Aplikacja TwójPsycholog — wsparcie, które masz zawsze pod ręką

📲 Pobierz aplikację i zadbaj o siebie na własnych zasadach

Dostępne w Google PlayPobierz w App Store
Left ArrowWstecz

Samotność i wykluczenie społeczne - jak poczuć wsparcie i odnaleźć przyjaciół?

Dzień dobry, mam 32 lata i jestem bardzo samotną osobą. 

Od dziecka nie mam żadnych przyjaciół, w szkole byłam bita i odrzucana, nikt nie chciał się ze mną zadawać. Do tej pory nie mam żadnych przyjaciół, czuje się wykluczona od społeczeństwa. Moja rodzina mnie nie wspiera, mają mnie za dziwolonga, moje kuzynki nie przyznają się do mnie, bo się mnie wstydzą. Jestem normalną osobą, po prostu mam w życiu pecha, chciałabym mieć przyjaciół, ale nie mam szczęścia do ludzi, po prostu mam pecha, ale rodzina tego nie rozumie. 

W życiu spotykają mnie same cierpienia i dzieje się to nie przypadkowo, po prostu wygląda to tak, jakbym była przeklęta. Nie wiem, co mam robić. Czy iść do egzorcysty to jest nielogiczne, żeby od samego początku działy się ze mną straszne rzeczy. Cały świat jest przeciwko mnie, nikt mnie nie rozumie, moja rodzina ma mnie za chorą, a ja jestem zdrowa psychicznie. Nie wiem, co mam robić

Katarzyna Rosenbajger

Katarzyna Rosenbajger

Witam,

Dużo smutku bije z pani listu, ale też widzę chęć do zmiany, co jest bardzo pozytywne. 
Teraz jest pani osobą dorosłą, która może decydować o sobie i wprowadzać zmiany w swoim życiu. Nie ważne jak małe one będą, to na pewno będzie to krok naprzód. Jest pani osobą dojrzałą i powinna decydować o sobie oraz skoncentrować się na swoim życiu, oraz nie patrzeć na innych, którzy jak pani piszę, nie mają na pani temat pozytywnej opinii. Proszę skoncentrować się na sobie, poszukać zainteresowań, które zawsze chciała pani wykonywać, ale z jakiś powodów się nie udało. Znajomi z czasem też się pojawią, jak zacznie pani wprowadzać pozytywne zmiany w swoim życiu. Czasem wystarczy nam jedna osoba, z którą znajdziemy wspólny temat. 

Życzę wszystkiego najlepszego.


K Rosenbajger

Psycholog

Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?

Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!

Karolina Suszek-Szpil

Karolina Suszek-Szpil

Dzień dobry,

Podzieliła się Pani bardzo osobistym i trudnym doświadczeniem. To bardzo odważny krok. Jak dobrze Panią zrozumiałam - przez długi czas zmaga się Pani z poczuciem osamotnienia, niezrozumienia i braku wsparcia. 

Doświadczenia z dzieciństwa mogły mocno wpłynąć na sposób, w jaki dziś postrzega Pani relacje z innymi i siebie samą. Jednak to nie oznacza, że sytuacja jest nieodwracalna. Potrzeba napisania wiadomości już pierwszym krokiem w stronę zmieny sytuacji :) Ten krok ma Pani za sobą. Może to również być początkiem drogi do uczenia się nowych sposobów wchodzenia w relacje. 

Jeżeli będzie Pani zainteresowana konsultacją psychologiczną podczas której będziemy mogły spokojnie porozmawiać o tym, co Pani przeżywa, i wspólnie ustalić pierwsze kroki, które pomogą Pani radzić sobie w relacjach - zapraszam serdecznie do umówienia rozmowy. 

