Left ArrowWstecz

Jak uratować związek po 24 latach? Partner nie czuje już miłości

Pomocy, rozpada mi się życie – związek z 24-letnim stażem.
Mąż wylał na mnie kubeł zimnej wody – i częściowo miał rację. Na dość długo się wyłączyłam, odizolowałam od świata. Nie wiem, dlaczego – czy przez natłok życia, czy własną głupotę. Wytknął mi, że nie dopuszczałam nikogo do siebie, w tym i jego. Że go odrzucałam, nie rozmawiałam z nim o problemach, nie wspierałam go w jego zainteresowaniach. Że zależało mi głównie na porządkach, a jeśli coś było nie tak – to wszystkich stawiałam „po kątach”.

W końcu wybuchł. Wytknął nawet te drobniejsze rzeczy, które go dręczyły, i stwierdził, że mnie nie kocha, że już nic nie czuje.
Otworzyło mi to oczy. Nagle zmieniłam podejście, staram się walczyć o związek – ale czy jest sens?
On twierdzi, że to wszystko go zmieniło, że nie wróci to, co było między nami. Że jest za późno.
Ratunku. Co robić?
Mi zależy… a widzę, że jemu też jest trudno.

User Forum

Ana

10 miesięcy temu
Justyna Orlik

Justyna Orlik

Cześć,

wygląda na to, że teraz, gdy rozpada się coś, co naprawdę jest ważne dla Ciebie, zaczynasz dostrzegać to, co przez lata było niewidoczne. Słyszę, że to bolesne, ale może to być też szansa na nowy początek. 

Twój mąż powiedział Ci swoją prawdę. To, co go bolało, to nie tylko brak rozmów czy wsparcia, ale być może także brak miejsca dla niego. Przestrzeni, w której mógłby pokazać się taki, jaki jest. Bez presji, oceny oraz kontroli.

Możliwe, że próbując "ogarniać życie" nieświadomie kontrolowałaś wszystko, co dało się uporządkować, bo tam, gdzie pojawiały się emocje lub konflikty mogło być zbyt trudno. Ale kiedy porządkuje się świat dookoła, to często traci się z oczu to, co naprawdę żywe: relacje, kontakt i bliskość.
 

W nurcie, w którym na co dzień pracuję, mówimy, że kontakt to spotkanie dwóch osób takimi, jakimi są. Teraz jesteś w takim miejscu, że dopuszczasz do siebie ból, stratę oraz lęk, a to jest krok w stronę kontaktu, również z samą sobą.

Twój mąż mówi: "za późno". Może mówi tak, bo nie chce znów się zranić, może dlatego, że nie wierzy w zmianę. 

Twój mąż może nie wierzyć w Twoją zmianę, ale skoro "nie poprawiasz" już jego życia, to pojawia się między Wami nowa jakość, która daje nadzieję na zmianę. Każdy z nas potrzebuje być zobaczony, dokładnie taki, jaki jest. 

 

I chcę Ci jeszcze powiedzieć, że między „za późno” a „jeszcze można” jest dużo wolnego miejsca. Może to czas na ciszę, chwilę spokoju lub odrobinę odwagi? Jeśli Ci zależy, możesz próbować to sprawdzać. 

Pozdrawiam,
Justyna Orlik, psychoterapeutka Gestalt

10 miesięcy temu

Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?

Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!

Sylwia Szulecka

Sylwia Szulecka

Pani Ano,

opisana przez Panią sytuacja na pewno nie jest łatwa. Są Państwo w długoletnim związku i wygląda na to, że przez dłuższy czas niewiele Państwo rozmawiali na temat Waszej relacji i Waszych potrzeb. Nadszedł moment, że mąż poinformował Panią o tym, co czuje. 

To jest taki czas, w którym jeszcze dużo się może zmienić, jeśli spożytkują Państwo ten kryzys jako szansę. Z pewnością wymagać to będzie wiele pracy ze strony obojga Państwa. Pomocna może być terapia par. Warto ją rozpocząć - pod warunkiem jednak, że oboje Państwo zdecydujecie się na zaangażowanie w zmianę oraz na wysiłek, który się z tym będzie wiązał.

