Left ArrowWstecz

Jestem w związku już 8 lat. Bardzo się kochamy. Jednak zdarzyło się kilka sytuacji, w których naruszył moje zaufanie do niego.

Witam, jestem w związku już 8 lat. Bardzo się kochamy. Chłopak często mi powtarza, że mnie kocha i że to ja nauczyłam go wrażliwości na wiele rzeczy. Jednak zdarzyło się kilka sytuacji, w których naruszył moje zaufanie do niego. Pisał do wielu dziewczyn, nawet naszych wspólnych znajomych, wiadomości typu, że potrzebuje przyjaźni, ale żeby nikt o tym nie wiedział. W kółko przejawiała się tematyka przyjaźni i że tego właśnie potrzebuje. Mieliśmy przez to spory kryzys, nie odzywaliśmy się miesiąc czasu, jednak wybaczyłam mu. On sam stwierdził, że pisał do nich, bo brakowało mu bliskości… Minęło już trochę czasu i niedawno dostałam wiadomość od dziewczyny, która wysłała mi zdjęcia rozmowy z nim z poprzedniego weekendu. On miał wigilię firmową i trochę się opił. Napisał do niej, że jest piękna. Ciągle do niej dzwonił… Sama nie wiem, co robić. Nie potrafię spać, bo ciągle myślę o tym. Kocham go, on sam się popłakał i mówi, że nie paletą tego, żeby do kogoś pisało. Pousuwał wszystkie portale na telefonie i ciągle powtarza, że chce na nowo odbudować moje zaufanie. Tylko ja ciągle o tym myślę i boję się, że to może z nim jest coś nie tak. Chciałbym nam jakoś pomóc, ale nie wiem jak.
TwójPsycholog

TwójPsycholog

Dzień dobry.  wydaje się, że dobrym pomysłem byłoby zgłoszenie się do psychoterapeuty par, być może on pomoże zrozumieć, co takiego dzieje się w Państwa relacji, pomoże poukładać te sprawy i pomoże poradzić sobie z uczuciami związanymi z tym, co się wydarzyło. Gdyby też była potrzeba, aby któreś z Państwa lub oboje skorzystało z psychoterapii indywidualnej, terapeuta par z pewnością to rozpozna i skieruje do konkretnego specjalisty/specjalistki.

3 lata temu

Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?

Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!

