
- Strona główna
- Forum
- związki i relacje
- Dlaczego wciąż...
Dlaczego wciąż pragnę aprobaty mężczyzn mimo złych doświadczeń w związkach?
Witam. Mam 25 lat. Jestem kobietą po bardzo wielu nieudanych związkach. Ostatni facet, który wydawał się idealny, z którym się świetnie dogadywałam, miałam wspólne zainteresowania, na którego zawsze mogłam liczyć i byłby ostatnim facetem który mógłby mi zrobić jakieś świństwo, zdradził mnie. Od rozstania minęło parę miesięcy a ja już czuję, że naprawdę nie chcę faceta nauczona, że mój związek z każdym facetem kończy się beznadziejnie i nawet najlepszy facet okazuje się później niezbyt odpowiedni. Czuję się bez niego spełniona w życiu, szczęśliwa, nauczona, że faceci to nic dobrego a mimo to chodząc na siłownię gdzie mnóstwo facetów, będąc w miejscu ogólnie gdzie w moim otoczeniu są faceci ciągle się łapię na tym, że próbuje przy nich grać taką atrakcyjną, przypodobać się wizualnie, zerkając czy jakiś facet na mnie nie patrzy a jak patrzy już się zawstydzam. To budzi we mnie taką wewnętrzną frustrację i irytację na samą siebie. Nie chcę nigdy faceta a i tak szukam w jakiś przypadkowych swojej atrakcyjności. Nie wiem jak z tym walczyć. Chodzę na siłownię i się tylko na siebie wkurzam, biję z myślami bo skoro nie chcę faceta to skąd u mnie "próby" podobania się jakiemuś pierwszemu lepszemu.
Radosław Jakubiak
Wygląda na to, że są w Pani dwa wilki (a raczej dwie wilczyce) - jedna, ze względu na dotychczasowe doświadczenia, nie chce wchodzić w relacje z mężczyznami, a druga jest cały czas nimi zainteresowana i nie chce odpuścić. Psychoterapia to dobre miejsce, żeby mogła się Pani przyjrzeć naturze tego konfliktu i być może, w efekcie podjąć decyzję, do której strony jest Pani bliżej.
Jeżeli mógłbym coś w tej sprawie podpowiedzieć, to wydaje mi się, że stwierdzenie “faceci to nic dobrego” jest nadmiernym uogólnieniem. Zaryzykuję tezę, że faceci, tak jak w ogóle ludzie, są różni ;)

Zobacz podobne
Czy warto ponownie nawiązać kontakt po trudnym rozstaniu?
Jakiś czas temu zaczęłam na nowo spotykać się z mężczyzną. Na ostatnim spotkaniu pokazałam mu zdj. z Baby Shower na którym byłam ze znajomymi z pracy. Zwrócił uwagę na jedną ładną dziewczynę. Spytał o Nią (ile lat, czy wolna). Stwierdziałm, że wiem, że nie jestem tak ładna jak ona, na co usłyszałam w odpowiedzi: może Ty taka jesteś, tylko nie wierzysz w siebie (tak - mam niskie poczucie wł. wart). Potem zaczął, niby żartem, prosić żebym dała mu jej numer. Powtórzył to kilkakrotnie, zapewniając zarazem, że nie mam być o co zazdrosna, bo gdyby chciał to już by sobie znalazł kogoś innego: "mało tu jest takich?". Rozstaliśmy się jak zawsze. Po powrocie do domu otrzymałam sms: dziękuję za miło spędzony wieczór. Pamiętaj załatwić mi nr do tej Pani". Zdenerwowałam się, jednak zaczęłam żartować pisząc: "jak ci będzie lepiej to idź; może pokażę jej twoje zdj jak będę pytać o ten nr", itp. Na końcu spytałam, czy na prawdę uważa, że jest ładniejsza ode mnie. W odpowiedzi (odczytanej następnego ranka) otrzymałam: "Co do Was to musiałbym ją zobaczyć na żywo". Wściekłam się - poczułam się brzydsza, gorsza i że na prawdę wolałby kogoś innego. W odpowiedzi napisałam, że ja nigdy nie będę jak ta laska, więc albo bierze co jest, albo niech spada na drzewo. Jeśli nie chce ze mną być to niech mi to powie wprost. Wieczorem zadzwoniłam i przeprosiłam, bo