Aplikacja TwójPsycholog wsparcie, które masz zawsze pod ręką
pobrań
70 tys.+
App Store
4,8
Google Play
4,6
Oceny na podstawie kilkuset opinii w sklepach
Dostępne w Google PlayPobierz w App Store
Left ArrowWstecz

Nawrót choroby po odstawieniu leków – nagłe ataki lęku

Nawiązując do mojego pierwszego pytania, uczestniczyłem w terapii psychologicznej i przez pół roku było wszystko ok, odstawiłem tabletki w porozumieniu z lekarzem. Nawrót choroby był nagły i silny wylądowałem na pogotowiu, bo myślałem, że mam zawał, a to był atak lęku nawet Alprox nie pomagał

Magdalena Żukowska

Magdalena Żukowska

Dzień dobry 

To, czego doświadczyłeś, jest nie tylko bardzo obciążające psychicznie, ale też zupełnie realne z punktu widzenia organizmu. Ataki lęku, zwłaszcza gdy wracają nagle po okresie stabilizacji, potrafią być przerażające – często przypominają objawy fizycznej choroby, jak zawał czy udar, i nic dziwnego, że w takich momentach człowiek szuka pomocy w szpitalu. To nie jest przesada ani „panika bez powodu” – to reakcja organizmu, który czuje się w stanie zagrożenia, nawet jeśli racjonalnie nie potrafimy tego zagrożenia zidentyfikować.

Z psychoterapeutycznego punktu widzenia to też może być moment, by wrócić do pracy nad lękiem – nie tylko jako objawem, ale jako sygnałem, że gdzieś wewnątrz Ciebie coś znów zostało przeciążone, coś się obudziło. Czasem życie "na powierzchni" może wydawać się stabilne, ale pod spodem może gromadzić się napięcie, które nie zostało do końca opracowane lub pojawiły się nowe okoliczności, które przekroczyły aktualne zasoby radzenia sobie. To, że szukasz odpowiedzi i wsparcia, to dobry znak. Masz już doświadczenie terapii, wiesz, jak działa Twój organizm, i wiesz też, że lęk to coś, z czym można pracować – nie od razu, nie raz na zawsze, ale krok po kroku. To, że wrócił, nie przekreśla Twojego wcześniejszego postępu. To po prostu znak, że ta droga nadal trwa. I warto na nią wrócić z troską o siebie, a nie z wyrzutami.

Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?

Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!

Katarzyna Organ

Katarzyna Organ

Panie Pawle,

Nawroty czasem mogą się pojawiać i jest to również część procesu, myślę, że warto skorzystać z możliwości wrócenia do współpracy ze specjalistą (psychologiem/psychoterapeutą). 

Być może miał Pan cięższy okres w życiu, lub coś się wydarzyło, albo faktycznie odstawienie leków, wpłynęło na to wydarzenie, a nawet jeśli nic takiego nie miało miejsca, to tak jak wspomniałam warto skonsultować się ze specjalistą, aby przyjrzeć się tej sytuacji i przygotować na podobne trudności. Warto też na pewno skonsultować to wydarzenie z lekarzem psychiatrą.

 

Życzę dużo zdrowia i sił

Pozdrawiam

Katarzyna Organ

Psycholog, Psychoterapeuta

Anastazja Zawiślak

Anastazja Zawiślak

Bardzo dobrze, że szukałeś pomocy i że byłeś w kontakcie z lekarzem – to ważne kroki. To, czego doświadczyłeś, czyli nawrót objawów lękowych po odstawieniu leków, jest niestety dość częstym zjawiskiem. Atak paniki może dawać objawy bardzo podobne do zawału serca, dlatego nic dziwnego, że poczułeś tak silny lęk i trafiłeś na pogotowie, to zupełnie normalna reakcja organizmu, który odczuwa zagrożenie, mimo że trudno nam to racjonalnie wytłumaczyć. To, co jest teraz ważne to skontaktowanie się ponownie z psychiatrą – być może potrzebne będzie ponowne włączenie leczenia albo zmiana schematu leczenia, warto udać się na spotkanie i porozmawiać o tym, czego doświadczyłeś. Warto też wrócić do terapii – nawet jeśli przez jakiś czas czułeś się dobrze. Lęk to często przewlekła trudność, którą trzeba oswajać i uczyć się nią zarządzać, a nie tylko „zaleczać”. 

