
Jak pomóc 11-letniej córce, która unika szkoły? Problemy z dyrekcją oraz nauczycielami
Mama 11 latki
Agnieszka Włoszycka
Witam Panią,
Z tego, co Pani opisuje, widać jak bardzo się Pani stara i jak dużo wysiłku wkłada w to, żeby córce pomóc. Jednocześnie mam poczucie, że zarówno Pani, jak i córka jesteście już bardzo zmęczone tą sytuacją. U wielu dzieci w tym wieku silna niechęć do szkoły nie wynika z lenistwa ale z jakiegoś przeciążenia np. emocjonalnego, społecznego albo z poczucia, że sobie z czymś nie radzą. Czasem dziecko samo nie potrafi jeszcze nazwać, co dokładnie je przerasta.Bóle brzucha, kostki, unikanie wyjścia z domu,to wszystko bywa też sposobem, w jaki ciało dziecka pokazuje stres lub lęk związany ze szkołą. Bardzo poruszyło mnie też to, że córka powiedziała, że „wszyscy od niej więcej wymagają i ona nie da rady”: w tym zdaniu często kryje się dużo napięcia i poczucia bycia pod presją.Może warto na chwilę spróbować przesunąć akcent z pytania „jak ją zmusić do szkoły” na „co w tej szkole jest dla niej tak trudne, że aż ciało mówi stop”. Kilka pytań, które mogą pomóc w refleksji: czy córka ma w klasie choć jedną osobę, przy której czuje się bezpiecznie?
czy wcześniej zdarzyło się coś w relacjach z rówieśnikami lub nauczycielem, co mogło ją zawstydzić albo zranić?
kiedy zaczęła się ta silna niechęć do szkoły czy zbiegło się to z jakimś wydarzeniem?
w jakich sytuacjach widzi Pani, że córka czuje się pewniej i spokojniej?
Jeśli dziecko nie chce rozmawiać z psychologiem „od razu”, czasem pomaga zacząć od spokojnej konsultacji rodzica z psychologiem dziecięcym lub w poradni psychologiczno-pedagogicznej czyli bez presji na dziecko, żeby już na pierwszym spotkaniu wszystko mówiło. Specjalista może też pomóc Pani ustalić, czy chodzi bardziej o lęk szkolny, przeciążenie wymaganiami, czy trudności w relacjach w klasie.Proszę też pamiętać, że to nie wygląda na sytuację „złego wychowania” ani „leniwego dziecka”. Raczej na sygnał, że córka z czymś sobie nie radzi i bardzo potrzebuje dorosłych, którzy spróbują zrozumieć, co dokładnie się w niej dzieje.
Z pozdrowieniami,
Agnieszka Włoszycka
Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?
Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!
Piotr Ziomber
Witam Panią
Rozumiem, że sytuacja z córką jest bardzo trudna i wyczerpująca, a unikanie szkoły może być objawem fobii szkolnej lub problemów emocjonalnych, a brak rozmowy pogarsza sprawę. Kluczowe jest szybkie skierowanie jej na profesjonalną diagnozę, mimo oporu, bo konsekwencje prawne rosną.
Proszę nie zapominać, że nieobecności powyżej 50% w miesiącu grożą upomnieniem dyrektora, potem grzywną do 10 tys. zł , nadzorem kuratora lub sprawą w sądzie rodzinnym. Dyrektorka jako kurator może interweniować, ale lepiej działać profilaktycznie z poradnią, by uniknąć eskalacji.
Dyrektor może odmówić, jeśli uzna, że warunki nie są odpowiednie (np. brak programu zgodnego z podstawą programową), ale decyzja musi być uzasadniona i wtedy warto się odwołać się do kuratorium oświaty w ciągu 14 dni. W Pani przypadku, skoro córka nie uczy się sama, to nie najlepsze wyjście. Potrzebne jest skupienie się na terapii i wsparciu szkolnym. Proszę unikać siłowego zabierania , a zamiast tego budować zaufanie przez spokojne rozmowy wieczorem, wzmacnianie sukcesów. Można poprosić o pomoc psychologa lub pedagoga o indywidualne sesje i unikanie omawiania na forum klasy.
