Aplikacja TwójPsycholog — wsparcie, które masz zawsze pod ręką

📲 Pobierz aplikację i zadbaj o siebie na własnych zasadach

Dostępne w Google PlayPobierz w App Store
Left ArrowWstecz

Czuję się pozbawiona sensu i zdemotywowana - jak przerwać cykl emocjonalnego wypalenia?

W tym roku kończę 22 lata i mój problem jest trochę głupi, ale mimo to bardzo utrudnia mi życie. Chodzę na studia dzienne, jestem pasożytem i żyję na garnuszku rodziców. Zrobiłam sobie rok przerwy po maturze by tak bardzo bałam się podjąć złej decyzji i zmarnować sobie życia, że w końcu o ironio nic nie zrobiłam. Zawsze byłam bardzo ambitna i miałam wobec siebie ogromne wymagania. Ale jakoś od może roku wszystko straciło dla mnie znaczenie, nawet te rzeczy którymi się ekstremalnie stresowałam i nie mogłam się uspokoić miesiącami, teraz mogę być nazywana przez innym najgorszym śmieciem i bezwartościową osobą a mimo to nic nie czuję. Miałam od zawsze okresy gdzie sterowały mną bardzo silne emocje przez jakiś czas i zazwyczaj wiązało się to z konkretną relacją czy znajomością, ale zauważyłam że głębsze relacje, nawet przyjaźnie albo koleżankę, która nagle wydaje mi się idealna po kilku udanych rozmowach i w mojej głowie staje się święta, prowadzą zawsze do tego, że nie wytrzymuje psychicznie i mam niezłe huśtawki nastrojów i wybuchy. Próbowałam to jakoś zrozumieć na terapii, ale po zmarnowaniu na nią całego stypendium i nie potrafieniu znaleźć pracy nic mi ona nie dała. Więc z trybu wybuchowych emocji i adrenaliny wiążącej się z silnymi emocjami przechodzę w tryb izolacji, gdzie staram się nikogo do siebie nie dopuszczać z lęku, że będzie tak jak ostatnio. Pytanie kiedy znowu niespodziewanie mi się przełączy tryb na ten okropny... Eh problem polega ogólnie na tym, że albo mi się chce żyć i mogę zrobić wszystko pod wpływem adrenaliny i ogromnych emocji, jestem bardzo pobudzona i zmotywowana, pewna siebie albo wręcz przeciwnie teraz od kilku miesięcy tkwie w stanie by tylko jakoś przetrwać i odcinam się wręcz od faktu, że istnieje bo tak bardzo nienawidzę siebie i swojego życia ale już mi się nie chce nawet o tym myśleć i stresować. Wydaje mi się, że źródło problemu się nie zmieniło, ale co się zmieniło to forma w jakiej staram się funkcjonować i przetrwać. Chodzę do psychiatry regularnie od pół roku co kilka miesięcy i aktualnie biorę tylko fluoksetyne. Zauważyłam, że moje huśtawki nastrojów się prawie wyłączyły (chyba, że chodzi o zamyślanie się nad tym jak znajomi mogli zinterpretować najmniejsze slowo czy czynność jaką powiedziałam albo co ich najmniejszy gest symbolizuje pod ukryciem w stosunku do mnie). Za to czuję się jakbym wpadła w głęboką depresję. Nie mam motywacji ani siły ani energii na nic. Ledwo piszę ten post i jestem w szoku, że w ogóle udało mi się go napisać bo często czuję się tak bezsensu, że nie mam nawet siły komuś czegoś odpisać. Niby staram się jak mogę być na bieżąco ze studiami ale tak szczerze marzę o tym żeby je rzucić ale wiem, że jak je rzucę albo pójdę na jakiś inny kierunek to nic tym nie osiągnę bo wydaje mi się że nic mnie nie ucieszy w życiu ani nie zmotywuje. Ja chyba po prostu nie umiem się z niczego cieszyć. Tak jak wspominałam w tamtym trybie gdzie byłam emocjonalna myślałam o śmierci bardzo impulsywnie i emocjonalnie, albo kochałam życie i chciałam z niego jak najlepiej