Aplikacja TwójPsycholog — wsparcie, które masz zawsze pod ręką

📲 Pobierz aplikację i zadbaj o siebie na własnych zasadach

Dostępne w Google PlayPobierz w App Store
Left ArrowWstecz

Mój mąż ma dwie twarze, dla mnie chłodną i obojętną, a dla innych w towarzystwie dusza człowiek, komplemenciarz. Czuję się gorsza, niewystarczająca.

Ostatnio ciągle płaczę i jest mi źle, czuję się zaniedbywana przez partnera. Kocham go, jesteśmy 20 lat po ślubie. Potrzebuję miłego słowa i czułości w prostych gestach... Niestety, mój mąż nie ma takich potrzeb. Jest bardzo stereotypowy, wychodzi z założenia, że przecież wiem, że mnie kocha, że nie musi mi tego mówić jak już raz powiedział. Nie ma potrzeby przytulić mnie czy powiedzieć mi coś miłego. Najgorsze, że córkę (nastolatkę) też traktuje bardzo oschle i szorstko. Chyba zawsze taki był. Tylko w czasach narzeczeństwa stać go było na romantyczne gesty i okazywanie czułości. Dla mnie nie ma serca, ale jednocześnie koleżankom (naszym wspólnym) wysyła wierszyki na walentynki z serduszkami, zrobiłam mu o to awanturę, kiedy zobaczyłam takie smsy, nie widział problemu. Jest typem, który ma wszystko poukładane, zaplanowane... Ma swoje wymagania, oczekiwania... którym ja nie potrafię sprostać(czuję, że go zawiodłam, że się mną rozczarował) Nie jestem typem pedantki, a on bardzo lubi porządek... podczas naszych intymnych chwil też ma coraz większe oczekiwania, chociaż odczuwam przyjemność ze zbliżeń i bardzo się staram, to jednak czuję, że on chciałby wciąż czegoś więcej... Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze fakt, że jest typem narcyza. Lubi dobrze się ubrać i dobrze wyglądać. Ostatnio trzy razy w tygodniu chodzi na siłownie, jest przystojnym mężczyzną i cieszę się, że dba o siebie. Ale czuję się przy nim taka marna... Czuję, że mój mąż ma ogromną satysfakcję i przyjemność, że podoba się innym kobietom, ma się za playboja do tego stopnia, że kilka lat temu zdarzyła się taka sytuacja, gdzie żona najlepszego przyjaciela męża, stwierdziła, że coś poczuła do mojego męża. Zrobiła się z tego afera i o mały włos nie rozpadło się ich małżeństwo. Ona była moją przyjaciółką... Wybaczyłam i jej i jemu, całe zamieszanie wynikało ze swobodnego stylu bycia mojego męża... chociaż nadal mnie to bardzo boli, wszyscy udajemy jakby nie było wcześniejszej sprawy, ale je przeżywam odtąd każde nasze wspólne spotkania i obserwuję ich gesty, spojrzenia i słowa... ona jest atrakcyjną kobietą i wiem, że podoba się mojemu mężowi. Mój mąż ma dwie twarze, dla mnie chłodną i obojętną, a dla innych w towarzystwie dusza człowiek, komplemenciarz i brylujący przystojniak, który wszystko może... Wiem, że piszę bardzo chaotycznie, wiem że przez lata pozwalałam na takie traktowanie i patrzyłam przez palce na to, jak zachowuje się mój mąż... Wiem, że nie jestem doskonała, wiem, że jestem zazdrosna o niego i to jest zazdrość, która mnie niszczy, mam już tego dość, dłużej nie wytrzymam... co robić? Moje poczucie wartości jest na samym dnie, a do tego jeszcze martwię się jaki przykład daję córce...
Agnieszka Wloka