Anna Banasik
Dzień dobry,
Rozumiem, że sytuacja może być bardzo obciążająca emocjonalnie, zarówno dla Pani, jak i dla córki, dlatego dobrze, że stara się Pani uzyskać specjalistyczną pomoc. To, co Pani opisuje, wskazuje, że za takim unikaniem stoją silne emocje, takie lęk czy przeciążenie. Objawy somatyczne, takie jak ból brzucha czy kostki mogą być realną odpowiedzią na stres czy inne emocje, a nie „wymówką”, jak mogłoby się wydawać.
Warto zwrócić uwagę na to, że córka ugłaśnia nienawiść względem szkoły, ujawnia także przeciążenie i poczucie wysokich wymagań względem niej, które po prostu mogą ją przerastać. W tej sytuacji warto przede wszystkim rozważyć diagnozę albo wizytę u psychologa pomimo niechęci dziecka. Jest to kluczowe również z prawnego punktu widzenia, żeby pokazać, że podejmuje Pani kroki w tym kierunku.
W zakresie emocji należy nazywać i akceptować emocje, które może odczuwać córka. Warto używać takich słów, jak „widzę, że jest Ci bardzo trudno”, "widzę, że jesteś zdenerwowana", "czy chciałabyś o tym porozmawiać?". Dzieci uczą się przez modelowanie, dlatego warto również wprowadzić normalizację i pokazywanie Pani uczuć, np. "jestem teraz troszkę zmęczona, czy możemy porozmawiać za chwilę?", "mój szef dzisiaj bardzo mnie zdenerwował...". Dziecko uczy się, że odczuwane przez nią emocje są normalne.
W związku z tym, że problem dotyczy szkoły warto przyjrzeć się sytuacji w klasie, w szkole, może warto porozmawiać z innymi rodzicami. W zakresie obecności należy wprowadzać małe kroki, stopniowo przychodzić na 1-2 lekcje, aby sprawdzić czy jakiś nauczyciel lub przedmiot może być dodatkowym źródłem napięcia.
Edukacja domowa zwykle nie rozwiązuje problemu, jeśli jego źródłem są emocje, dlatego warto wstrzymać się z tą decyzją.
Cała sytuacja wskazuje, że córka być może sobie z czymś nie radzi i nie umie tego inaczej pokazać. Warto poprosić o pomoc psychologa szkolnego i przede wszystkim nie omawiać problemów na forum klasy.
Pozdrawiam
Anna Banasik
Kinga Osmulska
Dzień dobry,
Rozumiem, że ta sytuacja może być dla Pani bardzo wyczerpująca i budzić bezradność — szczególnie kiedy mimo dużego zaangażowania nie widać poprawy.
Z tego, co Pani opisuje, możliwe, że zachowanie córki nie wynika z „niechęci” czy lenistwa, tylko z trudności, z którymi ona sama nie potrafi sobie poradzić ani ich nazwać. U dzieci w tym wieku bardzo często opór przed szkołą bywa sposobem radzenia sobie z napięciem — możliwe, że:
- doświadcza silnego stresu związanego ze szkołą lub klasą
- czuje się przeciążona wymaganiami (nawet jeśli obiektywnie nie są one wysokie)
- ma trudności w relacjach rówieśniczych lub poczucie bycia ocenianą
- nie radzi sobie z emocjami i napięcie „wychodzi” w postaci objawów somatycznych (np. ból brzucha, kostki)
To, że mówi „nie wiem” albo nie chce rozmawiać, też jest częste — możliwe, że sama nie rozumie, co się z nią dzieje, albo wstydzi się o tym mówić.
Zwraca uwagę również to, że:
- sytuacja w szkole (np. poruszenie tematu na forum klasy) mogła zwiększyć jej napięcie i poczucie wstydu
- presja poranna i „siłowe” doprowadzanie do szkoły, choć zrozumiałe, mogą dodatkowo nasilać opór i lęk.
Możliwe, że to, co Pani widzi jako „wymyślanie” (np. ból kostki), jest dla niej realnym sposobem uniknięcia bardzo trudnej dla niej sytuacji.
