
- Strona główna
- Forum
- kryzysy, rodzicielstwo i rodzina, zaburzenia nastroju
- Jak radzić sobie z...
Jak radzić sobie z żałobą po poronieniu i poczuciem winy za wcześniejsze myśli?
Treść wrażliwaOlia
Ryszard Salmanowicz
W naszej kulturze istnieje wiele tabu i mitów związanych z rodzicielstwem, szczególnie z macierzyństwem. Te tabu i mity przeradzają się w oczekiwania. Tych oczekiwań nie da się spełnić. Proszę zauważyć, nawet napisała Pani, że nie zachowała się "jak matka". Proszę też zobaczyć, jak naładowany jest to przekaz do samej siebie - tak jakby istniała idealna rola, mityczna, do której została nagle Pani powołana i która wymaga totalnego poświęcenia siebie - chociażby poświęcenia własnej agresji, rozdrażnienia, niechęci i strachu. W naszym wyobrażeniu matka nie ma tych cech dla dobra dziecka, nawet tego nienarodzonego.
To jest śmiertelnie szkodliwe idealizowanie roli, roli czysto kulturowej. Akceptowanie tych wymogów wyborażenia o roli matki sprawia, że samemu ma się podświadomą niechęć do dziecka, bo ciężar takiego "zatracenia siebie" w relacji z dzieckiem, jest, realistycznie, nie do uniesienia. Nie da się pozbyć niechęci czy nawet nienawiści. O tym jest chociażby sławna książka pisarki Mary Shelly, Frankenstein. Ona nie jest dosłownie o potworze, ona jest o potworze w samym sobie, którego boi się każda matka.
I tutaj jest odpowiedź na Pani pytanie: trzeba przepracować i zrozumieć, że oschłość, czy nawet okrutność w myślach, nie jest czymś złym - dosłownie na odwrót! To że one są wyrażane jako myśli, że docierają do świadomości, jest czymś bardzo dobrym i dobrze o Pani świadczy, bo udawanie, że ich nie ma, doprowadziłoby do czegoś o wiele okropniejszego dla dziecka, niż Matka, która totalnie naturalnie przeżywa zdrową niechęć do odpowiedzialności rodzicielskiej - coś o wiele gorszego: matka, która udaje, że jej nie ma i że jest aniołem, a nie człowiekiem. Dziecko, nawet to nienarodzone, nie potrzebuje anioła, potrzebuje miłości prawdziwego człowieka, a w tym też są te aspekty, jak to się mówi w psychologii głębi, cienia: niechęci, nienawiści, oschłości.
Innymi słowy, musi Pani zrewidować własne i kulturowe wymagania jakie się narzuca rodzicom, a potem odnieść to do własnej sytuacji. Taka głęboka i bolesna analiza sprawi, że zrozumie Pani, że paradoksalnie dała Pani temu dziecku coś, czego wielu rodziców nie daje przez całe życie: kontakt z prawdziwą osobą, nie z rolą czy oczekiwaniem. A to jest definicja prawdziwej, głębokiej miłości.
Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?
Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!
Katarzyna Rembecka (Roguska)
Dzień dobry,
to, czego Pani teraz doświadcza, musi być ogromnie trudne - żałoba połączona z poczuciem winy z powodu pierwszych myśli o ciąży, to bardzo skomplikowane emocje. Proszę nie zostawać z tym samej. Choć jak przy każdej żałobie potrzebny jest czas, myślę, że także rozmowa ze specjalistą mogłaby przynieść Pani ulgę i pomóc poukładać te uczucia. Proszę zrobić to dla siebie, a także z myślą o swoim dziecku, które bardzo potrzebuje Pani silnej i spokojnej.
Wszystkiego dobrego!
