Aplikacja TwójPsycholog — wsparcie, które masz zawsze pod ręką

📲 Pobierz aplikację i zadbaj o siebie na własnych zasadach

Dostępne w Google PlayPobierz w App Store
Left ArrowWstecz

Jak pomóc 11-letniej córce, która unika szkoły? Problemy z dyrekcją oraz nauczycielami

Witam. Mam problem z 11 letnia córka, która bardzo ,na kazdy możliwy sposób unika chodzenia do szkoły. Byłam u dyrektorki o pomoc ,a usłyszałam, że ona może przyjechać do nas rano ,jak córka nie będzie chciała i ona ja zabierze do szkoły. No dla mnie technika szok. Ale dyrektorka jest też kuratorem sądowym, wiec ma swoje techniki. Byłam w sprawie córki u wychowawczyni ,która miała rozmawiać z moją córka na osobności, tymczasem moje dziecko wróciło że szkoły, wieczorem się rozpłakało i się okazało, że pani na forum klasy poruszyła temat nieobecności mojego dziecka w szkole. Na drugi dzien byłam u pani ,wyjaśniła, że musiała tak zrobić, bo dzieci zaczęły się dopytywać o moje dziecko, mówiły, że widziały córkę gdzieś tam poza szkola ,a moja córka nigdzie nie wychodziła, jak nie szła do szkoły, ale to nie ważne. Nawet nie mieszkamy w tej samej miejscowości co szkoła. Poprosiłam wychowawczynie o wystawienie odpowiedniego dokumentu ,żeby moja córkę zbadali w poradni psychologicznej . Po tej rozmowie wychowawczyni na forum klasy córka powiedziała mi ,że pani od polskiego ( jej wychowawczyni) mówi, że córka nie czyta lektur,a córka czyta wszystkie lektury ,przygotowuje się do sprawdzianów, zwyczajnie sobie z czymś nie radzi. To bolało moje dziecko i mówiła córka, że każdy od niej więcej wymaga ,a ona nie da rady. Ja jako rodzic wymagam tylko by chodziła do szkoły, uczyła się i odrabiała lekcje ,jak dostanie zła ocenę tj 1 ,to żeby poprawiła, o ile uzna ,że chce. Nie zmuszam dziecka do zdobywania super ocen. Ma się uczyć, bo jej się to przyda ,ale nie ma się uczyć dla ocen ,ma rozumieć materiał i być na bieżąco. Od dziecka nie jestem w stanie nic więcej wyciągnąć, poza tym, że nienawidzi szkoły i klasy. 5 klasa, syn jest w 7 ,też ma takie uczucia, ale chodzi. A córka ciągle coś, a to brzuszek boli ,dzisiaj kostka. Dzisiaj rano budziłam ją normalnie do szkoły. Idę do niej do łóżka i z nią leżymy kwadrans. Później zaczynam ja ubierać, bo ona to porządny śpioch ( jak jej zależy gdzieś jechać, to się ubiorze sama ,wstanie wcześniej niż reszta ,nawet do szkoły) ,ale na codzień to jest walka. Podczas ubierania jej ciągle mówiła nie . W łazience pomogłam jej się ogarnąć, ale nie było współpracy z jej strony. Ubrałam jej buty ,plecak na swoje plecy i zaprowadziłam ją do auta. Nie chciała, ciągle mówiła nie ,ale nie mówiła czemu. Zawiozłam ją pod szkołę, nie chciała wyjsc z auta ,była walka, tj musiałam ją z auta wyjąć i auto zamknąć. Ale ona i tak nie chciała iść do szkoły. Powód, rzekomo ból kostki. Mówiłam jej ,może cię kostka boleć, ale nie masz jej spuchniętej, mało tego wczoraj też mówiła, że kostka boli ,a była z koleżankami bardzo aktywna na podwórku. Mówiłam jej ,że nie ma nawet siniaka ,nic, a jak zakładałam jej skarpetkę, to nawet nic nie jęknęła, stąd wiem ,że wymyśliła ból kostki. Co jaj mam z tym dzieckiem zrobić, gdzie szukać pomocy ? Nie chce iść do psychologa ,nie chce z nami rozmawiać. My tylko wiemy ,że nienawidzi szkoły i klasy, albo ,że ona nie wie co się dzieje. Nie mam już sił. Czekają nas konsekwencje prawne ,bo dziecko ewidentnie miga się od obowiązku nauczania. Mówiła, że chce na domowe nauczanie ,ale ona w domu nigdy nie robi nic sama od siebie. A do tego dyrektorka nie daje zgody i znajoma psycholog też mówi definitywnie nie .
Agnieszka Włoszycka

Agnieszka Włoszycka

Witam Panią,

 