 

Wszystkiego dobrego

 

Sylwia Szulecka

Psycholog, psychoterapeuta

10 miesięcy temu
Justyna Bejmert

Justyna Bejmert

Dzień dobry,

 

To, co Pani przeżywa, jest bardzo trudne i bolesne - po tylu latach usłyszeć, że mąż już nic nie czuje, musi być ciosem w serce. Ale Pani reakcja pokazuje ogromną siłę i chęć naprawy. To, że przyznaje się Pani do błędów i chce zawalczyć, wiele znaczy.

 

Mąż mógł długo tłumić w sobie żal i rozczarowanie. Jego słowa mogą być bardziej wyrazem zranienia niż ostatecznej decyzji. Czasem, gdy ktoś mówi, że "już nic nie czuje", to tak naprawdę mówi: "zostałem zbyt długo sam z tym wszystkim".

 

Nie da się odbudować wszystkiego od razu, ale jeśli widzi Pani choć cień emocji z jego strony - warto próbować. Ważna będzie cierpliwość, szczere rozmowy, małe gesty. Może rozważycie terapię par - nawet jedno spotkanie może pomóc zrozumieć, co się między Wami dzieje.

 

Najważniejsze: nie walczyć tylko o związek, ale też o siebie. O spokój, siłę i poczucie, że Pani też zasługuje na czułość i wsparcie. To trudny moment, ale niekoniecznie koniec. 

 

Pozdrawiam ciepło,

Justyna Bejmert 

Psycholog

10 miesięcy temu
Martyna Jarosz

Martyna Jarosz

To, że mąż wyraził swoje emocje w tak mocny sposób, może oznaczać, że długo je tłumił. Jego słowa mogą być efektem nagromadzonego bólu, a nie ostateczną decyzją. Pani reakcja - refleksja, chęć zmiany i walki o związek – pokazuje, że jest w Pani ogromna siła i gotowość do naprawy relacji. Choć on mówi, że „już nic nie czuje”, to często w takich momentach emocje są przytłumione przez rozczarowanie i zmęczenie. Jeśli widzi Pani, że jemu też jest trudno, to znaczy, że coś jeszcze w nim zostało. Warto zapytać go spokojnie, czy widzi, choć cień szansy na odbudowę. Jeśli tak, terapia par może być bezpieczną przestrzenią do odbudowy zaufania i bliskości. Jeśli jednak on nie jest gotów, proszę nie rezygnować z pracy nad sobą. Zmiana, którą Pani rozpoczęła, jest cenna niezależnie od wyniku. Może z czasem on to zobaczy. A jeśli nie, Pani będzie silniejsza, bardziej świadoma siebie i gotowa na nowe etapy życia.

 

Pozdrawiam

Martyna Jarosz
 

10 miesięcy temu
Pracownia Psychoterapii Wolne Myśli

Pracownia Psychoterapii Wolne Myśli

Dzień dobry, 
kiedy życie zaczyna się chwiać w fundamentach – a za taki można uznać związek budowany przez ponad dwie dekady – naturalne jest poczucie chaosu, żalu, winy i pytania: czy jeszcze da się coś uratować?

Z perspektywy psychodynamicznej to, co Pani opisuje, dotyka wielu głębokich warstw psychicznych: nie tylko relacji z partnerem, ale też z samą sobą – z emocjami, potrzebami i mechanizmami, które przez lata mogły się niepostrzeżenie ugruntować i oddziaływać na związek. To nie jest „głupota”, jak sama Pani o sobie pisze – to często mechanizmy obronne, które rozwijają się po to, by chronić psychikę przed przeciążeniem, bólem czy lękiem.

Czasem „zamykanie się” emocjonalne jest formą przetrwania.

Może to wycofanie, o którym mówi mąż, było próbą ochrony przed nadmiarem: obowiązków, presji, niespełnionych potrzeb? Często dopiero z perspektywy kryzysu uświadamiamy sobie, jak bardzo byliśmy odłączeni – i od siebie, i od innych.

W terapii psychodynamicznej pracujemy właśnie z tym: dlaczego pewne rzeczy działy się „po cichu”, co zostało wypchnięte poza świadomość, i co próbuje dojść do głosu teraz – często w dramatyczny sposób, przez konflikt, rozstanie, rozpad dotychczasowej tożsamości.

Mąż zareagował gwałtownie – ale to też może być forma bólu.

