- Strona główna
- Forum
- inne
- Dlaczego czuję...
Dlaczego czuję potrzebę zmiany zachowania, gdy ktoś przychodzi?
Skąd może wynikać coś takiego jak. Leżę sobie, np. Odpoczywam, a jak ktoś przychodzi, to szybko wstaje i udaje, że robię coś innego ? Albo tak samo w sytuacji, gdy oglądam tv, jak ktoś przychodzi, to wyłączam?
Kasia
Olga Żuk
To, co opisujesz, może mieć kilka możliwych źródeł – i zwykle nie jest „jednoznaczne”, tylko wynika z doświadczeń, przekonań i stylu funkcjonowania psychicznego:
Możliwe przyczyny:
- Wewnętrzne przekonania dotyczące odpoczynku – jeśli w dzieciństwie lub później pojawiały się komunikaty, że „leniuchowanie” jest czymś złym, mogło się wytworzyć poczucie winy, gdy pozwalasz sobie na odpoczynek. To sprawia, że w obecności innych chcesz „usprawiedliwić” swój czas.
- Potrzeba kontroli tego, jak jesteś postrzegana – może być w tym lęk przed oceną („co ktoś sobie pomyśli, że nic nie robię?”), więc szybko starasz się pokazać się w lepszym świetle.
- Perfekcjonizm lub wysoka samokrytyka – wewnętrzny głos może podpowiadać: „powinnam coś robić, być produktywna”. Wtedy trudno dać sobie prawo do zwykłego „nicnierobienia” przy innych.
- Wzorce rodzinne – jeśli w domu rodzinnym odpoczynek nie był traktowany jako coś wartościowego (np. „najpierw obowiązki, potem przyjemności”), mogło zostać zinternalizowane, że trzeba coś robić, aby zasłużyć na akceptację.
- Podwyższony poziom czujności – niektórzy ludzie automatycznie napinają się i „przestawiają” na tryb działania, gdy w pobliżu pojawia się ktoś inny. To może być związane z nadmierną wrażliwością na otoczenie, niepokojem społecznym lub wcześniejszymi doświadczeniami.
Pozdrawiam,
Olga Żuk
Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?
Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!
Sylwia Harbacz-Mbengue
Dzień dobry Pani Kasiu,
takie zachowanie może wynikać z internalizacji (uwewnętrznienia) pewnych oczekiwań, którymi nasiąkamy w domu, szkole, czy w pracy. Być może w przeszłości słyszała Pani, że "nie wolno marnować czasu" albo "zawsze trzeba mieć coś do roboty". Te komunikaty, często nawet nieświadomie, mogą sprawić, że czuje Pani poczucie winy, gdy robi coś dla przyjemności.
Pozdrawiam
Sylwia Harbacz-Mbengue
Psycholog
Martyna Jarosz
Dzień dobry
Opisana przez Panią reakcja może wynikać z wewnętrznego przekonania, że odpoczynek trzeba usprawiedliwiać, jakby był czymś niewłaściwym lub świadczył o lenistwie. Często takie mechanizmy mają swoje źródło w wychowaniu, gdzie promowano aktywność i obowiązkowość, a odpoczynek traktowano jako stratę czasu. Może to również wynikać z lęku przed oceną, że ktoś uzna Panią za nieproduktywną. W efekcie pojawia się potrzeba „udawania zajętości”, by uniknąć krytyki.
Pozdrawiam
Martyna Jarosz
psycholog
Zobacz podobne
Na wstępie przepraszam wszystkich, jeśli ten wpis sprawia wrażenie chaotycznego i zbyt długiego. Potrzebuję pomocy.
Jestem chyba już na 4-tej terapii i ta z kolei trwa już ok. 2 lat i robi się coraz groźniej. Na stronie mojego terapeuty widnieje informacja, że pracuje on w nurcie psychoanalitycznym (psychodynamicznym). Terapeuta zachowuje się tak, jakby miał w głębokim poważaniu co ze mną będzie, pomimo że nigdy nie wiedziałem i nadal nie wiem w jaki sposób miałbym rozwiązać swoje problemy. Co więcej, gdy widzę jakie rozwiązania zostają mi po terapii (czyli to co wiedziałem i przed terapią) to nie chcę tego robić, bo przecież na tym m.in. problem polega, że chcę uciec od cierpienia.
Terapia ta przypomina jakieś szaleństwo, przykładowo gdy wspomniałem mu, że martwię się wypadającymi włosami to ten śmiał się mówiąc, że przejmuję się takimi rzeczami (wg. niego nic nie znaczącymi) zamiast przejmować się tym, że lada moment, gdy zostanę sam umrę z głodu ... Jakby tego było mało straszy mnie możliwością zachorowania na raka i konsekwencjami chemii bez posiadanego ubezpieczenia zdrowotnego ... W innym momencie mówi coś skrajnie przeciwnego, że naprawdę wierzy, że można tak żyć i w tym nie ma niczego niewłaściwego. Czy on się mną bawi ?! Czy to nie jest skrajnie nieetyczne działanie ?! A może to zwykła technika służąca temu bym się na niego porządnie wkurzył, a tego się bardzo boję i wstydzę ??
W moim życiu największą rolę odegrała matka, której nadopiekuńczość zniszczyło mi poczucie własnej wartości i sprawczości + "rówieśnicy", którzy w szkole się nade mną znęcali, co tylko pogłębiało moje deficyty i chęć ucieczki w kierunku domowego azylu. Teraz mam 37 lat, nigdy nie byłem w żadnym związku, nie miałem dziewczyny, nie mam znajomych, nie mam od wielu lat pracy, mieszkam z rodzicami, nie wyobrażam sobie już życia poza domem jak i ciągle w nim. Nigdy nie byłem, nie jestem i uważam, że jak tak dalej będzie to i nigdy nie będę w stanie zdecydować w jaką stronę pójść. Boję się każdej pracy, boję się poznawania ludzi, boję się oceny, boję się życia, boję się bólu, boję się bania i "żyję" pod dyktandem niewyobrażalnie toksycznego wstydu, który rośnie wraz z wiekiem i wciąż niekończącej się bezsilności, oraz ciągłego narzekania (tak jak to robią moi rodzice). Zdanie by "wziąć odpowiedzialność za swoje życie" rozumiem tak naprawdę jako "poddać się karze", której przecież najbardziej się boję i której całe życie chcę uniknąć. Mój terapeuta zachowuje się jakby tego totalnie nie rozumiał dobijając mnie coraz bardziej.
Co ja mam zrobić ?! Przecież nie chcę skończyć na ulicy, a na dodatek nie chcę życia obciążonego konsekwencjami, których nie mogę już naprawić jak chociażby to, że jeśli jakimś cudem dożyje do emerytury to będzie ona głodowa i zginę tak czy siak, nie wspominając już o tym, że resztę życia spędzę samotnie ... Takie życie to koszmar, z którego już się nie wybudzę, a jedynym "pocieszeniem" jest samobójstwo lub śmierć naturalna. Doszedłem do wniosku, że założyłem sobie by terapia była dla mnie czymś co daje mi poczucie wyjścia do ludzi, ale w bezpiecznym środowisku. Skoro życie poza terapią nie toczy się w takim środowisku to terapia mi nie pomoże. A może problem leży w niedopasowaniu terapii do mnie ? Jeśli tak to proszę o informację w jakim nurcie powinienem się poruszać. Błagam o pomoc pomimo, że już prawie straciłem ostatnie resztki nadziei.