Z tego, co Pani opisuje, widać jak bardzo się Pani stara i jak dużo wysiłku wkłada w to, żeby córce pomóc. Jednocześnie mam poczucie, że zarówno Pani, jak i córka jesteście już bardzo zmęczone tą sytuacją. U wielu dzieci w tym wieku silna niechęć do szkoły nie wynika z lenistwa ale z jakiegoś przeciążenia np. emocjonalnego, społecznego albo z poczucia, że sobie z czymś nie radzą. Czasem dziecko samo nie potrafi jeszcze nazwać, co dokładnie je przerasta.Bóle brzucha, kostki, unikanie wyjścia z domu,to wszystko bywa też sposobem, w jaki ciało dziecka pokazuje stres lub lęk związany ze szkołą. Bardzo poruszyło mnie też to, że córka powiedziała, że „wszyscy od niej więcej wymagają i ona nie da rady”: w tym zdaniu często kryje się dużo napięcia i poczucia bycia pod presją.Może warto na chwilę spróbować przesunąć akcent z pytania „jak ją zmusić do szkoły” na „co w tej szkole jest dla niej tak trudne, że aż ciało mówi stop”. Kilka pytań, które mogą pomóc w refleksji: czy córka ma w klasie choć jedną osobę, przy której czuje się bezpiecznie?

 czy wcześniej zdarzyło się coś w relacjach z rówieśnikami lub nauczycielem, co mogło ją zawstydzić albo zranić?

kiedy zaczęła się ta silna niechęć do szkoły czy zbiegło się to z jakimś wydarzeniem?

w jakich sytuacjach widzi Pani, że córka czuje się pewniej i spokojniej?

Jeśli dziecko nie chce rozmawiać z psychologiem „od razu”, czasem pomaga zacząć od spokojnej konsultacji rodzica z psychologiem dziecięcym lub w poradni psychologiczno-pedagogicznej czyli bez presji na dziecko, żeby już na pierwszym spotkaniu wszystko mówiło. Specjalista może też pomóc Pani ustalić, czy chodzi bardziej o lęk szkolny, przeciążenie wymaganiami, czy trudności w relacjach w klasie.Proszę też pamiętać, że to nie wygląda na sytuację „złego wychowania” ani „leniwego dziecka”. Raczej na sygnał, że córka z czymś sobie nie radzi i bardzo potrzebuje dorosłych, którzy spróbują zrozumieć, co dokładnie się w niej dzieje.

 

Z pozdrowieniami,

Agnieszka Włoszycka

Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?

Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!

Piotr Ziomber

Piotr Ziomber

Witam Panią 

 

 Rozumiem, że sytuacja z córką jest bardzo trudna i wyczerpująca, a unikanie szkoły może być objawem fobii szkolnej lub problemów emocjonalnych, a brak rozmowy pogarsza sprawę. Kluczowe jest szybkie skierowanie jej na profesjonalną diagnozę, mimo oporu, bo konsekwencje prawne rosną.

Proszę nie zapominać, że nieobecności powyżej 50% w miesiącu grożą upomnieniem dyrektora, potem grzywną do 10 tys. zł , nadzorem kuratora lub sprawą w sądzie rodzinnym. Dyrektorka jako kurator może interweniować, ale lepiej działać profilaktycznie z poradnią, by uniknąć eskalacji.

Dyrektor może odmówić, jeśli uzna, że warunki nie są odpowiednie (np. brak programu zgodnego z podstawą programową), ale decyzja musi być uzasadniona i wtedy warto się  odwołać się do kuratorium oświaty w ciągu 14 dni. W Pani przypadku, skoro córka nie uczy się sama, to nie najlepsze wyjście. Potrzebne jest skupienie się na terapii i wsparciu szkolnym. Proszę unikać siłowego zabierania , a zamiast tego  budować zaufanie przez spokojne rozmowy wieczorem, wzmacnianie sukcesów. Można poprosić o pomoc psychologa lub pedagoga o indywidualne sesje i unikanie omawiania na forum klasy.​ 

 

 

 

Anna Banasik

Anna Banasik

Dzień dobry,

 

Rozumiem, że sytuacja może być bardzo obciążająca emocjonalnie, zarówno dla Pani, jak i dla córki, dlatego dobrze, że stara się Pani uzyskać specjalistyczną pomoc. To, co Pani opisuje, wskazuje, że za takim unikaniem stoją silne emocje, takie lęk czy przeciążenie. Objawy somatyczne, takie jak ból brzucha czy kostki mogą być realną odpowiedzią na stres czy inne emocje, a nie „wymówką”, jak mogłoby się wydawać.

 

Warto zwrócić uwagę na to, że córka ugłaśnia nienawiść względem szkoły, ujawnia także przeciążenie i poczucie wysokich wymagań względem niej, które po prostu mogą ją przerastać. W tej sytuacji warto przede wszystkim rozważyć diagnozę albo wizytę u psychologa pomimo niechęci dziecka. Jest to kluczowe również z prawnego punktu widzenia, żeby pokazać, że podejmuje Pani kroki w tym kierunku.