Pamiętaj, że nawrót nie jest porażką – to część procesu zdrowienia. Z czasem możesz nauczyć się skuteczniej rozpoznawać pierwsze sygnały i reagować szybciej.

Nie jesteś sam i masz prawo do dalszego wsparcia. To, że znowu szukasz pomocy, jest oznaką siły, a nie słabości. 💙 

 

Pozdrawiam,

Anastazja Zawiślak

Psycholog

terapia czy psycholog

Czy to moment na terapię lub wizytę u psychologa?

Zobacz podobne

Czy przeprowadzka do partnerki i asymetria mieszkaniowa w zwiazku to powod do leku i poczucia nierownosci?
Mam 30+ lat i od pewnego czasu spotykam się z kobietą, która ma 30 lat. Relacja rozwija się dobrze, dobrze się dogadujemy i widzę w niej osobę, z którą potencjalnie mógłbym zbudować wspólne życie jednak póki co przeżywamy fazę "honeymoon", z racji doświadczenia w relacjach patrzę na to z dystansem mimo wszystko. Problem pojawia się, kiedy zaczynam myśleć o kolejnym kroku, czyli wspólnym zamieszkaniu. Obecnie mieszkam z rodzicami po bolesnym rozstaniu z narzeczoną po 6 latach. Mam stałą pracę, której nigdy nie zmieniałem, oszczędności na wkład własny/poduszkę finansową, które ciągle powiększam. Ona natomiast mieszka w 40 km ode mnie i ma własne mieszkanie, kupione przez rodziców i zapisane na nią. Z racji sytuacji to ja przyjeżdżam do niej, często na 3 dni w weekend. Ona nie posiada prawa jazdy i auta. No i z racji tego, że mieszkam z rodzicami, tam mamy więcej prywatności dla siebie. Jeśli kiedyś zamieszkamy razem, najbardziej prawdopodobny scenariusz jest więc taki, że to ja przeprowadzę się do niej. I tutaj pojawia się mój lęk związany z pewną asymetrią. Ona wprowadza do związku mieszkanie, które jest wyłącznie jej własnością i z którego, jak mówi, jest bardzo zadowolona. Ja natomiast miałbym wnieść przeprowadzkę do innego miasta, prawdopodobnie zmianę pracy i rezygnację z dotychczasowego sposobu życia. Oczywiście nie chodzi mi o to, że oczekuję połowy jej mieszkania. Zdaję sobie sprawę, że jest jej własnością i że dostała je od rodziców. Chodzi mi raczej o poczucie, że w przyszłości budujemy coś wspólnego, a nie że ja po prostu dołączam do już istniejącego życia, które w całości należy do niej i podejmuję większe ryzyko w razie niepowodzenia. W przyszłości chciałbym mieć z partnerką coś wspólnego - wspólnie kupione mieszkanie, które byłoby w równym stopniu „nasze”. Nie wiem natomiast, czy ona kiedykolwiek chciałaby zrezygnować ze swojego obecnego mieszkania albo sprzedać je i kupić z partnerem coś wspólnego. Skoro jest z niego bardzo zadowolona, byłoby przecież zrozumiałe, gdyby nie chciała tego robić. Póki co mieliśmy jedną luźną rozmowę na temat wizji przyszłości, nie ustalaliśmy czy zamieszkamy w jej mieszkaniu i podczas tej rozmowy mówiła mi, że w sumie to jeszcze nad tym tak nie myślała. W rozmowie wyszło, że to ja pewnie musiałbym przenieść się do jej miasta. Rozmowę zakończyliśmy zdaniem, że była to niezobowiązująca rozmowa bez deklaracji z racji krótkiego stażu związku. Potem powiedziała mi jeszcze, że miała ogromne szczęście, że rodzice kupili jej mieszkanie i zdaje sobie sprawę, że masa ludzi nie może sobie pozwolić sama na zakup mieszkania. Powiedziała mi również, że według niej warto mieć coś swojego bo nigdy nic nie wiadomo, nawet na kredyt i wynajem - i że zdaje sobie sprawę, że łatwo powiedzieć gdy sama mieszkanie dostała jednak uważa, że pieniądz, który leży traci na wartości. I tutaj ma rację. Ja 2/3 swoich oszczędności trzymam w obligacjach aby chociaż w jakimś stopniu uchronić je przed inflacją. Jednak samodzielnie nie stać mnie na mieszkanie nawet 30 metrów w jej mieście a nie chcę