komunikacja w zwiazku

Darmowy test na jakość komunikacji w związku

Zobacz podobne

Jak odbudować zaufanie po kryzysie w związku i incydencie czatowym?
Dzień dobry, chciał bym opisać swoją sytuację, bo już nie wiem jak mam postępować. Zacznę od początku. Dwa miesiące temu moja żona poszła do naszych wspólnych znajomych na imprezę, poinformowała mnie o tym jak już tam była, ale gdy dzwoniłem do niej to odbiera i tylko słyszałem śmiechy. Pokłóciliśmy się i już nie odpisywała. Dodam że przebywałem wtedy za granicą. Poczułem się bardzo źle, ze śmieją się ze mnie i robią ze mnie debila, że mnie olała i że wolała się napić niż rozmawiać zemną. Że wszyscy są ważniejsi ode mnie. Nie mogłem nic zrobić bo mnie nie było, kazałem jej pójść do domu ale mnie nie słuchała. Na kolejny dzień się nie odzywała, więc ja sobie też powiedziałem że pierwszy się nie odezwę, bo zawsze to ja się pierwszy odzywam po kłótniach. Byłem bardzo zły i smutny cały czas w myślach miałem ich śmianie się zemnie i chciałem jej zrobić na złość więc weszłam na czat aby porozmawiać z kimś. Rozmawiałem z jakąś kobietą, o mojej sytuacji że żona mnie wyśmiała, poszła pić i mnie olała i pytałem jej czy tak powinno być w związku. Ona mi na to, że tak nie powinno być i zaczęła pisać o swoich problemach. Że jej mąż nie wraca na noc i mu się nie chce współżyć, że ubiera dla niego bieliznę to jej odpisałem że mojej żonie też się nie chce i zapytałem jej czy to jest normalne. Że też kupuje żonie bieliznę ale jej nie ubiera bo mówi że wygląda w niej jak prostytutka. Nie pamiętam całej rozmowy, ale to były główne tematy. To była jednorazowa rozmowa, której zapomniałem usunąć. Wróciłem do domu z zagranicy, żona mi wzięła telefon i zobaczyła otwartą kartę tej rozmowy, przestraszyłem się i wydarłem jej telefon z rąk. Ona wpadła w jakiś szał nigdy jej takiej nie widziałem, płakała, krzyczała żebym jej oddał telefon, chciała przeczytać ale jej nie dałem i powiedziałem że mnie będzie łapać za słówka. Po ok godzinie jej proszenia i bronienia się żeby mi nie wzięła telefonu jak wyszła z pokoju rozmowę usunąłem. Potem w złości ją obwiniałem, że to ona sprowokowała, że sobie coś ubzdurała i że mnie olała. Czułem się niepotrzebny. Przepraszałem ją wielokrotnie, powiedziałem że to było niepotrzebne i że źle zrobiłem pisząc z kimś innym. Powiedziałem jej o czym pisałem i że byłem bardzo zły, że dla mnie to było głupie pisanie jednorazowe nic nie znaczące i nie wiem dlaczego wszedłem na czat, to była chwila. Minęło 2 miesiące, a moja żona dalej do tego wraca, raz jest normalna i zemną gada, a raz zła, płacze, jest obojętna, chce być sama i wszystko wspomina. A ja jej już wszystko powiedziałem z 10 razy o czym pisałem, obiecałem jej że już nigdy z nikim nie będę pisał, że jest dla mnie najważniejsza i że jej nie zdradziłem ani z nikim się nie chciałem umawiać. Chce pokazać że jest tylko ona, jestem czuły, przytulam ją i całuje a ona nie chce i mnie odtrąca, próbuje na siłę ją przytulać a ona mówi żebym jej dał spokój, nie potrafię jej nie przytulać i całować. Mówię żeby o tym nie myślała, żeby była normalna, że to było głupie jednorazowe pisanie. Staram się, ale już nie wiem co mam robić żeby było dobrze. Nie chce już do tego wracać, już wszystko wyjaśniłem. Co mam zrobić żeby było dobrze? Co robię nie tak? Wiem że źle zrobiłem pisząc z inną, ale czasu nie cofnę.
Jak sobie radzić z niską pewnością siebie po doświadczeniach z narcystycznym szefem?

Witam, od jakiegoś pół roku moje życie wywróciło się do góry nogami (a przynajmniej w kwestii zawodowej). Są momenty, w których czuję, że tracę kontrolę nad tokiem wydarzeń. Myślałam, że nowa praca zmieni tę perspektywę, ale ponownie utknęłam w złym środowisku. Czuję, że moja pewność siebie się mocno obniżyła na skutek kilku wydarzeń (miałam - jak się później okazało - narcystycznego szefa, który potrafił obniżyć moje kompetencje przy zespole, którym kierowałam i zmieniać procedury, na które wcześniej się zgodził, aby pokazać swoją wyższość, między słowami również pokazał, że niszczył mój wizerunek na spotkaniach z innymi - zespołem lub znajomymi z innych firm). Postanowiłam stamtąd odejść, chociaż czuję, że nie była to pewna decyzja, a powinna taka być w tej sytuacji. Dodatkowo: Zastanawiam się, czy moja ścieżka kariery jest nadal "moja", czy nie jestem wypalona. Mimo że wcześniej praca, którą wykonuje sprawiała mi dużą satysfakcję i spełnienie, teraz czuję się mocno "oddalona" od niej i pogubiona - czy to jest to i co jest "moje". Co prawda zmieniłam firmę ze względu na narcystycznego szefa w poprzedniej, który przekraczał już wszystkie granice mobbingu, więc i moje obowiązki się zmieniły i poziom odpowiedzialności (na mniejszy, co też obniżyło moje poczucie pewności siebie). Próbuję różnych rzeczy, ale chyba nie umiem wybrać ścieżki. Zastanawiam się, czy da się jednocześnie pracować nad przeszłymi kwestiami i rozwijać te, na których teraz mi zależy.