W zakresie emocji należy nazywać i akceptować emocje, które może odczuwać córka. Warto używać takich słów, jak „widzę, że jest Ci bardzo trudno”, "widzę, że jesteś zdenerwowana", "czy chciałabyś o tym porozmawiać?". Dzieci uczą się przez modelowanie, dlatego warto również wprowadzić normalizację i pokazywanie Pani uczuć, np. "jestem teraz troszkę zmęczona, czy możemy porozmawiać za chwilę?", "mój szef dzisiaj bardzo mnie zdenerwował...". Dziecko uczy się, że odczuwane przez nią emocje są normalne.

 

W związku z tym, że problem dotyczy szkoły warto przyjrzeć się sytuacji w klasie, w szkole, może warto porozmawiać z innymi rodzicami. W zakresie obecności należy wprowadzać małe kroki, stopniowo przychodzić na 1-2 lekcje, aby sprawdzić czy jakiś nauczyciel lub przedmiot może być dodatkowym źródłem napięcia.

 

Edukacja domowa zwykle nie rozwiązuje problemu, jeśli jego źródłem są emocje, dlatego warto wstrzymać się z tą decyzją.

Cała sytuacja wskazuje, że córka być może sobie z czymś nie radzi i nie umie tego inaczej pokazać. Warto poprosić o pomoc psychologa szkolnego i przede wszystkim nie omawiać problemów na forum klasy.

 

Pozdrawiam

Anna Banasik

Kinga Osmulska

Kinga Osmulska

Dzień dobry, 

Rozumiem, że ta sytuacja może być dla Pani bardzo wyczerpująca i budzić bezradność — szczególnie kiedy mimo dużego zaangażowania nie widać poprawy.

Z tego, co Pani opisuje, możliwe, że zachowanie córki nie wynika z „niechęci” czy lenistwa, tylko z trudności, z którymi ona sama nie potrafi sobie poradzić ani ich nazwać. U dzieci w tym wieku bardzo często opór przed szkołą bywa sposobem radzenia sobie z napięciem — możliwe, że:

- doświadcza silnego stresu związanego ze szkołą lub klasą

- czuje się przeciążona wymaganiami (nawet jeśli obiektywnie nie są one wysokie)

- ma trudności w relacjach rówieśniczych lub poczucie bycia ocenianą

- nie radzi sobie z emocjami i napięcie „wychodzi” w postaci objawów somatycznych (np. ból brzucha, kostki)

To, że mówi „nie wiem” albo nie chce rozmawiać, też jest częste — możliwe, że sama nie rozumie, co się z nią dzieje, albo wstydzi się o tym mówić.

Zwraca uwagę również to, że:

- sytuacja w szkole (np. poruszenie tematu na forum klasy) mogła zwiększyć jej napięcie i poczucie wstydu

- presja poranna i „siłowe” doprowadzanie do szkoły, choć zrozumiałe, mogą dodatkowo nasilać opór i lęk.

Możliwe, że to, co Pani widzi jako „wymyślanie” (np. ból kostki), jest dla niej realnym sposobem uniknięcia bardzo trudnej dla niej sytuacji.

Gdzie szukać pomocy:

- poradnia psychologiczno-pedagogiczna — to bardzo dobry kierunek (warto doprowadzić do diagnozy, nawet jeśli dziecko nie jest chętne)

- psycholog dziecięcy — czasem potrzeba kilku prób, zanim dziecko się otworzy 

- w niektórych przypadkach także konsultacja psychiatry dziecięcego (jeśli objawy się nasilają)

 

To, że córka „nie chce iść do psychologa”, jest częste — możliwe, że odbiera to jako coś strasznego lub oceniającego. Czasem pomaga przedstawienie tego jako:

👉 „miejsce, gdzie ktoś pomoże Ci, żeby było Ci lżej”, a nie „bo jest z Tobą problem”.

Na ten moment pomocne może być:

- więcej ciekawości niż przekonywania („widzę, że to dla Ciebie trudne” zamiast „przecież nic Ci nie jest”)

- nazywanie emocji, nawet jeśli córka ich nie potwierdza

- ograniczenie walki siłowej, na ile to możliwe — bo ona często pogłębia opór. 

Rozumiem też Pani lęk przed konsekwencjami prawnymi — to realne obciążenie. Jednocześnie możliwe, że kluczowe jest teraz nie tylko „doprowadzenie do szkoły”, ale zrozumienie, dlaczego szkoła stała się dla niej tak trudnym miejscem.

To jest sytuacja, która zdecydowanie wymaga wsparcia specjalisty — nie dlatego, że ktoś „robi coś źle”, ale dlatego, że dziecko najprawdopodobniej mierzy się z czymś, co ją przerasta.

