30 zł zniżki na pierwszą wizytę z kodem WIOSNA26

w ramach akcji #WychodziNamToNaDobre!

Wybierz specjalistę
Left ArrowWstecz

Nie angażuję się w siebie w pełni z lęku przed nieudaną próbą/ oceną.

Przez całe życie myślę, że nie powinnam "za bardzo" starać się, np. przy moich pasjach, na lekcjach, w rozmowie w relacjach , żeby inni ludzie tego nie zauważyli i mnie nie wyśmiali, chociaż nigdy się tak nie stało ( w przeszłości) , całe swoje życie nie byłam nigdy w pełni w coś zaangażowana, ze względu na kontakty z innymi i strachu przed oceną. Nie wiem skąd to wynika , ale mam wrażenie, że stoję w miejscu i nie będę nigdy kimś w życiu, ze względu również na to, że nie umiem upomnieć się o swoje. Mam wrażenie, że moi rówieśnicy są jacyś bardziej dojrzali i nie mają takich myśli. Te myśli często powodują poczucie bezradności.
Łukasz Piętal

Łukasz Piętal

Witam! 

Problemem może być niska samoocena i przekonanie o własnej niekompetencji lub wadliwości połączone z unikowym stylem radzenia sobie. Powoduje to wycofanie z obawy przed krytyką innych oraz poczucie straty możliwości rozwoju w dziedzinach dla Ciebie ważnych. W dalszej konsekwencji pojawia się poczucie bezradności i przekonanie, że inni są od Ciebie bardziej dojrzali i lepiej sobie radzą, a co za tym idzie nasila to przekonanie o własnej niekompetencji i wadliwosci. W ten sposób błędne koło się zamyka. 

Zachęcam do kontaktu z terapeutą. 

Pozdrawiam serdecznie 

2 lata temu

Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?

Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!

Agnieszka Wloka

Agnieszka Wloka

Dzień dobry

Pani Izo,

po pierwsze ma Pani jakiś charakter i już - za dużo Pani z nim nie zrobi, więc najważniejsze, żeby go Pani polubiła:) To, co Pani napisała jest bardzo ciekawe, bo mówi Pani, że nie chce się za bardzo starać, żeby inni nie pomyśleli, że się Pani stara….a ja myślę, że za mało myśli Pani jednak o sobie, a za dużo o tych innych ( w sensie o tym, co oni myślą o Pani). Mam takie doświadczenie, że właśnie w momencie, gdy wydaje nam się, że wszyscy na nas patrzą, oceniają, to tak naprawdę ci inni w ogóle o nas nie myślą - np. jak wie Pani, że ma plamę na sukience, to ma Pani wrażenie, że wszyscy to już zauważyli - a prawdopodobnie nikt. Sęk w tym, że wtedy zachowujemy się tak, że sami na siebie uwagę zwracamy….- i tu rodzi się lęk - lęk przed oceną, ludźmi,  działaniem, żeby nie było krytyki…a z tego punktu tylko kawałek do nierealizowania marzeń. Jednym słowem czas zacząć od budowania wiary i zaufania do siebie - choć może nie ma Pani w tym doświadczenia albo wsparcia z zewnątrz:) warto, żeby dała sobie Pani czas na relaks, medytacje w takiej formie jaka Pani bliska, a w jej trakcie skupiała się na swoim potencjale - spróbowała dać sobie tydzień na odnalezienie dobrych myśli o sobie samej w głowie; dobrze gdyby udało się Pani dać sobie więcej wrażliwości - zrobić coś dla siebie, nawet w wyglądzie…dać sobie taki powiew świeżości - na spokojnie; a potem dalej - do ludzi:) 

 

2 lata temu

Zobacz podobne

13-letnia córka mówi, że nikt jej nie lubi. Już w przedszkolu miała złe doświadczenia.

Dzień dobry, pytanie dotyczy mojej 13-letniej córki. 

Jest osobą bardzo wrażliwą, nieśmiałą i skrytą. Ma problem z nawiązywaniem nowych znajomosci, tylko jedną kokeżankę. Często powtarza, że nikt jej nie lubi i że jest dziwna. 