korzystać albo absolutnie chciałam zniknąć. Teraz za to wciąż myślę o śmierci ale zdecydowanie z ogromnym spokojem i tak jakbym się pogodziła już z tym, że i tak nigdy nic nie zrobię ze swoim życiem pożytecznego. Wiem, że tkwię w błędnym kole, ale starałam się jak mogłam zrobić cokolwiek żeby z niego wyjść odkąd pamiętam. Naprawdę od dziecka coś ze mną było nie tak, ale nieważne. Nie pamiętam nawet kiedy moje problemy się zaczęły bo już od przedszkola pamiętam jakie ogromne wyobcowanie bez powodu czułam. Nie wiem nawet dlaczego to piszę, może dlatego że jestem samotna albo po prostu muszę się wyżalić. Aktualnie też nie chce mi się płakać, a jeszcze jakieś pół roku temu płakałam codziennie i to bardzo dużo, lub kilka razy dziennie. No a teraz czuję się taka trochę przygaszona i nie płaczę prawie w ogóle, możliwe że to działanie leków ale tak naprawdę mam trochę wątpliwości czy one faktycznie na mnie jakoś działają, bo zawsze byłam taka w tym "cyklu" izolacji, że to tak nazwę. Więc albo się izoluję i nie czuję nic i niby jest ok, ale nic nie chce mi się robić ze sobą i nawet szukać pracy mimo że wiem że jestem w wieku gdzie powinnam natychmiastowo się ogarnąć i dbać o swoją przyszłość, ale nie. Mam 22 lata na karku, 50 zł na koncie, 0 marzeń, 0 chęci do czegokolwiek, jestem pasożytem, żyję z rodzicami, nie mam pracy i nawet nie umiem znaleźć praktyk, a może po prostu nie chce mi się ani pracować ani studiować, ani istnieć ani w ogóle nic, to trochę zabawne, ale czy można być aż tak leniwym człowiekiem jak ja? Kompletnie nic mnie nie interesuje, totalnie nic. Ale szczerze przynajmniej czuję przy tym wszystkim spokój i wolę to o wiele bardziej niż te wybuchy różnych randomowych emocji i wieczną niepewność, co będzie następne. Może o to chodzi, że ułożyłam sobie bezpieczną wizję przyszłości jako osoba która przegrała w życiu własnym lenistwem, brakiem zaangażowania i dyscypliny i dzięki temu czuję się spokojna, że już nie muszę się obawiać, że taka zostanę, gdy będę się starać, bo wystarczy się nie starać i wszystko jest łatwiejsze. Często myślę nad tym, czy śmierć tak naprawdę nie jest najłatwiejszą i najbardziej spokojną i przyjemną drogą na przyszłość, bo tak szczerze, no świat jest jaki jest i myślę, że to wręcz realistyczne, że nie chce żyć. Życie jest trudne, za ciężkie i zbyt wymagające dla mnie. Ludzie są potworami, wszystko jest nudne i nic mnie nie interesuje. Więc logicznie skoro nie widzę żadnych wartości w życiu, to dlaczego nie wybrać śmierci gdzie nie będę musiała się męczyć nawet z samą egzystencją, która mnie męczy bez powodu. Absolutnie nie planuję samobójstwa ani nic związanego z tym. Mam to gdzieś, nic mnie nie obchodzi, to czy umre też nie. Po prostu jestem i mnie nie ma i nawet już nie interesuje mnie co się ze mną stanie. Nie interesuje mnie już mój los ani moja przyszłość, mimo ze tak niedawno dostawałam ataków paniki na samą myśl jak niszczę sobie swoje życie i dlatego że nic nie robie itd. Czym może być mój problem? Byłabym bardzo wdzięczna za jakąś ciekawą analizę moich problemów i ogólnie nie wiem czego chce sama. Lubię po prostu czytać co ktoś o mnie myśli i jak postrzega moją egzystencję. Dziękuję za poświęcony czas i za odpowiedzi, jeśli będą! Jestem naprawdę w szoku, że chciało mi się w ogóle coś zrobić (napisać taki długi wpis)
Piotr Ziomber