Gdzie szukać pomocy:
- poradnia psychologiczno-pedagogiczna — to bardzo dobry kierunek (warto doprowadzić do diagnozy, nawet jeśli dziecko nie jest chętne)
- psycholog dziecięcy — czasem potrzeba kilku prób, zanim dziecko się otworzy
- w niektórych przypadkach także konsultacja psychiatry dziecięcego (jeśli objawy się nasilają)
To, że córka „nie chce iść do psychologa”, jest częste — możliwe, że odbiera to jako coś strasznego lub oceniającego. Czasem pomaga przedstawienie tego jako:
👉 „miejsce, gdzie ktoś pomoże Ci, żeby było Ci lżej”, a nie „bo jest z Tobą problem”.
Na ten moment pomocne może być:
- więcej ciekawości niż przekonywania („widzę, że to dla Ciebie trudne” zamiast „przecież nic Ci nie jest”)
- nazywanie emocji, nawet jeśli córka ich nie potwierdza
- ograniczenie walki siłowej, na ile to możliwe — bo ona często pogłębia opór.
Rozumiem też Pani lęk przed konsekwencjami prawnymi — to realne obciążenie. Jednocześnie możliwe, że kluczowe jest teraz nie tylko „doprowadzenie do szkoły”, ale zrozumienie, dlaczego szkoła stała się dla niej tak trudnym miejscem.
To jest sytuacja, która zdecydowanie wymaga wsparcia specjalisty — nie dlatego, że ktoś „robi coś źle”, ale dlatego, że dziecko najprawdopodobniej mierzy się z czymś, co ją przerasta.
Życzę Pani dużo siły i spokoju
Kinga Osmulska
Psycholog, Psychoterapeutka
Łukasz Dyłka
To, co opisujesz, jest bardzo trudne i widać, że robisz naprawdę dużo, żeby to ogarnąć. I pierwsza ważna rzecz: to nie wygląda na „złe zachowanie” czy lenistwo. Bardziej na dziecko, które sobie z czymś nie radzi i reaguje unikaniem.
To unikanie szkoły, bóle brzucha, kostki, „nie wiem czemu” – to bardzo często sposób, w jaki dzieci pokazują napięcie, lęk albo przeciążenie. One często same nie potrafią powiedzieć, co dokładnie jest nie tak. Dlatego pojawia się „nie wiem” i objawy z ciała.
Z Twojego opisu widać kilka rzeczy, które mogą mieć znaczenie:
Szkoła nie jest dla niej bezpiecznym miejscem.
Sytuacja z omawianiem jej nieobecności na forum klasy to dla wielu dzieci coś bardzo zawstydzającego. Do tego komentarze typu „nie czyta lektur” – nawet jeśli nieprawdziwe – mogą ją dodatkowo podkopywać.
Może czuć, że „nie daje rady”.
To zdanie, które powiedziała, jest bardzo ważne. Dzieci w takim stanie często nie uciekają od szkoły jako miejsca, tylko od poczucia porażki, wstydu albo presji.
Unikanie się nakręca.
Im więcej sytuacji, w których „ledwo ją dowozisz”, wyciągasz z auta itd., tym bardziej jej ciało i głowa uczą się: szkoła = zagrożenie.
I teraz najważniejsze: siłowe doprowadzanie do szkoły na dłuższą metę zwykle pogarsza sprawę. Rozumiem, że boisz się konsekwencji prawnych, ale to nie jest rozwiązanie przyczynowe.
Co możesz zrobić tu i teraz:
Po pierwsze – trochę zdjąć napięcie w rozmowie.
Nie pytania typu „dlaczego nie chcesz iść”, tylko raczej:
„Widzę, że to dla Ciebie bardzo trudne. Nie musisz teraz tłumaczyć. Jestem obok.”
Dla niej może to być pierwszy krok do otwarcia się, bo teraz jest raczej w trybie obrony.
Po drugie – bardzo konkretna rozmowa ze szkołą
To, co zrobiła wychowawczyni, nie było ok. Warto jasno postawić granicę:
– żadnych rozmów o dziecku na forum klasy
– potrzebujecie indywidualnego podejścia
– możliwe dostosowania (mniej odpytywania, wsparcie, ktoś „bezpieczny” w szkole)
Jeśli się da – rozmowa z pedagogiem/psychologiem szkolnym.
Po trzecie – poradnia psychologiczno-pedagogiczna
To bardzo dobry kierunek. Nawet jeśli córka „nie chce”, często pierwsze spotkania i tak się odbywają, a dziecko stopniowo się otwiera. Tam można dostać też konkretne zalecenia dla szkoły.