Agnieszka Wloka

Dzień dobry

wcale to nie było chaotyczne :) Dużo Pani pisze o tym, że Pani “czuje”, że mąż…tyle, że nie ma tu stwierdzeń “mąż powiedział mi”, “mąż zdradził”, “mąż zakomunikował, że jestem do niczego” - jasne, że Pani odczucia mogą być trafne, ale ja z kolei myślę, że po pierwsze Pani spojrzenie na siebie jest mocno zaniżone i poniżej prawdy o tym, kim Pani jest i kogo widzi w lustrze :) Od tego trzeba zacząć - od Pani samooceny - od pójścia do fryzjera, na siłownię, na tańce - na to co Pani lubi, co Pani sprawi przyjemność, co Pani sobie odmawia, bo szkoda czasu i pieniędzy :) TO NAPRAWDĘ WAŻNE, BO NAJPIERW PANI MUSI SIĘ POKOCHAĆ, ŻEBY KTOŚ PANIĄ POKOCHAŁ- warto też na poziomie poznawczym przeanalizować się pod takim pozytywnym kątem - ciężko samemu, ale albo rozmawiając z przyjaciółką, albo na medytacji, czasami przypominając sobie bliską zmarłą a kochającą osobę, można odnaleźć to, co dobrego ktoś we mnie widział… - proszę dać sobie nawet tydzień na sporządzenie listy 10 swoich mocnych stron, zalet, wartościowych cech. 

Od tego mamy się odbić, żeby zacząć innym komunikować swoje potrzeby - żeby się też zastanowić czy z mężem macie czas i przestrzeń na bycie ze sobą i rozmowy, na przytulenie się do siebie - czy tak naprawdę to oboje się od siebie oddaliliście, tyle, że każdy z Was to inaczej przeżywa. Być może Pani zamartwiając sie swoją nieatrakcyjnością a on szukając atrakcyjności swojej poza domem - ZAIWESTUJCE W BYCIE RAZEM DLA SIEBIE

Trzeci kwestia, to właśnie mąż i jego potrzeby, jego inna wrażliwość, nieumiejętność okazywania uczuć - im bardziej otworzycie się na rozmawianie ze sobą nawet o codziennych sprawach, tym więcej będziecie wiedzieć, co się w Waszych codziennościach dzieje i skąd różne humory - zaprzyjaźnijcie się ze sobą:)

Agnieszka 

 

Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?

Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!

komunikacja w zwiazku

Darmowy test na jakość komunikacji w związku

Zobacz podobne

Męczą mnie myśli o przeszłości seksualnej mojej partnerki

Cześć, mam pytanie odnosnie pracy nad sobą. Moj przypadek jest następujący: Moja partnerka miala przede mną wielu partnerów. Opowiadała o nich jak dochodziło między nimi do zbliżeń i jak to wyglądało. Dodatkowo utrzymuje nadal kontakt z jednym z nich twierdząc ze są przyjaciółmi. O tym wszystkim opowiedziała mi na początku naszej relacji twierdząc ze chce byc ze mną szczera i tak budowac nasz związek. Jestem swiadom tego ze kazdy ma swoja przeszłość i ze nie mam prawa jej oceniac pod tym kontem. Pare razy przytaczala w barwnych opisach jak robila to z innymi. Poinformowałem ją jasno zeby tego nie robila bo czuje sie oceniany i poniżany w ten sposób. Gdy ja zapytalem, po co to robi to odpowiadała ze nie wie. Zdarzyło sie to kilka razy ale czulem od niej refleksje i ze stara sie walczyc ze swoją wylewnoscia i szczerością. Ostatni przypadek jednak byl inny. W formie żartu żucia ze nasza ulubiona pozycje migla wyćwiczyć, bo ma bogate doświadczenie. I to mnie juz ruszyło. Przepraszam za zwrot, ale wtedy stala się dla mnie dziwką. Nie moglem na nia patrzeć i brzydzilem sie nią. Rozmawialismy o tym, troche ochlonelismy i emocje juz opadły. Przeprosiła ja powiedzialem ze to mnie zabolało, ale to sie nie skończyło. Teraz gdy dochodzi do zbliżenia pojawiaja mi sie w glowie obrazy jak kocha sie z innymi. Dodatkowo mam myśli, ze jestem tylko kolejnym na którym zdobywa doświadczenie. Wpływa to na moją erekcje i na moje checi do zbliżeń. Kocham ją jest mi z nia dobrze i nie chce kończyć naszego związku. Ona naprawdę sie stara. Pracuje nad sobą, jest co do mnie wyrozumiała. Podczas naszej kłótni naprawde starala sie zrozumiec moj punkt widzenia. Wiem że ona mnie tez kocha i nie chce mnie ranic ale nie rozumie mojego punktu widzenia Moje pytanie brzmi: Czy jest szansa ze mi to przejdzie? Czy jest cos co moge zrobic zeby tw mysli mi sie nie pchały? Co mam zrobic żeby mózg przestał analizować to co było a skupil sie na budowaniu przyszłości. Czy jedynym rozwiazaniem jest rozstanie?