Piotr Ziomber

Witaj. To, co opisujesz, wcale nie brzmi „głupio” ale brzmi jak bardzo męczący, wieloletni sposób przetrwania, który w ostatnich miesiącach wszedł w fazę „zamrożenia”. I to, że umiałaś to tak precyzyjnie opisać, jest już jakąś formą kontaktu z sobą (nawet jeśli emocjonalnie czujesz pustkę). Na początek jedna ważna rzecz bezpieczeństwa: piszesz, że nie planujesz samobójstwa, ale myśli o śmierci są obecne i „spokojne”. To nadal jest sygnał, że jesteś w kryzysie i warto mieć pod ręką szybkie wsparcie, gdyby cokolwiek się nasiliło.

112 – gdy czujesz, że możesz nie dać rady utrzymać bezpieczeństwa (zagrożenie życia/zdrowia).Centrum Wsparcia (ITAKA) 800 70 2222 - bezpłatnie, 24/7, także czat/e-mail.

116 123 - pomoc dla osób dorosłych w kryzysie .

Jeśli wolisz linię „młodzieżową”: 116 111 (telefon/czat).

Wpisz te dane do telefonu i nie bój się skorzystać kiedy czujesz się gorzej.

 

Co tobie dolega, ale bez stawiania diagnozy? 

Da się w Twoim opisie zobaczyć kilka nakładających się mechanizmów, które często idą w parze.  Pierwszym jest huśtawka „pobudzenie → krach → odcięcie” To wygląda jak cykl, w którego skład wchodzą -tryb wysokiego pobudzenia (adrenalina, szybka motywacja, silne emocje, intensywne relacje, impulsywne myśli o śmierci), a potem przeciążenie,

i tryb odcięcia / zamrożenia: pustka, anhedonia (nic nie cieszy), wycofanie, spadek energii, „żyję jakby obok”. To nie musi oznaczać „lenistwa”. Bardzo często jest to reakcja układu nerwowego na przewlekły stres i lęk: kiedy nie da się już dłużej „ciągnąć na adrenalinie”, organizm przechodzi w oszczędzanie energii.

Drugie to są relacje jako „zapalnik”

Opis idealizowania („staje się święta”), a potem huśtawek, wybuchów i lęku przed bliskością pasuje do obrazu silnej wrażliwości interpersonalnej plus trudności w regulacji emocji. To bywa spotykane m.in. w zaburzeniach lękowych, po trudnych doświadczeniach rozwojowych/relacyjnych, przy cechach borderline, przy ADHD z dysregulacją emocji , ale tego nie da się można stwierdzić na podstawie postu. Ważne jest jedno. Jest to „uleczalne” umiejętnościami, szczególnie w terapiach skoncentrowanych na regulacji emocji i relacjach.

Trzecie to  fluoksetyna i odstawianie leku bez konsultacji pod nadzorem psychiatry  u części osób zmniejsza skrajne emocje, ale potrafi też dać efekt emocjonalnego spłycenia / apatii. Ty sama to podejrzewasz i to jest sensowny trop. Jeśli u kogoś występują epizody pobudzenia z małą potrzebą snu i „napędem”, lekarz zwykle chce wykluczyć spektrum CHAD, cyklotymii, bo wtedy sam SSRI może nie być najlepszym ustawieniem leczenia. To nie jest straszenie ale  to jest temat do spokojnej rozmowy z psychiatrą.

Co bym doradził jako psycholog ?

1) Zrób „pakiet informacji” na wizytę u psychiatry (to mega pomaga)

Na kartce/ w notatkach (krótko, w punktach): jak wyglądał tryb „wysokiego pobudzenia”: ile godzin snu, gonitwa myśli, impulsywność, wydatki/ryzyko, libido, tempo mowy, poczucie mocy, ile trwały te okresy i co je wyzwalało, co jest teraz: energia 0–10 opisać na skali czyli zero nie ma a 10 maksymalne pobudzenie, sen, apetyt, koncentracja, myśli o śmierci,

od kiedy fluoksetyna i w jakiej dawce, co się poprawiło, co pogorszyło.

