Aplikacja TwójPsycholog — wsparcie, które masz zawsze pod ręką

📲 Pobierz aplikację i zadbaj o siebie na własnych zasadach

Dostępne w Google PlayPobierz w App Store
Left ArrowWstecz

Straciłam relację ze sobą, na rzecz spotykania się z innymi.

Od dłuższego czasu posiadam obsesję na punkcie znajomych, w pewnym momencie zaczęłam spotykać się z ludźmi (nawet ludźmi, którzy nie do końca dobrze na mnie wpływali) bardzo często. Jednak w tym momencie bardzo się tym zmęczyłam, jednak obsesja na punkcie spotykania się została, bo bez tego czuję się bardzo źle. Straciłam jakąkolwiek relację z samą sobą i czuję się bardzo samotna. Od ponad pół roku uczęszczam na terapię, jednak dalej nie czuję się dobrze samą ze sobą. Od czego powinnam w takiej sytuacji zacząć?
Justyna Czerniawska (Karkus)

Justyna Czerniawska (Karkus)

Dzień dobry,

myślę, że na początek warto wnieść Pani wątpliwości na sesję terapeutyczną. Psychoterapeuta do którego uczęszcza Pani na terapię zna Panią najlepiej i będzie w stanie udzielić najbardziej trafnej odpowiedzi na zadane pytanie. Dostosuje również techniki pracy oraz pomocy do Pani oczekiwań. 

Pozdrawiam serdecznie,

Justyna Karkus - psycholog, psychoterapeuta  

Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?

Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!

Aleksandra Kaźmierowska

Aleksandra Kaźmierowska

Dzień dobry,

jeśli jest Pani w terapii to warto wnieść to na spotkanie z terapeutą. Warto przyjrzeć się temu jaką funkcję w Pani życiu pełnią te spotkania, jakie emocje towarzyszą Pani przed i po nich. 

Pozdrawiam

AK

Katarzyna Kania-Bzdyl

Katarzyna Kania-Bzdyl

Dzień dobry,

wykazuje Pani w sobie duże przejawy prospołeczności. Czy zastanawiała się Pani nad wolontariatem? Może uda się w pewnym stopniu wypełnić ten nadmierny kontakt ze znajomymi pomocą dla innych? Przynosi to na pewno dużo satysfakcji. 

Zobacz podobne

TW: myśli samobójcze. Diagnoza zaburzeń osobowości borderline w wieku 21 lat - jak wygląda proces?

TW: myśli samobójcze

 