Po czwarte – małe kroki zamiast „pełnej szkoły”
Czasem pomaga odciążenie:
– przyjście tylko na kilka lekcji
– wejście do szkoły bez presji „całego dnia”
– nawet samo przyjście pod szkołę i wrócenie
To brzmi dziwnie, ale często działa lepiej niż walka „albo wszystko, albo nic”.
Po piąte – oddzielenie „obowiązku” od emocji
Możesz mówić:
„Szkoła jest obowiązkiem, ale widzę, że coś Cię tam bardzo męczy i chcę Ci pomóc to ogarnąć”
Czyli: granica + wsparcie, a nie tylko jedno z nich.
Co do nauczania domowego – na ten moment to raczej ucieczka od problemu, nie rozwiązanie. Jeśli ona już teraz nic nie robi sama, to faktycznie może to pogłębić trudności.
Najważniejsze, co z tego wszystkiego wybrzmiewa:
Twoja córka nie walczy z Tobą. Ona walczy z czymś, czego nie umie nazwać i co ją przerasta.
I naprawdę nie jesteś z tym sama – to coraz częstszy problem w tym wieku. Tylko wymaga podejścia bardziej „co się z nią dzieje” niż „jak ją zmusić”.
Serdeczności
Łukasz Dyłka
pedagog, psycholog

Zobacz podobne
Syn mojej partnerki ma 11 lat. Problemy z jego zachowaniem zaczęły się jakieś 5 lat temu. Drugi rok się zaczął jak został umieszczony w MOS-ie. Przedtem próbowaliśmy wszystkiego. Najpierw w domu rozmów, dopytywania, obserwacji, pracy z jego emocjami, tłumaczeniem itd. Nic nie skutkowało. Zaczęły się wizyty w szkole, praktycznie nie było dnia, żeby nie było skarg, bo się pobił, bo zaczepia, bo przeszkadza na lekcjach. Najpierw wizyty u psychologa i pedagoga szkolnego. Oczywiście w międzyczasie cały czas próby dotarcia do dziecka i powodów jego zachowania. Zajęcia dodatkowe z psychologiem. Potem wizyty u psychologów zewnętrznych, jeden drugi, potem psychoterapeuta, następnie nawet psychiatra. Próbowaliśmy terapii i farmakologii. I nic. Cały czas jest coraz gorzej.
W końcu trafił do ośrodka. Tam oczywiście poza zajęciami, które ma sam i z grupą, my również regularnie jeździliśmy na spotkania z tamtejszym psychologiem i oczywiście z dzieckiem. On w teorii wszystko wie. Książkowo przedstawi wzorce zachowań. Zdąży się odwrócić i teoria idzie w las. Agresja na każdym kroku, wszyscy są winni tylko nie on. Egocentryzm, narcyzm, nadmierna fascynacja agresywnymi i niebezpiecznymi rzeczami. Potrafi przylecieć z podwórka tylko po to, żeby się pochwalić, że "kolega mu pokazał, że jak się zrobi komuś tak i tak to można komuś skręcić kark". Przekleństwa takie, że niejeden "dres spod klatki" by się nie powstydził. Zero szacunku do kogokolwiek czy respektowania podstawowych zasad i norm. Póki coś jest po jego myśli jest ok. Czyli najlepiej dać mu telefon, tv z konsolą i dostęp do karty, żeby mógł się żywić w fast foodach non stop. Palenie papierosów do jakichś 3 lat. Zdarzały się też kradzieże.
W momencie kiedy coś zaczyna być nie po jego myśli, zaczyna być agresywny, krzyczy, pyskuje (delikatnie mówiąc), nie docierają do niego argumenty i próby wyjaśnienia dlaczego postępuje się tak czy inaczej. Kiedy już nie ma pomysłów jak być w centrum zainteresowania, potrafi manipulować własnymi emocjami, żeby grać na czyichś uczuciach. Na zawołanie w ciągu sekundy potrafi się rozpłakać. Kiedy widzę, że to jest na pokaz i wprost mu to komunikuję, w ułamku sekundy jego wzrok zmienia się na "morderczy".