Powiedz wprost: „Huśtawki mniejsze, ale czuję głębokie zgaszenie i anhedonię; mam też spokojne myśli o śmierci.” To jest ważna informacja klinicznie. Lekarz nie jest od tego, aby Cię wyśmiewać, albo krytykować, ale aby DAĆ WSPARCIE!!!

2) Jeśli terapia „nic nie dała”, to często znaczy: zły rodzaj albo zła relacja terapeutyczna

Przy tym, co opisujesz, zwykle najlepiej „celują”:

DBT (dialektyczno-behawioralna) w której pracuje się nad regulacją emocji, niekontrolowanych wybuchach , relacjach z otoczeniem czy myślami  "S", pomocna może być również terapia schematów, gdy rdzeniem są wzorce relacyjne i obraz siebie,

ACT , kiedy gdy dominuje pustka/anhedonia i utknięcie.

To nie jest reklama „kolejnej terapii”, tylko sugestia: możliwe, że miałaś terapię, która nie dotykała Twojego problemu narzędziowo.

3) „Lenistwo” zamień na test: minimalna aktywacja zamiast motywacji

Motywacja przy depresyjnym odcięciu prawie nigdy nie przychodzi „przed”. Ona przychodzi po małym działaniu. Propozycja na 7 dni (serio minimalistyczna):

codziennie jedna rzecz dla ciała:  na przykład 10 min spaceru / rozciągania,

- jedna rzecz dla otoczenia: 5 min sprzątania jednego kąta,

jedna rzecz dla przyszłości: 10 min nauki albo jeden e-mail w sprawie praktyk.

To ma być żenująco małe. Celem nie jest „ogarnąć życie”, tylko odmrozić układ nerwowy i odzyskać poczucie sprawczości.

4) W relacjach zastosuj proste „bezpieczniki”

Gdy łapiesz analizowanie gestów/słów znajomych: Stop: „To jest mój lęk, nie fakt.”

Jedna alternatywa: wymyśl jedno inne, neutralne wytłumaczenie (nie dziesięć).

Opóźnij reakcję o 24h zanim coś napiszesz/urwiesz kontakt.
To są mikro-umiejętności, ale potrafią radykalnie zmniejszyć huśtawki.

5) warto też wykluczyć „biologię zmęczenia”

Przy takim spadku energii dobrze, żeby lekarz rodzinny zlecił podstawy (tarczycę, morfologię, ferrytynę/żelazo, B12, wit. D) bo niedobory potrafią udawać „lenistwo”

Jedna rzecz, którą chcę żebyś usłyszała wprost. To, że mieszkasz z rodzicami, masz 50 zł i czujesz pustkę nie jest dowodem, że jesteś bezwartościowa. To jest opis Twojej aktualnej wydolności psychicznej. Depresja powoduje odcięcie robią z człowiekiem dokładnie to co napisałaś: zabierają sens, napęd i przyszłość z wyobraźni. Udaj się proszę do psychiatry, a zobaczysz że po pewnym czasie (leki nie działają od razu) poczujesz zmianę w myśleniu i działaniu. Rozważ również psychoterapię na NFZ, jeżeli nie masz środków finansowych. Oczywiście czekanie będzie trwało, ale do tego czasu będziesz pod opieką lekarza psychiatry. Inna możliwość to skorzystanie z terapii niskopłatnej. 

Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?

Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!

Paweł Franczak

Paweł Franczak

Droga Zuzanno.
i ja, i inni specjaliści znajdziemy pewnie sto ciekawych analiz tego, co opisujesz, ale mam wrażenie, że nie potrzebujesz analiz, tylko psychoterapii. Nawet jeśli za pierwszym razem nie trafiłaś na właściwą osobę, nie znaczy to, że nie warto próbować.

 

I jeszcze jedno, co przyszło mi do głowy: skąd niby wiadomo, że po śmierci będzie łatwiej? Gdzie tak niby napisano?

 

Pozdrawiam,
Paweł Franczak

Zuzanna Zbieralska

Zuzanna Zbieralska

Pani Zuzanno,

Dziękuję za podzielenie się swoim problemem, to musi być dla Pani naprawdę trudne...