Katarzyna Rembecka
Piotr Ziomber
Dzień dobry
Jest mi niezmiernie przykro z powodu tego, co Panią spotkało. To jest dla Pani bez wątpienia niezmiernie trudne do akceptacji a poczucie winy Panią przytłacza. A prawda jest taka, że nie ma w tym Pani winy. Samymi myślami nie można dokonać czegoś co spotkało Pani dziecko. Wiele kobiet neguje ciąże, gdyż nie zawsze jest ona chciana itd. pani sama w sobie jest bohaterką gdyż postanowiła Pani urodzić to dziecko. Mimo wszystko. A teraz Pani prawdopodobnie w depresji obarcza siebie winami za to, co się wydarzyło. Nie dziwi mnie to. Doświadczyła Pani traumatycznego wydarzenia, które nie było dla Pani obojętne. Potrzebuje Pani wsparcia psychologa oraz wsparcia psychoterapeuty w nurcie poznawczo - behawioralnym. Proszę z tym nie czekać. I proszę pozwolić sobie na przejście przez wszystkie fazy żałoby. Terapia pomoże Pani odbudować pozytywny obraz samej siebie. Proszę iść do specjalisty. Życzę dużo sił
Piotr Ziomber psycholog
Katarzyna Świdzińska
Dzień dobry,
Bardzo mi przykro, że przez to Pani przechodzi. I chcę powiedzieć jedną ważną rzecz na początku - Pani myśli i lęki z tamtego czasu nie są „okrucieństwem”, tylko reakcją organizmu przeciążonego strachem, świeżym macierzyństwem i kolejną ciążą.
To, że pojawiały się myśli „nie chcę tego dziecka” albo „boję się, że sobie nie poradzę”, nie oznacza, że była Pani złą matką. To były myśli kogoś, kto był w ogromnym napięciu i próbował sobie poradzić z czymś, co było za trudne na tamten moment.
Poronienie samo w sobie jest stratą, a Pani przeżywa coś jeszcze trudniejszego - żałobę po dziecku i jednocześnie silne poczucie winy za własne myśli sprzed straty. To bardzo częste w takich sytuacjach, ale też bardzo obciążające, bo umysł zaczyna szukać winy, żeby znaleźć sens w tym, co się stało.
Prawda bardziej bolesna, ale też uwalniająca - Pani nie miała wpływu na to, że serce przestało bić, a myśli, które Pani wtedy miała, były próbą poradzenia sobie z lękiem, nie decyzją o odrzuceniu dziecka.
W żałobie nie trzeba zaczynać od wybaczenia sobie na siłę. Czasem pierwszym krokiem jest przesunięcie myśli z „jestem okrutna” na „byłam w bardzo trudnym stanie i robiłam wtedy, co umiałam, żeby przetrwać”.
Jeśli mogę Pani coś delikatnie zaproponować - warto byłoby porozmawiać z psychologiem albo terapeutą pracującym z żałobą po stracie ciąży. Nie po to, żeby „usprawiedliwić” te myśli, ale żeby odciążyć Panią z poczucia winy, które nie należy do Pani w takim stopniu, jak Pani czuje.
To, co Pani przeżywa, to nie brak miłości do dziecka. To bardzo ciężkie połączenie żałoby i winy. I z tego da się powoli wychodzić, ale nie przez karanie siebie.
Pozdrawiam i życzę dużo siły,
Katarzyna Świdzińska, Psycholog okołoporodowy

Zobacz podobne
Mam 16 lat i odczuwam głębokie uczucie pustki oraz dezorientacji, które towarzyszy mi na co dzień. Często czuję się zagubiona, nie wiedząc, gdzie się znajduję ani kim naprawdę jestem, co wprowadza mnie w stan frustracji i zniechęcenia. Zmagam się z problemami z agresją, które przejawiają się w skrajnych reakcjach – zdarza mi się rzucać na moją dziewczynę, wyzywać ją i angażować się w bójki, co sprawia, że nasza relacja staje się coraz bardziej napięta. Czuję także silną potrzebę wyładowania swojej złości na innych, co prowadzi mnie do myśli o pobiciu kogoś, gdy coś mnie zdenerwuje.