Jak wygląda diagnozowanie zaburzenia z pogranicza osobowości w wieku 21 lat? Albo w ogóle jakiekolwiek diagnozowanie w zakresie chorób czy zaburzeń psychicznych... Chodziłam na terapię od lutego tego roku do końca czerwca, a później byłam zmuszona zrezygnować z powodu braku funduszy. W miarę ok pracowało mi się z panią psychoterapeutką, chociaż w mojej głowie ciągle panuje chaos i nigdy nie potrafię nic ocenić, racjonalnie do czegoś podejść czy dać jakąkolwiek przemyślaną opinię. Psychoterapeutka powiedziała, że podejrzewa u mnie zaburzenie borderline i jestem już na tyle duża, żeby móc to stwierdzić. Nie wiedziałam jednak, jak to odebrać, więc po prostu pozostawałam zmieszana. Perspektywa na świat i zresztą na wszystko zmienia mi się jak pogoda. Miałam to od zawsze, nigdy nie potrafiłam się nigdzie odnaleźć, nigdy nie potrafiłam zrozumieć, jak funkcjonują długie, stabilne relacje. Zawsze było ze mną coś nie tak i jest tak do dziś. Czuje się wystarczająco 'dojrzała' żeby zrozumieć co ze mną nie tak i próbować jakoś to okiełznać, ponieważ nie potrafię już tak dłużej wytrzymać. Jak byłam nastolatką, to trochę interesowałam się psychologią, ale chociaż moje przyjaźnie od zawsze były typowo intensywne i nagle szybko się kończyły, to żyłam wtedy w silnym lęku społecznym i albo godzinami pisałam z konkretną osobą, zaniedbując wszystko inne, albo nie rozmawiałam z nikim. Bycie samej, egzystowanie jako osoba, która ma się zająć czymkolwiek na własną rękę, to dla mnie jakbym nie istniała i nic nie miało sensu. Gdy mam czas dla siebie i nie ma ze mną nikogo do kogo mogę się upodobnić, dostosować to nie czuję nic oprócz lęku i samotności. Nie potrafię wytrzymać sama ze sobą, a o ironio nie mam żadnych znajomych, z którymi mogłabym wyjść z domu. Czuję, że powoli dochodzę do skraju mojej własnej wytrzymałości. Szczerze, może to zabrzmieć bardzo idiotycznie, ale już tak dużo i długo porównywałam swoje zachowania, analizowałam i czytałam o tym zaburzeniu, że jestem pewna, że to mnie dotyczy i niszczy mi życie od dawna. Ciągle przez brak diagnozy czuję się jakbym była atencjuszką, wypieram się, nagle mi się wszystko zmienia i wmawiam sobie, że wszystko jest ok, tylko po to, by znowu skończyć i marnować kolejne dni w łóżku wyjąc jak bóbr. Od zawsze się wypierałam i nienawidziłam alkoholu, nigdy nie sięgnęłam po niego sama z siebie, ale pojawił się nagle w moim życiu jako coś, co koi ból i wtedy tylko to i fakt, że pijana prawie wyskoczyłam przez balkon, jako fakty dały mi znać, że SERIO jest ze mną coś nie tak i powinnam iść do psychiatry, a zwlekałam z tym przez miesiące. Ogólnie zawsze czułam, że jest ze mną coś bardzo nie tak, że nigdy nie ogarnę swojego życia, jak nie sięgnę po pomoc, ale ciągle się to zmieniało przez moje nagłe nieprzewidywalne zmiany nastroju. Nie nadążam sama nad swoimi emocjami. Dodatkowo, gdy weszłam w pierwszą relację romantyczną w życiu, to wszystko nagle eskalowało i pokazało mi, jak bardzo zaburzoną osobą jestem. Nie potrafię tak