Życzę Pani dużo siły i spokoju

Kinga Osmulska 

Psycholog, Psychoterapeutka


 

Łukasz Dyłka

Łukasz Dyłka

To, co opisujesz, jest bardzo trudne i widać, że robisz naprawdę dużo, żeby to ogarnąć. I pierwsza ważna rzecz: to nie wygląda na „złe zachowanie” czy lenistwo. Bardziej na dziecko, które sobie z czymś nie radzi i reaguje unikaniem.

To unikanie szkoły, bóle brzucha, kostki, „nie wiem czemu” – to bardzo często sposób, w jaki dzieci pokazują napięcie, lęk albo przeciążenie. One często same nie potrafią powiedzieć, co dokładnie jest nie tak. Dlatego pojawia się „nie wiem” i objawy z ciała.

 

Z Twojego opisu widać kilka rzeczy, które mogą mieć znaczenie:

 

Szkoła nie jest dla niej bezpiecznym miejscem.
Sytuacja z omawianiem jej nieobecności na forum klasy to dla wielu dzieci coś bardzo zawstydzającego. Do tego komentarze typu „nie czyta lektur” – nawet jeśli nieprawdziwe – mogą ją dodatkowo podkopywać.

Może czuć, że „nie daje rady”.
To zdanie, które powiedziała, jest bardzo ważne. Dzieci w takim stanie często nie uciekają od szkoły jako miejsca, tylko od poczucia porażki, wstydu albo presji.

 

Unikanie się nakręca.
Im więcej sytuacji, w których „ledwo ją dowozisz”, wyciągasz z auta itd., tym bardziej jej ciało i głowa uczą się: szkoła = zagrożenie.

 

I teraz najważniejsze: siłowe doprowadzanie do szkoły na dłuższą metę zwykle pogarsza sprawę. Rozumiem, że boisz się konsekwencji prawnych, ale to nie jest rozwiązanie przyczynowe.

 

Co możesz zrobić tu i teraz:

Po pierwsze – trochę zdjąć napięcie w rozmowie.
Nie pytania typu „dlaczego nie chcesz iść”, tylko raczej:
„Widzę, że to dla Ciebie bardzo trudne. Nie musisz teraz tłumaczyć. Jestem obok.”


Dla niej może to być pierwszy krok do otwarcia się, bo teraz jest raczej w trybie obrony.

 

Po drugie – bardzo konkretna rozmowa ze szkołą
To, co zrobiła wychowawczyni, nie było ok. Warto jasno postawić granicę:
– żadnych rozmów o dziecku na forum klasy
– potrzebujecie indywidualnego podejścia
– możliwe dostosowania (mniej odpytywania, wsparcie, ktoś „bezpieczny” w szkole)

 

Jeśli się da – rozmowa z pedagogiem/psychologiem szkolnym.

 

Po trzecie – poradnia psychologiczno-pedagogiczna
To bardzo dobry kierunek. Nawet jeśli córka „nie chce”, często pierwsze spotkania i tak się odbywają, a dziecko stopniowo się otwiera. Tam można dostać też konkretne zalecenia dla szkoły.

 

Po czwarte – małe kroki zamiast „pełnej szkoły”
Czasem pomaga odciążenie:
– przyjście tylko na kilka lekcji
– wejście do szkoły bez presji „całego dnia”
– nawet samo przyjście pod szkołę i wrócenie
To brzmi dziwnie, ale często działa lepiej niż walka „albo wszystko, albo nic”.

 

Po piąte – oddzielenie „obowiązku” od emocji
Możesz mówić:
„Szkoła jest obowiązkiem, ale widzę, że coś Cię tam bardzo męczy i chcę Ci pomóc to ogarnąć”


Czyli: granica + wsparcie, a nie tylko jedno z nich.

 

Co do nauczania domowego – na ten moment to raczej ucieczka od problemu, nie rozwiązanie. Jeśli ona już teraz nic nie robi sama, to faktycznie może to pogłębić trudności.

 

Najważniejsze, co z tego wszystkiego wybrzmiewa:
Twoja córka nie walczy z Tobą. Ona walczy z czymś, czego nie umie nazwać i co ją przerasta.

I naprawdę nie jesteś z tym sama – to coraz częstszy problem w tym wieku. Tylko wymaga podejścia bardziej „co się z nią dzieje” niż „jak ją zmusić”.

Serdeczności
Łukasz Dyłka
pedagog, psycholog

terapia czy psycholog

Czy to moment na terapię lub wizytę u psychologa?

