
- Strona główna
- Forum
- dzieci i młodzież, zaburzenia neurologiczne, zaburzenia psychotyczne
- 14 lat- mam omamy...
14 lat- mam omamy wzrokowe i słuchowe, derealizację. Jestem przestraszona.
Nd
Irena Kalużna-Stasik
Dziękuję Ci, że się podzieliłaś swoimi trudnościami. Pytanie mi się nasuwa jaki kontakt masz z rodzicami? I czy na przykład twoja mama wie o twoich trudnych dolegliwościach zwłaszcza tych psychicznych? Dobrze by było to sprawdzić i skonsultować z psychologiem lub psychiatrą. Jeżeli nie mówiłaś o tym swoim rodzicom, to zachęcam porozmawiać o tym z nimi. Potrzebujesz od nich też wsparcia, aby mogli Ci pomóc znaleść właściwego specjalistę.
Irena Kalużna-Stasik - psycholog
Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?
Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!
Aleksandra Kaźmierowska
Dzień dobry,
czytam, że jest Tobie trudno i jesteś zaniepokojona. Warto podzielić się tym, czego doświadczasz ze swoimi rodzicami. Wsparciem w poszukaniu pomocy może być też psycholog szkolny. Ważne, abyś pomogła opowiedzieć o tym, co przeżywasz osobie, do której masz zaufanie.
Serdeczności
AK

Zobacz podobne
Moje małżeństwo od początku było chwiejące się i z czasem przemoc ze strony męża rozwinęła się na tyle, że z powodu zaburzeń zdrowia, co jakiś czas lądowałam, a to na SOR, a to u psychiatry. Szukałam też pomocy na początku w CIK, gdzie odbyliśmy mediacje, które zaproponował terapeuta. Nic to nie dało, Wg męża byłam osobą chorą psychicznie, pastwił się nade mną i ciągle się odgrażał. Z czasem zaczęła pojawiać się policja w domu i była wdrożona Niebieska Karta. W tym wszystkim dzieci były wychowywane. Ja nie pracowałam, bo tak mąż chciał.
On miał firmę i jest przedsiębiorcą. Obecnie córka i syn muszą leczyć się u psychiatry na nerwicę i lęki. Ja mam również zniszczone zdrowie. Co ja mam teraz zrobić?
Córka nie wychodzi z gabinetu terapeuty, ma nerwicę natręctw i lęki a od pewnego czasu również syn musi chodzić do Psychiatry. Mogę tylko do siebie mieć pretensje, że nie ochroniłam swoich dzieci. Chodzi mi po głowie pomysł, żeby byłego małżonka oddać w ręce Prokuratury za krzywdy wyrządzone.
Na rozprawie rozwodowej od Sędzi dowiedziałam się, że on mnie zgłosił, że jestem sprawcą przemocy, sprawa została umorzona, a ja nawet nie wiedziałam, że takie coś miało miejsce.
Jednak ten fakt nie ma dla mnie większego znaczenia.
Zdrowie dzieci jest ważniejsze. Córka ma naprawdę problemy.
Czy jest może gdzieś w Polsce inny rodzaj terapii, który byłby skuteczny? Z góry dziękuję za pomoc, będę wdzięczna za odpowiedź. Anna
Co zrobić w takiej sytuacji? Parę miesięcy temu siostra z mężem i dziećmi wprowadzili się do nas. Matka stwierdziła, że tak na pewien czas będzie lepiej. Siostry mąż wyjeżdża w trasy na tydzień, siostra nie będzie musiała zostawać z dziećmi sama. Po ich wprowadzce zaczęły się kłopoty. W naszym domu nie ma chwili spokoju – dosłownie. Ciągle tylko płacz, krzyki dzieci, trzaskanie, rzucanie o ściany wszystkim i tak wygląda każdy dzień. Siostra jest bardzo nerwowa, wybucha nerwami wręcz o każdy szczegół. Wrzeszczy na te dzieci nawet, gdy wyleją troszkę wody. Największe awantury toczą się z tymi dziećmi i matką wieczorami, gdy dzieci mają iść spać. Dzieci nie chcą iść się myć czy ubierać, matka dzieci wpada w szał, zaczyna się krzyk, ryk dziecka, wrzeszczenie. Mam wrażenie, że dzieci są zastraszone – rodzice o wszystko im się czepiają, robią awantury zamiast powiedzieć spokojnie. Ojciec, gdy wraca do domu, ciągle „ustawia” jakby syna. Ciągle coś mu nie pasuje. Syn ciągle zdenerwowany. Zaczął bić i kopać inne dzieci, również dorosłych. Mam wrażenie, że czasami nie mają cierpliwości do tego dziecka – ono siedzi spokojnie, robi coś przy nim, niepotrzebnie się wydrą mu nad głową i to dziecko wystraszone płacze pół godziny, gdzie jeszcze matka wszczyna przy tym awanturę. Dziś ojciec dziecka zaczął obwiniać mnie, że moją winą jest to, że matka dziecka jest nerwowa, ponieważ ja nie pomagam jej w obowiązkach domowych, co jest nieprawdą. Słyszałam ich rozmowę po prostu. Zaczęłam mieć do niego trochę obawy, ponieważ on jest też trochę wybuchowy. Mam wrażenie, że nastawi siostrę przeciwko mnie lub zaraz mi będą wszczynać takie awantury. Brakuje już na to wszystko sił. Na dodatek odbija się to na mojej chorobie przewlekłej. O wyprowadzce na razie nie ma mowy. Rozmowy nie pomagają – twierdzą, że oni dobrze ich wychowują i nic złego nie robią. To ich sprawa. Szkoda trochę tych dzieci. Widać, że się boją. Co zrobić w takiej sytuacji?