żyć. Wszystko, co robiłam i robię, czułam, czuję i to, w jaki sposób moje zachowania są wykonywane i jak się zmieniają mam wrażenie, że tylko krzyczą, że to jest właśnie to zaburzenie. Jak czytam i oglądam o objawach BPD to czuję coś, czego nigdzie indziej nigdy nie widziałam. Czuję się najbardziej zrozumiana, jaka kiedykolwiek byłam. Analizowałam też różne inne zaburzenia osobowości i ogólnie zaburzenia przez miesiące, czytałam bardzo dużo, oglądałam, porównywałam. Ciągle czuje się żałośnie i jakbym chciała tylko atencji, kiedy w rzeczywistości pragnę tylko spokoju i 'ZAPEWNIENIA' że ja sobie niczego nie wmawiam. Zawsze jestem niepewna i lękliwa, więc bardzo mi zależy na tej diagnozie. Do psychiatry pierwszy raz udałam się ok 2,5 miesiące temu i powiedziała, że widać u mnie zaburzenia lękowe, ale jestem zbyt młoda, żeby zdiagnozować u mnie to zaburzenie, ponieważ do 30 roku życia osobowość każdego się dopiero kształtuje. To znaczy, że muszę się męczyć do 30 roku życia tylko po to, żeby się w końcu zabić, bo nie wytrzymam tego wszystkiego? Aktualnie jestem na 20mg fluoksetyny dziennie i 2 miesiąc brania tego leku myślałam, że jestem innym człowiekiem i w końcu miałam siłę żyć i motywację robić cokolwiek ze sobą, ale gdy rodzina, która mi towarzyszyła w wakacje, wyjechała znów do siebie, to czuję się okropnie. Zostałam znowu sama z moimi problemami i wszystko wraca. Nie mam już motywacji do niczego, znowu ciągle tylko myślę o śmierci, chociaż teraz jest to o wiele łatwiejsze, bo mogę po prostu łyknąć pare tabletek i popić alkoholem i to koniec cierpienia i wymyślania. Mimo że nie mogę normalnie żyć, to ciągle waham się przed popełnieniem samobójstwa, chce wierzyć, że będzie lepiej, ale przez całe nastoletnie zmarnowane na cierpienie i wmawianie sobie ze bedzie lepiej lata, już czasami nie mam nadziei jak w ogóle... Jak nie mam nikogo to nie ma mnie. Przez ten nagły silny związek z tą osobą odzyskałam wtedy sens życia i miałam motywacje do wszystkiego, wręcz zmusiłam się do stosunku, żeby ode mnie nie uciekła. Potem oczywiście bardzo żałowałam, aż to straciło znaczenie. Nie wiem już co mam robić. Jest mi bardzo źle. Wiem, że potrzebuję kogoś, żeby istnieć, ale nie mam nikogo i nie będę miała, jeśli dalej tak będę się zachowywać. Utknęłam w błędnym kole i nie mogę nic zrobić. Wierzę, że tylko potwierdzona przez specjalistę diagnoza jakkolwiek ruszy moim życiem do przodu. Nie mam pojęcia, jak wygląda diagnozowanie itd. Byłam dopiero na 3 wizytach u psychiatry i nie mam pojęcia czy on po prostu ignoruje moje diagnozowanie, czy temat jest zamknięty i będą mi przepisywane tylko leki, czy co mam w ogóle ze sobą zrobić. Czuje, że tracę życie.... Może mi ktoś przedstawić, jak to wygląda i co mogłabym zrobić, żeby dostać diagnozę? Naprawdę wierzę, że jeśli ją dostanę to moje życie się jakkolwiek poprawi a aktualnie czuje się bezsensu bo i tak wszystkie moje niezdrowe zachowania nie mają żadnych podstaw dla nikogo dlatego jestem zwykłym śmieciem w życiu społecznym :((