Pozdrawiam serdecznie 

Karolina Suszek-Szpil

Diana Ziegert

Diana Ziegert

Dziękuję Ci za te słowa. Wiem, że musiało Cię to wiele kosztować, żeby się otworzyć i tak szczerze opisać to, co przeżywasz. To, co piszesz, to nie są „wymysły” ani „przesada” – to są realne, głębokie uczucia osoby, która przez wiele lat żyła w samotności, niezrozumieniu i emocjonalnym bólu.

Po pierwsze – nie jesteś sama w tym, co czujesz. I nie jesteś dziwolągiem. Jesteś człowiekiem, który potrzebuje bliskości, relacji, bezpieczeństwa i bycia widzianym. To są zupełnie naturalne potrzeby – a ich brak boli tak samo jak głód czy ból fizyczny. To, że w szkole doświadczyłaś przemocy i odrzucenia, to nie była Twoja wina. To nie Ty byłaś "zła" – tylko dzieci, które same często niosą jakiś ból, a ranią innych, żeby go rozładować. Ale niestety, takie doświadczenia zostawiają blizny, które łatwo się pogłębiają, gdy rodzina również nie daje wsparcia.

To uczucie, że „świat jest przeciwko mnie” albo że „jestem przeklęta” – to nie jest szaleństwo. To często głos zranionego serca, które zbyt długo było samotne, niezrozumiane, obciążane winą za coś, za co wcale nie powinno. To jest bardzo ludzkie, kiedy cierpienie szuka jakiegoś wyjaśnienia. Bo jeśli przez tyle lat doświadcza się odrzucenia, samotności, braku wsparcia – to zaczynamy szukać odpowiedzi w sobie: „może ja jestem jakaś inna, może to ze mną coś nie tak?” Ale nie – to naprawdę nie Ty jesteś problemem.

Chcę Ci powiedzieć bardzo wyraźnie:
Twoje życie ma wartość. Ty masz wartość. I zasługujesz na relacje, bliskość i akceptację.
Twoje uczucia są ważne.
I naprawdę, naprawdę można znaleźć drogę, która wyprowadzi Cię z tego stanu.

Co możesz zrobić teraz?

Rozważ rozmowę z psychoterapeutą – nie dlatego, że jesteś „chora”, ale dlatego, że zasługujesz na to, by ktoś Cię wysłuchał i pomógł odbudować relację z samą sobą i ze światem.

Możesz poszukać grup wsparcia – są osoby dorosłe, które doświadczają samotności, i szukają bliskości, zupełnie jak Ty. Czasem pierwsze relacje można nawiązać w bezpieczniejszym, terapeutycznym środowisku.

Jeśli jesteś wierząca i chcesz porozmawiać z kimś duchowym. Są duszpasterze, osoby świeckie, które mają ogromne zrozumienie dla cierpienia psychicznego i emocjonalnego. Można zacząć od rozmowy z kimś, kto Cię nie oceni, a wysłucha.

To, że tak długo cierpisz, nie oznacza, że tak już będzie zawsze.
Jestem głęboko przekonana, że gdzieś są ludzie, którzy mogliby Cię polubić i pokochać taką, jaka jesteś. Tylko najpierw musisz spotkać kogoś – choćby terapeutę – kto pomoże Ci odbudować zaufanie. 

 

Pozdrawiam.

Dorota Mucha

Dorota Mucha

Dzień dobry, 

Dziękuję, że podzieliłaś się ze mną swoimi trudnymi doświadczeniami. Słyszę, jak bardzo samotna się czujesz i jak wiele bólu przyniosły ci odrzucenie w szkole, brak wsparcia rodziny i poczucie wykluczenia. To naprawdę poruszające, gdy ktoś dzieli się tak osobistymi przeżyciami.

Rozumiem, że po tylu trudnych doświadczeniach możesz czuć się tak, jakby cały świat był przeciwko tobie i że masz pecha w kontaktach z ludźmi. Myśl o "przekleństwie" w obliczu tak wielu przeciwności jest zrozumiała, ale chciałabym cię zapewnić, że to, czego doświadczasz, ma swoje źródła w konkretnych sytuacjach i emocjach, które można zrozumieć i przepracować.