TW: myśli samobójcze, próba samobójcza
Wymyślam czy jednak mam z sobą problem? Dzień dobry, jestem świeżo upieczoną uczennicą szkoły średniej i zastanawiam się, czy warto byłoby porozmawiać z rodzicami o diagnozie. Piszę ten post, ponieważ chciałabym się dowiedzieć czy faktycznie jest taka możliwość, że na coś choruje czy zwyczajne są to normalne rzeczy, którymi raczej nie powinnam się przejmować. Zaczynając od myślę, że początku to pierwsze myśli samobójcze pojawiły się u mnie w wieku 11 lat, próbę samobójczą miałam 2 lata później, ale była ona tak żałosna, że jestem pewna, że sami lekarze musieli mieć z tego ubaw. Pani na wydziale psychiatrycznym opowiedziałam jakąś bajkę, żeby mnie nie zamknęli w psychiatryku. Krótko po tym poszłam do Pani Terapeutki, z którą szybko zakończyłam współpracę, bo uparcie nie chciałam iść do psychiatry, ponieważ twierdziłam, że jestem "normalna" i go nie potrzebuję, co doprowadziło do sporu. Skoczyło się tak, że odbyłam wizytę u Psychiatry, który niestety był dość opryskliwy i mówił prześmiewcze rzeczy w moją stronę, więc nie otworzyłam się i nic szczególnego nie powiedziałam. Nie mam diagnozy, że choruję na depresję, ale okazało się, że Psychiatra w tamtym czasie wyraził zgodę na leczenie lekami, jak się potem dowiedziałam od następnej Terapeutki. Problem, jednak był ze mną taki, że ja nie chciałam się poczuć lepiej i wolałam tkwić w tej bańce, więc się na nie nie zdecydowałam. Te myśli nigdy w pełni nie opuściły mojej głowy i nadal do mnie czasami wracają. Na chwilę obecną borykam się z bardzo niską samooceną, nie wyszłam z domu bez makijażu od ponad 2 lat, a każdy komplement w moją stronę traktuję jako żal ludzi do mojej osoby, bo szkoda im mnie z powodu mojego wyglądu. Kiedy mijam rodziców z wózkami, jestem przekonana, że mają nadzieję, że ich dziecko nie będzie wyglądało tak jak ja. Gdy jestem w miejscu publicznym i ktoś na mnie spojrzy, to myślę, że się cieszy, że to nie on tak wyglada, a ja. Najchętniej leżałabym całymi dniami skulona w łóżku, nic mi się nie chcę, a rzeczy, które kiedyś umilały mi to wieczne wypalenie już nie sprawiają mi radości. Potrafię mieć świetny dzień po czym wrócić do domu i czuć się fatalnie. Szkoła mnie przytłacza, a nie jestem ambitna, więc nic mnie nie popycha do nauki. Stres jedynie mnie przytłacza i paraliżuje, a nie pomaga się zmotywować. Mimo że nie chcę jeszcze bardziej rozczarować rodziców to po prostu fizycznie i psychicznie nie mogę się ruszyć. Nie potrafię się skupić na dłuższych lub bardziej skomplikowanych tekstach. Bycie skoncentrowanym przez długi czas sprawia mi problem, co utrudnienia ewentualną naukę. Ciężko mi nawiązać bliskie kontakty z ludźmi, potrzebuję dużo czasu, żeby poczuć się z kimś komfortowo, a kiedy już będziemy blisko, to będę bała się, że zostawi mnie dla kogoś innego i lepszego. Z czasem zrobię się w ciszy zazdrosna co powoli spowoduje, że zacznę nienawidzić tą osobę, a potem wrócę do normalności i tak w kółko. Nie wiem, czy publikując to się nie ośmieszam, ale z góry dziękuję za opinię:)