Związek i życie z chorym psem a dobro dziecka: szukanie pomocy w trudnej sytuacji
Witam wszystkich Proszę o opinię w zaistniałej sytuacji zacznę od początku . Trzy lata temu przeprowadziłam się za granicę do mojego partnera, który mieszkał z psem – buldogiem francuskim . Od momentu mojego przyjazdu pies wymagał ciągłej pomocy weterynarzy. W czasie, gdy jesteśmy razem, wydajemy na niego ogromne sumy pieniędzy , dziś sądzę ,że jest to w granicy 60 tys zły . Gdyby mój partner był bogaty i nie miał problemów finansowych, nie miałabym nic przeciwko, ale prawda jest taka, że nie stać nas na ciągłe wydatki związane z jego leczeniem. Pies, odkąd tu jestem, zniechęcił mnie swoimi zachowaniami i łapczywością. Jadł do granic wymiotowania, a następnie zjadał wymioty. Podobne zachowania występowały przy piciu wody. Między łapami miał różnego rodzaju śluzy (drożdżaki), schodzącą skórę i rany, a także nawracające zapalenie napletka oraz obrzydliwe zielone wydzieliny na pościeli i kafelkach w mieszkaniu. Starałam się leczyć psa, kupowaliśmy różne maści i leki, ale to nic nie pomagało. Odwiedzaliśmy weterynarzy, którzy tylko kasowali nas za wizyty, nie przynosząc żadnej poprawy. Wykonaliśmy prywatne testy nietolerancji pokarmowej i środowiskowej. Okazało się, że pies jest w niewielkim stopniu uczulony na tuje – a pod naszym balkonem rośnie ich około dwudziestu. Po diagnozie partner zaczął wydawać na leki dla psa około 1500 zł miesięcznie. Po pół roku okazało się, że jestem w ciąży. Wiedziałam, że to będzie ogromny problem, ponieważ zaczniemy się kłócić. Miałam świadomość, że nie będzie mógł dalej przeznaczać pieniędzy na psa, tylko na nasze przyszłe dziecko, które już było w drodze. Tłumaczyłam mu, że po porodzie sytuacja z psem się pogorszy, ale on zapewniał mnie, że tak nie będzie. Przez całą ciążę zabroniłam psu wchodzić na nasze łóżko, ponieważ miał różne wydzieliny między łapami. Gdy smarowałam go maściami, kilkakrotnie mnie pogryzł, tak samo jak mojego partnera. Kilka dni po porodzie doszło u mnie do poważnego zagrożenia życia i trafiłam z synem do szpitala. Po powrocie do domu czekała na mnie niespodzianka – zapalenie gruczołów odbytowych, a w mieszkaniu unosił się zapach zepsutego mięsa. Prosił, że to ostatni raz pojedziemy do weterynarza, aby mu pomóc (byłam tym bardzo zmęczona). Zgodziłam się, ale już miałam tego dość. Kilka dni później znów trafiłam do szpitala. Brakowało niewiele, a mogłabym tego nie przeżyć. Gdy partner nas odbierał, prosił, abym się nie denerwowała – pies miał nużeńca, praktycznie cała sierść mu wypadła, a z ran sączyła się ropa i krew. Przez siedem miesięcy codziennie musiałam kąpać psa w specjalnych szamponach, ponieważ miał rany na całym ciele. Walka o jego zdrowie trwała długo około 7-8 miesięcy oprócz tego musiałam wyciskać mu gruczoły okołoodbytowe, co robiłam wbrew sobie, ale dla mojego partnera i dla naszego synka, aby się niczym nie zaraził. Cały czas żyje w strachu o jego zdrowie, ponieważ przy porodzie mogliśmy stracić zarówno syna, jak i siebie nawzajem. Tak dokładnie ja i nasz synek byliśmy w zagrożeniu. Trzy miesiące po urodzeniu synka okazało się, że mam stan przednowotworowy. Przeszłam operację, a później doświadczyłam czegoś w rodzaju paraliżu lewostronnego ręki i nogi. Dopóki nasz synek nie raczkował, nie kłóciłam się z partnerem, ale gdy zaczął chodzić i wkładać wszystko do buzi, w tym sierść psa i dotykać wydzielin, zaczęliśmy toczyć wojnę w domu. Ciągle zarzucam mu, że jest nieodpowiedzialny i naraża nasze dziecko. Pies zaczął sikać w domu, zaczęliśmy