zaciągać kredytu na ogromną kwotę samemu. Z drugiej strony, w chwili obecnej mógłbym pewnie kupić coś małego w moim mieście gdzie ceny są niższe tylko mając z tyłu głowy tyle potencjalnych zmian, wstrzymuje się i odkładam pieniądze. Co jeśli bym kupił a za rok, lub dwa i tak musiałbym przeprowadzić się do jej miasta? Wtedy miałbym na głowie kredyt, ewentualnie wynajmującego i jeszcze stres związany ze zmianą pracy. Tutaj mam umowę na stałe. Tam? Nigdy nie wiesz... Rodzice doradzają mi póki co skupić się na jak największym oszczędzaniu żeby powiększać kapitał. I właśnie to budzi mój niepokój. Czy za kilka lat nie okaże się, że ja poświęciłem więcej pod względem zmiany swojego życia, podczas gdy ona właściwie niczego nie musiała zmieniać? Wiem, że relacja to zawsze ryzyko i nigdy nie ma gwarancji... Gdyby nam się nie udało pewnie musiałbym wrócić do mojego miasta i ponownie szukać pracy lub wrócić do starej (i tu nie ma pewności, że na tych samych warunkach...) Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że wspólne życie nie musi oznaczać identycznego wkładu w każdą rzecz. Ona ma mieszkanie, ja mam oszczędności, pracę i inne rzeczy, które również wnoszę do związku. Nie chcę też patrzeć na relację jak na księgowość. Jednak nie wiem czy u niej czułbym się jak w domu czy jako gość, lokator mieszkając wiele lat. Czułbym się zależny. Mam jednak za sobą prawie 6-letni związek, który się rozpadł mimo wspólnego mieszkania, zaręczyn i planów na przyszłość. Przez to dzisiaj dużo bardziej widzę ryzyko. Wiem już, że można bardzo mocno zaangażować się w budowanie wspólnego życia, a później zostać z koniecznością zaczynania od nowa. Dodatkowo boję się zmiany pracy. Obecnie pracuję na jednej zmianie. Nigdy wcześniej nie zmieniałem pracy. Przeprowadzka do jej miasta oznaczałaby więc dla mnie kilka dużych zmian jednocześnie i ciężej tam o pracę w dogodnych godzinach jakie mam tutaj więc branie pierwszej lepszej oferty nie wchodzi w grę. Nie wiem jak wtedy to rozegrać, gdyby doszło do wspólnego zamieszkania czy próbować zmieniać płynnie pracę? Pracować tu a w międzyczasie składać tam CV w miejscach, które mi pasują i próbować przejść z pracy do pracy po wypełnieniu okresu wypowiedzenia tak żeby nie było luki gdzie jestem bezrobotny. I po przyjęciu do nowej pracy dopiero się przenieść? Czy może przez jakiś czas dojeżdżać 45km do pracy i zobaczyć jak nam się mieszka razem - jednak to na dłuższy czas będzie nieopłacalne, koszt paliwa i eksploatacji samochodu będzie wynosić nawet 25 % moich zarobków. Zastanawiam się więc, czy moje obawy są rozsądną potrzebą bezpieczeństwa i równości w związku, czy może są już przejawem lęku przed zaangażowaniem po poprzednim rozstaniu. Czy taka zależność będzie zdrowa? Jak Wy patrzylibyście na taką sytuację? Czy asymetria mieszkaniowa - jeden partner ma własne mieszkanie, drugie przeprowadza się do niego może z czasem powodować poczucie nierówności? Szczególnie gdy to mężczyzna wprowadza się do mieszkania kobiety? Chciałbym kiedyś stworzyć coś naprawdę wspólnego, a ona może być bardzo przywiązana do swojego obecnego mieszkania. Sam nie wiem co bym odpowiedział gdyby role były odwrócone. W końcu póki co jesteśmy razem tylko kilka miesięcy. Z jednej strony chce cieszyć się z tej relacji, z drugiej z tyłu głowy mam naszą potencjalną przyszłość. Po drodze może się jeszcze wiele innych rzeczy wydarzyć i pójść nie tak. Czy ja przejmuje się na zapas?
Przewlekly stres, smierc taty i ciagle zmeczenie - czy przeciążenie psychiczne moze powodowac bezsennosc i brak energii?
