
- Strona główna
- Forum
- rodzicielstwo i rodzina, rozwój i praca, zaburzenia lękowe
- Strach przed pracą...
Strach przed pracą i wyjściem z domu po narodzinach dziecka i urlopie macierzyńskim
Anonimowo
Małgorzata Korba-Sobczyk
Dzień dobry Pani
Skoro zadaje sobie Pani to pytanie, bardzo Panią boli ta sytuacja. Potrzebuje Pani zadać sobie pytanie jakie uczucia generuje w Pani ta sytuacja i jak długo poradzi sobie Pani z nimi. Co powoduje, że bardzo lękliwie reaguje Pani na Kierowniczkę sklepu, czy miała Pani z jej strony jakieś nieprzyjemności. Może rozmowa z osobą obiektywną i kompetentną pomoże Pani w zrozumieniu i rozwiązaniu problemu
Na stronie Twój Psycholog może Pani skorzystać z bezpłatnych konsultacji, więc czeka Panią tylko wybór odpowiedniego specjalisty.
Pozdrawiam Małgorzata Korba-Sobczyk
Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?
Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!
Katarzyna Waszak
Dzień dobry!
Symptomy, które Pani opisuje, świadczą o zaburzeniach lękowych. Najwyraźniej lęka się Pani relacji z drugim człowiekiem, dodatkowo spodziewa się przemocy. Warto się zastanowić, co jest źródłem takiego spostrzegania rzeczywistości. Czy zaczęło się od sytuacji z szefową, czy takie lęki pojawiały się wcześniej? Czy doświadcza Pani mobbingu, czy być może wyobraża sobie Pani, że za chwilę stanie się coś przykrego i reakcja organizmu jest adekwatna do myśli. Zachęcam do skorzystania z psychoterapii, aby zdiagnozować źródło lęku i nauczyć się radzić sobie z nim, aby wolno narastał i szybko opadał, pozwalając Pani cieszyć się życiem.
Powodzenia
Katarzyna Waszak
Urszula Markowska
Dzień dobry,
W Pani opisie zwróciłam uwagę na to, jak silnie reaguje Pani ciało na sytuacje, w których nie czuje się Pani bezpiecznie - pojawiają się zawroty głowy, bóle brzucha , wymioty, a także duże napięcie związane z pracą i wychodzeniem z domu. Takie reakcje mogą towarzyszyć silnemu lękowi i przeciążeniu.
Warto skonsultować sytuację z lekarzem, żeby nie zakładać od razu, że mają one jedynie podłoże psychiczne. Jednocześnie te reakcje ciała można potraktować jako ważny sygnał i przyjrzeć się temu, w jakich sytuacjach nasilają się one najbardziej i co sprawia, że właśnie wtedy traci Pani poczucie bezpieczeństwa.
Zastanawiające jest również to, że wcześniej, w innym oddziale, czuła się Pani dobrze, a obecnie szczególnie silne napięcie wiąże się z obecnością kierowniczki - czy wydarzyło się coś konkretnego, co sprawiło, że jej obecność wywołuje taką reakcję? Albo czego się Pani wtedy spodziewa, obawia?
Jednocześnie napisała Pani, że lęk pojawia się również poza pracą i najbezpieczniej czuje się Pani w domu. Pojawienie się dziecka może wiązać się z ogromnym poczuciem odpowiedzialności i większą czujnością na potencjalne zagrożenia, ale jeśli lęk zaczyna ograniczać codzienne funkcjonowanie, warto skonsultować się z psychologiem lub psychoterapeutą.

Zobacz podobne
Jesteśmy ze sobą ponad 40 lat. Dzieci (2) dorosłe + 4 wnuków. Sprawa jest taka: mój mąż na początku chciał być innym ojcem (niż jego ojciec) – ciepłym, troskliwym. Ale... przeszłość go dopadła. Nie było tak długo fajnie – może pierwsze 4–7 lat. Potem miał zawsze pretensje (do mnie, do dzieci), że nie są jakieś wyjątkowe, że się mało starają. Żeby je ochronić przed docinkami, złośliwością, krytykanctwem – chroniłam, jak mogłam (syn nawet był w szkole średniej w internacie, żeby zejść z oczu ojcu). Starałam się bardzo, żeby wszystko było jak najlepiej w domu, żadnego powodu do krzyku itp. Sama pracowałam i dobrze zarabiałam.
