Aplikacja TwójPsycholog — wsparcie, które masz zawsze pod ręką

📲 Pobierz aplikację i zadbaj o siebie na własnych zasadach

Dostępne w Google PlayPobierz w App Store
Left ArrowWstecz

Jak sobie radzić z emocjami w trakcie rozwodu?

Jak sobie radzić z emocjami w trakcie rozwodu?
User Forum

Adrianna

2 lata temu
Anna Martyniuk-Białecka

Anna Martyniuk-Białecka

Pani Adrianno,

Z rozwodem wiąże się szereg emocji, jest to niezwykle trudny czas w życiu każdego, kto przez takie wydarzenie przechodzi. Ten czas wymaga szczególnego przeorganizowania sobie dotychczasowego życia, skonfrontowania się z trudnymi emocjami takimi jak złość, lęk, poczucie beznadziejności czy straty. Skontaktowanie się z własnymi przeżyciami, własnym bólem jest niezbędnym elementem wychodzenia z kryzysu i pierwszym krokiem do ułożenia sobie życia na nowo. 

Z pewnością warto pozwolić sobie na łzy i dopuścić różne emocje, które pojawiają się w tym doświadczeniu straty, przeżyć żałobę po tej relacji. Warto sięgać po pomoc przyjaciół, rodziny. Zaczynając od małych zmian, małych kroków..

Polecam ten podcast, warto posłuchać:

Link
2 lata temu

Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?

Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!

Marek Dudek

Marek Dudek

Rozwód to jeden z większych stresorów w życiu. Nic dziwnego, że jest Pani trudno. Czy ma Pani wsparcie? Może potrzebuje Pani wsparcia psychologicznego w tak trudnym momencie. Nie powinna pani przechodzić przez to sama.

Marek Dudek

2 lata temu
Magdalena Chojnacka

Magdalena Chojnacka

Dzień dobry, Rozwód to bardzo stresująca sytuacja i zazwyczaj powoduje bardzo silne emocje. Najlepiej wsparcia szukać u najbliższych, w rodzinie, u przyjaciół - jeśli jednak to nie jest w pełni wystarczające, dobrym rozwiązaniem jest wsparcie terapeutyczne, które pomoże przejść przez ten trudny czas. 

Z emocjami dobrze jest  pracować przez oddech i ciało.Nawet kilka głębokich oddechów, kiedy emocje biorą górę czyni czasem cuda. Polecam tez zadbanie o siebie np wyciszenie się w naturze, pójście na spacer czy rozmowę z zaufaną osobą.  

Pozdrawiam, 

Magdalena Chojnacka

2 lata temu
Usunięty Specjalista

Usunięty Specjalista

Rozwód może być trudnym doświadczeniem. Badacze Holmes i Rahe rozwód wymienili jako drugie najbardziej stresujące wydarzenie w życiu, zaraz po śmierci współmałżonka. Proszę pomyśleć, co wcześniej było pomocne w radzeniu sobie w sytuacjach stresowych i może spróbować skorzystać z tych sprawdzonych sposobów. Dodatkowo pomocne w radzeniu sobie ze stresem są takie metody, m.in. jak trening Jacobsona czy Schultza, wizualizacja, praktykowanie technik relaksacyjnych, zapisywanie myśli, rozmowa z bliskimi, badanie o odpowiedni odpoczynek, sen, aktywność fizyczną i dietę. Jeśli czuje Pani, że trudno jest poradzić sobie w tej sytuacji, może warto rozważyć kontakt z psychologiem aby pomoc z Pani problemem. 