poczułam, że moja reakcja była jednak przesadzona. Najpierw usłyszałam w słuchawce” kazałaś mi spadać na drzewo, więc spadam”. „Obrażony” – pomyślałam. Zadzwoniłam znowu – rozpoczynając od słów: dobra ale nie obrażaj się, zapomnijmy o tym. Przeprosiłam, wytłumaczyłam, że nie zrozumiałam żartu; Z drugiej strony usłyszałam że: sama Go kusiłam, po co mu to zdjęcie pokazywałam; że nie szanuję Go, bo użyłam „spadaj na drzewo”, co to w ogóle jest; że myślał nad tym cały dzień i stwierdził, że to nie ma sensu, rozstańmy się w zgodzie; że nie pasujemy do siebie, że nie będzie się z dzieckiem bawił (bo jestem nerwowa, znowu przyjdę obrażona, a potem go zostawię bo posłucham innych), po co mu to itp. Tłumaczyłam, że ja mogę jedynie przeprosić i jeśli tak uważa jak uważa to zostańmy przyjaciółmi; że ja TYM razem zadzwoniłam i przepraszam, nie uciekam, nie słucham się nikogo; że z każdej trudności która jest między nami wynoszę jakąś lekcję dla siebie. Jeszcze raz przeprosiłam ze łzami w oczach i powiedziałam, że możemy być przyjaciółmi. 8 marca dostałam życzenia na Dzień Kobiet. Nie powiem, że się nie ucieszyłam. Podziękowałam. Za jakiś czas wysłałam mu sms że polecam wyjść z psem bo piękna pogoda. Pod wieczór napisał, że był i spytał jak mi minął dzień. Odpisałam za 3 godz. Za chwilę przesłał do mnie sms, który nie miał trafić do mnie, a zapewne do jego siostry. Stoczyliśmy krótką rozmowę, w której wyjaśnił, że to nie była wiadomość do mnie, spytał ponownie jak mi minął dzień i spytał, czy wpadnę. Odparłam: ooo, no teraz i tak nie przyjadę (było dość późno). Odpowiedział, że wie i że no on chciał tylko życzenia złożyć bo się znamy. Twierdził, że nie jest obrażony, no ale… Życzył mi dobrego wieczoru. Odpisałam, że ja zawsze na kawę wpaść mogę, ale już raczej nie jako jego dziewczyna, ale koleżanka. W odpowiedzi dostałam kilka smsów w stylu: czy chciałabym się przytulać do kolegi, że ma na mnie ochotę etc. jednocześnie deklarował, że wiem, że czuje cos więcej do mnie, zawsze myśli o mnie i jest ze mną. Zaproponowałam szczerą rozmowę, a On się przeraził? i odpisał: „ nie dziękuję nie spotykamy się”. W następnym sms dałam mu do zrozumienia ze z mojej strony nic się nie zmieniło, że chciałabym żeby było jak 2 tyg temu, ale jeśli mamy być znajomymi to proszę aby nie pisał mi o tuleniu. Dwa dni później złożyłam mu życzenia na dzień mężczyzny oraz raz spytałam, czy to nie go mijałam w przejeżdżającym samochodzie. Odpisał: „dziękuję” , „tak, tobie również miłego dnia” (normalnie). Z mojego punktu widzenia przyczyna rozstania ze mną jest głupia ( z 2 strony rozumiem, że może się bać, że znowu odejdę - bo faktycznie obraziłam się i pierwszy raz odeszłam mimo, że nie chciałam, bo posłuchałam innych - natomiast podczas mojej 3 dniowego pobytu w domu rodzinnym nawet się do mnie nie odezwał). Nie wiem, czy mówił poważnie o zerwaniu, czy pod wpływem emocji. Może to głupie, ale brakuje mi Go, był mi bardzo bliski, być może zbyt wiele sobie wyobraziłam, ale dawał mi do zrozumienia, że chce próbować. Popadam w paranoję, za dużo analizuję.. Chciałabym z Nim jeszcze raz porozmawiać, ale nie wiem, czy ma to sens. Czy może czekać na jego ruch, bo właściwie jeśli żywi prawdziwe uczucie to się odezwie… Bardzo proszę o poradę w tej kwestii – odezwać się, spytać o pewność jego decyzji i ewentualnie się pożegnać, czy zostawić sprawę samej sobie?