Twoje pragnienie bliskości i przyjaźni jest całkowicie naturalne. Każdy człowiek potrzebuje poczucia przynależności i wsparcia. To, że twoja rodzina nie rozumie twoich przeżyć i postrzega cię w taki sposób, musi być niezwykle bolesne.

Chciałabym ci zaproponować inną perspektywę. 

Te trudne doświadczenia z przeszłości mogły wpłynąć na to, jak budujesz relacje z innymi i jak postrzegasz samą siebie. Terapia mogłaby być dla ciebie bezpiecznym miejscem, gdzie mogłabyś przyjrzeć się tym schematom, zrozumieć, jak przeszłość wpływa na twoją teraźniejszość i nauczyć się budować zdrowsze relacje.

To, że szukasz pomocy i zastanawiasz się, co robić, świadczy o twojej sile i chęci zmiany. Nie musisz dłużej czuć się samotna i wykluczona. Istnieją sposoby, abyś mogła nawiązać bliskie relacje i poczuć się akceptowana. Zachęcam cię do rozważenia kontaktu z psychoterapeutą. To może być pierwszy krok w kierunku lepszego samopoczucia i budowania satysfakcjonującego życia.

 

Pozdrawiam, 
Dorota Mucha - psycholog

Zobacz podobne

Jest mi ciężko- zmarła babcia, moje święta zapowiadają się bardzo niekomfortowo dla mnie, walczę z lękami i napadami paniki. Co mam robić, jak sobie pomóc?
Dzień dobry, na wstępie zaznaczę, że będzie to dosyć długa wiadomość, ale chce się z kimś podzielić tym, co mnie męczy. Od zawsze byłam bardzo wesołą osobą i patrzyłam na życie z dobrej strony (chociaż miałam pojedynczy okres zagubienia, ale to było głównie z tego, co sobie sama wmówiłam i nie przemyślałam tego). Gdy myślałam, że moje życie naprawdę staje się idealne, bo miałam wokół siebie dużo wspierających ludzi a tu nagle pod koniec maja zmarła moja kochana babcia. :( Po raz pierwszy coś aż tak we mnie uderzyło, że kompletnie pękłam. Ciężko mi było przyzwyczaić się do tego, że osoba, którą odwiedzałam przez całe moje życie praktycznie co tydzień już nigdy tam nie będzie. Wcześniej już zmarł mi dziadek, ale to było gdy miałam tylko 3 lata i nie rozumiałam co się stało. Teraz, gdy już to wszystko doskonale rozumiem to ból jest ogromny. Chciałam jak najszybciej o tym zapomnieć, dzień po pogrzebie wróciłam do szkoły i spędziłam czas z koleżankami. Pomogło mi to, więc uznałam, że kompletnie będę udawać, że nic się nie stało i zawsze gdy moi rodzice chcieli rozmawiać o mojej babci to po prostu zamykałam się w pokoju i próbowałam nie płakać. Po tym czasie wiem, że takie wmawianie sobie, że nic się nie stało pogorszyło mój stan. Bo się stało i to dużo. Mimo tego po jakimś czasie w miarę się podniosłam i w czasie wakacji już coraz łatwiej mi się o tym rozmawiało, a na wspomnienia z nią patrzyłam pozytywnie, ciesząc się tym ile z nią przeżyłam a łzy przychodziły już tylko w pojedyncze dni wakacji. Niestety, ale na początku lata musiałam pojechać do szpitala i wtedy po raz pierwszy doświadczyłam lęku paraliżującego do tego stopnia, że przez pół godziny pierwszego dnia po przyjeździe siedziałam i płakałam w łazience cała roztrzęsiona z kołatającym sercem. Bałam się szpitala a przede wszystkim snu w nim, bo moja babcia zmarła w szpitalu właśnie przez sen. :( Gdy się uspokoiłam to pobyt minął mi w miarę