Przede wszystkim, Pani problem nie jest głupi i jestem pewna, że istnieją podstawy do tego, aby czuła się Pani właśnie tak, jak się Pani czuje, ponieważ to nigdy nie bierze się znikąd. Objawy, które Pani opisuje wskazują na zaburzenia nastroju, natomiast aby postawić konkretną diagnozę, należałoby wziąć większą ilość informacji pod uwagę. Warto, aby jednak popracowała Pani nad tym z psychologiem lub terapeutą, aby znaleźć konkretne źródło/źródła problemów i pracować regularnie nad trudnościami oraz najlepszymi rozwiązaniami. Być może poprzedni terapeuta nie był odpowiedni dla Pani- tak czasem się zdarza. Ważnym jest, aby wiedziała Pani, że sama farmakoterapia nie wyleczy objawów, a może je jedynie złagodzić. Podstawową metodą leczenia takich zaburzeń jest psychoterapia, dlatego serdecznie Panią zachęcam do poszukania dla siebie odpowiedniego specjalisty. Warto zwrócić uwagę przy poszukiwaniach na to, czy w swojej ofercie specjalista jasno wskazuje, że pracuje z takimi właśnie obszarami. Warto również dopytać swojego psychiatrę, czy wskazuje na jakieś konkretne rozpoznanie chorobowe/diagnozę, wówczas także łatwiej będzie Pani dopasować specjalistę do współpracy.

 

Trzymam kciuki i pozdrawiam ciepło,

Zuzanna Zbieralska, psycholożka

Dawid Bojarski

Dawid Bojarski

Dzień dobry,

to, co Pani opisuje, brzmi jak bardzo męczące doświadczenie i jednocześnie widać, że wkłada Pani dużo wysiłku w to, żeby to zrozumieć i „jakoś funkcjonować”.

Mocno zwraca uwagę język, jakim Pani o sobie myśli („pasożyt”, „leniwa”) - nasze myśli, mogą brzmieć jak fakty, ale nie muszą nimi być. Pomocne bywa krótkie pytanie: „Jakie mam dowody za i przeciw tej etykiecie?” — i tu sama Pani podaje informacje, które nie pasują do etykiety "nic nie robię” (np. stypendium, szukanie pomocy u psychiatry, próba terapii). Często problemem nie jest brak jakichkolwiek zasobów, tylko to, że przy gorszym stanie psychicznym umysł automatycznie je pomija albo umniejsza.

Jeżeli chodzi o to jak Pani czuje się po fluoksetynie (mniej huśtawek, ale więcej przygaszenia i braku energii), jest to ważny wątek do omówienia z psychiatrą. Taka rozmowa pomaga zdecydować, czy leczenie jest optymalnie dobrane i czy potrzebna jest korekta.

Na koniec: pisze Pani też o myślach o śmierci, braku istnienia i o tym, że „nic nie ma znaczenia”. Nawet jeśli nie ma Pani planów, warto opowiedzieć o tym wprost psychiatrze. Jeżeli poczuje Pani, że warto porozmawiać o tym co się dzieje to warto skorzystać również z darmowej pomocy z Centrum Wsparcia 800 70 2222 (działają całodobowo).