Od kilku lat przewija się też temat jej przedszkola i zaczynam dostrzegać, że to jak teraz układają się jej relacje z dziećmi może mieć związek właśnie z okresem przedszkolnym. Jak miała 5/6lat pojawił się okres, w którym nie chciała wchodzić do sali do swojej grupy. Płakała, wyrywała się jak tylko zobaczyła siedzące dzieci. Wielokrotnie pytałam przedszkolanki czy zauważyły coś niepokojącego, z czego takie zachowanie może wynikać. Twierdziły, że nic się nie dzieje, a córka była wtedy za mała, żeby o tym opowiadać. Dopiero kilka lat po zakończeniu przedszkola zaczęła mówić, że nikt się z nią nie bawił, że dzieci jej nie lubiły, że się z niej naśmiewały i jak miała nowe ubrania to specjalnie szarpały ją za nie, żeby je porwać; że pani wciskała jej jedzenie na siłę, raz nawet złapała ją tak mocno za rękę, że bolało...Temat przedszkola wraca co jakiś czas. Córka sama mówi, że nikt jej nie lubi, tak jak wtedy w przedszkolu. Nie wiem co robić...czy powinna odbyć jakąś terapię? Czy w nastoletnim wieku takie odczucia są po prostu normalne? Boję się, żeby czegoś nie przegapić...

Na co dzień prawie w ogóle się nie odzywam, bo albo nie mam/nie wiem, co powiedzieć, albo się wstydzę i boję krytyki.
Na co dzień prawie w ogóle się nie odzywam, bo albo nie mam/nie wiem, co powiedzieć, albo się wstydzę i boję krytyki. Mam tylko 1 przyjaciółkę, przed którą potrafię się otworzyć. Co zrobić?
Jaki skutek dla psychiki może wywołać życie w partnerstwie z narkomanem
Jaki skutek dla psychiki może wywołać życie w partnerstwie z narkomanem, długotrwałe i regularne zostawanie samej po nocy, opuszczanie przez partnera? Nie mieszkam z partnerem już, czuję nocne lęki, tęsknotę i potrzebę, żeby przy mnie ciągle był. Czy to minie?
Diagnoza, dokąd? Wszystko odczuwam mocniej. Zaburzenia sensoryczne.

Witam. Mam 22 lata i od dziecka zmagam się z objawami zaburzeń integracji sensorycznej, nerwicy natręctw, tików, a ostatnio w pełni rozwiniętej nerwicy lękowej i depresji. 

Objawy po raz pierwszy pojawiły się w szkole podstawowej (łącznie z zaburzeniami sensorycznymi, co jest nietypowe, gdyż te przeważnie pojawiają się dużo wcześniej, na początku życia) i od tamtego czasu towarzyszą mi z różnym natężeniem, aż do dnia dzisiejszego. Nie pamiętam dokładnie, jak to wszystko się zaczęło, ale prawdopodobnie najpierw pojawiły się tiki nerwowe w formie zaciskania powiek, marszczenia czoła czy chrząkania. 

Potem doszły do tego natręctwa związane z liczeniem i perfekcjonizmem. Liczyłem litery w słowach, wyrazy w zdaniach, linijki na stronie, zaczynałem często od nowa czynności, żeby zacząć je "idealnie". Wszystkie natręctwa były związane z nauką lub ogólnie pojętymi aktywnościami umysłowymi (jak czytanie książek np.). 

W międzyczasie doszły zaburzenia sensoryczne (chociaż bardzo możliwe, że wszystko zaczęło się mniej więcej w tym samym czasie) objawiające się ogólnie mówiąc czuciem wszystkiego "bardziej". I to dosłownie. Po prostu zacząłem zdawać sobie sprawę, że bardziej czuję na sobie ubrania, rzeczy w kieszeniach, krzesła na których siadam czy przedmioty, których codziennie dotykam (jak np. telefon gdy coś na nim piszę). 

Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że właśnie to "czucie" doprowadzi mnie do szału i myśli samobójczych, jakie doświadczam obecnie w życiu dorosłym, ponieważ przypadłość ta bardzo obniża jakość mojego życia, ogranicza aktywności, jakie podejmuję w ciągu dnia oraz jest źródłem permanentnego stresu i lęku. Już opisuję, o co chodzi. Kiedy zakładam spodnie, to bardziej czuję je w pasie, kroczu i na pupie, co często zmusza mnie do ich opuszczania czy poprawiania (zwłaszcza przy zmianach pozycji ciała). Ale to nie wszystko. Bardziej czuję rzeczy w kieszeniach, jak telefon czy portfel. Bardziej czuję bluzkę na brzuchu, pod pachami i wokół szyi, buty na stopach, plecak na plecach itp. Ogólnie zasada jest taka, że im więcej mam ubrań na sobie i im większy jest ich "ciężar", tym bardziej niekomfortowo się czuję. Jak byłem dzieckiem, nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo, ale w życiu dorosłym jest to często nie do zniesienia i doprowadza do kuriozalnych sytuacji, kiedy wychodzę z domu w krótkich spodenkach i t-shircie na 15°C, bo wolę zmarznąć niż odczuwać dyskomfort psychiczny (który i tak w pewnym stopniu występuje, bo ludzie dziwnie na mnie patrzą). 

Z innych dziwnych zachowań, które "wymusza" na mnie ta przypadłość można wymienić wkładanie bluzek za spodnie, wkładanie rzeczy pod pachy z ich zaciskaniem (stymulacja sensoryczna) czy zaginanie rogów poduszki pod głową gdy na niej leżę. Sytuacja znacznie się pogorszyła po przebyciu covida 2 lata temu, bo "czucie" się wzmogło i doszły różnego rodzaju dziwne odruchy jak "dociskanie" ręki do ciała, nerwowe wymachy kończyn z ich prostowaniem, ocieranie kolanem o kolano czy grymasy twarzy. 

Do tego cała gama objawów nerwicowych, jak napięciowy ból głowy, chroniczne zmęczenie, szumy uszne, kłucie w sercu, problemy z oddychaniem i wzmożone napięcie mięśniowe. Żadne leki nie pomagają, to samo z psychoterapią. Od roku dzień w dzień wykonuję ćwiczenia z diety sensorycznej zalecone przez specjalistę od zaburzeń integracji sensorycznej - również bez żadnej poprawy w objawach. Dodam jeszcze, że na początku podejrzewałem u siebie jakąś rzadką chorobę neurologiczną, ale żadne badania, które do tej pory wykonałem na to nie wskazują, a trochę ich było (rezonans magnetyczny głowy, EEG, EMG, ENG, próba tężyczkowa, test na boreliozę - wszystko w normie poza EMG z cechami uszkodzenia pierwotnie mięśniowego, ale dalsza diagnostyka to biopsja mięśnia, na którą muszę jeszcze kilka lat poczekać i nie jest to powiązane z objawami, które wymieniłem).

 Nie mam również stwierdzonego autyzmu ani ADHD, tylko "zaburzenia czynnościowe ośrodkowego układu nerwowego". Tylko ja się czuję tak, jakby coś mi ten układ nerwowy, a konkretnie mózg, atakowało. 

Nie wiem tylko jak i gdzie można takie rzeczy zdiagnozować. Bardzo proszę o pomoc, bo nie wiem jak długo wytrzymam jeszcze tę mękę.