szybko, zdiagnozowali u mnie insulinooporność i przepisali leki. Nie przejęłam się tym jakoś przesadnie, mimo początkowych obaw, ponieważ to zaburzenie może prowadzić do cukrzycy, którą miała moja babcia. Na szczęście lekarze wytłumaczyli mi, że przy ciężkiej pracy i lekach będzie mi coraz lepiej (i tak jest!:)) Wakacje minęły mi bardzo dobrze, o wiele więcej wychodziłam ze znajomymi i smutek był już tylko sporadyczny. Tak samo, gdy we wrześniu wróciłam do szkoły, mimo tego, że nadal tęskniłam za babcią, czułam jak moje życie znowu wraca na lepszą drogę. Niestety nic nie może być idealne i na początku października zaczęło się: zasłabłam po raz pierwszy w życiu, nie zemdlałam, ale było blisko. Gdy siedziałam w karetce to myślałam, że zaraz umrę i bałam się jak nigdy. Od tego czasu byłam zmęczona, spanikowana i myślałam, że jestem co najmniej w jakimś śnie. Minęło trochę czasu i względnie wróciłam do normalności, niestety lęki nawracały w najmniej oczekiwanym momencie. Miałam (prawdopodobnie) ataki paniki czy to na spacerze, czy w szkole a nawet w domu. Potrafiłam wpaść w ogromną panikę nawet dwa razy w ciągu paru godzin. Zaczęłam latać po lekarzach, myślałam, że to coś z moim ciałem się dzieje, bałam się czy to nie cukrzyca albo coś innego, miałam wiele scenariuszy. Oczywiście po dłużej analizie wiem, że to wszystko było w mojej głowie i to moja psychika to powodowała. Oczywiście, nie cały czas czułam lęk, ale w 90% minął on dopiero niedawno. Od kiedy wróciłam po chorobie do szkoły (która niestety zostawiła za sobą kolejne lęki) to potrzebowałam chwili by wrócić do normalnego życia. Lęki znacznie zniknęły (co w pewnym momencie nawet zaczęło mnie niepokoić, że jak tak szybko już się nie boję...) i mimo zmęczenia po wirusie zaczęłam żyć w miarę spokojnie. Mimo tych sukcesów, które osiągnęłam w opanowywaniu się dalej nie jest do końca okej. Czasami nadal szybko zabije mi serce. Warto wspomnieć, że wcześniej już miałam spore tendencje do panikowania, nawet jako 10 latka miałam bardzo katastroficzne myśli i bałam się, że coś się komuś stanie np. moim rodzicom czy znajomym. Mam też tendencje do zamartwiania się i wmawiania sobie różnych rzeczy. W tym roku straciłam nie tylko babcię, ale również bliskie mi przyjaciółki- mimo, że nadal mam dwie cudowne najlepsze przyjaciółki to nie zastąpią mi one tamtych. Moje obecne przyjaciółki przyjaźnią się ze mną o wiele dłużej, bo 8 lat, tamte chodziły ze mną tylko do klasy, ale dopiero w zeszłym roku szkolnym bardziej z nimi rozmawiałam. Wiem, że to nie moja wina, że nasze drogi się rozeszły, ale gdy widzę je na korytarzu dobrze bawiące się w towarzystwie jednej bardzo niemiłej dziewczyny to chce mi się płakać. Co ona ma, czego ja nie mam? Na dodatek niedługo święta i moja rodzina zamiast w tym roku spędzić je jakoś spokojnie, zabiera się za to bardziej niż w zeszłym roku. Wiem, że im też jest ciężko w pierwsze święta bez babci, ale to nie powód by tak przesadzać. Zawsze spędzałam wigilię z rodzicami, wujkiem i babcią (i jeszcze raz z dziadkiem zanim zmarł) i w tym roku również, no tylko niestety już bez babci (i dziadka, mimo, że słabo go