Przez kilka lat mój partner znęcał się nade mną psychicznie, w trakcie tego związku urodziłam najpierw jedną córkę.
Przez kilka lat mój partner znęcał się nade mną psychicznie, w trakcie tego związku urodziłam najpierw jedną córkę. Myślałam, że to coś zmieni. Po 2 latach zaszłam w drugą ciążę, było tak strasznie, że próbowałam dokonać samobójstwa w 4 miesiącu ciąży. Udało się nas odratować. Nigdy nie dostałam pomocy. Ale podniosłam się. W ósmym miesiącu ciąży udało mi się uciec do domu rodzinnego. Urodziłam i żyłam bezpiecznie. Po roku wrócił mój koszmar, stanął w drzwiach, po wymianie słów, rzucił się na mnie i skatował, pamiętam, że w głowie miałam tylko, żeby dziewczynki tego nie widziały. Później uciekłam dalej z moimi córkami. Po dwóch latach wróciłam do relacji sprzed lat, pokochałam na nowo. Obecnie jesteśmy po ślubie, mamy syna. Jest cudownym człowiekiem, kocha nas, dba o nas. Moje córki traktuje na równi z naszym wspólnym dzieckiem. Tylko ja w głowie mam tamten związek, wszystko porównuję, analizuję każde swoje zachowanie. Nie wiem, jak to w sobie stłumić, jak zapomnieć...
Zdradziłam narzeczonego przed ślubem – jak poradzić sobie z poczuciem winy i wyrzutami sumienia?
Nienawidze sie za to co zrobilam... zdradzilam faceta z ktorym planowalam slub. nwm dlaczego to sie stalo, czuje sie jakbym byla jakas inna osoba w tamtej chwili. serio nie wyrabiam z tymi wyrzutami sumienia, nie jem, nie spie, tylko rycze. co mam robic??
Witam. Mam córkę 3-letnią i żonę. Jesteśmy po ślubie 10 lat.
Witam. Mam córkę 3-letnią i żonę. Jesteśmy po ślubie 10 lat. Bywało różnie, były kłótnie, było dobrze, było i bardzo dobrze. Ostatnio po kryzysie inflacyjnym nie udźwignąłem nadmiaru problemów i odbiło się to na mojej żonie. Ograniczałem ją mocno, zabraniałem wychodzić i wydawać pieniędzy, zabrałem kluczyki... Teraz się wyprowadziła i chce rozwodu. Zrozumiałem, co ja robiłem dopiero po fakcie. Przyznałem się jej, przepraszałem, ale nie chce mnie znać i mnie nienawidzi. Chciałbym to zmienić, tylko nie wiem jak. Im bardziej ja przepraszam i mówię, jak bardzo kocham, tym jest gorzej. Proszę o pomoc.
Trauma, śmierć i walka o swoje marzenia – jak się nie poddać?