Jest mi ciężko- zmarła babcia, moje święta zapowiadają się bardzo niekomfortowo dla mnie, walczę z lękami i napadami paniki. Co mam robić, jak sobie pomóc?
Dzień dobry, na wstępie zaznaczę, że będzie to dosyć długa wiadomość, ale chce się z kimś podzielić tym, co mnie męczy. Od zawsze byłam bardzo wesołą osobą i patrzyłam na życie z dobrej strony (chociaż miałam pojedynczy okres zagubienia, ale to było głównie z tego, co sobie sama wmówiłam i nie przemyślałam tego). Gdy myślałam, że moje życie naprawdę staje się idealne, bo miałam wokół siebie dużo wspierających ludzi a tu nagle pod koniec maja zmarła moja kochana babcia. :( Po raz pierwszy coś aż tak we mnie uderzyło, że kompletnie pękłam. Ciężko mi było przyzwyczaić się do tego, że osoba, którą odwiedzałam przez całe moje życie praktycznie co tydzień już nigdy tam nie będzie. Wcześniej już zmarł mi dziadek, ale to było gdy miałam tylko 3 lata i nie rozumiałam co się stało. Teraz, gdy już to wszystko doskonale rozumiem to ból jest ogromny. Chciałam jak najszybciej o tym zapomnieć, dzień po pogrzebie wróciłam do szkoły i spędziłam czas z koleżankami. Pomogło mi to, więc uznałam, że kompletnie będę udawać, że nic się nie stało i zawsze gdy moi rodzice chcieli rozmawiać o mojej babci to po prostu zamykałam się w pokoju i próbowałam nie płakać. Po tym czasie wiem, że takie wmawianie sobie, że nic się nie stało pogorszyło mój stan. Bo się stało i to dużo. Mimo tego po jakimś czasie w miarę się podniosłam i w czasie wakacji już coraz łatwiej mi się o tym rozmawiało, a na wspomnienia z nią patrzyłam pozytywnie, ciesząc się tym ile z nią przeżyłam a łzy przychodziły już tylko w pojedyncze dni wakacji. Niestety, ale na początku lata musiałam pojechać do szpitala i wtedy po raz pierwszy doświadczyłam lęku paraliżującego do tego stopnia, że przez pół godziny pierwszego dnia po przyjeździe siedziałam i płakałam w łazience cała roztrzęsiona z kołatającym sercem. Bałam się szpitala a przede wszystkim snu w nim, bo moja babcia zmarła w szpitalu właśnie przez sen. :( Gdy się uspokoiłam to pobyt minął mi w miarę szybko, zdiagnozowali u mnie insulinooporność i przepisali leki. Nie przejęłam się tym jakoś przesadnie, mimo początkowych obaw, ponieważ to zaburzenie może prowadzić do cukrzycy, którą miała moja babcia. Na szczęście lekarze wytłumaczyli mi, że przy ciężkiej pracy i lekach będzie mi coraz lepiej (i tak jest!:)) Wakacje minęły mi bardzo dobrze, o wiele więcej wychodziłam ze znajomymi i smutek był już tylko sporadyczny. Tak samo, gdy we wrześniu wróciłam do szkoły, mimo tego, że nadal tęskniłam za babcią, czułam jak moje życie znowu wraca na lepszą drogę. Niestety nic nie może być idealne i na początku października zaczęło się: zasłabłam po raz pierwszy w życiu, nie zemdlałam, ale było blisko. Gdy siedziałam w karetce to myślałam, że zaraz umrę i bałam się jak nigdy. Od tego czasu byłam zmęczona, spanikowana i myślałam, że jestem co najmniej w jakimś śnie. Minęło trochę czasu i względnie wróciłam do normalności, niestety lęki nawracały w najmniej oczekiwanym momencie. Miałam (prawdopodobnie) ataki paniki czy to na spacerze, czy w szkole a nawet w domu. Potrafiłam wpaść w ogromną panikę nawet dwa razy w ciągu paru godzin. Zaczęłam latać po lekarzach, myślałam, że to coś z moim ciałem się dzieje, bałam się czy to nie cukrzyca albo coś innego, miałam wiele scenariuszy. Oczywiście po dłużej analizie wiem, że to wszystko było w mojej głowie i to moja psychika to