pamiętam to na pewno był bardzo kochany, tak jak pozostali moi dziadkowie ♡). Liczyłam, że spędzimy wigilię u nas w domu a następnego dnia pojedziemy do wujka, ale musimy jechać do domu babci, bo tak chce wujek. On mieszka tam na codzień, więc może dla niego to nie jest takie smutne, ale mi bez babci tam będzie smutno, wystarczy, że często jeździmy tam na obiad i już takie dwie godziny w domu bez babci mnie smucą. :( W tym roku wyjątkowo mamy zaprosić na drugi dzień świąt mojego drugiego wujka, ciocię i kuzynki. To nie tak, że ich nie lubię, ale nie podoba mi się takie zapełnianie świąt na siłę by się nie smucić. Zawsze było tak, że w wigilię byliśmy u nas a potem w Boże Narodzenie u babci albo na odwrót, a 2 dnia świąt odpoczywaliśmy oddzielnie w domu. Teraz jest więcej roboty i więcej stresu, mimo że uwielbiam święta to w tym roku w ogóle ich nie czuję i nie cieszę się jakoś bardzo na nie, nie chcę prezentów czy jedzenia, chcę by ludzie, za którymi tęsknię wrócili. :(( Jest to bardzo długie, ale chciałam opisać wszystko w jednej wiadomości. Nie wiem co robić ze smutkiem, lękami czy paniką i poczuciem jak we śnie (czasami, gdy wpadam w panikę albo mam za dużo myśli w głowie) i liczę na jakieś porady, czy iść porozmawiać np. z psychoterapeutą czy samodzielnie to zwalczać. Z góry dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam (oraz ze względu na obecny miesiąc życzę wesołych świąt :))
3 miesiące temu zakończył się mój 8-letni związek, moja partnerka mnie zostawiła dla innego
Dzień dobry. 3 miesiące temu zakończył się mój 8-letni związek, moja partnerka mnie zostawiła dla innego... Wszystko było dobrze, dopóki nie pojawił się ten drugi... Od tego momentu nie potrafię się pozbierać, ciągle o niej myślę, nic mnie nie cieszy, nie mogę się skupić na niczym innym, czasem myślę o śmierci... Czuję się sam, nie mam nikogo, komu mógłbym się zwierzyć, kto by mnie wsparł... Wstydziłem się prosić o pomoc, choć był moment, w którym chciałem skończyć ze sobą, ale nie odważyłem się... Wiem, że szukanie na siłę kolejnego partnera byłoby złym posunięciem i muszę przecierpieć rozstanie, ale nie potrafię... Mam wrażenie, że już do końca życia będę sam...
Partner jest zaborczy, nie mogę żyć tak, jakbym chciała, bez obwiniania mnie o niestworzone winy.
-Zaborczość Partnera- Ja – 30 lat (po rozwodzie) On- 47 lat ( po rozwodzie z dzieckiem) Jest mężczyzną troskliwym, ciepłym, zabawnym i otwartym. Ale jak każdy z nas, ma on również niedoskonałości- jest bardzo zaborczy.. Na początku, przeszkadzało mu, że mam instagrama (już wcześniej myślałam o usunięciu, ponieważ, gdy spędzałam tam czas – chciałam być taka perfekcyjna jak inne kobiety) Dlatego nie było dla mnie problemu, gdy chciał, abym go usunęła. Na początku bardzo dużo pytał się o moich byłych partnerów i doświadczenia łóżkowe. Nie są one nie wiadomo jakie, powiedziałabym, że normalne. Ale potem, gdy był zły, rzucał głupimi tekstami. Po 3 msc od naszego poznania, miałam wyjście z szefem na konferencję, gdzie reprezentowaliśmy naszą firmę. Powiedziałam mu gdzie i umówiliśmy się, że mnie zawiezie do pracy, a potem stamtąd