Teraz jest jeszcze za mały, ale nie wiem co będzie za kilka lat. Nie wiem czy nie zacznie wynosić z domu rzeczy, albo czy nie pobije kogoś, żeby otrzymać to czego chce. Póki nie ma go w domu jest względy spokój, kiedy przyjeżdża wszyscy chodzą w nerwach, bo ciągle są awantury. Przez tą nerwową atmosferę cierpi również nasz związek. Raz, że nie możemy się skoncentrować na sobie, bo w kółko na tapecie jest jeden temat. Dwa, że odreagowywanie nerwów przekłada się na nasze sprzeczki o głupoty czasami.
Nie wiem co mam robić. Kocham moją partnerkę, chcę z nią być. Z drugiej strony chciałbym bardziej spokojnego życia. Nie bez problemów, bo zawsze jakieś będą, ale można sobie z nimi poradzić. A tu cały dom jest sterroryzowany przez jedno dziecko. Nasze plany z partnerką zeszły na dalszy plan. Nie mamy głowy i czasu, żeby podyskutować czy zaplanować ślub, nie wspominając o staraniach o wspólne dziecko, którego oboje chcemy.
Tylko ja się boję. Bo nie wiem czy w tych nerwach udałoby jej się urodzić zdrowe dziecko, albo czy w ogóle ciąża by przeszła bez komplikacji. Nie darowałbym sobie ani jemu, gdyby jej albo dziecku coś się stało przez to, że przysparza tylu problemów. I wiecznie robi z siebie ofiarę. W szkole każdy się na niego uwziął, to każdy jego zaczepiał, jego tylko bili. Problem w tym, że nie zawsze tak było, bo niejednokrotnie dochodziły do nas informacje, że to on jest prowodyrem. Na podwórku też oczywiście on jako jedyny niewinny, każdy się na niego uwziął. Teraz w MOS-ie jest dokładnie to samo. To jego zaczepiają, on nic nie robi. Tylko to on dostaje kary dyscyplinujące "za niewinność".
Nie mam pojęcia co robić. Chcę, żeby było dobrze, ale nie mam już cierpliwości. Każda jego wizyta w domu to niekończące się nerwy. Mogę jeszcze dużo wytrzymać. Wiem i znam siebie. Zniosę jeszcze bardzo dużo. Tylko, że co to za życie. Partnerka się męczy, jest zmęczona psychicznie i fizycznie, boli mnie, że nie wiem jak jej pomóc.
Moja relacja z młodym jest aktualnie żadna. Najchętniej w ogóle bym nie miał z nim styczności. Tzn. chciałbym i są momenty, że podejmuję starania, ale zaraz on znowu odwala coś "patologicznego" i mi się odechciewa. Partnerka ma mi za złe czasami, że ja się z nim nie dogaduję. Nie dziwię się jej z jednej strony, bo to jej dziecko i chciałaby, żeby było dobrze, żeby on był inny i żebym miał z nim dobre relacje. Ale nie da się budować żadnej relacji bez obustronnego zaangażowania. A nie będę się przecież kajał przed dzieckiem tylko po to, żeby mógł mną rządzić i wtedy odwalimy teatrzyk "jest super".
Witam.
Jestem żoną od prawie 20 lat i matka 2 córek (18 I 11l at). Kocham ich bardzo, ale czasem brakuje mi sił.
Coraz cześciej mam wrażenie, że nasze małżeństwo to toksyczny związek, z którym coraz trudniej mi sobie poradzić. Męża poznałam w wieku ok 17 lat. Mąż jest ode mnie starszy o 5 lat.Byliśmy parą przez 8 lat a potem wzięliśmy ślub. Byłam w nim bardzo zakochana i mimo że było wiele sytuacji, które pokazywały, że związek ten nie bedzie łatwy, nie zrezygnowałam z niego i sama naciskalam na ślub.
Mój mąż na samym początku był bardzo towarzyski ị lubiany przez moją rodzinę, ale po kilku latach zaczął się problem z moją młodszą siostrą. Zaczęli sobie wzajemnie dokuczać. Moja mama I rodzeństwo jednak bardziej trzymało stronę siostry, więc liczba wrogów zaczęła wzrastać.
Ogólnie nie było jakiegoś konkretnego problemu tylko głupie bzdety ,jakieś słowne przepychanki, przez które sytuacja zaczęła nabierać na sile, np. siostre denerwowała jego obecność w naszym domu to on nie pozwolił mi zabrać suszarki do włosów dla niej, gdy mnie podwoził do pracy.