powodowała. Oczywiście, nie cały czas czułam lęk, ale w 90% minął on dopiero niedawno. Od kiedy wróciłam po chorobie do szkoły (która niestety zostawiła za sobą kolejne lęki) to potrzebowałam chwili by wrócić do normalnego życia. Lęki znacznie zniknęły (co w pewnym momencie nawet zaczęło mnie niepokoić, że jak tak szybko już się nie boję...) i mimo zmęczenia po wirusie zaczęłam żyć w miarę spokojnie. Mimo tych sukcesów, które osiągnęłam w opanowywaniu się dalej nie jest do końca okej. Czasami nadal szybko zabije mi serce. Warto wspomnieć, że wcześniej już miałam spore tendencje do panikowania, nawet jako 10 latka miałam bardzo katastroficzne myśli i bałam się, że coś się komuś stanie np. moim rodzicom czy znajomym. Mam też tendencje do zamartwiania się i wmawiania sobie różnych rzeczy. W tym roku straciłam nie tylko babcię, ale również bliskie mi przyjaciółki- mimo, że nadal mam dwie cudowne najlepsze przyjaciółki to nie zastąpią mi one tamtych. Moje obecne przyjaciółki przyjaźnią się ze mną o wiele dłużej, bo 8 lat, tamte chodziły ze mną tylko do klasy, ale dopiero w zeszłym roku szkolnym bardziej z nimi rozmawiałam. Wiem, że to nie moja wina, że nasze drogi się rozeszły, ale gdy widzę je na korytarzu dobrze bawiące się w towarzystwie jednej bardzo niemiłej dziewczyny to chce mi się płakać. Co ona ma, czego ja nie mam? Na dodatek niedługo święta i moja rodzina zamiast w tym roku spędzić je jakoś spokojnie, zabiera się za to bardziej niż w zeszłym roku. Wiem, że im też jest ciężko w pierwsze święta bez babci, ale to nie powód by tak przesadzać. Zawsze spędzałam wigilię z rodzicami, wujkiem i babcią (i jeszcze raz z dziadkiem zanim zmarł) i w tym roku również, no tylko niestety już bez babci (i dziadka, mimo, że słabo go pamiętam to na pewno był bardzo kochany, tak jak pozostali moi dziadkowie ♡). Liczyłam, że spędzimy wigilię u nas w domu a następnego dnia pojedziemy do wujka, ale musimy jechać do domu babci, bo tak chce wujek. On mieszka tam na codzień, więc może dla niego to nie jest takie smutne, ale mi bez babci tam będzie smutno, wystarczy, że często jeździmy tam na obiad i już takie dwie godziny w domu bez babci mnie smucą. :( W tym roku wyjątkowo mamy zaprosić na drugi dzień świąt mojego drugiego wujka, ciocię i kuzynki. To nie tak, że ich nie lubię, ale nie podoba mi się takie zapełnianie świąt na siłę by się nie smucić. Zawsze było tak, że w wigilię byliśmy u nas a potem w Boże Narodzenie u babci albo na odwrót, a 2 dnia świąt odpoczywaliśmy oddzielnie w domu. Teraz jest więcej roboty i więcej stresu, mimo że uwielbiam święta to w tym roku w ogóle ich nie czuję i nie cieszę się jakoś bardzo na nie, nie chcę prezentów czy jedzenia, chcę by ludzie, za którymi tęsknię wrócili. :(( Jest to bardzo długie, ale chciałam opisać wszystko w jednej wiadomości. Nie wiem co robić ze smutkiem, lękami czy paniką i poczuciem jak we śnie (czasami, gdy wpadam w panikę albo mam za dużo myśli w głowie) i liczę na jakieś porady, czy iść porozmawiać np. z psychoterapeutą czy samodzielnie to zwalczać. Z góry dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam (oraz ze względu na obecny miesiąc życzę wesołych świąt :))
ocd

OCD - Czym jest zaburzenie obsesyjno-kompulsyjne?

Zaburzenie obsesyjno-kompulsyjne (OCD - Obsessive Compulsive Disorder), nazywane potocznie nerwicą natręctw to zaburzenie psychiczne, które może znacząco wpłynąć na jakość życia. Jeśli Ty\Twój bliski zmaga się z OCD, warto szukać profesjonalnej pomocy.