Aplikacja TwójPsycholog — wsparcie, które masz zawsze pod ręką

📲 Pobierz aplikację i zadbaj o siebie na własnych zasadach

Dostępne w Google PlayPobierz w App Store
Left ArrowWstecz

Witam. Na wstępie powiem, że jestem osobą bardzo samotną, posiadającą niską samoocenę

Witam. Na wstępie powiem, że jestem osobą bardzo samotną, posiadającą niską samoocenę oraz permanentnie smutną, która jakiś czas temu można powiedzieć, poddała się życiowo i wycofała socjalnie. Wewnątrz czuję pustkę i jakbym był wyprany z emocji, nic na mnie nie robi już wrażenia, nawet raz jak pojechałem skoczyć w tandemie, to myślałem, że będzie to jakiś bodziec, ale jak się okazało, sam skok nie zrobił na mnie żadnego wrażenia (a podobno pierwszemu skokowi towarzyszy przeładowanie sensoryczne i nic się nie pamięta). W skrócie można by powiedzieć o mnie życiowy przegryw. Mam dwójkę chorych rodziców, z którymi mieszkam i się nimi zajmuję. Jeden rodzic wymaga znacznie większej uwagi (podnoszenie z łóżka, czyszczenie, przygotowywanie jedzenia itp.), drugi jest w miarę samodzielny i jakiś czas wytrzyma bez pomocy. Teraz do rzeczy, w ostatnie wakacje poznałem dziewczynę, dołączyła się przypadkiem do mojej wędrówki po górach. Po powrocie do normalności prowadziliśmy rozmowy na komunikatorze dzień w dzień, długie rozmowy, ściany tekstu o wszystkim i niczym. Z czasem, kiedy w ten sposób ją lepiej poznałem, zrozumiałem, że to może być ta bratnia dusza, której zawsze miałem nadzieję znaleźć, najgorsze, że ona mimo będąc ode mnie sporo młodsza dawała mi subtelne znaki zainteresowania moją osobą. Zawsze sobie mówiłem, że albo będę z kobietą, która mi odpowiada albo wolę umrzeć sam. Jeden problem to taki, że w momencie jej poznania ona była w trakcie podjęcia dużych życiowych kroków, przeprowadzka do innego kraju. Już po przeprowadzce, opowiadała mi o tym kraju, wysyłała zdjęcia, filmy itp. Aż w końcu rozbudziła moją wyobraźnię na tyle, że postanowiłem się również tam przeprowadzić, ale jej o tym nie mówiłem, tylko zacząłem uczyć się języka, załatwiać sprawy dotyczące opieki nad rodzicami, próbować przekwalifikować się na zawód, który mógłbym wykonywać w nowym kraju. Wstępnie miałem ją odwiedzić, na kilka dni. Bilety były już kupione, ja się nie mogłem doczekać, jak i ona, kiedy się spotkamy, a na miejscu chciałem po części wybadać sytuację i podjąć jakieś konkretniejsze plany, żeby nie robić tego przez komunikator. Te codzienne rozmowy dawały mi takiego, życiowego kopa, chciało mi się działać, w końcu miałem przejrzysty cel, w głowie rodziły się nowe pomysły, życie podyndało mi możliwością prawdziwego szczęścia przed nosem, by je po chwili zabrać. Na dwa tygodnie przed wylotem, jeden z rodziców zachorował i trafił do szpitala. Stanąłem przed wyborem, jadę do niej i zostawiam rodziców na pastwę losu albo zostaje i możliwość życiowego szczęścia i spełnienia prawdopodobnie odpływa w nieznane. Zostałem. Po poinformowaniu jej o całej sytuacji okazała zrozumienie i współczucie, ale czułem, że ta decyzja będzie rzutować na dalszej relacji. Dwa tygodnie po moim nie przyjechaniu, kontakt zaczął wyhamowywać, odpowiedzi po 2 dniach, po 3, 5. Zdjęcia tak jak wcześniej wysyłała z solowych wypadów, teraz subtelnie sugerowały, wypady w towarzystwie. Rozumiem ją, że nie będzie wstrzymywać swojego życia, ale mam teraz takie wielkie przeświadczenie, że to ja mogłem przeżywać z nią te chwile, gdybym nie wybrał opieki nad potrzebującym rodzicem. Motywacja i chęci zniknęły, chęć do życia też. Miałem moment, gdzie emocje były tak silne, że jak siadłem to zacząłem gadać do siebie i płakać jak nigdy wcześniej (nawet na pogrzebach bliskich nie płakałem). Mówiłem do siebie, że tylko chciałem móc otoczyć drugą osobę swoją miłością i mieć dla kogo żyć, otworzyć tę tamę emocji, która się we mnie zgromadziła przez te lata samotności. Nie wiem, co dalej z tym robić, próbować, że a może jednak? Dać jej spokój, co w sumie byłoby fair wobec niej? Zły jestem na siebie, że nie potrafię cieszyć się życiem samemu i sama nadzieja związku z taką wymarzoną osobą ma na mnie tak duży wpływ. No cóż, wszystko się okaże w te wakacje, bo dawno temu umówiliśmy się na jeszcze jedną wyprawę, z której póki co nie wycofała się, ale moje nadzieje, jeżeli chodzi o związek, z mojej perspektywy wyglądają całkiem mizernie. Także po wakacjach pewnie przepale oszczędności i podejmę tą jedną jedyną egoistyczną decyzję w moim smutnym jak **** życiu. Odkładałem to ze względu na bliskich ("no nie mogę im tego zrobić"), ale czuję, że tak dalej już nie dam rady. Nie wiem, czy to, co napisałem, można nazwać pytaniem, ani czy było to napisane składnie i ładnie, bo tyle rzeczy chodzi mi po głowie, ale chciałem się gdzieś anonimowy wygadać. Może powiecie mi coś, czego o sobie nie wiem, może doradzicie, a może tylko zaproponujecie proszki i terapię. Na nic w każdym razie nie liczę. Pozdrawiam
Usunięty Specjalista

