Left ArrowWstecz

Brak miłości i wsparcia w rodzinie, konflikt z mamą i poczucie bycia czarną owcą

Odkąd pamiętam nie okazywano mi miłości w rodzinie. A ostatnio mam słaby okres i to doskwiera mi bardziej. Mam poprostu żal że moi znajomi mogą powiedzieć że kochają swoją mamę a ja nie. Nie mam ojca i nie znam go i to też ostatnio jest dla mnie inne. Sama nie wiem. Jestem w jakimś dołku emocjonalnym też przez różne zdarzenia. Wujek ma problem do mnie że nie chodzę do kościoła kiedy poprostu mam uraz do tego i nie chce. Moja najlepszą przyjaciółka ignoruje mnie i nią już nie jest. Czuje się czasem jak czarną owca w rodzinie. Inna. Dziwna. Lubię samotność i mam inny styl. Wiele razy słyszałam komentarze od rodziny że nie powinnam farbować włosów bo naturalne mam ładne. Ale kiedy ich nienawidzę. Poprostu nie lubię swojej rodziny. U nas nie ma miłości wsparcia czy rozmowy. Jest krzyk surowość i tyle. Nawet szkołę za mnie matka wybierała.
User Forum

Lily

1 miesiąc temu
Katarzyna Michalska

Katarzyna Michalska

Dziękuję za Pani wpis. 

Czytając go, widzę w Pani wiele bólu, samotności i żalu, związanych z brakiem bliskości i wsparcia w rodzinie. To naprawdę trudne doświadczenie - dorastać w domu, w którym brakuje ciepła i akceptacji, a obecne są krzyk i brak rozmowy.

Czuje Pani żal, że inni mogą mówić o miłości do swoich mam, a Pani tego nie czuje - to bardzo zrozumiałe. Warunki dorastania, jakie Pani opisała, nie sprzyjają budowaniu takich uczuć.

Widzę też, jak wiele rzeczy Panią teraz obciąża: relacja z przyjaciółką, napięcia w rodzinie, poczucie bycia „czarną owcą” oraz brak wpływu na własne decyzje. To naprawdę dużo jak na jedną osobę.

To, że lubi Pani samotność, ma swój styl i chce decydować o sobie, nie czyni Pani dziwną. To raczej przejaw Pani indywidualności i potrzeby bycia sobą. Ma Pani prawo nie chcieć chodzić do kościoła, decydować o swoim wyglądzie oraz czuć autentyczne emocje - takie jak złość, smutek czy żal - również wobec bliskich.

Jednocześnie nie musi Pani z tym wszystkim zostawać sama. Jeśli ma Pani taką możliwość, warto poszukać kogoś, z kim może Pani bezpiecznie porozmawiać - psychologa, pedagoga szkolnego albo innej zaufanej osoby dorosłej. Czasem już samo bycie wysłuchaną robi ogromną różnicę.

Na ten moment najważniejsze jest chyba to, żeby nie była Pani z tym sama i żeby ktoś mógł zobaczyć i usłyszeć to, co Pani przeżywa, bo to naprawdę ma znaczenie.

Pozdrawiam,

Katarzyna Michalska

1 miesiąc temu

Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?

Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!

Magdalena Borkowska

Magdalena Borkowska

Pani Lily,

Musi Pani odczuwać potworną pustkę, którą czuje Pani, że nie da się niestety niczym innym wypełnić. I w Pani wypowiedzi czuję, że chciałaby Pani czuć się po prostu chciana i akceptowana. Czyli kochana. A przez to, że tej miłości Pani nie odczuwa, to pojawia się ta pustka... uświadomienie sobie tego uczucia można porównać do przeżywania żałoby. Przeżywa ją Pani, bo uświadomiła sobie Pani, jak bardzo brakuje Pani miłości. Zgaduję też, że mimo tego, że lubi Pani być samotna, to również brakuje Pani po prostu kogoś bliskiego z kim naprawdę można by było poczuć się sobą. I do tego czuć, że Wam na sobie wzajemnie bardzo zależy. 

Gdyby myślała Pani o wsparciu specjalisty, to proces tej żałoby mógłby stać się bardziej znośny. Bo wyobrażam sobie, że najgorsze w tym czasie jest utknięcie w tym uczuciu pustki... i to z poczuciem bycia samej, choć może mieć Pani ludzi wokoło. Musi Pani naprawdę cierpieć. 