zakładać mu pampersy, ale gdy się zesika, smród jest tak intensywny, że nie da się wytrzymać. Muszę wietrzyć całe mieszkanie po 2 godziny , nawet kiedy jest bardzo zimno , psa wyrzucam na balkon, co również nie podoba się mojemu partnerowi. Pies ma zaawansowaną prostatę, co zostało stwierdzone podczas wizyty u lekarza. Przeszłam wiele, zarówno fizycznie, jak i psychicznie przez ostatni czas ,bardzo męczę się mieszkając z tym Psem . Pies wydziela intensywny zapach starego, schorowanego zwierzęcia oraz moczu. Ma również problem z wypadającym penisem. Chwila bez pampersa kończy się lejącymi wydzielinami na podłogę. W miejscach, gdzie pies się załatwia na dworze, kafelki czernieją i przez tydzień utrzymuje się nieprzyjemny zapach. Po badaniach moczu okazało się, że ma w nim wszystko. Był podawany antybiotyk, ale to nie przyniosło poprawy. Obecność psa w mieszkaniu mnie drażni, a gdy mnie gryzie, nie wytrzymuję już dłużej. Po prostu go biję kapcie, Wiem, że nie powinnam, ale czuję, że to dla mnie za dużo. To już dawno mnie przerosło , Prosiłam partnera, abyśmy znaleźli psu inny dom lub oddali go do schroniska, gdzie będą mogli go leczyć, a my moglibyśmy go odwiedzać. Widzę, że nasz związek może się rozpaść. Oddalamy się od siebie, a on nie rozumie, że naraża naszego syna. Dla mnie, jako matki, dziecko jest najważniejsze .Uważam, że po tym, co przeszliśmy, temat psa nie powinien być dla partnera tak trudny do podjęcia – powinien kierować się naszym dobrem. W trakcie kłótni partner grozi, że nas zostawi z synem, a on się wyprowadzi z psem. Nie potrafi zrozumieć dlaczego nie potrafię zaakceptować tego psa w takiej formie schorowanego, dlaczego nie chce mu pozwolić z nami żyć ,skoro już mu tak dużo życia nie zostało,jako argument podaje,że na moje leczenie też nie miał pieniędzy,ale je zarobił i dzięki niemu wróciłam do zdrowia . Gdy tłumaczę mu ,że nie potrafię zaakceptować tego smrodu i strachu o dziecko odpowiada mi zdaniem „ to trudno ,to się rozstaniemy „ czy ja naprawdę przesadzam , czy to takie złe ,że chce aby w mieszkaniu pachniało i było czysto ? I nie chcę aby syn miał kontakt z tak schorowanym psem , bo boję się o jego zdrowie ? Proszę o opinię
Jak radzić sobie z ciągłymi niepowodzeniami w relacjach i karierze?
Dzień dobry, Jak sobie radzić z sytuacją, gdzie postanowiłeś sobie kilka celów w życiu, m.in. znalezienie drugiej połowy czy zmianę pracy i odnosisz na tym polu porażki. Poznajesz dziewczynę o wspólnych zainteresowaniach, która z Tobą się cztery miesiące spotyka. Daje sygnały, że jest zainteresowana, całuje się z Tobą, wysyła serca ...i stwierdza, po czterech miesiącach, że "to nie to". Jak podejść do sytuacji, gdzie starasz się o pracę na pewnym stanowisku. Znajomi ci mówią, i sam wiesz to, że masz odpowiednie kwalifikacje na to stanowisko, a ta dziedzina jest Twoją pasją. Po czym dowiadujesz się, że przyjęli na to miejsce osobę, znajomą dyrektora, która nie ma o tym pojęcia. Chcesz wydać książkę o znanej osobie, a ta nie pozwala Ci napisać niewygodnej prawdy. Jak sobie radzić z sytuacjami, kiedy wiesz, że na coś zasługujesz, na coś cię stać, a ciągle zderzasz się, ze ścianą. Ile można ponosić wkoło porażek, kiedy świat nie chce ci dać tego co pragniesz.
Mam 26 lat. Jestem mężczyzną. Potrzebuję pomocy. Straciłem chęci do życia.