odbierze(poznał szefa). Zadzwonił do mnie 1,5 godziny przed umówionym czasem i powiedział, że wracał od spotkania z klientem i już mam wychodzić. Gdy powiedziałam, że jeszcze nie koniec- zaczął rzucać oskarżeniami, że stoję z mężczyznami i dobrze się bawię (pomijając fakt, że siedziałam przy stole z samymi seniorami..) Długo rozmawialiśmy, powiedział, że miał wybuch, bo się bał, że mnie straci – a jego żona go zdradziła. Po 5 miesiącach zamieszkaliśmy razem.. wiem, że za szybko. Potem było okay.. do czasu sprzed miesiąca. Zaczął rzucać dziwnymi żartami/oskarżeniami. Gdy wracałam do domu, np. że mam majtki na drugą stronę, że mam włosy rozwalone i patrzył podejrzliwie i że co się tak ładnie ubieram.. niby na żarty. Powiedziałam, że to niszczy nasz związek i sobie nie życzę takiego czegoś. Jego problemem jest też, że oczekuje, że będziemy ze sobą 24h na dobę. - Gdy wychodziłam z koleżanką na kawę w niedziele – nie w niedzielę, bo to czas dla rodziny. - Gdy w tygodniu się widziałam – nie, bo za późno - Gdy nocowałam u przyjaciółki(zna ją i wie gdzie mieszka) było okay, do czasu, gdy wróciłam do domu. Zaczynał głupio gadać i nagle zapytał, gdzie zaparkowałam, bo gps w samochodzie pokazywał centrum miasta (nie mam gps, ale zaparkowałam na innym miejscu, gdzie zawsze i podejrzewam, że pojechał sprawdzić) - Poznał moich innym znajomych (kobieta/mężczyzna), dwa razy wyszedł z nami, a potem umówiłam się z nimi sama i mu zakomunikowałam, że się z nimi widzę – powiedział : sama ? okay. Był zły, że nie wytłumaczyłam mu, że ja widzę się sama i czy nie będzie zły, że jego nie będzie. - Powiedziałam, że chciałabym wrócić na siłownię(zawsze byłam aktywna) i czy pójdzie ze mną.. zaczął mówić, że kobiety tam chodzą, żeby się pokazać, że co nagle chcę się starać dobrze wyglądać(mówiłam, że przytyłam) i chcę się ruszać. - Ja pracuje do 17, w zeszłym tygodniu o 17:02 zadzwonił i zapytał się, gdzie jestem.. - Po 23:00 pisałam Cioci SMS na dobranoc, a on przez ramię mi zaglądnął i zażartował, że piszę z kochankiem - Chciałam zacząć kurs językowy(mieszkamy za granicą, znam język, ale chcę go wyszlifować). Nie rozumie tego, dlaczego.. Powiedziałam mu, że mogłabym zostawać w pracy i tam się uczyć, bo będę mieć spokój (kurs online, w pracy mam biuro, komputer, słuchawki-wszystko). Ja pracuje do 17, kurs zaczyna się o 18 do 20. Jadę do domu 35/45 minut(bez korka). Był zły, że użyłam słowa „spokój", że w biurze bede mieć spokój. Nie rozumie, że gdyby był korek bede spóźniona i zestresowana, gdy przychodzę do domu, koty skaczą (2 kicie) i nie ogarnęłabym się na spokojnie. Wczoraj znów zaczęła się dyskusja, że nie będzie mnie w ogóle w domu i że nie będę „na czas” w domu... Powiedziałam mu, że ten kto jest w związku nie musi być 24 godziny na dobę z drugą osobą. Że nawet jak po pracy wracam, to nie znaczy, że zawsze będę na czas, że czuję się jak przywiązana(znów nie spodobało mu się określenie).. Zastanawiam się co by było, gdybym pracowała, np. na zmiany, gdybym chciała robić dodatkową szkołę.. nie mogę, bo muszę być w domu? Gdy są tematy wyjścia lub nocowania u koleżanki(tylko 1x) to on robi taki