Długotrwała choroba i śmierć partnera oraz setka innych problemów. Pięć miesięcy temu zmarł mężczyzna, z którym przez 11 lat byłam w związku. Nie była to śmierć nagła – właśnie mija druga rocznica od dnia, w którym dostał udaru. 

Stało się to w mojej obecności i było to dla mnie straszne doświadczenie. Pomimo iż udar nie był poważny i rokowania co odzyskania sprawności były bardzo dobre – partner odmówił rehabilitacji i jako osoba leżąca trafił ze szpitala do hospicjum na NFZ. Ja zostałam z jego matką na głowie (również leżąca, wymagająca opieki) i ze wszystkimi ich sprawami. 

Plus, rzecz jasna, moje własne problemy. 

Żadne z nich nie zgadzało się, aby z własnego, pokaźnego zresztą, majątku opłacić sobie opiekę czy leczenie. 

Oszczędzali na gorsze czasy i czarną godzinę. 

A posiadali kilka odziedziczonych nieruchomości, których aktualna wartość rynkowa to kilka milionów złotych. Przez dziesięć miesięcy patrzyłam bezradnie, jak jego matka powoli umiera, a równocześnie napatrzyłam się w tym hospicjum na rurki, sondy, worki stomijne, ból, cierpienie i śmierć. 

Na nic zdawało się proszenie partnera, żeby poszedł na rehabilitację i wyrwał się z tej umieralni, tym bardziej że w wyraźny sposób tracił nawet tę sprawność, którą miał po udarze i widać było postępującą atrofię mięśni. 

Cały czas słyszałam mantrę, że szkoda pieniędzy, szkoda czasu, szkoda wysiłku, że on musi mieć na czarną godzinę. 

Nie obchodziło go zupełnie, że to jest wszystko ponad moje siły. Obrażał się na mnie, jak wprost mu mówiłam, że ja nie jestem w stanie tego wszystkiego robić bez wsparcia finansowego z jego strony i bez jakiejś formy zabezpieczenia. 

Próby rozmowy kończyły się fochem i karaniem mnie ciszą. 

W ramach wyjaśnienia dodam, że związek od dawna kulał ze względu na opisane powyżej cechy partnera plus brak zaangażowania i jakiegokolwiek wsparcia z jego strony w różnych życiowych sytuacjach. W chwili, w której nastąpił udar, ja już w zasadzie byłam gotowa na zerwanie, ale w zaistniałych okolicznościach wydawało mi się rzeczą nieludzką zostawić go samego. Czara goryczy przelała się w kwietniu, gdy wyskoczył mi niespodziewany wydatek na kwotę kilku tysięcy złotych, pojawiły się problemy zdrowotne, które potencjalnie mogą wymagać w przyszłości interwencji chirurgicznej. 

Znowu wróciłam do kwestii bieżącego wsparcia finansowego i jakiegoś zabezpieczenia na wypadek jego nagłej śmierci. 

Prawdę mówiąc, bezpardonowo wymusiłam konfrontację, ale dowiedziałam się takich rzeczy, że w kilka tygodni spakowałam się i wróciłam do swojej kawalerki na drugim końcu Polski. 

Szkoda, że dziesięć lat wcześniej nie przedstawił jasno swoich poglądów na związek. Mianowicie nie miał zamiaru w żaden sposób mi rekompensować poświęconego czasu i mojej ciężkiej harówy, bo jego zdaniem należała mu się ode mnie pomoc z tego względu, że jakoby od zawsze miał w życiu ciężko i w ogóle był najbardziej pokrzywdzonym człowiekiem na świecie. 

Nie miał zamiaru mnie zabezpieczać finansowo, bo to rodzinny majątek, odziedziczony po dziadkach, bo rodzina jest najważniejsza, bo coś tam jeszcze. Nie wiem, co rozumiał przez słowo "rodzina", ale najwyraźniej ja się do tej kategorii osób nie zaliczałam. W kilka tygodni po mojej wyprowadzce okazało się, że jest ciężko chory. Infekcja lekoopornej bakterii w układzie oddechowym, moczowym i pokarmowym. 