TW. Ideacja samobójcza - czy same myśli powinny wzbudzać niepokój?

Czy zadawanie sobie pytań typu "co by było gdybym zniknęła (na jakiś czas)" lub samo rozmyślanie jaki rodzaj samobójstwa jest "najpewniejszy" i jaki bym wybrała... Powinno wzbudzać niepokój, pomimo że wiem, że są to tylko myśli, których nie zrealizuję, bo nie potrafię tego zrobić moim bliskim - wierzę, że ktoś (chociażby 1os.) by za mną tęsknił.

Wycieńczenie w związku z długami i brakiem bezpieczeństwa emocjonalnego
Piszę ten tekst, ponieważ od dłuższego czasu czuję się skrajnie wyczerpana psychicznie i emocjonalnie. Jestem zagubiona i nie wiem już, co w mojej sytuacji jest normalne, a co przekracza moje granice. Potrzebuję obiektywnej, zewnętrznej perspektywy i pomocy. Od kilku lat żyję w małżeństwie, które zamiast dawać mi poczucie bezpieczeństwa i stabilności, generuje coraz większy lęk, stres i poczucie utknięcia. Mój mąż ma około 40 tysięcy funtów długu na kartach kredytowych. Nie są to zobowiązania związane z domem czy realnym majątkiem, ale długi konsumpcyjne. O zadłużeniu wiedziałam jeszcze przed zaręczynami – było ono wtedy znacznie mniejsze i miało być systematycznie spłacane. Minęły cztery lata, a dług zamiast się zmniejszyć, wzrósł. Co roku słyszę, że „to już ostatni rok” i że „teraz będzie plan”, jednak ja od dawna nie mam już poczucia bezpieczeństwa ani zaufania, że ta sytuacja realnie się zakończy. Mój mąż pracuje na kontrakcie, co wiąże się z dużą niepewnością finansową. Zdarzyło się, że źle wyliczył podatek i musiał dopłacać, co ponownie zostało pokryte kartami kredytowymi. To powoduje u mnie stałe napięcie i lęk o przyszłość. Nie potrafię planować życia ani myśleć długoterminowo, bo ciągle boję się, że pojawi się kolejny problem finansowy. Dodatkowo mąż ma problemy zdrowotne (żołądek, zatoki, anemia), które wpływają na nasze codzienne funkcjonowanie. Jego dieta jest bardzo restrykcyjna i kosztowna. Wiele zwykłych aktywności jest niemożliwych: nie chodzimy na spacery, bo wiatr pogarsza jego zatoki, nie możemy razem napić się kawy, nie podróżujemy, bo każdy wyjazd wydłuża spłatę długów. Jeśli gdziekolwiek wychodzimy lub wyjeżdżamy, zazwyczaj płacę za to sama, ponieważ boję się, że jakiekolwiek jego wydatki tylko pogłębią zadłużenie. Od kilku lat nasze życie jest bardzo ograniczone. Nie ma randek, spontaniczności ani inicjatywy z jego strony. Żyjemy bardziej jak współlokatorzy niż partnerzy. Wszystko jest „odłożone” do momentu spłaty długów. Na początku związku było inaczej, były wyjazdy, restauracje, wspólne podróże. Dopiero z czasem zrozumiałam, że to życie było finansowane kartami kredytowymi. Dziś czuję, że ponoszę konsekwencje tamtych decyzji, mimo że formalnie dług nie jest mój. Nie czuję się bezpiecznie ani stabilnie. Od lat funkcjonuję w ciągłym stresie. Mam objawy somatyczne: ścisk w żołądku, silne lęki, smutek, poczucie bezsensu i rezygnacji. Od około pięciu lat wypadają mi włosy, mam problemy hormonalne (podwyższona prolaktyna, zaburzenia tarczycy). Gdy przebywam w Polsce, a mąż zostaje w Anglii, na samą myśl powrotu pojawia się u mnie silny stres i stany depresyjne. Bardzo istotnym elementem tej relacji jest sposób, w jaki reaguje on na moje emocje. Gdy próbuję mówić o swoich lękach, niepewności czy obawach dotyczących przyszłości, mąż odbiera to jako brak zaufania wobec niego. W odpowiedzi często słyszę, że jeśli mu nie ufam, to „nie ma sensu być w takim związku”. To sprawia, że zaczęłam bać się wyrażać swoje uczucia. Każda próba rozmowy kończy się u mnie lękiem, że on odejdzie. Z czasem nauczyłam się tłumić swoje emocje i potrzeby, aby nie doprowadzać do konfliktu ani groźby rozstania. Czuję się przez to coraz bardziej samotna i zamknięta w sobie. W tej relacji coraz