Służę pomocą, Edyta Kwiatkowska

2 lata temu
komunikacja w zwiazku

Darmowy test na jakość komunikacji w związku

Zobacz podobne

Witam. Niecałe 5 lat temu nastąpiła dla mnie traumatyczna sytuacja życiowa z mężem( w skutek zażywania amfetaminy przez jakiś czas, mąż zaczął mieć urojenia dotyczące moich rzekomych zdrad) przeszłam dla mnie myślę horror:( po wizycie u psychiatry dostałam leki po diagnozie " inne zaburzenia nerwicowe" niestety brałam je krótko, przerwałam leczenie ponieważ razem z mężem pokonaliśmy razem te trudności, mamy 4 dzieci a najmłodszy syn ma 18 miesięcy. Niestety w ostatnim czasie w szkole syna pojawiły się problemy, widzę teraz jak odbiły się na mnie, mam duże wahania nastrojów, raz jestem agresywna( bez przemocy fizycznej) a za chwilę płaczę a poczucie winy sprawia że mam pełne objawy fizyczne tj. Bóle pulsowanie głowy, ból brzucha z uczuciem trzęsienia się brzucha, sztywnienie nadgarstków i palcy u rąk, "góla" w gardle, bardzo szybkie bicie serca, kołotani, zimne poty itp. Z domu nie chce mi się wychodzić, każde wyjście w załatwienu sprawy jest dla mnie przytłaczające" że znowu muszę iść i rozmawiać z ludzmi" przez co zawalam dużo spraw, bardzo odbija się to na mężu ponieważ to w nim szukam wtedy winy o wszystko:( sama sobie ze wszystkiego robię problem, nie ma dla mnie pozytywnych myśli, zawsze jest coś co przekona mnie żeby jednak zrezygnować z danych rzeczy, w tym roku pierwszy raz byłam nad morzem z rodziną i nawet chwilę nie cieszyłam się z tego, wszystko ma dwie barwy białe i szare. Planuje wrócić do psychiatry, czy to konieczne czy ten zły czas minie jak wtedy? Dziękuję
Za chwilę kończę 25 lat.
Za chwilę kończę 25 lat. Nienawidzę swojego ciała, swojej sytuacji, braku perspektyw na przyszłość. Nie mogę nic z tym zrobić, a naprawdę próbowałem wielokrotnie i na różne sposoby. Codziennie budzę się i nie mam właściwie dla kogo ani po co wstawać z łóżka. Nie wiem, po co żyję. Jestem życiowym zerem. Od dłuższego czasu nie chcę żyć. Codziennie o tym myślę, wielokrotnie. Miałem raka, zostawiła mnie dziewczyna, oszukano mnie w pracy, nie powiodło mi się w życiu, a naprawdę ciężko pracowałem, żeby było dobrze już będąc nastolatkiem. Brak mi jakiejkolwiek motywacji i chęci. Moi znajomi żenią się, budują domy, a ja tylko na to bezradnie patrzę i zastanawiam się jak się zabić i więcej nie znosić tego świata. Leki nie pomagają, bo one nie sprawią, że nagle moje życie się ułoży, a ja nie wierzę, że kiedykolwiek będzie dobrze po tym czego doświadczyłem. Już miało być dobrze. Doszedłem do wniosku, że trzeba było się nie leczyć. I tak moja osoba nic nie zmienia.
Partner daje się wykorzystywać finansowo przez dorosłego syna, obawy o przyszłość i problemy z depresją

Mam problem z partnerem. Daje się wykorzystywać ludziom, pomaga nawet swoim kosztem, nawet naszym, bo mieszkamy już razem. Syn dorosły mieszkający z matką wyciąga od niego kasę (płaci jeszcze alimenty na syna), a to ciuchy, a to prawo jazdy, nawet samochód oddał synowi mniej palący, a sam musi jeździć dużo palącym mercedesem, a nie może znaleźć pracy i się zadłuża. Boję się, co mnie czeka z nim w przyszłości. 

Sama mam najniższą krajową, leczę się na depresję. Lęki mnie przytłaczają, ciągła walka o byt.