Momentalnie rozwinęło się ciężkie zapalenie płuc, nerki (już wcześniej słabe) przestały działać i po niecałych dwóch tygodniach pobytu w szpitalu zmarł. Jeden spadkobierca pojawił się dopiero po jego śmierci. Przez półtora roku nie raczył się pokazać w tym hospicjum, nawet w święta, a tu nagle okazało się, że w jego mniemaniu należy mu się cały majątek, bo się czuje pokrzywdzony jakąś decyzją wspólnego dziadka. 

Drugi spadkobierca, który łaskawie pojawił się w tych ostatnich tygodniach, wyszedł z podobnego założenia, argumentując swoje roszczenia krzywdą i traumą spowodowaną kilkoma tygodniami odwiedzin u umierającego krewnego. Obaj mieli zamiar toczyć ze sobą spór sądowy i odmówiłam mieszania się w to. 

To nie moja sprawa, zwłaszcza że żaden nie wspomniał o żadnej formie wsparcia czy rekompensaty dla mnie. 

Od tego pierwszego usłyszałam wręcz, że jestem głupsza, niż myślał, skoro pomagałam za darmo. 

Najwyraźniej w tej rodzinie o żadnej wdzięczności czy innych ludzkich uczuciach nie ma w ogóle mowy. 

Ja po tym wszystkim jakoś żyję i niby funkcjonuję normalnie, ale mam chandrę. Przede wszystkim mam problemy ze snem. 

Przez te wszystkie obrazki, których napatrzyłam się w hospicjum i w domu u umierającej matki partnera długo śniły mi się koszmary. Odpuściły trochę po mojej wielkiej ucieczce i powrocie we własne strony. Następna partia koszmarów zaczęła się po jego śmierci, łącznie z jakimiś głupotami, że widzę go żywego i rozmawiamy. 

To też powoli odpuszcza, ale zdarza mi się, że w czasie snu odczuwam ogromny strach przed śmiercią i kilka razy obudził mnie własny krzyk. W efekcie boję się chodzić spać i siedzę do późna, dopóki naturalną koleją rzeczy nie zwalę się na łóżko jak kłoda. Potem chodzę permanentnie niedospana. Melisa na mnie nie działa i w zasadzie nie wiem, w czym by miała pomóc. 

Po prostu boję się tego, co może mnie spotkać po drugiej stronie snu. Wysiłek fizyczny też nie działa. Nawet po dziesięciokilometrowej wycieczce z kijkami, czując się umęczona fizycznie, mam ten sam problem. Alkohol też nie działa i niezależnie od tego ile w siebie przymusowo wleję (w granicach możliwości osoby nieuzależnionej) – nie jestem w stanie się upić. Nawet jak coś poczuję, to momentalnie jestem trzeźwa, jakby coś znosiło jego działanie. Zastanawiam się, czy to tylko kwestia moich przeżyć, czy nakłada się może na to menopauza. 

Mam prawie 52 lata i mniej więcej w tym czasie, w którym spakowałam się i wróciłam do siebie, zaczęłam doznawać uderzeń gorąca i nieregularności w cyklu miesiączkowym. 

Uderzeń gorąca pozbyłam się dosłownie w kilka tygodni suplementem z apteki (to akurat działa, jak trzeba), miesiączki ewidentnie zaczynają zanikać, test menopauzalny permanentnie wychodzi dodatni. Poza tym fizycznie czuję się całkiem dobrze, nawet powiedziałabym, że odkąd znalazłam trochę czasu dla siebie, różne moje dolegliwości ustąpiły. 

Paradoksalnie ja się ciągle czuję młodo, tylko jestem zupełnie przygaszona i zrezygnowana. Kolejnym problemem jest moja sytuacja finansowa. Próbuję zarabiać na życie własną jednoosobową działalnością i niespecjalnie mi to idzie. 