Od dłuższego czasu jestem strasznie zmęczony i praktycznie cały czas czuję stres. Wydaje mi się, że może być to przez to, że przez bardzo długi czas miałem go po prostu ogromnie dużo. Od podstawówki byłem gnębiony przez rówieśników, wyśmiewali mnie, robili grupy, wysyłali moje kompromitujące zdjęcia itd. Były też różne dramy i inne poważne sytuacje, których było naprawdę mnóstwo. Przez to miałem nawet kiedyś myśli samobójcze, ale ostatecznie jakoś sobie z tym poradziłem. Do tego przez lata dużo stresu było też przez chorobę taty. Zdarzały się sytuacje, że w środku nocy trzeba było wzywać karetkę, a później normalnie iść do szkoły. W tym roku od kwietnia praktycznie co tydzień dochodziły kolejne duże stresujące sytuacje. Tata zmarł w maju. Od tamtej pory staram się też mocno pomagać mamie, ogarniam dużo spraw w domu, budżet, rachunki itd. Do tego mam związek, pracę, tworzę filmy, strony internetowe, zajmuje się bardzo wieloma rzeczami i uczę się. Wcześniej mimo tego wszystkiego jakoś dawałem radę. Miałem rutynę, trenowałem, czytałem, pracowałem, uczyłem się i robiłem swoje. Teraz od kilku miesięcy jestem kompletnie wypruty z energii. Śpię 8-9 godzin, ale często budzę się w nocy i mimo tego jestem zmęczony. Czasami stresuję się nawet bez konkretnego powodu, mam problemy z koncentracją i coraz mniej mam siły na różne rzeczy. Naprawdę staram się dużo robić, żeby sobie pomóc. Dbam o dietę, liczę makro, mam 4 treningi w tygodniu, ruszam się w ciągu dnia, pilnuję snu, planuję zadania i priorytety. Ograniczam też social media praktycznie do minimum. Byłem na badaniach i z morfologii nic nie wyszło. Dlatego chciałbym zapytać, czy takie długotrwałe przeciążenie stresem może powodować takie zmęczenie i problemy ze snem oraz czy można coś z tym zrobić. Mam wrażenie, że przez lata cały czas coś się działo i teraz po prostu coraz bardziej mnie to wszystko przytłacza.
Uzależnienie emocjonalne od relacji z unikającym partnerem - jak odzyskać równowagę?
Dzień dobry. Od około półtora roku pozostawałam w bliskiej relacji z mężczyzną. Znamy się dłużej, z wyjazdu. Mieszkamy daleko od siebie. Pisaliśmy swego czasu intensywnie, jako dobrzy znajomi. On znalazł dziewczynę, zniknął, po czym wrócił, inicjując kontakt. Tamten związek się rozpadł. On przeprosił za zniknięcie, był bardzo obecny, dążył do spotkania, dużo flirtował, ja, na początku ostrożna, dałam się wciągnąć w to. W końcu spotkaliśmy się na kilka dni, po czym wróciłam do siebie. A kontakt pisemny osłabł, jednak on dalej nie miał nic przeciwko spotykaniu się, kiedy będzie okazja. Okazje były, inicjowane przeze mnie. On zawsze był wtedy bardzo czuły, pozwalam być blisko i zawsze też sam przychodził po czułości. Było to takie niewymuszone. Zawsze byłam bardzo ostrożna w stosunku do niego z powiedzeniem wprost, że się zakochałam, bo powiedział mi już na początku, że ma unikający styl przywiązania, bo gdy miał 6 lat zostawiła go matka. To był mój błąd, bo okazało się, że on już od jakiegoś czasu wiedział, że jednak nie widzi formalnego związku ze mną. Byłam zła, wyrzuciłam mu to, że skoro widział, że jednak z mojej strony w grę wchodzą uczucia, to nie przerwał tego mówiąc jasno, czego chce. I tak się spotykaliśmy dalej, był seks, były czułości, zachowywanie się jak para, również z jego strony. Bardzo to przeżywałam, a on chciał kontynuować znajomość. Dla niego może to pozostać takie, jak jest, czyli kumple z bonusem. Kiedy jednak powiedziałam, że skoro ja mam uczucia, a on nie, to taka relacja nie jest możliwa, powiedział, że nie musimy być fizycznie blisko, ale abym nie kończyła znajomości. Po tej rozmowie sam odezwał się