Mam 26 lat. Jestem mężczyzną. Potrzebuję pomocy. Straciłem chęci do życia. Nie uważam, żebym był brzydki. Powiem więcej - podobam się sobie. Jednakże, nie czuję się atrakcyjny. Ukończyłem studia wyższe uzyskując tytuł magistra informatyki. Pracuję na ten moment, jako Tester oprogramowania. "Chciałbym" startować na stanowisko młodszego programisty. "Chciałbym" umieściłem w cudzysłowie, gdyż tak naprawdę nie wiem, czego chcę już. Nigdy nie chciałem być programistą. Na studia Informatyki poszedłem z braku innego pomysłu oraz presji. Wiem, że to dość typowy przypadek. Programowanie, po prostu, najbardziej mi się spodobało ze wszystkiego w trakcie studiów a dodatkowo jest to zawód raczej dobrze płatny. Moim zamiłowaniem jest muzyka, a konkretniej jestem gitarzystą. Zamiłowanie do instrumentu zaczęło się w gimnazjum. Szybko odkryłem, że mam ponad przeciętne predyspozycje (pragnę, żebyście mi tu uwierzyli, znam się na rzeczy). Kochałem komponować utwory, zawsze zależało mi, aby były złożone, pomysłowe i atrakcyjne dla muzyków (a przede wszystkim dla mnie) do grania. W ten sposób umiałem się uzewnętrzniać. Na studiach dostałem się do składu zespołu muzycznego. Chłopaki byli dla mnie jak druga rodzina. Zawsze jednak grałem trochę w innym klimacie niż oni. Jednakże osobiście uważałem, że nie gryzie się to z resztą, jako całokształt. Chłopaki zwykle byli innego zdania, więc musiałem walczyć o każdy swój pomysł, zazwyczaj wychodziłem zwycięsko i pomysł przechodził dalej. Czułem, że uczę się walczyć o swoje, co nigdy mi nie przychodziło z łatwością. Po około 3-4 latach kilka miesięcy po rozpoczętej pandemii, zaczynałem czuć się gorzej psychicznie. Czułem się tragicznie przez to, że staliśmy w miejscu. Brak występów, nagrane dopiero ze 3 kawałki (żaden z moich pomysłów) a mieliśmy ich więcej naprawdę porządnych i dopracowanych kawałków. Zacząłem naciskać, że powinniśmy iść do studia nagrywać resztę. Zaproponowałem nawet, że mogę za nas założyć na początek. Jednocześnie zdarzało mi się dziwnie izolować na próbach od reszty, z powodów problemów na tle psychicznym, co zaowocowało niedługo wyrzuceniem mnie z zespołu. Był to dla mnie straszliwy cios. Jakby sens mojego życia przestał istnieć. Płakałem, jak gdybym umierał i nie mógł nic zrobić. Od tamtej pory (minęły jakieś 3 lata) na przemian czuję się zmotywowany i przegrany tak, jak teraz. Na ten moment jestem w dwóch zespołach. W jednym gram 2 lata - kompletnie nie mój gatunek muzyczny, ale szedłem z założeniem, że może mi to pomóc kiedyś złożyć zespół jaki pragnę (poznam ludzi itp), lecz z każdą próbą czuję się gorzej, a nie umiem odejść. Drugi zespół od niedawna, podchodzę z dystansem i choć gatunek zdecydowanie bliższy mojemu to znowu widzę, że będę musiał walczyć o swoje pomysły. Mam swoje własne pomysły i strasznie ciężko mi jest znaleźć osoby, którym się to podoba i też jest to ich styl. Jak znajduję, to zazwyczaj nie udaje mi się do końca całej kapeli złożyć, dlatego najłatwiej mi jest próbować się dostawać do zespołów już kompletnych poszukujących gitarzysty (tak jak to było z tymi dwoma). Mam jeszcze inne pasje i boję się je wyjawić, gdyż jest to tak charakterystyczne połączenie, że jeśli ktoś z moich znajomych to przeczyta to od razu będzie wiedział, kto jest autorem. A wtedy prywatność zostanie naruszona. Więc powiem tylko tak, że jest to sport fizyczny indywidualny. Od dziecka chciałem to trenować, ale rodzice mnie nie zapisali. Dopiero na studiach sobie o tym przypomniałem. Jestem w topce w Polsce z dużymi szansami na mistrzostwo. Myślę o byciu instruktorem, jednakże jest to sport niszowy i pieniędzy z tego praktycznie nie ma. A na pewno nie dużych. Lubię się uczyć języków obcych. Zawsze sprawiało mi to frajdę. I mam też kilka innych hobby, ale nie chcę dla dyskrecji się tym