domniemaną połówką” i nagięłam moją rutynę, nie mając gdzie uciec. Czułam się osaczona i odczuwałam pewne „duszenie się”. W moich myślach zazwyczaj były wizje, w których już jest po wszystkim i jestem sama w domu… Wpadłam w rutynę, którą dobrze znam i czuję się w niej dobrze, jednak z drugiej strony, gdy będąc już sama rozmyślam nad tym, co się wydarzyło - jest mi wstyd i głupio, że traktuje tak osoby, którym dałam do zrozumienia, że jestem nimi zainteresowana.
Męczy mnie zazdrość i ból, gdy przyjaciółki wchodzą w związki i się ode mnie oddalają.
Jestem panicznie zazdrosna/zawistna, że przyjaciółki wchodzą w związki Od lat otaczam się wieloma, bliskimi przyjaciółkami. Większość z nich po jakimś czasie wchodzi w związki i oddala się, bo nie spędzamy już tyle czasu ze sobą (mimo że mówią mi, że nic się między nami nie zmieniło). Ostatnio została mi jedna przyjaciółka singielka - razem zwiedzałyśmy świat, ciągle się widziałyśmy. Niestety weszła teraz w związek, a ja, żeby siebie nie ranić, staram się nie pisać do niej, unikam spotkań - nie wiem czemu tak reaguję, chronię chyba swoje emocje. Za każdym razem jak mówi o tym jaki nowy partner jest wspaniały, czuję aż mdłości, albo jakby coś mnie kłuło w środku. Raz nawet porysowałam swoje auto, bo byłam tak zestresowana tą sytuacją, że straciłam panowanie na parkingu. Oczywiście można wywnioskować, że jestem sama, mimo że aktywnie szukam partnera i marzę o rodzinie, to ciągle zmagam się z przykrymi sytuacjami: ghosting, oszukiwanie itp. Mam dość odczuwania tej zazdrości a właściwie zawiści - bo, mimo że to okropne to wolałabym, aby przyjaciółki były singielkami jak ja. Okropnie jest żyć z takim uczuciem. Zwłaszcza, że nie wiem czemu im się ciągle przydarzają dobre związki, a mi nie. Od razu zaznaczam, że jestem osobą heteroseksualną i nie czuję żadnych uczuć romantycznych względem przyjaciółek - tego jestem pewna.
Nie mogę znaleźć miłości - boję się, że nikt mnie nie zechce.

Zmagam się z problemem, który zaczął mnie dobijać. Od wielu lat nie mogę znaleźć miłości. Mam wrażenie, że nikt mnie nie chce. Poznałam faceta na portalu, dobrze się rozmawiało, ale okazało się, że nie zależy mu na poważnym związku, tak jak zapewniał na początku. Po wszystkim wyszło, że jestem tylko dla zabawy, by mógł pobawić się moimi uczuciami. Nie miał chęci na spotkanie. Gdy był poruszony ten temat, nagle zmieniał temat lub nie odpisywał kilka godzin. Tak za każdy raz. Nie wiem, co robić gdzie poznać tę osobę. Nie jestem osobą, która odwiedza kluby czy dyskoteki. Chyba tylko ja nie mam tego szczęścia w życiu i zostanę sama do końca życia. Jak sobie z tym poradzić?

Partner, po powrocie po rozstaniu, 3 miesiąc nie wie czy chce ze mną być.
Witam. Z partnerem wróciliśmy do siebie po rozstaniu. Niestety mimo, że jesteśmy razem i mieszkamy razem, on wciąż nie wie czy chce ze mną być. Gdy pytam go o uczucia o pewność (wiadomo że chce wiedzieć, że nikt nas nie rozdzieli i nagle nie zostawi mnie dla nowej, ciekawszej „opcji” - bo po co żyć w związku „aby być”) to nic nie odpowiada albo mówi, że potrzebuje czasu i żebym na niego nie naciskała. Cały czas mi podkreśla, że teraz to już on musi sobie przemyśleć czy chce ze mną być i żebym dała mu czas. To trwa już 2 miesiące, pierwszy od ponownego wejścia w związek był bez rozmów na takie i poważniejsze tandety, drugi mieszkaliśmy juz razem, zaczęłam rozmawiać z nim na takie tematy i cały czas słyszę nie wiem czy chce z tobą być. A w przyszłym miesiącu minie już 3 miesiąc i ja się zastanawiam ile można tak być w niepewności? Jak można tak długo nie wiedzieć czy się chce z kimś być czy nie? I po co mnie trzyma skoro nie wie? Ja nie umiem odejść, a chyba powinnam. Sama nie wiem co robić czy czekać na dzień, w którym powie nie chce, czy jednak czekać dalej i być z nim dalej tak jak jest? I dać temu czas?
zdrada

Zdrada – przyczyny, skutki i jak sobie z nią radzić?

Zdrada to głębokie naruszenie zaufania w związku, występujące w formie fizycznej lub emocjonalnej. Powoduje trwałe rany psychiczne u obu partnerów. Analizujemy przyczyny zdrad, ich konsekwencje oraz metody odbudowy relacji po takim doświadczeniu.