Dawid Bojarski, psycholog

Weronika Wardzińska

Weronika Wardzińska

Dzień dobry Pani Zuzanno,


Pani problem nie jest lenistwem ani brakiem charakteru. To wygląda na długotrwały problem regulacji emocji połączony z depresją i silnym wyczerpaniem psychicznym. Ten „spokój”, który Pani teraz czuje, nie jest zdrową ulgą, tylko emocjonalnym odrętwieniem, mechanizmem obronnym po latach przeciążenia, huśtawek nastroju i bardzo wysokich wymagań wobec siebie. Organizm jakby powiedział: „już nie dam rady czuć więcej”. Wcześniejszy tryb, intensywne emocje, idealizowanie ludzi, nagłe spadki, myśli o zniknięciu, bardzo przypomina niestabilność emocjonalną, a obecny stan to jej „druga strona”: wycofanie, pustka, brak sensu i energii. To ważny sygnał, żeby koniecznie wrócić do psychiatry wcześniej niż „za kilka miesięcy” i powiedzieć wprost o pustce, obojętności i myślach o śmierci w spokojnym tonie, to są objawy kliniczne, nie „filozofia życia”. Bardzo istotne: fakt, że Pani myśli o śmierci bez paniki, „logicznie”, z dystansem, nie oznacza, że wszystko jest w porządku. To nadal są myśli depresyjne, tylko w formie zobojętnienia, a nie impulsu. Dobrze, że mówi Pani jasno, że nie planuje samobójstwa, ale ten stan wymaga realnej pomocy, a nie przeczekania. Terapia, która „nic nie dała”, mogła być niedopasowana, przy takich trudnościach często potrzebna jest terapia ukierunkowana na regulację emocji (np. DBT) lub pracę z długotrwałym poczuciem pustki i tożsamości, a nie tylko rozmowy. To, że udało się Pani napisać ten tekst, nie jest przypadkiem, to znak, że jakaś część Pani jednak jeszcze chce zrozumieć i nie zniknąć. Na teraz najważniejsze są trzy rzeczy: szybka konsultacja psychiatryczna z korektą leczenia, niepodejmowanie życiowych decyzji w tym stanie (rzucanie studiów, „przyjmowanie etykiety przegranej”), oraz potraktowanie siebie nie jak „pasożyta”, tylko jak osoby chorej, zmęczonej i przeciążonej od bardzo dawna. Z tym da się pracować, ale nie w samotności i nie siłą woli.
 

Pozdrawiam ciepło,

Weronika Wardzińska

kryzys

Czy doświadczasz kryzysu psychicznego?