Mam trochę swoich pomysłów, ale potrzebowałabym nieco luźnej gotówki, żeby zlecić pewne rzeczy na zewnątrz, bo jest prawie nierealne zrobienia tego samodzielnie w skończonym czasie. Ostatnio miałam silny napad bardzo obniżonego nastroju, łącznie z płaczliwością i myślami samobójczymi. Na zasadzie, że tak bardzo zależy mi na realizacji własnego pomysłu, że siądę i to zrobię sama bez żadnego wsparcia, nie licząc się z konsekwencjami. A jak mi się w międzyczasie skończą oszczędności i nic na tym pomyślę, nie zarobię, to sobie w łeb palnę, ale nie potrafię żyć, nie realizując własnych marzeń i własnego potencjału. Jak już zrealizuję, to mnie nic nie będzie obchodzić, mogę nawet umrzeć, niech się dzieje, co chce. Ponieważ jestem osobą wykształconą i potrafię kilka nieszablonowych rzeczy, mam takie marzenie, aby stworzyć platformę edukacyjną z mojej działki z fajnymi materiałami, niestety odpłatnymi, bo muszę z czegoś żyć. 

Przy takich kwotach, jakich można zażądać od klientów, musiałby tam być spory ruch, a na marketingu nie znam się, zupełnie mi to nie leży, odrzuca mnie od tego. Multimedia jestem w stanie zrobić sama, nawet oprogramowaniem darmowym, ale to po prostu zajmie trochę czasu. A tematów, kursów i szkoleń mogłabym zrobić mnóstwo. Zarówno dla młodzieży, jak i nauczycieli, a jak napisałam - jest to mój czas i praca, za którą nikt mi nie zapłaci, dopóki materiały nie będą gotowe. Ale w tym moim nastroju ja się chciałam rzucić na to z rozpaczy i desperacji, a nie z wiary we własne siły i sukces. Natomiast zupełnie nie widzę dla siebie odpowiadających ofert na rynku pracy i przeraża mnie myśl, że kobietom w moim wieku pozostaje w zasadzie wyrzucenie wszystkich swoich dyplomów do kosza i zarabianie sprzątaniem lub inną tego typu pracą poniżej kwalifikacji. 

Rozwala to moje życie w drzazgi i stawia pod znakiem zapytania sens tego, kim jestem, tego, co do tej pory osiągnęłam, na czym się znam i co zawodowo potrafię. 

Ja nie chcę umrzeć i zamienić się w garść popiołu nie robiąc tego, do czego w moim mniemaniu mam powołanie. 

Ja nie chcę żyć i umrzeć w poczuciu porażki i niespełnienia, a przecież życie mi pokazało, że wiele rzeczy zależy tylko od zbiegu okoliczności i przypadku, a nie od ilości włożonej w to pracy. 

Żywy przykład to spadkobiercy mojego partnera. W zasadzie nic nie musieli robić, żeby mieć prawo do kilku zer więcej na koncie. Mnie tyle szczęścia nie spotkało i na jakiejś płaszczyźnie nie jestem w stanie się z tym pogodzić. Wprawdzie nikt nie obiecał, że życie jest sprawiedliwe i że mnie czeka jakkolwiek pojęty sukces, ale coś jest tu mocno nie tak. Nie wiem, jak się mam emocjonalnie utrzymać w zwartej kupie, tym bardziej że ja z tym wszystkim zostałam sama i aktualnie nie mam nikogo na czyją pomoc typu wsparcie materialne lub wsparcie w pracy nad moim projektem mogłabym liczyć.

toksyczny związek

Toksyczny związek – jak go rozpoznać i zakończyć?

Czy zastanawiasz się, czy Twój związek jest zdrowy? Nie każda trudność jest toksyczna, ale jeśli czujesz lęk, winę, wątpisz w siebie, boisz się mówić, co myślisz – warto się zatrzymać. Tutaj dowiesz się, jak rozpoznać toksyczny związek i jak go zakończyć.