Wybuch, który Pani opisuje, nie musi być jedynie zamknięciem – czasem jest to nagromadzony przez lata żal, który wreszcie znalazł ujście. To nie musi oznaczać, że „miłość się skończyła” – ale że miłość w tej formie, jaka istniała, nie była już dla niego znośna. Słowa: „już nic nie czuję” mogą być także próbą poradzenia sobie z własnym cierpieniem, rozczarowaniem, poczuciem bycia niewidzialnym.

Często – zanim pojawi się możliwość odbudowy – musi najpierw dojść do symbolicznego „rozsypania” dotychczasowego układu. On nie chce powrotu do tego, co było – i być może Pani też nie powinna. Bo „to, co było”, doprowadziło Was oboje do ściany.

Czy jest sens walczyć?

To pytanie ma dwie warstwy:

Czy ma Pani gotowość, by rzeczywiście spotkać się ze sobą i z tym, co się działo w Pani przez te lata?

Czy mąż ma gotowość, by nie tylko rozliczyć przeszłość, ale też dać szansę nowemu?

Bo odbudowa – jeśli miałaby być możliwa – nie polega na „przywróceniu” poprzedniego stanu. To proces tworzenia czegoś nowego – z większą świadomością, uczciwością i głębszym rozumieniem siebie i siebie nawzajem. A to wymaga czasu, woli, i często także przestrzeni, by obie strony mogły zobaczyć swoje uczucia w innym świetle.

Co może Pani zrobić teraz?

🔹 Zatrzymać się i przyjrzeć sobie – nie w trybie oskarżania, ale z ciekawością: Co sprawiło, że się zamknęłam? Czego nie mogłam wypowiedzieć? Jakich emocji bałam się dopuścić?

🔹 Zacząć własną terapię – to może być bezpieczne miejsce, w którym Pani odzyska dostęp do siebie, do tego, co tłumione lub nierozpoznane. A z tego miejsca można dopiero naprawdę budować relację – lub pogodzić się z jej końcem bez zniszczenia siebie.

🔹 Dać mężowi przestrzeń na jego emocje – one też mają swój rytm i czas. Nie każdy od razu umie powiedzieć, czy „jest sens”. Może teraz potrzebuje tylko, by ktoś uznał jego ból – a nie natychmiast chciał go odwrócić.

Proszę pamiętać: to, że teraz Pani „nagle walczy”, nie czyni tego mniej wartościowym. Czasem dopiero coś, co się wali, pozwala zobaczyć, ile było ukrytej miłości, ile niezaspokojonych potrzeb, ile przemilczanych próśb. To może być początek czegoś bardzo ważnego – niezależnie od tego, czy związek się odbuduje, czy nie.

 

Z serdecznością
Pracownia Psychoterapii Wolne Myśli (Weronika Berdel)

10 miesięcy temu
Katarzyna Kania-Bzdyl

Katarzyna Kania-Bzdyl

Dzień dobry Ano,

 

czy mąż oprócz tych informacji podjął już jakieś kroki prawne w tym kierunku? Wyprowadził się? Na jakim jesteście etapie?

 

Proszę opowiedz, dlaczego mąż częściowo miał rację tzn. dlaczego zamknęłaś się na świat i ludzi? Jaki był tego powód?

 

pozdrawiam,

 

Katarzyna Kania-Bzdyl

10 miesięcy temu
dobrostan

Darmowy test na dobrostan psychiczny (WHO-5)