dzielić. Nie mam dużo przyjaciół. Właściwie mam jednego, który jest introwertykiem i bardzo rzadko mam z nim kontakt. Czuję się bardzo samotny. Bardzo! Większość czasu spędzam sam. Jedyny kontakt z ludźmi mam na zajęciach dyscypliny sportowej, którą trenuję. Dziewczynę miałem raz w życiu, w liceum. Z początkiem studiów, oddaliliśmy się od siebie i mnie zostawiła. Bardzo cierpiałem wtedy, lecz po pół roku doszedłem do siebie. Czułem, że wiele mnie to nauczyło. Zdaje mi się, że nie umiem nawiązywać kontaktów z innymi ludźmi a przynajmniej do takiego stopnia, żeby chcieli być moimi przyjaciółmi. Raczej wszystko kończy się po prostu na dobrej znajomości. Odkąd pamiętam, mam złe stosunki z rodzicami. Ojciec prawie ze mną nie rozmawia. Przykro mi, że nie otrzymałem od nich większego wsparcia. Wielokrotnie mówiłem o tym, że co innego mi w duszy gra niż Informatyka i że cierpię studiując. Matka mi radziła, żeby to zdać dla bezpieczeństwa a potem pomyśleć o czymś innym. Inni moi znajomi co byli ze mną na kierunku odchodzili po pierwszym semestrze orientując się w tym jak studia wyglądają (przynajmniej na naszej uczelni). W tym momencie robią to co lubią a nie jest to wcale nic takiego. Część z moich z moich znajomych się nawet z tego śmiała, ja zawsze byłem jednak pod wrażeniem. Ja sam nie zdecydowałem się na odejście ze względu na to, że w przeciwieństwie do ów znajomych, co odeszli, mi dobrze szło na studiach. Zdawałem egzaminy. Zawsze sobie też stawiałem ambitne wyzwania. Myślę, że te rzeczy mnie powstrzymały. Wracając do rodziców, nie wspierali mnie w moich pasjach. Nie pomagali zrozumieć, że mogę robić w życiu to co lubię. (Jeden z moich znajomych jest zawodowym muzykiem - postawił na to po prostu, nie bał się). Więc ja zawsze się bałem postawić wszystko na moją pasję. Mam wrażenie, że brak kontaktów z ojcem, brak okazywania miłości z jego strony sprawił, że mam problemy w kontaktach między ludzkich (mam wrażenie, że skoro ja go nie ciekawię, to nikogo nie ciekawię). Wstydzę się też chwalić swoimi osiągnięciami, swoimi twórczościami. Po wyrzuceniu mnie z zespołu zacząłem chodzić na terapię do psychoterapeuty, czułem się na niej wielce nierozumiany i że jestem tam po to, żeby dawać pieniądze. Zmieniłem więc psychoterapeutę. Drugi raz czułem, że to strzał w dziesiątkę. Była to starsza już pani, ale czułem od niej ciepło i troskę. I faktycznie przez pewien czas czułem poprawę. Jednakże problemy moje wróciły ze zdwojoną siłą. Myślę, że starczy już. Sytuacja, w jakiej się teraz znajduję, jest taka, że nic a nic nie ma dla mnie już sensu. Mam 26 lat, a czuję się, jakbym miał już 60, jakby wszystkie drzwi się już przede mną zamknęły. jak w dniu świra, że ja jestem głównym bohaterem tego smutnego filmu. Że mój potencjał się już stracił. Muzykę, choć kocham, to nie mam już motywacji by to robić, straciłem nadzieję a bez tego czuję się jak bez tożsamości. Praca, sport, hobby, muzyka - wszystko dla mnie jest bez sensu. Choć nie chcę tego, myśli samobójcze przychodzą mi do głowy, i to mnie niepokoi. Bo wiem, że wizja samobójstwa mnie przeraża i nie chcę tego robić, ale kto wie do czego ból mnie doprowadzi. Bardzo, bardzo błagam o pomoc. Pozdrawiam, przepraszam, że takie długie
toksyczny związek

Toksyczny związek – jak go rozpoznać i zakończyć?

Czy zastanawiasz się, czy Twój związek jest zdrowy? Nie każda trudność jest toksyczna, ale jeśli czujesz lęk, winę, wątpisz w siebie, boisz się mówić, co myślisz – warto się zatrzymać. Tutaj dowiesz się, jak rozpoznać toksyczny związek i jak go zakończyć.