Usunięty Specjalista

Wspieram realizacje potrzeby wygadania się. Wygadując się do kogoś, mamy szanse usłyszeć od samych siebie coś nowego o sobie również. Polecam również inne formy rozmowy. Psychoterapia może mieć różne formy: pisana, telefoniczna, z kamerą lub gabinecie. Rozmowy są poufne. 
Polecam, jeśli czujesz potrzebę porozmawiania z kimś o swoim życiu. 
Pozdrawiam

Piotr Karpiński 
 

2 lata temu

Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?

Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!

komunikacja w zwiazku

Darmowy test na jakość komunikacji w związku

Zobacz podobne

Dlaczego płaczę, gdy partner mnie przytula? Brak bliskości i zaufania w związku

Witam serdecznie. Mam 38 lat mój partner 57. Od jakiegoś czasu zauważyłam u siebie w emocjach, że kiedy partner mnie przytuli od czasu do czasu, tak od razu doprowadza mnie to do łez. Nie wiem, czym jest to spowodowane. Fakt przytulań jest między nami coraz mniej, z początku było ich znacznie więcej. Czasem w ogóle jest oziębły. Mieliśmy nie tak dawno temu sytuację, że przyłapałam go na tym, że miał założone konto randkowe na jednym z portali randkowych, co zachwiało mocno zaufaniem do niego, później doszło do tego faworyzowanie jego znajomej w naszej obecności i porównywanie mnie do niej, kłamstwa, na których co jakiś czas muszę go przyłapać, kupowanie prezerwatyw za moimi plecami, których w ogóle nie używamy. Sprawy intymne w ogóle nie istnieją. Jeśli do czegoś dochodzi to albo jest to raz na półtora miesiąca, albo w ogóle, a nawet jeśli to jest, to bardzo mechaniczne. Wieczory spędzamy, leżąc obok siebie, ale bez przytulanek. Dawniej potrafił podejść, przytulic sam od siebie teraz, jeśli ja sama osobiście się do niego nie przytulę, on nic, jakby był lodem skuty. Tak jak napisałam wcześniej, jeśli zdarzy mu się przytulić mnie, tak sam z siebie tak ja od razu reaguje płaczem, którego nie widzi, gdyż płacze w ukryciu. Chciałam się spytać, z czego to może wynikać. Czy to może być reakcja na brak bliskości z jego strony i akceptacji mojej osoby? . Bardzo proszę o odpowiedź. Pozdrawiam serdecznie

Relacja tak ważna, że aż powoduje u mnie napięcie i trudności. Uzależnienie emocjonalne.

Mam problem z uzależnieniem emocjonalnym od znacznie starszej koleżanki. Dała mi matczyne uczucia i wsparcie, których od matki nie dostałam. Gdy długo się nie odzywa albo nie lajkuje mi relacji na fb czuję strach, że na mnie obrażona albo, że kontakt właśnie się zrywa, gdy odpisuje lakonicznie również jest mi cięzko. W trudnych momentach kontakt jest intensywny np problemy w pracy czy pobyt w szpitalu, czasem na siłę wymyślam problem byle tylko mieć ją blisko. Był moment gdy chyba za mocno ją przytłoczyłam i trochę mi swojego powiedziała, co mnie zraniło, niemniej jednak dalej obie strony chciały kontynuować znajomość. Gdy się nie odzywa czuję smutek, bóle głowy, nawet zaburzenia snu, bardzo cierpię. Chcę się z nią spotkać na mieście na kawie, ale nie wiem jak zareaguje i czy sie nie pogniewa, więc wole sie nie wychylać z tym, czekam na jej ruch...Aczkolwiek nieraz podkreślała, że na jej wsparcie zawsze mogę liczyć, tylko wiadomo, nie chcę tego nadużywać. Nie umiem sobie z tym poradzić, relacja dla mnie ważna a jednocześnie pełna napięcia.