Zobacz podobne

Dobry wieczór, mam problem natury niecodziennej
Dobry wieczór, mam problem natury niecodziennej dla mnie natomiast mam problemy, jak to mona było się domyślić, ale wyglądają one następująco. Mam problemy z panowaniem nad emocjami, boję się ciągle, że mi albo moim bliskim stanie się krzywda, boję się większych grup, nie daje sobie rady z decyzjami, moja dziewczyna ma mnie przez to coraz bardziej dość. Z jednej strony chciałbym, żeby było po mojemu, a z drugiej czuje, że ktoś musi wybrać za mnie, nie panuję nad emocjami każda błahostka czy to muzyka, czy głupie sytuacje sprawiają, że jestem zły smutny wesoły albo inne tego typu skrajne emocje. Dodam, że nigdy bym się nie zniżył do poziomu rękoczynów, których nigdy nie stosowałem i nie mam zamiaru stosować i nie panuję nad emocjami, tymi skrajnymi wpadam amok w atak paniki i nie idzie mi nic wytłumaczyć i jestem ciągle nieszczęśliwy, co jest ze mną nie tak? Jestem na coś chory? Jestem nienormalny? Proszę o pomoc, nie radzę sobie już sam, a z dnia na dzień jest coraz gorzej... Chce mi się płakać, jak to piszę, a jeszcze chwile temu kłóciłem się z bliskimi i wmawiałem sobie, że nie zasługuje na nic co dobre.
Jak radzić sobie z poczuciem samotności i trudnościami w budowaniu trwałych przyjaźni?
Dzień dobry, Potrzebuje się wygadać, więc postanowiłam się podzielić tym tutaj. 3 lata temu rozstałam się z moją najlepszą przyjaciółką, którą znałam całe życie. Nasi rodzice przyjaźnili się w młodości oraz nasze siostry. Bardzo trudno było mi się pogodzić z tą stratą, ona powiedziała, że już nie jest w stanie przyjaźnić się tak jak kiedyś z jedną osobą, że teraz poznaje cały czas nowe osoby, więc nie może mi dać tego co kiedyś. Tęsknię za nią, myślę o niej czasem, ale myślę, że żyje trochę bardziej wyobrażeniem. Międzyczasie poznawałam i poznaje mnóstwo osób na studiach, poza studiami oraz poprzez hobby, zainteresowania i wyjazdy. Zauważyłam, że mam tendencję do tego, że czasem wolę poznawać nowe osoby, bo zawsze jest jakaś nadzieja, że ta znajomość się rozwinie, że nie będzie na chwilę. Próbuje utrzymywać kontakty i je pogłębiać, początkowo bardzo bałam się proponować spotkań, bo od razu zakładałam odrzucenie, ale udało mi się to przełamać i starałam się wychodzić z inicjatywą coraz częściej, ponieważ czułam i czuję się czasami bardzo samotna, mam wrażenie, że nikogo tak naprawdę nie interesuje, że nie jestem dla nikogo ważna. Poznałam jedną dziewczynę przez mojego byłego chłopaka, kiedy byliśmy w związku bardzo dobrze się dogadywałyśmy, później po rozstaniu dalej utrzymywałyśmy kontakt, ale było to trudne, ponieważ musiałam poradzić sobie z rozstaniem. Z czasem zauważyłam, że trochę przeceniam tą przyjaźń, ona zazwyczaj odzywała się do mnie, gdy potrzebowała coś na studia, gdy proponowałam spotkanie była chętna, lecz później odwoływała lub przekładała, albo zapominała i spotykała się z kimś innym. Było mi przykro, bo naprawdę na to liczyłam, teraz myśle, że ona się już w ogóle nie odezwie. Mam też jedną dziewczynę na studiach, z którą fajnie mi się rozmawia i chciałabym pogłębić tą znajomość i wyjść poza tylko uczelnianą znajomość, nigdy jednak nie udało nam się spotkać, pomimo tego, że wiele razy to planowałyśmy. Ostatnio zaproponowałam jej wyjście na pizzę i powiedziała, że chętnie, ale dopiero za 2 tygodnie. Boję się, że ona też zapomni i nic z tego nie będzie. Dalej się staram pogłębiać znajomości z innymi, ale mam czasem wrażenie, że to ja tylko się staram, boję się, że gdy przestanę to nie będę mieć nikogo. Mam jednego najlepszego przyjaciela i od niedawana chłopaka, ale oboje mieszkają za granicą, kiedy mnie odwiedzają to chciałabym ich komuś przestawić, bo oni poznają mnie ze swoimi znajomymi, a mi jest tak wstyd, że ja bym bardzo chciała ich z kimś poznać, ale jak przychodzi co do czego to nikt nie może, albo nie czuje że jestem z kimś na tyle blisko żeby zapromować spotkanie. Chciałabym mieć bliską przyjaciółkę, czy kilku bliskich przyjaciół na których mogę liczyć. Mam wrażenie, że każdy ich ma, a mi jest tak trudno ich znaleźć…nie wiem czy jest że mam coś nie tak, czy mam takiego pecha. Chciałabyś się moc z kimś podzielić tym co się dzieje u mnie w życiu, nawet tym, że poznałam chłopaka. A ciągle czuję, ze mimo starań wszystko idzie gorzej. Nie wiem już co zmienić I jak zmienić.