Ogólnie pokazywał sie z dobrej strony, np. pożyczajac auto mojej drugiej siostrze, ale gdy ona mu odmówiła podrzucenia mnie do niego to już to wypominał i wiele innych takich głupich sytuacji.
Przed samym ślubem chciał, żebym nie zapraszała młodszej siostry, więc mi mówił, że zaprosi swoja byłą sympatie itp. Teraz gdy o tym pisze, to sie zastanawiam czemu ja sie na to godziłam... Ale bardzo chcialam wyjść za niego za mąż. Po ślubie niestety sytuacja między moim mężem a moja rodziną sie jeszcze bardziej pogorszyła. Konflikt z młodszą siostrą ciągnął sie przez kilka lat, potem wrogiem nr 1 stał się mój brat, poźniej albo w sumie jednocześnie moja mama, a teraz to chyba ja sama jestem dla niego największym problemem.
Po ślubie mieszkaliśmy u jego rodziców a szczególnie, gdy na świecie sie pojawiła nasza 1. córcia. Po około roku mąż wyjechał do pracy w uk, ja do niego dołączyłam po 1.5 roku. Na początku taka rozłąka była dobrym rozwiązaniem. Oddaliliśmy sie od rodzin ciesząc się sobą. Plan był, aby pobyć trochę za granicą, zarobić i wrócić do PL.. Ale z każdym miesiącem bardziej się zadamawialiśmy jednak w uk. Mąż był jako główny żywiciel, ale wkrótce ja też zaczęłam dorabiać do domowego budżetu. Niestety w PL nie mieliśmy nic własnego, więc do powrotu nas nie ciągnęło. Powiększyliśmy rodzine. Po kilku latach podjęliśmy decyzje o kupnie domu biorąc kredyt.
Ogólnie rzecz biorąc to życie zaczęło nam się jakoś układać, ale mój mąż ciągle na coś narzeka. Po prostu wszystko jest źle, ludzie sa źli, uważa, że każdy go zawsze musi dołować, inni zawsze maja lepiej itd. Od zawsze uważa, że ma wielkiego pecha i nic tego nie zmieni. Ma zawsze dużo pomysłów, ale bardziej o nich mówi niż realizuje. Kilka razy wydał jakieś pieniądze na jakiś pomysł biznesowy, ale niestety go nie zrealizował. Ja nie jestem osobą do interesów to możliwe, że go tym dołuje, bo gdy zaczyna mówić o jakimś pomyśle to ja od razu widzę ryzyko a on sam boi się działać.
Od samego początku jakoś ja musiałam podejmować decyzje i w sumie tak jest cały czas, ale mnie też to męczy. Wychowywanie dzieci też spada na mnie. Starsza córka jest bardzo wrażliwa, ale potrafi tez dużo krzyczeć, a nawet czasem wybucha z agresją do obcych. Mąż nie reaguje na to tylko głupio mi docina 'wszystko się ułoży'. Gdy go proszę, żeby jakoś zareagował, to mi mówi 'teraz jak przez 20 lat rządziłaś...' A ja sie sama siebie pytam to gdzie ty byłeś...
Ogólnie rzecz biorąc nasze życie codzienne jest w miarę ok, ale najtrudniejsze momenty, gdy musimy coś zorganizować oraz wyjazdy do Polski. Początkowo, gdy jechaliśmy na wakacje to zawsze do niego a do moich rodziców tylko w odwiedziny góra 2-3 dn,i ale to było w miare ok. Niestety od 2 lat sytuacja sie bardzo popsuła, bo będąc właśnie u moich rodziców mój mąż strasznie mnie denerwował swoim zachowaniem, mało co sie odzywał, odjechał nie mówiąc, gdzie jedzie i na jak dlugo i po prostu siedział nadąsany. Więc pojechaliśmy do jego rodziców, tam moje emocje wybuchły i sie bardzo pokłóciliśmy. Potem wróciliśmy do moich rodziców, bo młodsza zostawiła przytulankę a mąż chciał porozmawiać z rodzicami.