Zobacz podobne

Partner jest zaborczy, nie mogę żyć tak, jakbym chciała, bez obwiniania mnie o niestworzone winy.
-Zaborczość Partnera- Ja – 30 lat (po rozwodzie) On- 47 lat ( po rozwodzie z dzieckiem) Jest mężczyzną troskliwym, ciepłym, zabawnym i otwartym. Ale jak każdy z nas, ma on również niedoskonałości- jest bardzo zaborczy.. Na początku, przeszkadzało mu, że mam instagrama (już wcześniej myślałam o usunięciu, ponieważ, gdy spędzałam tam czas – chciałam być taka perfekcyjna jak inne kobiety) Dlatego nie było dla mnie problemu, gdy chciał, abym go usunęła. Na początku bardzo dużo pytał się o moich byłych partnerów i doświadczenia łóżkowe. Nie są one nie wiadomo jakie, powiedziałabym, że normalne. Ale potem, gdy był zły, rzucał głupimi tekstami. Po 3 msc od naszego poznania, miałam wyjście z szefem na konferencję, gdzie reprezentowaliśmy naszą firmę. Powiedziałam mu gdzie i umówiliśmy się, że mnie zawiezie do pracy, a potem stamtąd odbierze(poznał szefa). Zadzwonił do mnie 1,5 godziny przed umówionym czasem i powiedział, że wracał od spotkania z klientem i już mam wychodzić. Gdy powiedziałam, że jeszcze nie koniec- zaczął rzucać oskarżeniami, że stoję z mężczyznami i dobrze się bawię (pomijając fakt, że siedziałam przy stole z samymi seniorami..) Długo rozmawialiśmy, powiedział, że miał wybuch, bo się bał, że mnie straci – a jego żona go zdradziła. Po 5 miesiącach zamieszkaliśmy razem.. wiem, że za szybko. Potem było okay.. do czasu sprzed miesiąca. Zaczął rzucać dziwnymi żartami/oskarżeniami. Gdy wracałam do domu, np. że mam majtki na drugą stronę, że mam włosy rozwalone i patrzył podejrzliwie i że co się tak ładnie ubieram.. niby na żarty. Powiedziałam, że to niszczy nasz związek i sobie nie życzę takiego czegoś. Jego problemem jest też, że oczekuje, że będziemy ze sobą 24h na dobę. - Gdy wychodziłam z koleżanką na kawę w niedziele – nie w niedzielę, bo to czas dla rodziny. - Gdy w tygodniu się widziałam – nie, bo za późno - Gdy nocowałam u przyjaciółki(zna ją i wie gdzie mieszka) było okay, do czasu, gdy wróciłam do domu. Zaczynał głupio gadać i nagle zapytał, gdzie zaparkowałam, bo gps w samochodzie pokazywał centrum miasta (nie mam gps, ale zaparkowałam na innym miejscu, gdzie zawsze i podejrzewam, że pojechał sprawdzić) - Poznał moich innym znajomych (kobieta/mężczyzna), dwa razy wyszedł z nami, a potem umówiłam się z nimi sama i mu zakomunikowałam, że się z nimi widzę – powiedział : sama ? okay. Był zły, że nie wytłumaczyłam mu, że ja widzę się sama i czy nie będzie zły, że jego nie będzie. - Powiedziałam, że chciałabym wrócić na siłownię(zawsze byłam aktywna) i czy pójdzie ze mną.. zaczął mówić, że kobiety tam chodzą, żeby się pokazać, że co nagle chcę się starać dobrze wyglądać(mówiłam, że przytyłam) i chcę się ruszać. - Ja pracuje do 17, w zeszłym tygodniu o 17:02 zadzwonił i zapytał się, gdzie jestem.. - Po 23:00 pisałam Cioci SMS na dobranoc, a on przez ramię mi zaglądnął i zażartował, że piszę z kochankiem - Chciałam zacząć kurs językowy(mieszkamy za granicą, znam język, ale chcę go wyszlifować). Nie rozumie tego, dlaczego.. Powiedziałam mu, że mogłabym zostawać w pracy i tam się uczyć, bo będę mieć spokój (kurs online, w pracy mam biuro, komputer, słuchawki-wszystko). Ja pracuje do 17, kurs zaczyna się o 18 do 20. Jadę do domu 35/45 minut(bez korka). Był zły, że użyłam słowa „spokój", że w biurze bede mieć spokój. Nie rozumie, że gdyby był korek bede spóźniona i zestresowana, gdy przychodzę do domu, koty skaczą (2 kicie) i nie ogarnęłabym się na spokojnie. Wczoraj znów zaczęła się dyskusja, że nie będzie