Pozdrawiam Panią bardzo ciepło i życzę, by udało się otworzyć na relację (z kimś kogo pani zna, kimś nowym albo specjalistą), aby mogło być Pani trochę lżej.

Magdalena Borkowska

1 miesiąc temu
Agnieszka Włoszycka

Agnieszka Włoszycka

Dzień dobry,

 

Moim zdaniem niesie Pani w sobie bardzo dużo bólu związanego z brakiem miłości i bycia widzianą i to naprawdę może wracać ze zdwojoną siłą w trudniejszych momentach. To, że pojawia się żal, zazdrość czy poczucie bycia „inną”, jest bardzo ludzką reakcją na to, czego Pani nie dostała, a potrzebowała. Brzmi też tak, jakby przez lata ktoś decydował za Panią, zamiast Panią słuchać, dlatego dziś tak ważne staje się prawo do własnych wyborów, nawet jeśli innym się to nie podoba (jak w kwestii kościoła czy wyglądu). Uważam, że to nie czyni Pani „czarną owcą”, tylko osobą, która próbuje być sobą w trudnym środowisku.

Samotność, którą Pani wybiera, może być jednocześnie schronieniem i sygnałem, jak bardzo brakuje bezpiecznej bliskości a utrata przyjaciółki dodatkowo to pogłębia.

Sądzę, że najważniejsze teraz to nie dokładać sobie kolejnej warstwy krytyki („jestem dziwna”), tylko zacząć budować choć odrobinę łagodniejszą relację ze sobą taką, jakiej nie było wokół. I krok po kroku szukać ludzi, przy których można być sobą bez ocen. Ma Pani prawo do swoich uczuć i naprawdę zasługuje Pani na relacje, w których jest miejsce na ciepło, wybór i bycie sobą.

 

Z pozdrowieniami,

Agnieszka Włoszycka

1 miesiąc temu
Alicja Byszewska

Alicja Byszewska

To, co Pani czuje - żal, osamotnienie i zmęczenie - to normalna reakcja na nienormalną sytuację. Nie jest Pani „dziwna”, tylko próbuje przetrwać w domu, w którym brakuje wsparcia i akceptacji.

Prawdopodobnie doświadcza Pani żałoby po relacji: Ma Pani prawo czuć smutek, że nie ma z matką takiej więzi, jak inni, chociaż paradoksalnie wiele osób nie ma takiej dobrej więzi o jakiej marzy albo słyszy. Opłakuje potrzebę bezpieczeństwa, której ona nie zaspokaja tak jak Pani potrzebuje.

Pani wybory (kolor włosów, brak udziału w praktykach religijnych) to Pani granice. Rodzina próbuje je naruszyć, ale ma Pani prawo decydować o sobie. Rola „Czarnej Owcy” często staje się nią osoba, która jako jedyna w rodzinie ma odwagę być autentyczna i nie zgadza się na krzywdzące zasady. To naturalne, że wybiera Pani spokój w samotności zamiast krzyku i surowości, które spotykają ze strony bliskich.

 

Pani rodzina ma swoje ograniczenia, ale one nie definiują Pani wartości. Obecny stan to etap przejściowy - z czasem zbuduje Pani własną, „wybraną” rodzinę opartą na szacunku, a nie na przymusie. Warto również sięgnąć po wsparcie terapeutyczne w celu poukładania emocji, wzmocnienia poczucie własnej wartości i nauczania stawania granic w toksycznej relacji z rodziną.

Jeśli jest Pani w szkole, można zacząć od rozmowy z psychologiem szkolnym lub pedagogiem. Istnieją też darmowe telefony zaufania (np. 116 123 dla dorosłych lub 116 111 dla dzieci i młodzieży), gdzie może Pani zostać wysłuchana bez oceniania. Jeśli jest możliwość to poszukać tez wsparcia długoterminowego.