Zobacz podobne

Czy psycholog może wystawić opinię o ojcu bez rozmowy z obydwoma rodzicami? Nieetyczne zachowanie psychologa

Dzień dobry. Zapisałem dzieci do psychologa zgodnie z zaleceniami WWR z placówki psychologiczno-pedagogicznej. Dzieci były na jednej wizycie i psycholog poprosił jeszcze o spotkanie ze mną i żoną, aby ogólnie porozmawiać o dzieciach i dowiedzieć się więcej. Po wspólnym spotkaniu moja żona zadzwoniła telefonicznie i powiedziała, że jesteśmy w trakcie rozwodu i bardzo się nie dogadujemy. Ja nie wiedziałem, że w czasie spotkania mamy o tym powiedzieć, bo nie mówię na prawo i lewo o tym stanie rzeczy. Myślałem, że psycholog, jeśli to istotne, sama zapyta o takie rzeczy. Na tej podstawie psycholog wystawiła zaświadczenie mojej żonie, że ona przejmuje się dziećmi, a ja niestety nie przejawiam inicjatywy rodzicielskiej i nie zajmuję się dziećmi. Nadmienię, że jestem wiodącym rodzicem, ponieważ żony wiecznie w domu nie było i nie ma, ponieważ prowadzi bujne życie prywatne, imprezowo, a ja sam od lat wychowuję dzieci. Żona jest w domu gościem. 

I teraz moje pytanie: Czy psycholog może o mnie wystawić opinie, chociaż w ogóle ze mną na ten temat nie rozmawiała i chociaż nie jestem przedmiotem badania? Natomiast odbyła rozmowę prywatną z moją żona, a ze mną już nie... W zaświadczeniu napisała, że "bazując na rozmowie matki z dziećmi stwierdzam, że ojciec nie przejawia inicjatywy rodzicielskiej" Jak można stwierdzić coś takiego o trzeciej osobie bazując na rozmowie matki z dziećmi? Przecież to jest kpina. Potem napisałem obszerną wiadomość opisując mój punkt widzenia i dołączając dowody na to, iż biła dzieci (miała niebieską kartę) oraz że kłamie w czasie spotkań... Poprosiłem o wystawienie zaświadczenia dla mnie iż opłacam zajęcia ja oraz przywożę dzieci na nie. Uzyskałem odmowę wydania zaświadczenia.... Czy tylko mnie się coś wydaje, że coś tutaj jest nie tak ? Czy można coś takiego zgłosić? Jak tak to gdzie? Czy dlatego, że jestem mężczyzną to można stosować wobec mnie podwójne standardy? Dla mnie to jest po prostu kpina....

18-latka zmuszona do opieki nad młodszym bratem - jak odmówić tacie i znaleźć wsparcie?

Cześć, zwracam się z prośbą o pomoc, co moge zrobić, sprawa wygląda tak, że mój tata jedzie za granice do pracy znów za kilka dni na 4 tygodnie czyli cały sierpień i z racji, że mam 18 lat chce, żebym opiekowała sie 10-letnim bratem, mamy nie ma, bo piła caly czas i se poszla do babci, która mieszka z 500m ode mnie, ale tata nie chce, żeby wróciła i mówił wszystko kuratorom, to by i tak nie pozwolili sie bratem opiekowac, ja ogólnie nie chcę, ale i tak tu w domu siedzę, czasem choć jeżdżę do swojej dziewczyny często i na długo, to w sierpniu też bym chciała troche wyjść i pojechać na kilka dni do niej, cokolwiek, ale ja wiem, że może mu sie nie podobać, jak powiem ''nie'' i może nie nakrzyczy na mnie, ale będzie stosował manipulacje, a mnie to przybija i ja nie chce z nim rozmawiać, bo sie boje i nie potrafię wydusić słów do niego od zawsze, a na caly miesiac nie mam gdzie iść, żeby tu po prostu nie być, bo jak u babci jest moja mama to już tam miejsca nie ma, a dziewczyna moja ma 17 lat i watpię, że jej rodzice będą chcieli mnie aż na miesiąc, więc jestem ciągle zestresowana tym wszystkim.

Zespół Turnera, wyzwania z aparatami słuchowymi i bezpłodnością, szukanie wsparcia.

Witam! Jestem 24-letnią kobietą. Aktualnie zakończyłam 4 rok kierunku lekarskiego, idę więc na piąty. 

Jaki jest mój problem? Otóż - mam zespół Turnera. Wiadomo - bezpłodność, niedosłuch. Aparaty słuchowe mi potwornie wręcz przeszkadzają - nie noszę ich. Dźwięki (testowałam różne modele, protetycy próbowali zmieniać ustawienia) są nienaturalne, głosy bliskich brzmią zupełnie inaczej, to było straszne. Już bardziej akceptowałam te douszne, w tych zausznych nie mogłam biegać, czy się ruszać głową, bo strasznie trzeszczało, ale ogólnie nienawidzę mieć czegoś w uchu lub koło ucha, bardzo mi to przeszkadza mimo, że próbowałam to z zaciśniętymi zębami nosić i się przyzwyczajać. A po drugie uwielbiam czesać w wysoko upięte fryzury z odsłoniętymi uszami (koki, korony z warkocza), w których wyglądałam o niebo lepiej, czuję się kobieco i mam smuklejszą buzię i każdy mi tak mówił, ale z dwojga złego wolę fryzurę, w której wyglądam niekorzystnie jak widoczne aparaty. 