mnie w ogóle w domu i że nie będę „na czas” w domu... Powiedziałam mu, że ten kto jest w związku nie musi być 24 godziny na dobę z drugą osobą. Że nawet jak po pracy wracam, to nie znaczy, że zawsze będę na czas, że czuję się jak przywiązana(znów nie spodobało mu się określenie).. Zastanawiam się co by było, gdybym pracowała, np. na zmiany, gdybym chciała robić dodatkową szkołę.. nie mogę, bo muszę być w domu? Gdy są tematy wyjścia lub nocowania u koleżanki(tylko 1x) to on robi taki mały szantaż emocjonalny- ty wychodzisz, to ja też, ciebie nie ma na noc, to ja też nie będę wracać, będę sobie robić co chcę! Tracę po mału siły, bo za każdym razem jest to samo, ale gdy z nim rozmawiam i próbuję wytłumaczyć - on nie widzi problemu. Tylko ja mam problem, bo ja nie chcę wyjść za niego za mąż – mówi, że gdybym kochała go, to bym chciała (ale to dla mnie za szybko). To moja wina, bo ja używam określeń jak: spokój, że ja go nie pytam o to jak będzie się czuł, gdy będę wychodzić sama i że to ja nie chcę być w domu.. Nie wiem co robić, czy jest sens o to walczyć.. niestety zaczynam się dusić i oddalać od niego.. Będę wdzięczna za Państwa opinie!
Dzień dobry, Od kiedy jestem nastolatką, często słyszę od mężczyzn jednoznaczne propozycje.
Dzień dobry, Od kiedy jestem nastolatką, często słyszę od mężczyzn jednoznaczne propozycje. Nigdy nie ubieram się prowokacyjnie (jeansy i bluzki sportowe), nie maluję się, nie flirtuję itp. Zawsze jestem miła dla ludzi, ale sama nie mam odwagi rozpocząć rozmowy. Staram się być pomocna dla innych i często pytam się ludzi, czy im pomóc i może to sprawia, że ludzie myślą, że mogą mnie traktować przedmiotowo? Taką propozycję usłyszałam nawet od wujka (brat mojej mamy), który mieszkał piętro niżej... Nigdy nie skorzystałam z propozycji, ale zawsze wpływa to na mnie tak, że zamykam się w sobie i tracę chęć życia. Wczoraj sąsiad dał mi taką propozycję: że jeśli będzie mi brakować faceta, to zejdzie do mnie piętro niżej (choć sam wcześniej powiedział, że ma żonę, więc liczy tylko na okazję)... Obecnie przez takie sytuacje myślę, że zasługuję tylko na przedmiotowe traktowanie i że jestem nic nie warta, oraz wracają mi myśli samobójcze (a jestem już po czterech próbach, więc biję się z tym czy nie lepiej zakończyć wszystko i nie męczyć się z tym wszystkim). Czy takie sytuacje zdarzają się często? Czy tylko ja muszę być taką cichociemną, że aż prowokuje takie sytuacje?
Kryzys suicydalny, nie wiem jak radzić sobie ze smutkiem, z płaczem.
Co ma robić, jeśli non stop czuję smutek przy samej sobie, przy rodzicach i przyjaciołach się śmieję, bez powodu płaczę, co uważam za głupie. Rozdrapuję sobie skórę do krwi i uważam to za normalne a jak byłam u jednego psychologa to powiedział, że to taki wiek. Nie chcę już żyć po prostu. Rodzice nic nie podejrzewają. Nie umiem sobie radzić z stresem ani smutkiem. Uważam, że szukam atencji i się śmieję z tego z moją koleżanką, że chce umrzeć i takie tam. Co ja mam już robić? Bo ja nie wiem.
Jak wesprzeć męża w kryzysie psychicznym z myślami samobójczymi, gdy odmawia terapii?
Jak wesprzeć osobę w kryzysie psychicznym? Mąż w trakcie szczerej rozmowy powiedział, że od jakiegoś czasu ma myśli samobójcze i generalnie nie radzi sobie w 100% z tym, co dzieje się dookoła niego. Ma wrażenie, że nie daje z siebie tyle, ile powinien. Ja widzę, że od jakiegoś czasu jest bardziej rozdrażniony, rozgoryczony, a ja nie wiem jak mogę mu pomóc. Oboje mamy dużo obowiązków, ja z części rzeczy staram się go odciążać, ale sama też mam wiele zadań, więc na jego głowie też jest dużo (myślę, że na razie w tym temacie więcej nie bardzo możemy zrobić).Ze specjalistycznej pomocy nie chce skorzystać, mówi, że terapie i psycholodzy źle mu się kojarzą i nie widzi w tym żadnego sensu. Czy jest coś co mogłabym/powinnam zrobić w takiej sytuacji?