częściej funkcjonuję w roli osoby silniejszej – jakbym to ja musiała wszystko dźwigać, rozumieć, ratować i wspierać. Czasami czuję się bardziej jak matka niż partnerka. Brakuje mi poczucia wspólnego kierunku, partnerstwa i bycia prowadzoną przez stabilnego, odpowiedzialnego mężczyznę. Moje trudności z poczuciem bezpieczeństwa są dodatkowo związane z moją historią rodzinną. Moja mama rozstała się z moim ojcem z powodu jego nieodpowiedzialności finansowej i została sama z małym dzieckiem, którym byłam ja. Przez całe dzieciństwo byłam dzieckiem czekającym na ojca, który odwiedzał mnie raz w roku. Mój ojczym również nie był osobą wspierającą mnie emocjonalnie w okresie dorastania. Nie miałam w życiu stabilnego wzorca mężczyzny. Mama zawsze powtarzała mi, że muszę być niezależna, a stabilność finansowa jest bardzo ważna. Dlatego bezpieczeństwo i przewidywalność są dla mnie kluczowymi wartościami. Boję się założyć rodzinę w obecnej sytuacji, ponieważ przeraża mnie myśl, że mogłabym powtórzyć historię mojej mamy – zostać sama z dzieckiem i bez poczucia oparcia. Jednocześnie słyszę od bliskich, że mój mąż jest „dobrym człowiekiem”: spokojnym, miłym, niepijącym, niepalącym. To sprawia, że zaczynam podważać własne odczucia i zastanawiać się, czy powinnam być bardziej wdzięczna i zostać, skoro „nie jest zły”. Jednak mimo tego wszystkiego nie przestaję czuć braku bezpieczeństwa i narastającego lęku, że marnuję swoje najlepsze lata na czekanie na życie, które może nigdy się nie wydarzyć. Ślub odbył się wyłącznie formalnie – bez rodziny i bliskich – ponieważ nie było nas stać nawet na zaproszenie mojej babci, co było dla mnie bardzo bolesne. Często się przeprowadzamy, nie mamy stałego miejsca do życia. Czuję się wykorzeniona – językowo, kulturowo i emocjonalnie. Rozmawiamy po angielsku, który nie jest moim językiem ojczystym, co dodatkowo utrudnia mi wyrażanie emocji i potrzeb. Piszę ten tekst, ponieważ czuję, że jestem na granicy swoich sił. Z jednej strony widzę, że mój mąż nie jest złym człowiekiem, z drugiej – moje ciało i psychika od lat wysyłają sygnały, że ta relacja mnie niszczy. Nie wiem już, co jest normalne, a co nie. Wiem tylko, że czuję się uwięziona, wyczerpana i coraz bardziej oddalona od życia, jakie chciałam mieć. Czy mogłabym uzyskać neutralną opinię co warto by było zrobić w takiej sytuacji? Przemyślenia, wsparcie. Mam wrażenie, że tak jestem w tym problemie już zamieszana w swoich myślach, że nie wiem co jest właściwe, a co nie. Czy to ja jestem problemem, nie będąc wyrozumiała, czy może jest inaczej... Będę wdzięczna za pomoc w ocenie tej sytuacji. :(
Jak radzić sobie z codziennymi intensywnymi koszmarami u nastolatków?
Witam. Mam 14 lat. Jestem w trakcie terapii krótkoterminowej. Ale moja psycholożka dopiero mnie poznaje, więc szukam tutaj porady na: Co zrobić jeśli ma się koszmary codziennie? Są one bardzo intensywne w jednym z nich chciałam popełnić samobójstwo. Nie wyrabiam. Męcze się codziennie, aby przeżyć dzień, bo sny tak mnie dobijają. Moja psycholożka już o tych koszmarach wie. Proszę o pomoc
Ciągłe wahania nastroju i brak wsparcia ze strony bliskich - co robić?
Chciałabym dowiedzieć sie, co się ze mna dzieje. Ciągłe wahania nastroju albo wogóle nie odczuwam zadnego uczucia. Nie czuje sie już tu potrzebna, nie czuje zadnego wsparcia ze strony przyjaciół i bliskich.Często dziewczyny mnie odrzucaja, przez co nie czuje sie potrzebna. Co powinnam zrobic w tej sytuacji?
myśli samobójcze

Myśli samobójcze – przyczyny, rozpoznanie, pomoc

Myśli samobójcze to poważny problem dotykający wielu osób. Ważne jest rozpoznanie objawów i wiedza o sposobach radzenia sobie z nim. Jeśli Ty lub ktoś bliski zmaga się z takimi myślami, pamiętaj, że warto szukać pomocy!