Utknęłam w związku bez zaangażowania i podziału obowiązków – jak sobie z tym poradzić?
Mam 28 lat, mój partner również, jestem z nim od 5 lat, mieszkamy w moim mieszkaniu od 2 lat. Dzielimy się wydatkami po połowie, on zarabia różnie, ale raczej minimum 5 tyś. więcej niż ja. Nie jesteśmy zaręczeni, nie mamy dzieci. Nasze wspólne życie zaczyna być dla mnie co raz bardziej uciążliwe - nie idziemy do przodu, żyjemy z dnia na dzień. Dom w 80% ogarniam ja, swój samochód również ja. Partner żyje w swoim świecie - praca, odpoczynek po pracy przed TV, czasem siłownia, motor, również jeszcze studiuje, ja też. Co mi doskwiera, to ten brak myślenia o założeniu rodziny, gdzie zawsze o tym marzyła, ale również to, że on po prostu tak naprawdę w domu robi niewiele. Nie sprząta, czasem wyrzuca śmieci, odkurzy i coś ugotuje. Mówię i rozmawiam z nim o tym od wielu tygodni, ale nic się nie zmienia, więc ja po prostu na niego wybucham, bo czuję się zmęczona i przytłoczona. Prosiłam go wielokrotnie, żeby się rozstać, żeby się wyprowadził, i dalej nic. Na dwa dni jest dobrze, poproszę go, żeby coś zrobił w domu, on nie robi tego, i ja znowu wybucham. Nie umiem już tak żyć, zaczęłam czuć do siebie i do niego nienawiść. Bardzo bym chciała albo żeby to wszystko się zmieniło, albo żeby on naprawdę dał mi spokój, ponieważ czuję, że to już dla mnie za dużo. On mnie nie rozumie, mówię do niego, ale po prostu się czuję, jakbym mówiła do ściany. Jak z tego wyjść, jak sobie z tym poradzić?
Partnerka nie potrafi zaakceptować, że mam córkę z poprzedniego małżeństwa.
Witam jestem od roku w związku, mam dziecko z poprzedniego małżeństwa- córka ma 13 lat, ale partnerka nie akceptuje, że mam dziecko, jak chce się spotkać z córką to partnerka się obraża i nie odzywa- mówi, że jej nie kocham całym sobą, bo mam dziecko i kocham też dziecko , partnerka mówi, że ma traumę po poprzednim związku, jej ex miał dziecko i się nie dogadywał z byłą żoną. Były same problemy, ale u mnie nie ma żadnych kompletnie, nie wiem, co mam robić, zależy mi na dziecku i partnerce, ostatnio ograniczam spotkania, ale źle mi z tym, chce się widywać z córką , rozmawiałem już wiele razy z nią o tym, to już były plany- mieszkanie i dziecko, że założymy rodzinę. Moja była żona dziś dzwoniła do mnie, była zobaczyć kiedy wezmę córkę i partnerka się obraziła, że odbieram telefon od niej i się nie odzywa cały dzień i robi mi na złość, nie odbiera telefonu, nie odpisuje, pojechała gdzieś na kilka godzin.
Odeszłam od narcyza i czuję się jak na detoksie – czy tęsknota za osobą, która mnie niszczyła, jest normalna?
Odeszlam od narcyza tydzien temu i czuje sie jak na detoksie... on do mnie wypisuje ze jestem chora, ze nikt mnie nie zechce i ze on tylko chcial mi pomoc. mam momenty ze chce do niego wrocic bo tak bardzo mi go brakuje, mimo ze wiem jak mnie traktowal. czy to normalne ze czuje taka tesknote za kims kto mnie niszczyl?
Co mam zrobić, gdy jestem zagubiona w życiu?
Jestem zagubiona w życiu, nie wiem czego dokładnie chce, mam dzieci nie potrafię się z nimi dogadać, a bardzo bym chciała. Co mam robić?