mały szantaż emocjonalny- ty wychodzisz, to ja też, ciebie nie ma na noc, to ja też nie będę wracać, będę sobie robić co chcę! Tracę po mału siły, bo za każdym razem jest to samo, ale gdy z nim rozmawiam i próbuję wytłumaczyć - on nie widzi problemu. Tylko ja mam problem, bo ja nie chcę wyjść za niego za mąż – mówi, że gdybym kochała go, to bym chciała (ale to dla mnie za szybko). To moja wina, bo ja używam określeń jak: spokój, że ja go nie pytam o to jak będzie się czuł, gdy będę wychodzić sama i że to ja nie chcę być w domu.. Nie wiem co robić, czy jest sens o to walczyć.. niestety zaczynam się dusić i oddalać od niego.. Będę wdzięczna za Państwa opinie!
Kryzys w relacji z narzeczoną, mamy dziecko. Partnerka nie czuje nic do mnie, nie chce być ze mną. Co mam robić, jak o to walczyć?
Witam. Mam problem w związku. Jesteśmy razem 8 lat i mamy 3-letnie dziecko. Od grudnia zaczęliśmy rzadziej rozmawiać, ponieważ zmienialiśmy się w pracach. Ja miałem na rano, ona na południe. Jedyny czas jaki spędzaliśmy, to gdy przyjeżdżałem po nią do pracy i w weekendy. Było słabo, ale nie, żeby kończyć związek. Przynajmniej z mojej strony, bo ona twierdzi inaczej. Od stycznia zaczęła totalnie mnie olewać. Nie chciała wszystkiego, co ze mną związane. Wszedłem na jej telefon i zobaczyłem w ukrytych wiadomościach wiadomości z nowo poznanym gościem. W skrócie żaliła się, że już nie czuje do mnie prawie nic. Przykro mi się zrobiło, porozmawialiśmy. Powiedziała, że nie czuje się dobrze w naszym związku. Boli to mnie, bo ona jest dla mnie całym światem z dzieckiem. Powiedziałem, że chce to naprawić, ale wiem, że to muszą naprawiać obie strony. Rozmawiamy, ale jest oschła co do uczuć. Nie chce bliskości, tulenia, noszenia pierścionka, którego kupiłem 5 lat temu, jak się zaręczyliśmy. Nie wiem co robić. Nie mamy jak sobie dać czasu bez siebie, bo nasi rodzice mieszkają daleko. Musimy codziennie spać ze sobą i rozmawiać o dziecku. Boję się, że stracę ją na zawsze. Na siłę nie chce jej trzymać, ale nie wybaczyłbym sobie, gdybym nie spróbował walczyć o nią. Bo o co innego walczyć, jak nie o miłość? Proszę o podpowiedź, jakąkolwiek co najlepiej zrobić w tej sytuacji?
Witam, jestem ofiara przemocy domowej, tylko nie wiem, jak z tego wybrnąć.
Witam, jestem ofiara przemocy domowej, tylko nie wiem, jak z tego wybrnąć. Mam z nim syna, chce mnie zamknąć w psychiatryku, żeby sąd mnie ubezwłasnowolnił i żeby odebrali mi dzieci. Nie mam już siły na nic.... Jak sobie mogę pomóc, żeby się ie ratować, a za chwilę dzieci. Nie mam pieniędzy, utrzymuje się z alimentów na dziecko, nie mam mieszkania, nie mam nic. Odsunął ode mnie wszystkich. Nawet opieka i kurator nie są w stanie mi pomóc. Chcę pomocy, naprawdę chcę pomocy, bo już nie daje rady z tym człowiekiem... Jak w takich warunkach mają się dzieci wychowywać, naprawdę nie wiem, co mam robić.....
kryzys w związku

Kryzys w związku – jak go przetrwać i odbudować relację?

Twój związek w kryzysie? To naturalny etap, który może wzmocnić relację. Poznaj sprawdzone strategie i porady ekspertów, by skutecznie przez niego przejść i odbudować więź. Czytaj dalej!