Aplikacja TwójPsycholog — wsparcie, które masz zawsze pod ręką

📲 Pobierz aplikację i zadbaj o siebie na własnych zasadach

Dostępne w Google PlayPobierz w App Store
Left ArrowWstecz

Jak pozbyć się myśli, że całe moje życie zostało schrzanione?

Dzień dobry, jak to możliwe, że nie mogę pozbyć się uczucia i myśli, że całe moje życie zostało schrzanione od momentu kiedy urodziłam się do teraz oraz tego, że nie miałam na to wszystko żadnego wpływu? Czuję się tak jakby całe zło tego świata spadło na mnie...
Anna Martyniuk-Białecka

Anna Martyniuk-Białecka

Pani Klaro,

Bardzo współczuję tego odczucia. Jeśli te myśli i uczucia są dominujące przez większą część dnia i utrzymują się więcej niż 2 tygodnie, to mogą one faktycznie sygnalizować, że coś złego dzieje się z Pani zdrowiem psychicznym. Zachęcam do zadbania o siebie i udania się na konsultację do specjalisty.

AB

Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?

Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!

Magdalena Bilińska-Zakrzewicz

Magdalena Bilińska-Zakrzewicz

Dzień dobry, bardzo mało informacji nie pozwala sięgać głębiej w tej odpowiedzi, ale już informacja o Pani uczuciach wystarczy, żeby stwierdzić, że musi Pani bardzo cierpieć w tej sytuacji. To fakt, że na znaczną część naszego życia nie mamy wpływu - to część zwana dzieciństwem - nie wybieramy sobie rodziny, rodziców, rodzeństwa, warunków życia, osób, które nas wspierają ani tych, które wpływają na nas destrukcyjnie. Jednak dorosłość jest tym momentem, kiedy możemy odzyskać wpływ na nasze życie, również na przeszłe, przykre doświadczenia - nie odwrócimy wydarzeń, ale możemy z uwagą j wrażliwością zająć się przeżyciami z nimi związanymi. Elementem odzyskiwania wpływu, budowania sprawczości i odpowiedzialności za swoje życie jest także zgłoszenie się na psychoterapie, do czego bardzo Panią zachęcam. Pozdrawiam Magdalena Bilinska Zakrzewicz 

Zuzanna Wach-Skrabel

Zuzanna Wach-Skrabel

Pani Klaro,

 

Proszę pamiętać, że ma Pani wpływ na to, co dzieje się teraz i na to jakie decyzje Pani podejmuje każdego dnia. Jeśli chodzi o przeszłość, to nie jest Pani w stanie jej zmienić, ale może Pani zmienić sposób interpretacji różnych wydarzeń, które już miały miejsce.

Pozdrawiam serdecznie,

 

Zuza

dobrostan

Darmowy test na dobrostan psychiczny (WHO-5)

Zobacz podobne

Olśnienie w terapii psychodynamicznej - czy to punkt krytyczny w procesie?
Dzień dobry. Od kilku miesięcy jestem pod opieką psychoterapeuty. Jest to terapia psychodynamiczna. Po wczorajszej sesji, doznałam dziwnego uczucia. Jakby olśnienia. Czy jest mozliwe, ze przez tyle miesięcy tak mocno spychalam problem w podświadomość, ze terapeucie dopiero teraz udało się to wydobyć? Czy jest cos takiego w terapii psychodynamicznej jak jakis punkt krytyczny, od którego zaczyna sie właściwa praca?
Czy psychoterapia skupiająca się na realizmie sytuacyjnym istnieje?
Byłam już u wielu terapeutów i mam poczucie, że często rozmijam się z nimi w podstawowym założeniu. Ja zwykle przychodzę z problemem, który rozumiem bardziej jako problem sytuacyjny i funkcjonalny: niedopasowanie do pracy, trudności społeczne, niskie powodzenie, powtarzające się porażki, słabe efekty mimo wysiłku. Chciałabym raczej realnej analizy: co jest po mojej stronie, co po stronie sytuacji, co da się zmienić w warunkach życia/pracy/środowisku. Tymczasem często mam wrażenie, że terapeuci bardzo szybko przesuwają rozmowę na „przekonania”, „interpretacje”, „sposób myślenia”, „samoocenę” albo pytają, skąd wiem, że ludzie mnie źle odbierają. Rozumiem, że nie wszystko, co człowiek myśli, musi być prawdą. Ale z drugiej strony ludzie często nie mówią wprost niechęci czy oceny, tylko pokazują to pośrednio zachowaniem, dystansem, brakiem zainteresowania, mową ciała. Jeden terapeuta napisał mi kiedyś, że jeśli chcę głównie zmiany sytuacji, a nie sposobu myślenia, to „nic się nie zmieni”, bo to trochę jak wyjazd na wakacje do ciepłych krajów z oczekiwaniem, że sam wyjazd naprawi smutek — a człowiek i tak zabiera siebie ze sobą. Rozumiem sens tej metafory, ale mam też poczucie, że może ona pomijać realny wpływ warunków życia: pracy, pieniędzy, środowiska, pozycji społecznej, statusu, dopasowania do zadań i relacji. Mam więc problem z terapią rozumianą głównie jako zmiana sposobu myślenia, jeśli mam poczucie, że realne dane z życia są pomijane albo relatywizowane. Nie chcę „bardziej pozytywnej interpretacji” kosztem realizmu. Bardziej zależy mi na trafnym rozpoznaniu sytuacji i praktycznej zmianie warunków niż na przekonywaniu siebie, że problem wygląda inaczej. Czy to oznacza, że psychoterapia nie jest dla mnie dobrym narzędziem? Czy są nurty albo formy pomocy, które bardziej skupiają się na realistycznej analizie sytuacji, ograniczeń i decyzji życiowych, a mniej na zmianie przekonań? Jak odróżnić zdrową pracę nad myśleniem od relatywizowania realnych problemów?
Czy psychoterapia bez farmakologii pozwoli mi na pozbycie się zaburzeń lękowych?
Dzień dobry, czy mam szanse na całkowite pozbycie się zaburzeń lękowych z atakami paniki za pomocą samej psychoterapii? Mam objawy somatyczne, ale nie cały czas, więc zastanawiam się czy leki byłyby tutaj niezbędne. Niedługo rozpoczynam psychoterapię prawdopodobnie w nurcie poznawczo-behawioralnym i liczę, że to całkowicie pomoże mi pozbyć się lęku w sytuacjach, w których jest on nieuzasadniony. Czy to jest do osiągnięcia?
Terapeuta łamie zasady etyki pracy i założeń pomocy.