1 miesiąc temu
Bożena Nagórska

Bożena Nagórska

Dzień dobry

Poczucie wyobcowania, którego Pani doświadcza, jest naturalną reakcją na dorastanie w chłodnym, kontrolującym środowisku, gdzie zamiast wsparcia dominowały krzyk i narzucanie cudzej woli. Żal, który pojawia się przy porównywaniu swojej sytuacji do relacji znajomych, to forma żałoby po miłości, której nigdy Pani nie otrzymała, a która jest podstawową potrzebą każdego człowieka. Rodzinne komentarze dotyczące wyglądu, wiary czy wyboru szkoły to nic innego jak próba stłamszenia Pani autonomii, dlatego bycie „czarną owcą” w takim systemie jest paradoksalnie dowodem na to, że walczy Pani o swoją autentyczność i prawo do stanowienia o sobie. Warto przestać oceniać swój „dołek” jako słabość i spojrzeć na niego jak na sygnał, że czas zacząć budować własne życie w oparciu o wybrane przez siebie wartości, a nie o nierealne oczekiwania rodziny. Samotność, którą Pani lubi, może być bezpiecznym azylem, ale docelowo warto szukać relacji poza kręgiem rodzinnym, gdzie Pani inność zostanie uznana za atut, a nie za powód do krytyki. Skoro rodzina nie oferuje wsparcia, najważniejszą rzeczą jest teraz stanie się najlepszą opiekunką dla samej siebie i wyznaczenie twardych granic wobec osób, które zamiast kochać, próbują Panią kontrolować.

Wszystkiego dobrego

Bożena Nagórska

1 miesiąc temu
Joanna Cichosz

Joanna Cichosz

Dzień dobry,

Dorastanie w miejscu, w którym brakuje ciepła, wsparcia i akceptacji to trudne i bolesne doświadczenie. Dlatego teraz w trudniejszym dla Pani czasie, ten brak miłości jest bardziej odczuwalny. Poczucie bycia „inną” czy „czarną owcą” może pojawić się w rodzinach, w których nie ma przestrzeni na bycie sobą. To nie oznacza, że jest z Panią coś nie tak, po prostu nie miała Pani warunków, żeby być przyjętą taką, jaka Pani jest. Sporo decyzji było podejmowanych za Panią, za to mało było miejsca na Pani potrzeby (np. szkoła, wygląd, przekonania religijne). W takiej sytuacji to naturalne, że może się pojawić frustracja, żal i dystans wobec rodziny. Jednocześnie ważne, żeby spróbować oddzielić to, czego Pani nie dostała od bliskich, od tego, co może Pani budować dla siebie teraz. Relacje oparte na zrozumieniu i akceptacji można tworzyć także poza rodziną, choć po takich doświadczeniach może być nieco to trudniejsze i wymagające czasu. Pomocna może być wtedy rozmowa ze specjalistą, który wsparłby Panią w tym procesie.
Pozdrawiam serdecznie
Joanna Cichosz