pierwszy, było mu źle, chodził jak struty, wiedząc, ze mnie skrzywdził. Ja przyznam szczerze, że w dużej mierze opierałam się na wyobrażeniu tego, jak może być, ale widziałam, że nie dawał mi komfortu psychicznego. Nie mogę winić go za to, że uroiłam sobie w głowie pięknej miłości. Mieliśmy później jeszcze kilka wymian zdań, w ostatniej napisał, że boli go to, że to co pisałam było prawdą. Że wymyślił sobie symulację związku, nie licząc się z moimi uczuciami. Że zrozumie, jeśli to zakończę. Przyjęłam przeprosimy, jednak tak, jak już mu wcześniej powiedziałam, zostanę. Ale jeżeli on czuje, że lepsze, szczególnie dla mnie będzie zerwanie kontaktu, to niech to po prostu zrobi. No i tak zostaliśmy. Było dziwnie na początku, drętwo. Później rozmowa zaczęła się kleić i była naprawdę fajna. Umówiliśmy się na spotkanie, po którym właśnie jestem. Znów przeżywam huśtawkę. I nawet nie winię go za to, próbuję zrozumieć to, co dzieje się we mnie. To ciągle trzymanie się jego. Pewność, że nikt nie da mi już takiej ekscytacji i przyjemności. Że pomimo jego wad akceptuję go i chce tylko jego, i że nigdy do żadnego mężczyzny już nie poczuję TEGO. Zastanawiam się na ile był dla mnie oderwaniem od niełatwego życia, moim światełkiem. Czasem myślę, czy naprawdę coś do niego czuję (pierwszą odpowiedź w głowie to tak, kolejna to nie wiem), czy jednak jestem uzależniona och chemii, czyli dopaminy, która dawał mi gestami, wiadomościami. Bo potrafiłam chodzić struta, kiedy nie pisał i nabierać dobrego humoru, kiedy pisał. Najgorsze, że on mi się podoba w wielu aspektach i choć mam świadomość tego, że nie daje mi tego, czego potrzebuję, to dalej nie potrafię odpuścić. Samo myślenie o nim, o przytulaniu, czy całowaniu uruchamia w mózgu jakąs nagrodę i jest mi dobrze. W życiu tego nie mam. Dlatego rozumiem, czemu uciekam w te fantazje. Chyba jestem od tej relacji uzależniona, a myśl, że mogło by jej (i jego) nie być sprawia, że nie widzę sensu w życiu. Czy ktoś może spojrzeć na to z boku, proszę?
Odrzucam potencjalne partnerki, ponieważ znajduję w sobie wadę i o tym decyduję.
Witam. Mam na imię Kamil. Mam 31 lat. Poznałem wspaniałą kobietę na jednym z portali randkowych. Kobieta jest wykształcona, ma dobrą pracę i zainteresowania. Jest inteligentną, sympatyczną i bardzo dobrą osobą. Od początku złapaliśmy wspólny język, rozmawiało nam się świetnie, podobnie odczuwaliśmy emocje i z czasem coraz bardziej otwieraliśmy się przed sobą. Zaangażowaliśmy się do tego stopnia, że szybko padł temat spotkania. Wtedy w mojej głowie pojawiły się myśli, że przecież taka kobieta potrzebuje faceta z dobrą posadą i większą zaradnością, a nie magazyniera bez własnego mieszkania i samochodu. Napisałem jej to wszystko, a ona zachowała się tak, jakby brak tych rzeczy u mnie jej zupełnie nie przeszkadzał. Pomimo tego, że było mi bardzo ciężko, napisałem jej, żebyśmy zrobili sobie przerwę od rozmów. Napisała, że jest trudno to zaakceptować, ale się zgodziła. Nie mogę sobie poradzić z tym, że odrzuciłem swoją bratnią duszę, a jednocześnie zrobiłem to, bo chciałbym dla niej jak najlepiej. Wcześniejsze relacje kończyły się identycznie właśnie przez takie myśli i moje ciągłe analizowanie. Jestem ambitny i dążę do bycia lepszym, zamożniejszym. Niestety za każdym razem znajduję w sobie jakąś wadę, która może rzutować na przyszłość drugiej osoby. Po zerwaniu relacji z dziewczyną opisaną wyżej czuję się beznadziejnie, bardzo źle psychicznie. Proszę o jakąś poradę, bo jestem na granicy psychicznej wytrzymałości.
Diagnoza, dokąd? Wszystko odczuwam mocniej. Zaburzenia sensoryczne.