Jest mi ciężko- zmarła babcia, moje święta zapowiadają się bardzo niekomfortowo dla mnie, walczę z lękami i napadami paniki. Co mam robić, jak sobie pomóc?
Dzień dobry, na wstępie zaznaczę, że będzie to dosyć długa wiadomość, ale chce się z kimś podzielić tym, co mnie męczy. Od zawsze byłam bardzo wesołą osobą i patrzyłam na życie z dobrej strony (chociaż miałam pojedynczy okres zagubienia, ale to było głównie z tego, co sobie sama wmówiłam i nie przemyślałam tego). Gdy myślałam, że moje życie naprawdę staje się idealne, bo miałam wokół siebie dużo wspierających ludzi a tu nagle pod koniec maja zmarła moja kochana babcia. :( Po raz pierwszy coś aż tak we mnie uderzyło, że kompletnie pękłam. Ciężko mi było przyzwyczaić się do tego, że osoba, którą odwiedzałam przez całe moje życie praktycznie co tydzień już nigdy tam nie będzie. Wcześniej już zmarł mi dziadek, ale to było gdy miałam tylko 3 lata i nie rozumiałam co się stało. Teraz, gdy już to wszystko doskonale rozumiem to ból jest ogromny. Chciałam jak najszybciej o tym zapomnieć, dzień po pogrzebie wróciłam do szkoły i spędziłam czas z koleżankami. Pomogło mi to, więc uznałam, że kompletnie będę udawać, że nic się nie stało i zawsze gdy moi rodzice chcieli rozmawiać o mojej babci to po prostu zamykałam się w pokoju i próbowałam nie płakać. Po tym czasie wiem, że takie wmawianie sobie, że nic się nie stało pogorszyło mój stan. Bo się stało i to dużo. Mimo tego po jakimś czasie w miarę się podniosłam i w czasie wakacji już coraz łatwiej mi się o tym rozmawiało, a na wspomnienia z nią patrzyłam pozytywnie, ciesząc się tym ile z nią przeżyłam a łzy przychodziły już tylko w pojedyncze dni wakacji. Niestety, ale na początku lata musiałam pojechać do szpitala i wtedy po raz pierwszy doświadczyłam lęku paraliżującego do tego stopnia, że przez pół godziny pierwszego dnia po przyjeździe siedziałam i płakałam w łazience cała roztrzęsiona z kołatającym sercem. Bałam się szpitala a przede wszystkim snu w nim, bo moja babcia zmarła w szpitalu właśnie przez sen. :( Gdy się uspokoiłam to pobyt minął mi w miarę szybko, zdiagnozowali u mnie insulinooporność i przepisali leki. Nie przejęłam się tym jakoś przesadnie, mimo początkowych obaw, ponieważ to zaburzenie może prowadzić do cukrzycy, którą miała moja babcia. Na szczęście lekarze wytłumaczyli mi, że przy ciężkiej pracy i lekach będzie mi coraz lepiej (i tak jest!:)) Wakacje minęły mi bardzo dobrze, o wiele więcej wychodziłam ze znajomymi i smutek był już tylko sporadyczny. Tak samo, gdy we wrześniu wróciłam do szkoły, mimo tego, że nadal tęskniłam za babcią, czułam jak moje życie znowu wraca na lepszą drogę. Niestety nic nie może być idealne i na początku października zaczęło się: zasłabłam po raz pierwszy w życiu, nie zemdlałam, ale było blisko. Gdy siedziałam w karetce to myślałam, że zaraz umrę i bałam się jak nigdy. Od tego czasu byłam zmęczona, spanikowana i myślałam, że jestem co najmniej w jakimś śnie. Minęło trochę czasu i względnie wróciłam do normalności, niestety lęki nawracały w najmniej oczekiwanym momencie. Miałam (prawdopodobnie) ataki paniki czy to na spacerze, czy w szkole a nawet w domu. Potrafiłam wpaść w ogromną panikę nawet dwa razy w ciągu paru godzin. Zaczęłam latać po lekarzach, myślałam, że to coś z moim ciałem się dzieje, bałam się czy to nie cukrzyca albo coś innego, miałam