Na wstępie przepraszam wszystkich, jeśli ten wpis sprawia wrażenie chaotycznego i zbyt długiego. Potrzebuję pomocy. 

Jestem chyba już na 4-tej terapii i ta z kolei trwa już ok. 2 lat i robi się coraz groźniej. Na stronie mojego terapeuty widnieje informacja, że pracuje on w nurcie psychoanalitycznym (psychodynamicznym). Terapeuta zachowuje się tak, jakby miał w głębokim poważaniu co ze mną będzie, pomimo że nigdy nie wiedziałem i nadal nie wiem w jaki sposób miałbym rozwiązać swoje problemy. Co więcej, gdy widzę jakie rozwiązania zostają mi po terapii (czyli to co wiedziałem i przed terapią) to nie chcę tego robić, bo przecież na tym m.in. problem polega, że chcę uciec od cierpienia. 

Terapia ta przypomina jakieś szaleństwo, przykładowo gdy wspomniałem mu, że martwię się wypadającymi włosami to ten śmiał się mówiąc, że przejmuję się takimi rzeczami (wg. niego nic nie znaczącymi) zamiast przejmować się tym, że lada moment, gdy zostanę sam umrę z głodu ... Jakby tego było mało straszy mnie możliwością zachorowania na raka i konsekwencjami chemii bez posiadanego ubezpieczenia zdrowotnego ... W innym momencie mówi coś skrajnie przeciwnego, że naprawdę wierzy, że można tak żyć i w tym nie ma niczego niewłaściwego. Czy on się mną bawi ?! Czy to nie jest skrajnie nieetyczne działanie ?! A może to zwykła technika służąca temu bym się na niego porządnie wkurzył, a tego się bardzo boję i wstydzę ?? 

W moim życiu największą rolę odegrała matka, której nadopiekuńczość zniszczyło mi poczucie własnej wartości i sprawczości + "rówieśnicy", którzy w szkole się nade mną znęcali, co tylko pogłębiało moje deficyty i chęć ucieczki w kierunku domowego azylu. Teraz mam 37 lat, nigdy nie byłem w żadnym związku, nie miałem dziewczyny, nie mam znajomych, nie mam od wielu lat pracy, mieszkam z rodzicami, nie wyobrażam sobie już życia poza domem jak i ciągle w nim. Nigdy nie byłem, nie jestem i uważam, że jak tak dalej będzie to i nigdy nie będę w stanie zdecydować w jaką stronę pójść. Boję się każdej pracy, boję się poznawania ludzi, boję się oceny, boję się życia, boję się bólu, boję się bania i "żyję" pod dyktandem niewyobrażalnie toksycznego wstydu, który rośnie wraz z wiekiem i wciąż niekończącej się bezsilności, oraz ciągłego narzekania (tak jak to robią moi rodzice). Zdanie by "wziąć odpowiedzialność za swoje życie" rozumiem tak naprawdę jako "poddać się karze", której przecież najbardziej się boję i której całe życie chcę uniknąć. Mój terapeuta zachowuje się jakby tego totalnie nie rozumiał dobijając mnie coraz bardziej. 