No i rodzice, którzy wręcz krzyczeli na mnie jak nie chciałam ich nosić i zabrali podstępem i nic nie mówiąc do protetyka jak miałam niecałe 18 lat. I szczerze - skłonna byłabym iść jeszcze raz do audiologa choćby na konsultację, żeby tylko porozmawiać i dowiedzieć się jakie są obecnie możliwości i czy nie ma czegoś, co by zarówno mi pomogło, ale i byłoby dla mnie akceptowalne, ale obawiam się, czy znajdę kompetentnego lekarza. 

Jak byłam na oddziale audiologicznym to spora rzesza pracowników nosiła fartuchy z logo pewnej firmy produkującej aparaty słuchowe, a lekarka prowadząca nic nie wytłumaczyła, tylko powiedziała, że to jedyne rozwiązanie i już. 

Co do bezpłodności - też jest ciężko (i widzę, że innym, którzy nie mogą mieć dzieci, choćby na YT także jest z tym piekielnie ciężko - niektórzy adoptują, niektórzy z bólem serca postanawiają, że we dwójkę będą dla siebie rodziną, niektórzy nie wytrzymują i się rozstają) i z tego właśnie powodu unikam relacji romantycznych. Co więcej nigdy nie byłam w związku, nigdy nawet nie próbowałam. Bo wiem, że rodzicielstwo to podstawowe pragnienie zdecydowanej większości, szczególnie mężczyzn, jak mówią statystyki, a jak trafiłby mi się płodny partner to nie chciałabym mu tej możliwości odbierać. Jestem też realistką i wiem, że przez wielu byłabym z tego powodu odrzucona na starcie, więc nie widzę sensu, żeby próbować. A nawet jak pierw zaakceptuje to co będzie za 10,15, 20 lat jeśli stwierdzi, że dzieci jednak chce mieć? Zostanę sama jak palec mimo, że inwestowałam tyle lat w związek, a takiej sytuacji bardzo chciałabym uniknąć. 

Ale gdybym miała już wybierać to wolałabym życie z partnerem we dwoje ze zwierzakami - na adopcję żyjącego dziecka nie mam siły (tak, inni myślą, że to jak adopcja pieska czy kotka ze schroniska - wpadam do ośrodka adopcyjnego, wybieram dzieciaka, pokazuję pani z ośrodka paluchem którego i dzieciak jest mój, ale to zupełnie inna procedura), in vitro z komórką dawczyni etycznie do mnie nie przemawia, ewentualnie mogłabym zastanowić się nad adopcją zarodka. Ciężko mi chodzić do ginekologa (szczególnie, że jak miałam 18 lat w jednej z klinik zostałam potraktowana jak przedmiot do prezentacji studentom) i dawno tam nie byłam, ogólnie też źle się czułam po terapii hormonalnej. 

Kolejna kwestia jest taka, że wszyscy w mojej rodzinie biologicznej są zdrowi, mają dzieci biologiczne i… niestety nikt a nikt mnie nie rozumie. Wszyscy to bagatelizują - aparaty słuchowe to nie problem, przecież dużo osób ma (no eureka, ale są to osoby 70/80+!!!, a nie 20-paroletnie!), a dziecko sobie adoptujesz, są osoby młodsze od ciebie, chore na raka, które modlą się o życie, nie wymyślaj, nie masz źle. Może chcą mnie zmotywować taką gadką? Ale przecież mnie to nie motywuje, wręcz przeciwnie, czuję się zdołowana i przybita po takim czymś. Generalnie całe życie w zasadzie nauczona przez rodzinę byłam obracać się w kręgu zdrowych ludzi, bo w rodzinie tylko zdrowi i tylko wśród takich ludzi się obracają, w zasadzie nie znam osobiście ludzi z widocznymi niepełnosprawnościami, szczególnie młodych. Jeśli już to pokazywano mi je gdzieś z boku, pokazując i mówiąc o nich półgębkiem i ukradkiem. 

Wyjątek stanowi moja przyjaciółka - ma wady wrodzone, od dziecka przeszła multum operacji, też przez to nie może mieć dzieci. Jest ona jedyną osobą, której mogę ponarzekać w tej kwestii. Poznała teraz chłopaka i sama mi mówiła, że jak miała mu o swoich chorobach powiedzieć to jej serce ze stresu do gardła podchodziło. Zaakceptował to i w sumie to cieszę, że są jeszcze być może gdzieś ludzie, dla których to nie problem, ale większość taka nie jest. Mam też Hashimoto - tak, jestem leczona, chodzę regularnie do endokrynologa, biorę codziennie rano tabletkę, ale to tam pestka, bo powiedzmy sobie szczerze - co to jest jedna tabletka dziennie, jedno pobranie krwi raz na pół roku i jedna wizyta u endokrynologa z USG tarczycy raz na rok/dwa lata… Oczywiście dietę też stosuję i konsultowałam się pod tym kontem dietetycznie - ale dzisiaj jest tyle możliwości jej komponowania, a szczególnie jak trafi się na dobrego dietetyka i tyle dostępnych składników, że to też nic, tarczycę mam idealnie wyrównaną. Szczerze… na diabetologii jedna prowadząca powiedziała zdanie, które totalnie do mnie przemówiło. A mianowicie, że wydaje jej się, że cukrzycy z DM1, którzy nie chcą pomp insulinowych nie zaakceptowali swojej choroby i się z nią do końca nie pogodzili. Powiedziała też, że wiele młodych dziewczyn latem (kiedy się nosi lżejsze ubrania - np. sukieneczki, spódniczki, crop topy) przychodzi do niej, żeby przestawiła je z pomp z powrotem na peny, żeby nie musieć nosić widocznej pompy. 