Ale mój mąż popadł w alkoholizm (wyszedł z tego po 10 latach), potem okazało się: zdrady, nawet dziecko jakieś ma z inną (bez kontaktu?). Dzieci to bardzo odczuły – syn też się uzależnił od tabletek (wyszedł z tego po dwóch, trzech latach). Córka ma za sobą rozwód po bardzo nieudanym małżeństwie (z przemocowcem). Mąż jest ze mną. Ale jego zachowanie coraz bardziej jest przykre. Dalej ma pretensje do dzieci (bo nienależycie okazują mu szacunek, nie robią tak, jak on uważa – a on uważa, że ma być tak i już!), do mnie potrafi być niegrzeczny, nawet mi dokuczać w towarzystwie. Jak się upomnę, by tak nie robił, to uważa, że przesadzam.
Ogólnie widzę, że jest niezadowolony z życia z nami – ze mną i z dziećmi. Wobec wnuków jest bardzo krytykancki, ostry, ma jadowite spostrzeżenia. Na ogół nie chcą z nim przebywać. Kupuje ich szacunek pieniędzmi (wysyła kieszonkowe itp.), a potem wypomina, straszy, że nic im nie da itp. Rozkazuje, co mają robić, a jak nie chcą – to jest zły. W ogóle jest zły na swoją sytuację, a według mnie nie ma powodu (dzieci są samodzielne, pracują, opiekują się swymi dziećmi należycie, żadnych kredytów, a my – emeryci, wycieczki, zdrowie dopisuje itp.).
Mój mąż od samego początku nigdy o swoich jakichkolwiek problemach nie mówił swoim rodzicom czy rodzeństwu. To ja zdecydowałam, że powiem rodzeństwu o jego alkoholizmie i zdradach. Ich reakcja: „No tak, nic nie pomogę, bo nie ma o co się martwić. Nie jest źle”. Koniec tematu. Dalej traktują go jak półboga. On bez żadnego pytania zawsze im pomagał, nawet jak nie chcieli, to wciska się z pomocą (materialną, finansową, nawet przyjedzie kilkaset km do nich, żeby być z nimi, gdy chcą). Do nich nigdy nie odezwie się szorstko, nigdy nie skrytykuje. Nawet gdy któreś coś nie dopatrzy, źle zrobi itp. – to zawsze jest usprawiedliwienie („Pewnie zrobi to, gdy będzie miał wolną chwilę”). Gdyby to było u naszego syna, reakcja byłaby taka: „To taki nieudacznik, już dawno miał to zrobić, a się leni i nic nigdy do porządku nie zrobi”.
Boję się zapraszać dzieci czy wnuki do nas, bo jest po godzinie taka agresja u męża: „Ty ciągle go prowokujesz!” (do wnuczki), „Ciągle mu przeszkadzasz! Wredna jesteś! Bezczelna!”. Wnuczka się oburza, płacze, chce jechać do domu. Mąż jest oburzony, że ona tak reaguje: „Głupia jest i już, za dużo jej pozwalają”. Nie szanuje mnie. A gdy dziecko siostrzeńca ciągnie go za resztkę włosów i kopie po nogach (6 lat – lekki autyzm), to jest ok, nie trzeba nic robić, nie reagować. „Jest fajnie i już”.
Mąż wyraża ostre, krytykanckie opinie, które bolą: „Co trzeba mieć nasrane w głowie, żeby sobie tatuaż na całej ręce zrobić!” (a partner córki ma taki tatuaż – a jest najlepszą rzeczą, jaka jej mogła się zdarzyć, dobry człowiek). Przy obcych ludziach mój mąż pragnie błyszczeć, być podziwiany, stać na świeczniku. W gruncie rzeczy to nic złego – niektórzy chcą być w cieniu, inni w świetle reflektorów. Ale to jego pragnienie rzutuje na moje życie – chce być podziwiany nie przeze mnie, tylko przez rodzeństwo, rodzinę swą (czyli krewnych, bo my chyba do rodziny nie zaliczamy się), przez kolegów (których ma jak na lekarstwo, bo jest taki szorstki i niemiły) czy obcych spotykanych np. na wspólnych wczasach.