Udawałam dokonanie samobójstwa, ponieważ przyjaciółka mnie zaczęła olewać, nie odzywała się, nie odpisywała.
Dzień dobry. Proszę o radę jak naprawić sytuację z przyjaciółką już byłą. Opiszę sytuację. Poznałyśmy się w studium, ogółem w sumie przyjaźniłyśmy się ok 8 lat. Szkoła trwała 2,5 roku a potem kontakt był nadal intensywny spotykałyśmy się, potem wyjechała, ale dzwonieniu, pisaniu nie było końca i tak dobre 2 lata, jak nie 3, pracowała zaraz po szkole, ale to nie przeszkadzało w kontaktach, bo jak ktoś chce podtrzymywać znajomość to będzie to robił i z 2 końca świata przy obecnej technologii. I TAK BYŁO. Ale nie z dwóch końców świata tylko dwóch miast polskich, nie aż tak odległych, jednak na tyle, że dojeżdżanie do siebie nie było możliwe. Ale to żaden problem, dzwoniłyśmy, gadałyśmy, a pisałyśmy w dni robocze, bo praca i każdej tam inaczej o innej porze pasowało odpisać i wiadomo - normalne. A weekend telefon i gadanie kilka godzin. A potem przyszedł, ale to w zeszłym roku na zimę jeszcze a nawet ciut ponad rok temu, moment, że nagle nie odpisywała, nie oddzwaniała po tygodniu, potem po 2, potem po miesiącu dopiero. A w tym samym miejscu pracowała, wszystko tak samo. A nawet jak kłopoty, to nie miały związku ze mną i to trzeba było powiedzieć, że ma kryzys i chce przerwę, bo nie, że ja coś, ale nie ma nastroju czy ma doła i chce resetu, nie musiała się ani usprawiedliwiać ani nawet szczegółowo uzewnętrzniać, zwierzać - tylko informacyjnie, abym wiedziała, że no, że tak, a nie siak jest. Ale nic takiego nie było, o żadnych większych kłopotach nic mi wiadomo nie było, więc może miała, może nie- nie wiem. Generalnie kontakt umierał. Ona generalnie za ludźmi specjalnie aż tak nie przepadała, ale mnie lubiła. Nie była odludkiem, ale miała małe grono koleżanek, minimalistyczne, w zasadzie potem tylko mnie. W CZYM PROBLEM? Zrobiłam okropną rzecz. Nie mogąc znieść dłużej bycia olewaną permanentnie i czekania na łaskę, aż raczy odpisać po miesiącu, jak nic na zwykłe pozdrowienie. Na łaskę, że musi ze mną gadać (ostatecznie nikt nie ma musu w niczym) i UMĘCZONA JUŻ BYŁAM WIECZNYM DESPERACKIM DOBIJANIEM SIĘ I PROSZENIEM, WOŁANIEM O UWAGĘ, WYPISYWANIEM ELABORATÓW, PISANIA I OPOWIADANIA JEJ CO U MNIE, że jak ona mało pisze, to może ja dużo zacznę, zachęcę albo po prostu miałam potrzebę wyrzucenia z siebie neutralnych różnych rzeczy, czasem pierdół, a to jak grochem o ścianę. Wpadłam na pomysł, że będę udawać, że chcę dokonać samobójstwa, kupiłam na niby cyjanek potasu, ZROBIŁAM GRAFICZNIE UDAWANY PRIN SCREEN Z NR ZAMÓWIENIA ITD... Butelkę po apapie wydrukowałam etykietę z cyjankiem itd... I napisałam jej kłamstwo, że coś się w rodzinie wydarzyło i mam doła i chce się przez to zabić i zamówię- jutro będzie a dam sobie 3 dni, bo może się sytuacja od ratuje. W domyśle chodziło o nią, ale skłamałam, aby nie było jawnie szantażu, że o pewną sytuację wymyślona w rodzinie. I pisałam nazajutrz, że mając już ten cyjanek się lepiej czuję, bo mam realne narzędzie do zabicia siebie i to najskuteczniejsze jakie może być i to legalne. Może jedyne ogólnie jakie istnieje legalne a zarazem 100 proc skuteczne. Specjalnie się nie przejęła, odgryzła się potem, ciut się wystraszyła i napisała sucho coś tam ojojoojoojj. I tyle. Napisałam jej dobra, biorę, bo sytuacja mnie przerosła i, że żegnam. I zaprzestałam pisania. Po