Za dwa lata skończę studia (radzę sobie nieźle, na tym roku miałam średnią nieco ponad 4), stanę się niezależna i tak rozmyślam wtedy nad swoimi relacjami. Myślałam, żeby rozluźnić więzi z rodziną biologiczną (oprócz babci, która bardzo mnie kocha i choć też mnie nie do końca rozumie, to przynajmniej się jakoś stara). Co do relacji z rodzicami - ciężko jest i choć podczas roku akademickiego nie mieszkam z nimi na codzień, to jestem od nich jeszcze finansowo zależna. Nie mogę im nawet z przeszklonymi oczami wspomnieć, że jest mi po prostu z tą chorobą trudno. Czasem sama płaczę w nocy w poduszkę. Tłumaczę im, że moja choroba to nie alergia ani wada wzroku, ani nawet cukrzyca, tylko że ma to ogromny wpływ na życie - społeczne, romantyczne, etc - na każdy jego aspekt w zasadzie. Do mamy nie dociera, że ci ludzie, którzy nie mogą mieć dzieci, których zna weszli w związek nie wiedząc, że będą mieli problemy z płodnością, a wchodzenie w związek ze świadomością trwałej bezpłodności to zupełnie inna rzecz. I nie rozumie też tego, że to, że ona mnie kocha wcale nie oznacza, że społeczeństwo będzie mnie w 100% akceptować. Powiedziała też kiedyś - no, minie okres dojrzewania to jej przejdzie myślenie o tej chorobie i te kompleksy, bo to tylko w okresie dojrzewania. Spoiler - nie, nie przeszło, jest jeszcze gorzej. Jako dziecko byłam zupełnie inna - żwawa, ruchliwa, wygadana, przebojowa, nieśmiała tylko czasami i tylko w stosunku do obcych, ale jak zobaczyłam, że jakaś nowa osoba jest w porządku to szybko ją akceptowałam, wszędzie mnie było pełno, nie miałam oporów, żeby zapukać w randomowym dniu do sąsiadki z góry i pokazać jej swoje nowe ciuchy, zagadywałam ludzi w pociągu, etc. Ale wtedy nie różniłam się w zasadzie od innych dzieci, funkcjonowałam jako zdrowe dziecko, zdiagnozowano mnie w wieku 6 lat. I nawet wtedy nie było problemu - akceptowałam branie hormonu wzrostu, choć czasem denerwowało mnie, że muszę jeździć do kliniki, jak chyba każde dziecko, które chce spędzić dzień w szkole z rówieśnikami, a nie może. 

To wszystko zaczęło się parę lat później. Pierw kompleksem był mój wzrost, ale dzisiaj absolutnie mi to nie przeszkadza, lubię być niewysoka i drobna. No a potem przyszło to, co wyżej. I tak, rodzice w wieku 13 lat posłali mnie do psychologa, bo "nie miałam koleżanek" w 1 kl. gimnazjum, ale w celu naprawienia mnie. Psycholog na ostatniej wizycie powiedziała mojej mamie "to nie z nią jest coś nie tak, tylko z panią". Ja miałam tylko inne zainteresowania jak dziewczyny w moim wieku - pasjonowałam się nauką, a nie bieganiem za chłopakami, więc nie miałam koleżanek, bo nie miałam z nimi tematów do rozmów. W sumie dobrze mi na tych studiach i cieszę się, że dobrze sobie na nich radzę, oczywiście skończę je, bo szkoda 4 lat, audiolog mówiła, że najlepiej wybrać w takim wypadku specjalizację zabiegową (i chirurgia mi się podoba, kilkukornie asystowałam do operacji i to było świetne), ale gdybym wiedziała, że będę niedosłysząca wybrałabym nieco inną ścieżkę kariery - byłam w gimnazjum i liceum pasjonatką fizyki i wszechświata, książki Hawkinga przeczytałam jednym tchem, myślę, że wtedy poszłabym w jakąś astrofizykę.