Najgorsze jest dla mnie to, że on szuka i znajduje oparcie, usprawiedliwienie takiego postępowania w swej rodzinie. I znajduje je. Jego siostra, brat, kuzyni, ciotki itp. są zawsze murem za nim. Może nie popierają, ale też nie śmią nigdy mu powiedzieć: „To jest złe, tak nie rób”. O nie, tego nikt nie powie. Bo przestałby być taki fajny. Bo ich rodzice też tak postępowali, bo tak ich nauczyli.
I tu jest moje pytanie: jak należy to przerobić? Jak postępować, gdzie szukać pomocy? Jest mi bardzo źle z tym. Uważam, że muszę się ciągle ograniczać, wysuwać go do przodu, żeby „błyszczał”. To zaspokaja jego ego? (Np. zgoda na nowszy samochód, choć ten, co mamy, jest ok, bardzo dobrej klasy – ale musi być lepszy, nowszy, żeby się chwalić, pokazać).
Nie było tak na początku – był zbuntowany przeciwko stylowi życia rodziców, a teraz jest taki jak jego ojciec (matka w cieniu, nie miała nic do powiedzenia, ojciec rządził i rozrządzał, krewni najważniejsi). Ja byłam tą obcą synową (nie pochodzę z ich stron – byłam obca). Choćbym nie wiem, jak się starała, to będę obca.
Mąż szuka po całych dniach jakichś informacji o swych krewnych. Umacnia się w poglądach wtedy wyznawanych. Kreuje się na jakiegoś seniora, ważną osobę w tych kręgach. Przyglądam się temu z niepokojem. Odczuwam, że traktuje mnie gorzej niż kiedyś (a nie ma powodu – jestem atrakcyjna, bez chorób, wykształcona, pracuję jeszcze, w domu załatwiam gotowanie, sprzątanie itp., mąż lubi ogród. Ale nie po to lubi ogród, żeby usiąść i uśmiechnąć się do kwitnących drzew, ale żeby się pochwalić, że palmę wsadził i rośnie – a tu, jak na złość, każda pada i nie rośnie).
Szukam wyjścia z sytuacji, bo czytałam, że przeszłość w rodzinie ma kolosalne znaczenie w postępowaniu. Czy naprawdę da się coś z tym zrobić? Od lat marzę, żeby mąż poczuł satysfakcję, żeby powiedział, że cieszy się z życia ze mną i dziećmi. On zawsze jest nienasycony: kupimy nowy samochód, pojedziemy na kolejną wycieczkę, zrobimy kolejny interes („bo nie ma co siedzieć i czekać na śmierć”). Jak wybudowaliśmy kolejny dom, zapytałam go, czy czuje, że spełnił wreszcie swe marzenie i już koniec z gonieniem za dalszymi przedsięwzięciami. O... nie... to nie było spełnienie.
Jego rodzice nigdy go chyba nie chwalili, był najstarszy. Nie wierzyli w niego, że da sobie radę na studiach. Woleli, by zrobił zawodową szkołę i poszedł do pracy, a najlepiej, żeby wyjechali wszyscy z kraju i gdzieś na Zachodzie wtopili się w inny, lepszy świat, bo ten świat jest nie ich. Ponieważ mąż był ze mną, nie chciał emigrować, to oni też zostali, mając mu za złe. I nie wyemigrowali, choć połowa ich rodziny jest po tamtej, „lepszej” stronie. Oni potem też się bali zostawić ten świat. I tak to się kotłowało.
Ale dalej nie wiem, jak to zrobić, by było lepiej. Rodzina (krewni męża) to normalni ludzie, których lubię. Ale nie znoszę tej różnicy w męża postępowaniu: wobec mnie i naszych dzieci – i wobec jego krewnych. Tu może nas krytykować, ośmieszać, krzyczeć, żądać, a wobec tamtych jest miły, ciepły, wspomagający. Jak to zrobić, by było dobrze?