wiele scenariuszy. Oczywiście po dłużej analizie wiem, że to wszystko było w mojej głowie i to moja psychika to powodowała. Oczywiście, nie cały czas czułam lęk, ale w 90% minął on dopiero niedawno. Od kiedy wróciłam po chorobie do szkoły (która niestety zostawiła za sobą kolejne lęki) to potrzebowałam chwili by wrócić do normalnego życia. Lęki znacznie zniknęły (co w pewnym momencie nawet zaczęło mnie niepokoić, że jak tak szybko już się nie boję...) i mimo zmęczenia po wirusie zaczęłam żyć w miarę spokojnie. Mimo tych sukcesów, które osiągnęłam w opanowywaniu się dalej nie jest do końca okej. Czasami nadal szybko zabije mi serce. Warto wspomnieć, że wcześniej już miałam spore tendencje do panikowania, nawet jako 10 latka miałam bardzo katastroficzne myśli i bałam się, że coś się komuś stanie np. moim rodzicom czy znajomym. Mam też tendencje do zamartwiania się i wmawiania sobie różnych rzeczy. W tym roku straciłam nie tylko babcię, ale również bliskie mi przyjaciółki- mimo, że nadal mam dwie cudowne najlepsze przyjaciółki to nie zastąpią mi one tamtych. Moje obecne przyjaciółki przyjaźnią się ze mną o wiele dłużej, bo 8 lat, tamte chodziły ze mną tylko do klasy, ale dopiero w zeszłym roku szkolnym bardziej z nimi rozmawiałam. Wiem, że to nie moja wina, że nasze drogi się rozeszły, ale gdy widzę je na korytarzu dobrze bawiące się w towarzystwie jednej bardzo niemiłej dziewczyny to chce mi się płakać. Co ona ma, czego ja nie mam? Na dodatek niedługo święta i moja rodzina zamiast w tym roku spędzić je jakoś spokojnie, zabiera się za to bardziej niż w zeszłym roku. Wiem, że im też jest ciężko w pierwsze święta bez babci, ale to nie powód by tak przesadzać. Zawsze spędzałam wigilię z rodzicami, wujkiem i babcią (i jeszcze raz z dziadkiem zanim zmarł) i w tym roku również, no tylko niestety już bez babci (i dziadka, mimo, że słabo go pamiętam to na pewno był bardzo kochany, tak jak pozostali moi dziadkowie ♡). Liczyłam, że spędzimy wigilię u nas w domu a następnego dnia pojedziemy do wujka, ale musimy jechać do domu babci, bo tak chce wujek. On mieszka tam na codzień, więc może dla niego to nie jest takie smutne, ale mi bez babci tam będzie smutno, wystarczy, że często jeździmy tam na obiad i już takie dwie godziny w domu bez babci mnie smucą. :( W tym roku wyjątkowo mamy zaprosić na drugi dzień świąt mojego drugiego wujka, ciocię i kuzynki. To nie tak, że ich nie lubię, ale nie podoba mi się takie zapełnianie świąt na siłę by się nie smucić. Zawsze było tak, że w wigilię byliśmy u nas a potem w Boże Narodzenie u babci albo na odwrót, a 2 dnia świąt odpoczywaliśmy oddzielnie w domu. Teraz jest więcej roboty i więcej stresu, mimo że uwielbiam święta to w tym roku w ogóle ich nie czuję i nie cieszę się jakoś bardzo na nie, nie chcę prezentów czy jedzenia, chcę by ludzie, za którymi tęsknię wrócili. :(( Jest to bardzo długie, ale chciałam opisać wszystko w jednej wiadomości. Nie wiem co robić ze smutkiem, lękami czy paniką i poczuciem jak we śnie (czasami, gdy wpadam w panikę albo mam za dużo myśli w głowie) i liczę na jakieś porady, czy iść porozmawiać np. z psychoterapeutą czy samodzielnie to zwalczać. Z góry dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam (oraz ze względu na obecny miesiąc życzę wesołych świąt :))
zdrada

Zdrada – przyczyny, skutki i jak sobie z nią radzić?

Zdrada to głębokie naruszenie zaufania w związku, występujące w formie fizycznej lub emocjonalnej. Powoduje trwałe rany psychiczne u obu partnerów. Analizujemy przyczyny zdrad, ich konsekwencje oraz metody odbudowy relacji po takim doświadczeniu.