Czuję chroniczne zmęczenie, poirytowanie, drażliwość. Męczą mnie relacje, nie potrafię odnaleźć chęci.
Irytacja , zmęczenie, lenistwo ( sama się sabotuję, , obcy ludzie mnie denerwują i mam czasem ochotę kogoś szturchnąć lub kopnąć na ulicy), przez to myślę, że jestem złym człowiekiem, jestem na studiach, ale nie uczę się i nie robię zadań, bo jestem leniwa i zmęczona, problemy z zasypianiem, gdy mam na 6 wstać do pracy, boję się, że zaśpię i szefowa mnie zwolni, bóle głowy po studiach, szkole, bóle pleców od 2 lat w paru miejscach, co może mieć wpływ na moje gorsze samopoczucie. Jedynie staram się na treningach ( trenuję 8 lat) chociaż nie tak, jak kiedyś. Czasem ( raz na parę miesięcy)wymyślam sobie choroby, np. myślałam kiedyś, że mam coś z wątrobą, ale usg było w porządku, myślałam, że mam przepuklinę, a ostatnio w wigilię myślałam, że mi ość utknęła w gardle i rodzina zawiozła mnie na pogotowie. Mam problemy teraz z lżejszą formą kompulsywnego objadania się, jem szybko i niezdrowo, jestem uzależniona od telefonu. Dodam jeszcze, że nie mam ochoty z nikim się spotykać. Ludzie na dłuższą metę mnie denerwują i męczą. Zakończyłam wszystkie moje przyjaźnie szkolne z własnego wyboru. Jestem introwertykiem. Co i czy powinnam coś zrobić?
Czuję się pozbawiona sensu i zdemotywowana - jak przerwać cykl emocjonalnego wypalenia?
W tym roku kończę 22 lata i mój problem jest trochę głupi, ale mimo to bardzo utrudnia mi życie. Chodzę na studia dzienne, jestem pasożytem i żyję na garnuszku rodziców. Zrobiłam sobie rok przerwy po maturze by tak bardzo bałam się podjąć złej decyzji i zmarnować sobie życia, że w końcu o ironio nic nie zrobiłam. Zawsze byłam bardzo ambitna i miałam wobec siebie ogromne wymagania. Ale jakoś od może roku wszystko straciło dla mnie znaczenie, nawet te rzeczy którymi się ekstremalnie stresowałam i nie mogłam się uspokoić miesiącami, teraz mogę być nazywana przez innym najgorszym śmieciem i bezwartościową osobą a mimo to nic nie czuję. Miałam od zawsze okresy gdzie sterowały mną bardzo silne emocje przez jakiś czas i zazwyczaj wiązało się to z konkretną relacją czy znajomością, ale zauważyłam że głębsze relacje, nawet przyjaźnie albo koleżankę, która nagle wydaje mi się idealna po kilku udanych rozmowach i w mojej głowie staje się święta, prowadzą zawsze do tego, że nie wytrzymuje psychicznie i mam niezłe huśtawki nastrojów i wybuchy. Próbowałam to jakoś zrozumieć na terapii, ale po zmarnowaniu na nią całego stypendium i nie potrafieniu znaleźć pracy nic mi ona nie dała. Więc z trybu wybuchowych emocji i adrenaliny wiążącej się z silnymi emocjami przechodzę w tryb izolacji, gdzie staram się nikogo do siebie nie dopuszczać z lęku, że będzie tak jak ostatnio. Pytanie kiedy znowu niespodziewanie mi się przełączy tryb na ten okropny... Eh problem polega ogólnie na tym, że albo mi się chce żyć i mogę zrobić wszystko pod wpływem adrenaliny i ogromnych emocji, jestem bardzo pobudzona i zmotywowana, pewna siebie albo wręcz przeciwnie teraz od kilku miesięcy tkwie w stanie by tylko jakoś przetrwać i odcinam się wręcz od faktu, że istnieje bo tak bardzo nienawidzę siebie i swojego życia ale już mi się nie chce nawet o tym myśleć i stresować. Wydaje mi się, że źródło problemu się nie zmieniło, ale co się zmieniło to forma w jakiej staram się funkcjonować i przetrwać. Chodzę do psychiatry regularnie od pół roku co kilka miesięcy i aktualnie biorę tylko fluoksetyne. Zauważyłam, że moje huśtawki nastrojów się prawie wyłączyły (chyba, że chodzi o zamyślanie się nad tym jak znajomi mogli zinterpretować najmniejsze slowo czy czynność jaką powiedziałam albo co ich najmniejszy gest symbolizuje pod ukryciem w stosunku do mnie). Za to czuję się jakbym wpadła w głęboką depresję. Nie mam motywacji ani siły ani energii na nic. Ledwo piszę ten post i jestem w szoku, że w ogóle udało mi się go napisać bo często czuję się tak bezsensu, że nie mam nawet siły komuś czegoś odpisać. Niby staram się jak mogę być na bieżąco ze studiami