Dzień dobry. Potrzebuję wsparcia i potwierdzenia, że to nie ze mną jest coś nie tak... Z mężem poznaliśmy się na studiach, jesteśmy razem 17 lat, 11 po ślubie. Wiedziałam, że jest raczej nerwową osobą i trochę wybuchową, ale było to na niealarmującym poziomie. Wszystko było ok, aż pojawiło się pierwsze dziecko.. Mąż ewidentnie nie mógł znieść, że zszedł na drugi plan, że to dziecko (potem dzieci) były najważniejsze. Dodam, że zazwyczaj byłam zostawiona sama sobie z dziećmi, bo on albo pracował, albo wolał siedzieć na kanapie przed tv/komórką. A ja miałam ogromnego baby bluesa, który chyba przeszedł w depresję, bo odrobinę lepiej poczułam się dopiero po roku...i ze wszystkim zawsze radziłam sobie sama. Każda kłótnia to było obwinianie mnie o wszystko i oczywiście masa epitetów pod moim adresem. I jego zdaje się największy ból-rzadkie współżycie.. 3 miesiące po urodzeniu drugiego dziecka zrobił kolejną awanturę o to grożąc, że poszuka sobie innego miejsca, gdzie to dostanie. Po tym we mnie coś pękło poraz pierwszy, ale starałam się, dla dzieci głównie, bo codzienne życie nie było złe (zwłaszcza, że byłam właśnie najczęściej sama z nimi). Teraz dzieci podrosły i chyba wszystko zaczyna przybierać na sile... Mąż coraz częściej szarpie syna (syn 4 lata, bywa zaczepny, potrafi bić, ale będzie diagnozowany pod kątem spektrum), potrafi źle się odezwać do dzieci, uważa, że powinny się go bać, bo wtedy będą czuć respekt, bo mają być posłuszne. I traci panowanie nad sobą coraz częściej, ostatnio roztrzaskał butelkę ketchupu na ścianie, bo córka go zdenerwowała.. i wydarł się na mnie, że mam choć raz robić co mi mówi, a nie wziąż tylko swoje. Teraz do napisania na forum skłoniła mnie świeża "akcja"-syn go kopnął, to ten go złapał mocno za rękę, synek spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem (jak zawsze w takiej sytuacji), wyrwałam mu go, mówiąc, że coś mu się pomyliło, że szarpie tak 4-latka do tego chłopca z możliwą diagnozą. Mąż odpowiedział, że sobie nie da, nie pozwoli się tak traktować i że jeśli jeszcze raz to zrobi, to cytuję, "przyłoży mu"... Nie dam rady tak dłużej, podejrzewam że ta przemoc eskaluje przez to, że nie "skaczę" wokół męża, że ma niezaspokojone rożne potrzeby, ale nie jestem w stanie wykrzesać z siebie żadnej iskry czy czułości dla niego, nie po tym wszystkim. Badam jego nastroje i najlepiej się czuję gdy go nie ma... Myślę nad wyprowadzeniem się, ale to ogromny krok i zmiana dla dzieci. Choć bycie tu w takim domu też nie jest raczej dobre...
Chciałabym opisać moja sytuacje, która jest ze mną, w sumie odkąd pamiętam, myślę, że jest to tez uwarunkowane genetycznie, bo mój tata tez się z tym utożsamia. Mianowicie w domu przez rodzinę, jestem postrzegana no i tak tez się zachowuje: niezadowolona wiecznie, chamska, docinająca, pyskata, zawsze mam jakiś problem, focha, wszystko mnie denerwuje i przytłacza, a poza domem zupełnie odwrotnie: pełna Energi, zadowolona, uczynna, nikt by nie pomyślał, ze mam taki charakter w domu. Oczywiście są wyjątki, ale jednak tak to się kreuje większa część mojego życia. Chciałabym jakoś to sobie wyjaśnić albo usprawiedliwić nawet jakimś schorzeniem wiec proszę o pomoc. Jestem 18-latka.

