Dzień dobry.
To, co Pan opisuje, brzmi jak bardzo utrwalony schemat bycia „tym pomocnym”. Z zewnątrz może wyglądać to jak życzliwość, odpowiedzialność i troska, ale od środka bywa bardzo męczące, bo człowiek zaczyna czuć, że jest potrzebny głównie wtedy, gdy daje, ratuje, przewiduje i nie sprawia kłopotu.
Ważne jest to zdanie: „każdy chciałby mieć takiego mnie w życiu, ale ja nie mogę liczyć na kogoś takiego”. Ono pokazuje, że nie chodzi tylko o asertywność, ale też o żal, samotność i nierównowagę w relacjach. Jeśli przez długi czas jest się osobą, która daje więcej, niż bierze, w końcu pojawia się zmęczenie i poczucie niesprawiedliwości.
Nie trzeba od razu stać się osobą twardą, chłodną albo „niemiłą”. Asertywność nie polega na tym, żeby przestać być dobrym człowiekiem. Polega raczej na tym, żeby nie rezygnować z siebie po to, żeby inni byli zadowoleni.
Małe kroki mogą wyglądać tak:
Nie odpowiadać od razu. Zamiast automatycznego „jasne”, można powiedzieć: „Muszę sprawdzić, czy dam radę” albo „Dam Ci znać później”. To daje czas, żeby zapytać siebie, czy naprawdę chcę i mogę.
Ćwiczyć małe odmowy. Na początku w drobnych sprawach, na przykład: „Nie, tym razem nie mogę”, „Dzisiaj nie mam siły”, „Nie wezmę tego na siebie”. Bez długiego tłumaczenia się.
Prosić o wzajemność. Jeśli Pan często pomaga, warto zacząć mówić: „Ja mogę zrobić to, ale potrzebuję, żebyś Ty zrobiła tamto”. To uczy relacje równowagi.
Sprawdzać swoje ciało. Skoro przy rozmowach z partnerką pojawia się ból brzucha, zawroty głowy i silny stres, to znaczy, że mówienie o swoich potrzebach jest dla Pana czymś bardzo obciążającym. Można zacząć od krótkich komunikatów, nie od wielkich rozmów: „Chcę Ci coś powiedzieć, stresuję się, ale to dla mnie ważne”.
Oddzielić „nie jestem miły” od „mam granice”. To, że Pan czegoś chce, czegoś nie chce albo czegoś potrzebuje, nie oznacza, że krzywdzi Pan drugą osobę. Bliskie relacje powinny mieć miejsce także na Pana potrzeby, nie tylko na Pana dostępność.
Warto też zauważyć, że lęk po postawieniu granicy może zostać jeszcze przez chwilę. To nie znaczy, że zrobił Pan coś złego. To może znaczyć, że robi Pan coś nowego. Jeśli przez lata organizm uczył się, że bezpieczeństwo daje bycie pomocnym i bezproblemowym, to stawianie granic początkowo może wywoływać napięcie.
Dobrym ćwiczeniem jest pytanie: „Czy ja to robię z życzliwości, czy ze strachu, że ktoś mnie odrzuci?”. Jeśli z życzliwości, to w porządku. Jeśli głównie ze strachu, warto się zatrzymać.
Jeśli ten schemat jest bardzo silny, dobrze byłoby rozważyć psychoterapię. Nie dlatego, że z Panem jest coś nie tak, tylko dlatego, że takie uległe funkcjonowanie często ma głębsze korzenie: lęk przed konfliktem, odrzuceniem, zawiedzeniem innych albo przekonanie, że na bliskość trzeba zasłużyć.
Na początek niech celem nie będzie „od dziś będę asertywny”. Wystarczy: raz dziennie zauważę, czego ja chcę, zanim zgodzę się na coś dla kogoś innego. To mały krok, ale bardzo ważny.
Pozdrawiam
Łukasz Dyłka