Co ja mam zrobić ?! Przecież nie chcę skończyć na ulicy, a na dodatek nie chcę życia obciążonego konsekwencjami, których nie mogę już naprawić jak chociażby to, że jeśli jakimś cudem dożyje do emerytury to będzie ona głodowa i zginę tak czy siak, nie wspominając już o tym, że resztę życia spędzę samotnie ... Takie życie to koszmar, z którego już się nie wybudzę, a jedynym "pocieszeniem" jest samobójstwo lub śmierć naturalna. Doszedłem do wniosku, że założyłem sobie by terapia była dla mnie czymś co daje mi poczucie wyjścia do ludzi, ale w bezpiecznym środowisku. Skoro życie poza terapią nie toczy się w takim środowisku to terapia mi nie pomoże. A może problem leży w niedopasowaniu terapii do mnie ? Jeśli tak to proszę o informację w jakim nurcie powinienem się poruszać. Błagam o pomoc pomimo, że już prawie straciłem ostatnie resztki nadziei.

Czy podjąłem dobrą decyzję wyprowadzając się z domu teściowej po sporach o własne mieszkanie?

Dzień Dobry. Poniżej opiszę swoją sytuację, ponieważ bardzo długo się zastanawiałem czy dobrze zrobiłem. 

Jestem z żoną 10 lat po ślubie, mamy 5-letniego synka. Jeszcze przed małżeństwem planowaliśmy wspólne życie. Pomysłem moim było na wynajęcie mieszkania i w przyszłości odłożenie na coś swojego, niezależnego. Cały problem zaczął się w momencie, kiedy teściowa weszła w temat. Mieszka w domu, gdzie było 2 dorosłych i 3 dzieci, dom 2 kondygnacyjny. Padło stwierdzenie, po co będziecie wynajmować, skoro góra cała będzie dla Was (2 pozostałych dzieci). Zgodziliśmy się i zrobiliśmy remont, bo jak mówiła to będzie Nasze. Temat tego nasze nie wyszedł ode mnie, a od testowej. Po paru latach nadal nic się nie działo z zapisami. A do tego zaraz po skończonym remoncie dokooptowała Nam swojego synka do jednego z pokoi. Mnie się to bardzo nie podobało, bo chcieliśmy być niezależni, a nie mieć kogoś za ścianą, który myje sobie gary w naszym nowym sprzęcie. Oczywiście jej się to nie spodobało i odpowiedź była, że u Nas się żyje wszyscy razem. Uspokoiłem się i żyliśmy dalej. Gdy mieliśmy fundusze ,chciałem kupić dla nas mieszkanie. Wtedy pojawił się kolejny temat, ponieważ chcemy odejść a tu cała góra dla Nas. Ona chciała zapisać, tylko ja nie chce. Zaczęło mnie na nowo ruszać emocjonalnie. Do tego doszły spadki po zmarłym teściu, które przed śmiercią obiecywał nam, jak i swojemu wnukowi. Dla mnie pewne deklaracje i życzenia przed śmiercią są nie do podważenia, nawet już razem z teściem zaczęliśmy procedury pod budowę domu i zapisy. 

Po śmierci się wszystko zmieniło, pierwsze dążyła, żeby to spieniężyć. Na moje pytanie, jak to jest, że teść obiecywał dla wnuka. To nawet na to potrafiła odpowiedzieć, że "teścia już nie ma". Zapisać nie chciała, ale w tym czasie pojawił się temat mieszkania, bo znalazło się dobre. Była w kropce, bo nie chciała dać, a dalej twierdziła, że mamy cała kondygnacje. Czar goryczy przelały jej słowa, że a co będzie, jak ona grunt zapisze, a ja się będę chciał rozwieść. Powiedziałem dość, wyprowadzamy się. Obecnie Nadal mieszkamy w tym domu, ale teren jest zapisany na Nas i jesteśmy na etapie wykończenia domu. Straciłem do Niej szacunek, dlatego, że chciałem jej pomóc po śmierci teścia i drugiego szwagra. A nie to, że była do mnie murem to jeszcze żaliła się na lewo i prawo na Nasze sprawy. Teraz obecnie trochę się uspokoiło, lecz nie chce słyszeć, jak tam nam idzie w budowie, nigdy nie była zobaczyć, ma to gdzieś. Lecz nadal mam jakieś wewnętrzne poczucie czy zachowałem się w porządku?

choroba sieroca

Choroba sieroca - przyczyny, objawy i leczenie

Zaburzenia więzi (znane historycznie jako "choroba sieroca") to poważne trudności rozwojowe. Są one najczęściej obserwowane u dzieci, które doświadczały zaniedbania, wielokrotnych zmian środowiska lub wychowywały się w instytucjach bez stałych opiekunów.