Chciałam nauczyć się kontrolować emocje i swoje zachowanie, kiedy pojawiają się negatywne myśli, gdyż często były one pasywno-agresywne
Dzień dobry, Chciałabym przedstawić swoją sytuację i poprosić o poradę. W zeszłym roku rozpoczęłam terapię, która trwała 5 miesięcy i zakończyła się w lutym 2024. Chciałam nauczyć się kontrolować emocje i swoje zachowanie, kiedy pojawiają się negatywne myśli, gdyż często były one pasywno-agresywne. Po tych kilku miesiącach nauczyłam się pewnych mechanizmów jak sobie radzić, wyłapywać myśli, mówić "stop" itp. i całkiem dobrze mi to szło. Od maja/czerwca zauważyłam pogorszenie się mojego stanu psychicznego. Kiedy coś "idzie nie tak" i podając głupi przykład: nie udało się zarezerwować kajaków podczas wakacji, bo się spóźniliśmy i nie było miejsc: moja głowa już zaczęła tworzyć myśli typu "nie ma atrakcji, co my będziemy robić, ale beznadziejnie, miało być tak fajnie a będzie słabo" i nie mogę takiej gonitwy myśli zatrzymać. Rośnie ciśnienie w głowie, mam ochotę się popłakać, co też zrobiłam (co często też robię przy takich sytuacjach) i wpadam w duży dołek, spadek nastroju zamiast być delikatny i na chwilę (bo przecież nic złego się nie dzieje) to jest ogromny. To jeden z wielu przypadków, które mi się przytrafiły, ale jest dość wyrazisty. Czasem te emocje są mniejsze, ale też wywołują dołek, z którego ciężko mi wyjść. Wczoraj też była sytuacja, jak przyjechała do mnie i do mojego partnera jego koleżanka na kilka godzin, żeby poczekać na lot (w nocy) to nie mogłam się uspokoić. Nie wiem do końca dlaczego, ale ta dziewczyna mnie denerwuje i jestem trochę o nią zazdrosna, mimo że nie mam do tego podstaw. Pojawiły się myśli typu "mój partner woli spędzać czas z nią, lepiej by się z nią dogadywał w związku" co wywołało rozpacz w mojej głowie. Wiem, że te myśli nie są prawdziwe, nie przedstawiają rzeczywistości, ale nie umiem już ich zatrzymywać, nie radzę sobie. Popłakałam się, ciężko oddychałam i nie mogłam uspokoić. Nawet przed terapią nie było tak źle. Mam wrażenie, że to może być kwestia stresu związanego z decyzją, że będziemy brać z partnerem w niedalekiej przyszłości kredyt (mimo że jak o tym myślę, to nie odczuwam stresu, ale może to podświadomy stres?). Czy ja się wpędzam w jakieś zaburzenia? Czy powinnam iść na terapię, zanim te stany się pogorszą? Nie wiem nawet, do czego te sytuacje przypisać. Ale jest ciężko, proszę o poradę, dziękuję z góry za pomoc.
Utknęłam w związku bez zaangażowania i podziału obowiązków – jak sobie z tym poradzić?
Mam 28 lat, mój partner również, jestem z nim od 5 lat, mieszkamy w moim mieszkaniu od 2 lat. Dzielimy się wydatkami po połowie, on zarabia różnie, ale raczej minimum 5 tyś. więcej niż ja. Nie jesteśmy zaręczeni, nie mamy dzieci. Nasze wspólne życie zaczyna być dla mnie co raz bardziej uciążliwe - nie idziemy do przodu, żyjemy z dnia na dzień. Dom w 80% ogarniam ja, swój samochód również ja. Partner żyje w swoim świecie - praca, odpoczynek po pracy przed TV, czasem siłownia, motor, również jeszcze studiuje, ja też. Co mi doskwiera, to ten brak myślenia o założeniu rodziny, gdzie zawsze o tym marzyła, ale również to, że on po prostu tak naprawdę w domu robi niewiele. Nie sprząta, czasem wyrzuca śmieci, odkurzy i coś ugotuje. Mówię i rozmawiam z nim o tym od wielu tygodni, ale nic się nie zmienia, więc ja po prostu na niego wybucham, bo czuję się zmęczona i przytłoczona. Prosiłam go wielokrotnie, żeby się rozstać, żeby się wyprowadził, i dalej nic. Na dwa dni jest dobrze, poproszę go, żeby coś zrobił w domu, on nie robi tego, i ja znowu wybucham. Nie umiem już tak żyć, zaczęłam czuć do siebie i do niego nienawiść. Bardzo bym chciała albo żeby to wszystko się zmieniło, albo żeby on naprawdę dał mi spokój, ponieważ czuję, że to już dla mnie za dużo. On mnie nie rozumie, mówię do niego, ale po prostu się czuję, jakbym mówiła do ściany. Jak z tego wyjść, jak sobie z tym poradzić?
Dlaczego tak trudno stawia się granice osobiste?

Dlaczego tak ciężko jest postawić granice? Dlaczego wracam do kontaktu z osobami, które mnie kiedyś zraniły? Dlaczego nawet jak się uśmiecham to w środku czuję pustkę?

ChAD

Zaburzenie dwubiegunowe – przyczyny, objawy, leczenie

Choroba dwubiegunowa to poważne zaburzenie psychiczne, które może znacząco wpłynąć na jakość życia. Zrozumienie jej objawów, przyczyn i metod leczenia jest kluczowe dla skutecznego radzenia sobie z tym schorzeniem.