
- Strona główna
- Forum
- zaburzenia lękowe
- Nie angażuję się w...
Nie angażuję się w siebie w pełni z lęku przed nieudaną próbą/ oceną.
Iza
Łukasz Piętal
Witam!
Problemem może być niska samoocena i przekonanie o własnej niekompetencji lub wadliwości połączone z unikowym stylem radzenia sobie. Powoduje to wycofanie z obawy przed krytyką innych oraz poczucie straty możliwości rozwoju w dziedzinach dla Ciebie ważnych. W dalszej konsekwencji pojawia się poczucie bezradności i przekonanie, że inni są od Ciebie bardziej dojrzali i lepiej sobie radzą, a co za tym idzie nasila to przekonanie o własnej niekompetencji i wadliwosci. W ten sposób błędne koło się zamyka.
Zachęcam do kontaktu z terapeutą.
Pozdrawiam serdecznie
Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?
Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!
Agnieszka Wloka
Dzień dobry
Pani Izo,
po pierwsze ma Pani jakiś charakter i już - za dużo Pani z nim nie zrobi, więc najważniejsze, żeby go Pani polubiła:) To, co Pani napisała jest bardzo ciekawe, bo mówi Pani, że nie chce się za bardzo starać, żeby inni nie pomyśleli, że się Pani stara….a ja myślę, że za mało myśli Pani jednak o sobie, a za dużo o tych innych ( w sensie o tym, co oni myślą o Pani). Mam takie doświadczenie, że właśnie w momencie, gdy wydaje nam się, że wszyscy na nas patrzą, oceniają, to tak naprawdę ci inni w ogóle o nas nie myślą - np. jak wie Pani, że ma plamę na sukience, to ma Pani wrażenie, że wszyscy to już zauważyli - a prawdopodobnie nikt. Sęk w tym, że wtedy zachowujemy się tak, że sami na siebie uwagę zwracamy….- i tu rodzi się lęk - lęk przed oceną, ludźmi, działaniem, żeby nie było krytyki…a z tego punktu tylko kawałek do nierealizowania marzeń. Jednym słowem czas zacząć od budowania wiary i zaufania do siebie - choć może nie ma Pani w tym doświadczenia albo wsparcia z zewnątrz:) warto, żeby dała sobie Pani czas na relaks, medytacje w takiej formie jaka Pani bliska, a w jej trakcie skupiała się na swoim potencjale - spróbowała dać sobie tydzień na odnalezienie dobrych myśli o sobie samej w głowie; dobrze gdyby udało się Pani dać sobie więcej wrażliwości - zrobić coś dla siebie, nawet w wyglądzie…dać sobie taki powiew świeżości - na spokojnie; a potem dalej - do ludzi:)

Zobacz podobne
Obawiam się, że pech mnie dosięgnie także w nowym miejscu zamieszkania. Boję się powtórki - 3 lata temu byłam na 3-miesięcznym stażu w ukochanych Włoszech i miałam pecha - olewała mnie moja przełożona, byla oschła i nie dopuszczała do obowiązków, kłamała, że jej nie będzie dzisiaj, a potem ją widziałam na mieście, nie odpisywała. Mężczyzna, który mi się spodobał udawał, że mnie nie pamięta po czasie, nie nawiązałam koleżeństwa, dostałam mandat. Pod koniec chciałam już wracać. Naoglądałam się pięknych widoków - wszędzie sama.
Tutaj, gdzie mieszkam w Polsce jestem sama od kilku lat, bez przyjaciół, bez partnera. Mam się wyprowadzać do Holandii do prestiżowej uczelni, mam jednak problem ze znalezieniem mieszkania - w Holandii jest niedobór mieszkań. Są oferty typu mieszkania z kilkoma ludźmi i jedna łazienka - nie wiem, jak miałabym rano zdążyć się wyszykować na uczelnię. Obawiam się bardzo samotności - nie znam holenderskiego, oczywiście jest tam sporo emigrantów, ale nie wiem, czy uda mi się znaleźć znajomych, przyjaciół.
Do tej pory mam pecha i nie wiem dlaczego, jestem bardzo dobrą osobą i to nieraz ja wychodzę z inicjatywą, a po drugiej stronie nie widzę zainteresowania. Kompletnie tego nie rozumiem. Tym bardziej, że czasami poznaję koleżanki, z którymi się dobrze dogaduję, jednak po czasie po drugiej stronie widzę spadek zainteresowania albo zaprzestanie kontaktu, pomimo braku jakichkolwiek kłótni, spięć.
Dzisiaj leżałam i myślałam o tym wszystkim, czy znowu będzie nie tak, że się umęczę i będę żyć tylko studiami, tak jak było w Polsce. Czy zrobiłam wszystko, co w mojej mocy, czy wykorzystałam wszystkie szanse na poznanie ludzi. I tutaj stało sie coś niepokojącego - zaczęłam czuć dyskomfort, a po chwili panikę. Zaczęłam czuć jakąś wręcz złą obecność. Jakby we mnie "weszło" coś, albo ktoś. Bałam się być sama ze sobą, wyszłam z domu na spacer. Wiedziałam, że ten stan paniki może się skończyć w moment, jednak ja bałam się przestać zadawać sobie pytanie, czy zrobiłam wszystko, co w mojej mocy, by poznać nowych ludzi w obecnym mieście. Potem stwierdziłam, że muszę przerwać ten proces myślowy, że muszę odpuścić, bo chyba poszłam za daleko i to chyba o tym świadczy ta panika.
Byłam w tym roku na kilku sesjach i Pani powiedziała, że rzeczywiście widzi jakiś pech i to musi być uciążliwe. Zaniepokoiła mnie jednak ta panika, ponieważ doznałam jej w tym roku zimą, gdy z tej desperacji i samotności, zaczął mi się podobać mężczyzna, który wiedziałam, że nie powinien mi się podobać - intuicja we mnie krzyczała, że to nie jest dobra osoba dla mnie. I się to potwierdziło - ukrywał, że z kimś mieszka, brał używki, miał długi i w zasadzie to nie zaangażował się w relację ze mną, więc był to taki falstart. Ale z mojej strony było uwikłanie emocjonalne, i kiedy doszłam do tego, że on musi mi się przestać podobać, bo z tej relacji nic nie będzie - pojawiły się natrętne myśli - wulgarne, wrogie do mnie. Poczułam wtedy panikę, jakby "coś"" mnie atakowało, że chcę się wydostać, nie wiedziałam, o co chodzi. Odpuściłam więc i tkwiłam w tym zauroczeniu. Tylko że akurat wtedy nie powinnam była odpuszczać, bo trop był dobry - on nie powinien mi się był podobać. Więc skąd te natrętne myśli? Wiele jest tutaj obecnych wątków, które się na siebie nakładają i nie sposób ich od siebie oddzielić.