ale tak szczerze marzę o tym żeby je rzucić ale wiem, że jak je rzucę albo pójdę na jakiś inny kierunek to nic tym nie osiągnę bo wydaje mi się że nic mnie nie ucieszy w życiu ani nie zmotywuje. Ja chyba po prostu nie umiem się z niczego cieszyć. Tak jak wspominałam w tamtym trybie gdzie byłam emocjonalna myślałam o śmierci bardzo impulsywnie i emocjonalnie, albo kochałam życie i chciałam z niego jak najlepiej korzystać albo absolutnie chciałam zniknąć. Teraz za to wciąż myślę o śmierci ale zdecydowanie z ogromnym spokojem i tak jakbym się pogodziła już z tym, że i tak nigdy nic nie zrobię ze swoim życiem pożytecznego. Wiem, że tkwię w błędnym kole, ale starałam się jak mogłam zrobić cokolwiek żeby z niego wyjść odkąd pamiętam. Naprawdę od dziecka coś ze mną było nie tak, ale nieważne. Nie pamiętam nawet kiedy moje problemy się zaczęły bo już od przedszkola pamiętam jakie ogromne wyobcowanie bez powodu czułam. Nie wiem nawet dlaczego to piszę, może dlatego że jestem samotna albo po prostu muszę się wyżalić. Aktualnie też nie chce mi się płakać, a jeszcze jakieś pół roku temu płakałam codziennie i to bardzo dużo, lub kilka razy dziennie. No a teraz czuję się taka trochę przygaszona i nie płaczę prawie w ogóle, możliwe że to działanie leków ale tak naprawdę mam trochę wątpliwości czy one faktycznie na mnie jakoś działają, bo zawsze byłam taka w tym "cyklu" izolacji, że to tak nazwę. Więc albo się izoluję i nie czuję nic i niby jest ok, ale nic nie chce mi się robić ze sobą i nawet szukać pracy mimo że wiem że jestem w wieku gdzie powinnam natychmiastowo się ogarnąć i dbać o swoją przyszłość, ale nie. Mam 22 lata na karku, 50 zł na koncie, 0 marzeń, 0 chęci do czegokolwiek, jestem pasożytem, żyję z rodzicami, nie mam pracy i nawet nie umiem znaleźć praktyk, a może po prostu nie chce mi się ani pracować ani studiować, ani istnieć ani w ogóle nic, to trochę zabawne, ale czy można być aż tak leniwym człowiekiem jak ja? Kompletnie nic mnie nie interesuje, totalnie nic. Ale szczerze przynajmniej czuję przy tym wszystkim spokój i wolę to o wiele bardziej niż te wybuchy różnych randomowych emocji i wieczną niepewność, co będzie następne. Może o to chodzi, że ułożyłam sobie bezpieczną wizję przyszłości jako osoba która przegrała w życiu własnym lenistwem, brakiem zaangażowania i dyscypliny i dzięki temu czuję się spokojna, że już nie muszę się obawiać, że taka zostanę, gdy będę się starać, bo wystarczy się nie starać i wszystko jest łatwiejsze. Często myślę nad tym, czy śmierć tak naprawdę nie jest najłatwiejszą i najbardziej spokojną i przyjemną drogą na przyszłość, bo tak szczerze, no świat jest jaki jest i myślę, że to wręcz realistyczne, że nie chce żyć. Życie jest trudne, za ciężkie i zbyt wymagające dla mnie. Ludzie są potworami, wszystko jest nudne i nic mnie nie interesuje. Więc logicznie skoro nie widzę żadnych wartości w życiu, to dlaczego nie wybrać śmierci gdzie nie będę musiała się męczyć nawet z samą egzystencją, która mnie męczy bez powodu. Absolutnie nie planuję samobójstwa ani nic związanego z tym. Mam to gdzieś, nic mnie nie obchodzi, to czy umre też nie. Po prostu jestem i mnie nie ma i nawet już nie interesuje mnie co się ze mną stanie. Nie interesuje mnie już mój los ani moja przyszłość, mimo ze tak niedawno dostawałam ataków paniki na samą myśl jak niszczę sobie swoje życie i dlatego że nic nie robie itd. Czym może być mój problem? Byłabym bardzo wdzięczna za jakąś ciekawą analizę moich problemów i ogólnie nie wiem czego chce sama. Lubię po prostu czytać co ktoś o mnie myśli i jak postrzega moją egzystencję. Dziękuję za poświęcony czas i za odpowiedzi, jeśli będą! Jestem naprawdę w szoku, że chciało mi się w ogóle coś zrobić (napisać taki długi wpis)
kryzys w związku

Kryzys w związku – jak go przetrwać i odbudować relację?

Twój związek w kryzysie? To naturalny etap, który może wzmocnić relację. Poznaj sprawdzone strategie i porady ekspertów, by skutecznie przez niego przejść i odbudować więź. Czytaj dalej!