Ja bylam wtedy bardzo wściekła i powiedzialam, że mam dość życia z nim i chce rozwodu. On wtedy nawyrzucal mojej mamie, że źle nas wychowała, że nie potrafimy zaakceptować prawdy, że ciagle narzeka, że nie ma pięniędzy itp. I od tamtej pory nie tylko, że nie chce z nami jechać, to nie chce nas nawet podwieźć. Mówi mi, że dopóki ja wszystkiego nie naprawię, to on nie ma zamiaru nic zmieniać.
Na ostatnią wielkanoc pojechaliśmy do PL i chciałam żebyśmy pojechali razem w sobotę, bo większa część rodziny wtedy przyjechała do rodziców i przedstawia, jak on sie tu czuje, oczywiście NIE, więc pojechałam sama.
Ostatnie wakacje też prosiłam, żeby mnie tylko podwiózł, bo ja nie mogłam prowadzić, ale też nie.
Na 50 rocznice ślubu rodziców też nie pojechałam, bo do ostatniej chwili miałam nadzieję, że powie ok jedźmy, ale nie widział takiej potrzeby, a jak zaczął wyliczać ile to bedzie strat finansowych, gdy pojade sama to po prostu mi sie odechciało jechać. W chwili obecnej ja nie chce jeździć do PL, bo tam sie najbardziej kłócimy. Gdy on jest nastawiony anty do mojej rodziny to u mnie sie włącza to samo tylko do jego. Nie wiem jak ta sytuacje wyprostować.
Czy rzeczywiście mąż ma racje, że to ja powinnam wszystko poodkręcać? Ale w jaki sposób.... Proszę o jakieś wskazówki.
Nie rozumiem zachowania mojej matki.
Zawsze jak był jakiś spór z ludźmi- matka po paru minutach staje po stronie przeciwnej. Wynajduje argumenty przeciwko nam - dzieciom, mężowi itd. Przyznaje rację, chociaż i ją obrażano.
O co w tym chodzi???
Ma 60 lat, ale taka jest od zawsze. Kiedyś koleżanka zauważyła, że zachowuje się jak 6-latka. Potrafi też opowiadać i gestykulować, chodzić wtedy po pokoju, kucać itd.
To jest dziwne. Skończyła liceum bez matury, nigdy się nie rozwijała i jakimś cudem trafiła do pracy w sklepie.
W domu gotuje i powierzchownie sprząta, ale na ogół to ogląda całe życie filmy, ogląda po 10h wiadomości i gra w gry.
Od 20 lat w pasjansa i jakieś klocki. Nie chcę jej obrażać, ale jest wybitnie głupia dla mnie. Ciągle krzyczy, jak powiem cokolwiek o sobie, to w odp słyszę "ja też" albo "mam tak samo".
Mówi, jakby posiadała wszystkie rozumy, ale jest tak płytka, że nawet nie rozumie, że nie mówi się "weszłem".
Wstyd z nią jechać tramwajem, bo głośno gada, jak zwróci się uwagę, to mówi mi dorosłej osobie "dam Ci zaraz w papę".
Od małego uwielbiała gnoić mnie, używała pasa i jej drugie dziecko to nr 1. Jest dla mnie obca baba, nie lubię jej na stare lata. Nie jest to kwestia podeszłego wieku, tylko głupoty.
Ma dziwne teorie, wyolbrzymia fakty, jak ciężko pracuje i sprząta w domu, a ma do posprzątania swój pokój i korytarz. Potrafi wydać kilka tys. zł na torebkę i co chwilę wspomina, że kiedyś nie miała. No nie.. ale nie miała 35 lat temu! A nie teraz!
Ma manię zakupową, ale do restauracji nie pójdzie.
Na wakacje nie pojedzie. Obrażona na ojca, bo nie pasuje jej. Ojciec też narcyz albo psychopata. Wszytko jedno.
Nie rozumiem jej zachowania, bo ktoś mógłby mnie skopać, a ona przyjdzie i powie, że to moja wina. Całe życie była beznadziejna matka, a teraz mam wrażenie, że jest to osoba z jakąś chorobą. Dodam, że często kłamała, np. opowiadała zmyślone historię z autobusu albo uważa, że wszyscy ją lubią i jest piękna.
Zero ciepła, zrozumienia jako rodzic. Kary, krzyk, umniejszanie, a jak chorowałam, to wstydziła się mnie chorej.
O co tu chodzi??