 

 I na koniec moje pytanie - niestety teraz studiuję, nie pracuję i nie stać mnie na terapię prywatną i czy lepiej skorzystać z psychologa w ramach NFZ (mam możliwość, że kiedy pójdę z legitymacją do studenckiej przychodni nie będę czekać na wizytę więcej jak 2 tygodnie), czy lepiej znaleźć psychologa w jakiejś fundacji wspierającej osoby z niepełnosprawnościami? Czy może warto iść na grupę wsparcia? Przepraszam za trochę chaotyczny wpis, pisałam, co mi przyszło do głowy. Pozdrawiam, i z góry dziękuję za odpowiedzi!

Brat ma trudności w kontaktach społecznych, w domu mamy specyficzną sytuację.
Dzień dobry, mój brat ma 19 lat. Wciąż śpi w jednym pokoju z mamą (pokój ma około 20 metrów, znajdują się w nim dwa łóżka stojące obok siebie). Brat ma możliwość przeprowadzenia się do innego pokoju (pustego od mojej wyprowadzki 2 lata temu). Oboje - brat i mama nie chcą, żeby doszło do przeprowadzki, pomimo moich wieloletnich nalegań. Próbuję ich przekonać, że jest to szkodliwa sytuacja dla brata, jednak brakuje mi merytorycznej wiedzy psychologicznej dla poparcia moich obaw. Brat przejawia spore problemy w kontaktach rówieśniczych i prawdopodobnie jest uzależniony od gier.
Trudność w relacji małżeńskiej: granice, zaprzeczanie emocjom i brak rozmowy
Trudność w relacji małżeńskiej – granice, zaprzeczanie emocjom i brak rozmowy Dzień dobry, piszę, ponieważ od dłuższego czasu jestem w dużym napięciu emocjonalnym związanym z moją relacją małżeńską i chciałbym spojrzenia z zewnątrz – najlepiej psychologicznego. W relacji od dłuższego czasu zmagam się z poczuciem dezorientacji i podważania własnej perspektywy. W sytuacjach konfliktowych często mam wrażenie, że wcześniejsze ustalenia, intencje lub kontekst rozmów przestają obowiązywać, a odpowiedzialność za efekt końcowy jest przypisywana wyłącznie mnie. Nawet gdy działałem w dobrej wierze lub w porozumieniu, później słyszę, że „to była tylko moja decyzja” albo że „powinienem był wiedzieć lepiej”. Doświadczam też trudności w domykaniu tematów – rozmowy kończą się bez wspólnych wniosków, a przy kolejnym konflikcie wracają w bardzo podobnej formie. Z czasem zaczynam wątpić w to, czy moje reakcje są adekwatne i czy rzeczywiście robię coś niewłaściwie, czy raczej funkcjonuję w relacji, w której brak jest stabilnych punktów odniesienia i przewidywalności. Z mojej strony staram się regulować emocje – gdy konflikt eskaluje, wychodzę, stawiam granice, nie podnoszę głosu. Problem polega na tym, że nie ma później żadnej rozmowy ani próby zmiany wzorca. Konflikty wracają w bardzo podobnej formie, a ja zaczynam się zastanawiać, czy długoterminowo da się tak funkcjonować bez realnego dialogu. Dodatkowo widzę powtarzalny schemat, w którym odpowiedzialność za trudne sytuacje (np. decyzje zawodowe żony, relacje z jej rodziną, kwestie finansowe) jest przenoszona na mnie – nawet jeśli wcześniej wspierałem ją w podejmowanych decyzjach. Mam wrażenie, że moje intencje i realne działania są później reinterpretowane w negatywny sposób. Żona niedawno sama zgłosiła się na terapię, mówiąc, że czuje depresję i przygnębienie, ale jednocześnie podkreśla, że nie jest to związane z naszą relacją. Ja również rozważam terapię indywidualną. Czuję jednak dużo złości i bezradności, bo mam poczucie, że moja praca nad sobą nie przekłada się na poprawę dynamiki między nami. Moje pytania: - Jak psychologicznie rozumieć zaprzeczanie emocjom i zmianę narracji w konflikcie? - Gdzie przebiega granica między „trudną kłótnią” a wzorcem, który może być emocjonalnie destrukcyjny? - Czy w sytuacji, gdy jedna strona stawia granice i reguluje emocje, ale druga nie podejmuje dialogu, jest przestrzeń na poprawę relacji? - Na czym warto się skupić w terapii indywidualnej w takiej sytuacji? Będę wdzięczny za każdą merytoryczną perspektywę.
dysleksja

Dysleksja - przyczyny, objawy, diagnostyka i wsparcie

Dysleksja to zaburzenie wpływające na czytanie i pisanie, ale nie na inteligencję. Jeśli Ty lub ktoś bliski ma trudności w nauce, warto poznać objawy dysleksji, jej przyczyny i metody wsparcia. Odpowiednia pomoc może znacząco poprawić jakość życia i nauki.