Witam. Mam 22 lata i od dziecka zmagam się z objawami zaburzeń integracji sensorycznej, nerwicy natręctw, tików, a ostatnio w pełni rozwiniętej nerwicy lękowej i depresji. 

Objawy po raz pierwszy pojawiły się w szkole podstawowej (łącznie z zaburzeniami sensorycznymi, co jest nietypowe, gdyż te przeważnie pojawiają się dużo wcześniej, na początku życia) i od tamtego czasu towarzyszą mi z różnym natężeniem, aż do dnia dzisiejszego. Nie pamiętam dokładnie, jak to wszystko się zaczęło, ale prawdopodobnie najpierw pojawiły się tiki nerwowe w formie zaciskania powiek, marszczenia czoła czy chrząkania. 

Potem doszły do tego natręctwa związane z liczeniem i perfekcjonizmem. Liczyłem litery w słowach, wyrazy w zdaniach, linijki na stronie, zaczynałem często od nowa czynności, żeby zacząć je "idealnie". Wszystkie natręctwa były związane z nauką lub ogólnie pojętymi aktywnościami umysłowymi (jak czytanie książek np.). 

W międzyczasie doszły zaburzenia sensoryczne (chociaż bardzo możliwe, że wszystko zaczęło się mniej więcej w tym samym czasie) objawiające się ogólnie mówiąc czuciem wszystkiego "bardziej". I to dosłownie. Po prostu zacząłem zdawać sobie sprawę, że bardziej czuję na sobie ubrania, rzeczy w kieszeniach, krzesła na których siadam czy przedmioty, których codziennie dotykam (jak np. telefon gdy coś na nim piszę). 

Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że właśnie to "czucie" doprowadzi mnie do szału i myśli samobójczych, jakie doświadczam obecnie w życiu dorosłym, ponieważ przypadłość ta bardzo obniża jakość mojego życia, ogranicza aktywności, jakie podejmuję w ciągu dnia oraz jest źródłem permanentnego stresu i lęku. Już opisuję, o co chodzi. Kiedy zakładam spodnie, to bardziej czuję je w pasie, kroczu i na pupie, co często zmusza mnie do ich opuszczania czy poprawiania (zwłaszcza przy zmianach pozycji ciała). Ale to nie wszystko. Bardziej czuję rzeczy w kieszeniach, jak telefon czy portfel. Bardziej czuję bluzkę na brzuchu, pod pachami i wokół szyi, buty na stopach, plecak na plecach itp. Ogólnie zasada jest taka, że im więcej mam ubrań na sobie i im większy jest ich "ciężar", tym bardziej niekomfortowo się czuję. Jak byłem dzieckiem, nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo, ale w życiu dorosłym jest to często nie do zniesienia i doprowadza do kuriozalnych sytuacji, kiedy wychodzę z domu w krótkich spodenkach i t-shircie na 15°C, bo wolę zmarznąć niż odczuwać dyskomfort psychiczny (który i tak w pewnym stopniu występuje, bo ludzie dziwnie na mnie patrzą). 

Z innych dziwnych zachowań, które "wymusza" na mnie ta przypadłość można wymienić wkładanie bluzek za spodnie, wkładanie rzeczy pod pachy z ich zaciskaniem (stymulacja sensoryczna) czy zaginanie rogów poduszki pod głową gdy na niej leżę. Sytuacja znacznie się pogorszyła po przebyciu covida 2 lata temu, bo "czucie" się wzmogło i doszły różnego rodzaju dziwne odruchy jak "dociskanie" ręki do ciała, nerwowe wymachy kończyn z ich prostowaniem, ocieranie kolanem o kolano czy grymasy twarzy. 

Do tego cała gama objawów nerwicowych, jak napięciowy ból głowy, chroniczne zmęczenie, szumy uszne, kłucie w sercu, problemy z oddychaniem i wzmożone napięcie mięśniowe. Żadne leki nie pomagają, to samo z psychoterapią. Od roku dzień w dzień wykonuję ćwiczenia z diety sensorycznej zalecone przez specjalistę od zaburzeń integracji sensorycznej - również bez żadnej poprawy w objawach. Dodam jeszcze, że na początku podejrzewałem u siebie jakąś rzadką chorobę neurologiczną, ale żadne badania, które do tej pory wykonałem na to nie wskazują, a trochę ich było (rezonans magnetyczny głowy, EEG, EMG, ENG, próba tężyczkowa, test na boreliozę - wszystko w normie poza EMG z cechami uszkodzenia pierwotnie mięśniowego, ale dalsza diagnostyka to biopsja mięśnia, na którą muszę jeszcze kilka lat poczekać i nie jest to powiązane z objawami, które wymieniłem).

 Nie mam również stwierdzonego autyzmu ani ADHD, tylko "zaburzenia czynnościowe ośrodkowego układu nerwowego". Tylko ja się czuję tak, jakby coś mi ten układ nerwowy, a konkretnie mózg, atakowało. 

Nie wiem tylko jak i gdzie można takie rzeczy zdiagnozować. Bardzo proszę o pomoc, bo nie wiem jak długo wytrzymam jeszcze tę mękę.

Rozwój osobisty

Rozwój osobisty - jak skutecznie rozwijać siebie i osiągać cele

Chcesz skutecznie rozwijać siebie i osiągać cele? Poznaj kluczowe aspekty rozwoju osobistego, które pomogą Ci w realizacji Twoich ambicji. Dowiedz się, jak wykorzystać swój potencjał i stać się najlepszą wersją siebie!