ponad 2 miesiącach napisała, że szkoda, że mnie chyba nie ma albo jestem i że jak jestem, to niech się odezwę. Cisza. Potem po miesiącu napisała szkoda, że mnie już nie ma. I to ostatnie jej słowa. Ja oczywiście cisza. Odezwałam się po kolejnych kilku miesiącach teraz przed świętami. Że jednak żyję, i że pewnie jej przykro, że żyję, a cieszyła się, że chciałam umrzeć, bo by miała spokój od kolejnej osoby, jak tak ludzi nie lubi i zniechęca do siebie, to pewnie odtańczyła taniec zwycięstwa, że się skończą moje elaboraty, i że mnie nie będzie, a tu żyję. Czy postąpiłam paskudnie?
Czy to depresja partnera czy koniec związku? Czuję się jak opiekunka.
Jestem w związku od 9 lat i nie wiem już, co robić. Od dwóch miesięcy mój partner twierdzi, że ma depresję. Nie pracuje, nie ma dochodu, całe dnie spędza poza domem, a kiedy jest – zamyka się w sobie, nie rozmawia, nie przytula mnie, nie mówi, że mnie kocha. Gdy próbuję się do niego zbliżyć, on mnie odrzuca, mówi, że „nie ma ochoty”, że nie czuje nic. Nie chce iść do żadnego specjalisty, chociaż prosiłam o to wiele razy. Od dawna wszystko jest na mojej głowie – zakupy, gotowanie, opłaty. Zaczynam czuć się jak opiekunka, nie partnerka. Czuję się samotna, niewidzialna, zupełnie ignorowana. Powiedziałam mu, że nie daję już rady i że myślę o odejściu. Byłam nawet oglądać mieszkanie. On wtedy zapytał, czy ma je ze mną zobaczyć – jakby chciał, żebym odeszła, ale sam nie potrafił tego powiedzieć. Potem powiedział, że mnie kocha, więc zostałam. Ale czuję, że trzymam się resztek nadziei i ochłapów bliskości. Moja koleżanka widziała jego profil na portalu randkowym. Zapytałam go o to, a on odpowiedział, że „zrobił to, bo czuje się samotny i nie dostaje ode mnie wsparcia”. To bardzo mnie zabolało, bo ja od miesięcy próbuję utrzymać ten związek i daję z siebie wszystko. Nie wiem już, czy jego zachowanie to wynik depresji, czy on mnie zdradza, czy może po prostu przestał mnie kochać. Czuję się jak wrak człowieka. Źle mi w tym związku, ale też nie potrafię odejść. Co mam robić? Jak rozpoznać, czy to depresja, czy koniec relacji? Czy ktoś z was był w podobnej sytuacji?
Jak radzić sobie z brakiem więzi emocjonalnej z dziećmi partnerki w związku na odległość?
Witam, jestem w zwiazku na odleglosc, parnterka posiada dwojke dzieci. Mam wrazenie, ze chcialaby abym zwiazal sie z nimi emocjonalnie - czasem pyta dlaczego ja sie w ogole nie interesuje jej dziecmi. Szczerze one po prosru mnie nie interesuja - nie chce na sile udawac a podejrzewam, ze nigdy naturalnie to u mnie nie powstanie. Moja ewentualna zmiana miejsca zamieszkania wiaze sie z znacznym obnizeniem finansowej jakosci zycia dla mnie samego i tym bardziej nie czuje sie dobrze z ewentualnym dzieleniem sie na cele zwiazane z jej dziecmi - ich ojcowie zyja… jest wiecej kwestii zwiazanych z czasem, ktorego mam wrazenie w ogole dla siebie samego nie bede miec a wydaje mi sie, ze fundamentem zwiazku jest pytanie o potrzeby partnera i wspieranie go w dazeniu do szczescia - tutaj raczej zycie mialoby polegac na spelnianiu potrzeb dzieci ktore nie sa moje.
kryzys w związku

Kryzys w związku – jak go przetrwać i odbudować relację?

Twój związek w kryzysie? To naturalny etap, który może wzmocnić relację. Poznaj sprawdzone strategie i porady ekspertów, by skutecznie przez niego przejść i odbudować więź. Czytaj dalej!