Kiedy doświadczam krzywdy ze strony innych, pojawiają się w mojej głowie myśli o zrobieniu sobie krzywdy lub chęci, by trafić do szpitala, aby inni mogli poczuć wyrzuty sumienia i w końcu zauważyć, że naprawdę źle się czuję.
Odczuwam głęboki lęk związany z odrzuceniem i nieustannie boję się, że ktoś bliski może mnie zostawić, co dodatkowo potęguje moje negatywne emocje. Często mam chwile, gdy wydaje mi się, że wszystko może się poprawić, ale nagle doznaję załamania, staję się smutna i zaczynam płakać, co sprawia, że czuję się jeszcze bardziej bezradna.
W moim domu panowała przemoc emocjonalna ze strony ojca, co z pewnością miało ogromny wpływ na moje zachowanie i sposób, w jaki postrzegam siebie oraz innych.
Boję się samotności, zwłaszcza w sytuacjach, gdy moja dziewczyna potrzebuje czasu dla siebie, co dodatkowo wzmacnia moje obawy.
W trudnych momentach często sięgam po alkohol i palę papierosy, sądząc, że to sposób na radzenie sobie z emocjami, które mnie przytłaczają. Miałam także groźby dotyczące zrobienia sobie krzywdy lub okaleczenia się, co jest dla mnie bardzo niepokojące. Bliscy zauważają, że mogą występować u mnie problemy, które sugerują zaburzenia osobowości. Chciałabym zasięgnąć porady psychologicznej, ale odczuwam ogromny strach przed wizytą, co sprawia, że nie potrafię podjąć tego kroku. Czy to na coś wskazuję?
Dzień dobry. Mam problem ze swoimi emocjami. Od kilku lat mieszkam z rodziną za granicą. Emigracja była moim pomysłem, ponieważ chciałam coś zmienić w swoim życiu. Teraz mija piąty rok tutaj, a ja nadal nie mogę się odnaleźć. Czuję się tu bardzo samotna, a wszystko wokół wydaje się obce. Nie zbudowałam tutaj żadnych bliższych relacji, nie spotykam się z nikim po pracy, nie rozwijam się. Po prostu utknęłam. Każdego ranka toczę walkę sama ze sobą, żeby wstać z łóżka. Nienawidzę mojej pracy, a poza nią nie robię tu nic innego. Praca mojego męża zabiera mu cały czas. Kiedy już jest w domu, zasypia ze zmęczenia na kanapie. Moje dzieci odnalazły się tu lepiej, choć jeden z synów (przez początkowe trudności z akceptacją wśród nowych rówieśników) także stał się bardziej zamknięty w sobie. Jedynym plusem naszego wyjazdu jest to, że poprawiła nam się sytuacja materialna. To jest główny powód, dla którego mój mąż nie chce słyszeć o powrocie do Polski. Mówi, że tam będziemy zaczynać od zera. Fakt, będziemy musieli znaleźć nową pracę, ja będę musiała się przebranżowić, on prawdopodobnie też. Będziemy musieli mieszkać w gorszych warunkach, ponieważ w Polsce mamy malutkie mieszkanie. Jeśli chcielibyśmy kupić większe, to czeka nas kredyt. Mój mąż twierdzi, że żyję marzeniami, że na własne życzenie nie potrafię być szczęśliwa. A ja nie mam ochoty spędzić tutaj kolejnego roku życia. Czuję, że życie ucieka mi przez palce, że w Polsce mogłabym się wykształcić i rozwijać. Czuję się jak w klatce. Tutaj mamy dobre warunki i stabilną sytuację materialną, ale nic poza tym. Mam 37 lat i nie mam życia. W Polsce miałabym życie, ale nic poza tym nie jest pewne. Jestem potwornie zagubiona, nie wiem, co mam zrobić. Nie chcę zmarnować kolejnych lat życia na wegetacji w miejscu, którego nienawidzę.