1 miesiąc temu

Zobacz podobne

Wycieńczenie w związku z długami i brakiem bezpieczeństwa emocjonalnego
Piszę ten tekst, ponieważ od dłuższego czasu czuję się skrajnie wyczerpana psychicznie i emocjonalnie. Jestem zagubiona i nie wiem już, co w mojej sytuacji jest normalne, a co przekracza moje granice. Potrzebuję obiektywnej, zewnętrznej perspektywy i pomocy. Od kilku lat żyję w małżeństwie, które zamiast dawać mi poczucie bezpieczeństwa i stabilności, generuje coraz większy lęk, stres i poczucie utknięcia. Mój mąż ma około 40 tysięcy funtów długu na kartach kredytowych. Nie są to zobowiązania związane z domem czy realnym majątkiem, ale długi konsumpcyjne. O zadłużeniu wiedziałam jeszcze przed zaręczynami – było ono wtedy znacznie mniejsze i miało być systematycznie spłacane. Minęły cztery lata, a dług zamiast się zmniejszyć, wzrósł. Co roku słyszę, że „to już ostatni rok” i że „teraz będzie plan”, jednak ja od dawna nie mam już poczucia bezpieczeństwa ani zaufania, że ta sytuacja realnie się zakończy. Mój mąż pracuje na kontrakcie, co wiąże się z dużą niepewnością finansową. Zdarzyło się, że źle wyliczył podatek i musiał dopłacać, co ponownie zostało pokryte kartami kredytowymi. To powoduje u mnie stałe napięcie i lęk o przyszłość. Nie potrafię planować życia ani myśleć długoterminowo, bo ciągle boję się, że pojawi się kolejny problem finansowy. Dodatkowo mąż ma problemy zdrowotne (żołądek, zatoki, anemia), które wpływają na nasze codzienne funkcjonowanie. Jego dieta jest bardzo restrykcyjna i kosztowna. Wiele zwykłych aktywności jest niemożliwych: nie chodzimy na spacery, bo wiatr pogarsza jego zatoki, nie możemy razem napić się kawy, nie podróżujemy, bo każdy wyjazd wydłuża spłatę długów. Jeśli gdziekolwiek wychodzimy lub wyjeżdżamy, zazwyczaj płacę za to sama, ponieważ boję się, że jakiekolwiek jego wydatki tylko pogłębią zadłużenie. Od kilku lat nasze życie jest bardzo ograniczone. Nie ma randek, spontaniczności ani inicjatywy z jego strony. Żyjemy bardziej jak współlokatorzy niż partnerzy. Wszystko jest „odłożone” do momentu spłaty długów. Na początku związku było inaczej, były wyjazdy, restauracje, wspólne podróże. Dopiero z czasem zrozumiałam, że to życie było finansowane kartami kredytowymi. Dziś czuję, że ponoszę konsekwencje tamtych decyzji, mimo że formalnie dług nie jest mój. Nie czuję się bezpiecznie ani stabilnie. Od lat funkcjonuję w ciągłym stresie. Mam objawy somatyczne: ścisk w żołądku, silne lęki, smutek, poczucie bezsensu i rezygnacji. Od około pięciu lat wypadają mi włosy, mam problemy hormonalne (podwyższona prolaktyna, zaburzenia tarczycy). Gdy przebywam w Polsce, a mąż zostaje w Anglii, na samą myśl powrotu pojawia się u mnie silny stres i stany depresyjne. Bardzo istotnym elementem tej relacji jest sposób, w jaki reaguje on na moje emocje. Gdy próbuję mówić o swoich lękach, niepewności czy obawach dotyczących przyszłości, mąż odbiera to jako brak zaufania wobec niego. W odpowiedzi często słyszę, że jeśli mu nie ufam, to „nie ma sensu być w takim związku”. To sprawia, że zaczęłam bać się wyrażać swoje uczucia. Każda próba rozmowy kończy się u mnie lękiem, że on odejdzie. Z czasem nauczyłam się tłumić swoje emocje i potrzeby, aby nie doprowadzać do konfliktu ani groźby rozstania. Czuję się przez to coraz bardziej samotna i zamknięta w sobie. W tej relacji coraz częściej funkcjonuję w roli osoby silniejszej – jakbym to ja musiała wszystko dźwigać, rozumieć, ratować i wspierać. Czasami czuję się bardziej jak matka niż partnerka. Brakuje mi poczucia wspólnego kierunku, partnerstwa i bycia prowadzoną przez stabilnego, odpowiedzialnego mężczyznę. Moje trudności z poczuciem bezpieczeństwa są dodatkowo związane z moją historią rodzinną. Moja mama rozstała się z moim ojcem z powodu jego nieodpowiedzialności finansowej i została sama z małym dzieckiem, którym byłam ja. Przez całe dzieciństwo byłam dzieckiem czekającym na ojca, który odwiedzał mnie raz w roku. Mój ojczym również nie był osobą wspierającą mnie emocjonalnie w okresie dorastania. Nie miałam w życiu stabilnego wzorca mężczyzny. Mama zawsze powtarzała mi, że muszę być niezależna, a stabilność finansowa jest bardzo ważna. Dlatego bezpieczeństwo i przewidywalność są dla mnie kluczowymi wartościami. Boję się założyć rodzinę w obecnej sytuacji, ponieważ przeraża mnie myśl, że mogłabym powtórzyć historię mojej mamy – zostać sama z dzieckiem i bez poczucia oparcia. Jednocześnie słyszę od bliskich, że mój mąż jest „dobrym człowiekiem”: spokojnym, miłym, niepijącym, niepalącym. To sprawia, że zaczynam podważać własne odczucia i zastanawiać się, czy powinnam być bardziej wdzięczna i zostać, skoro „nie jest zły”. Jednak mimo tego wszystkiego nie przestaję czuć braku bezpieczeństwa i narastającego lęku, że marnuję swoje najlepsze lata na czekanie na życie, które może nigdy się nie wydarzyć. Ślub odbył się wyłącznie formalnie – bez rodziny i bliskich – ponieważ nie było nas stać nawet na zaproszenie mojej babci, co było dla mnie bardzo bolesne. Często się przeprowadzamy, nie mamy stałego miejsca do życia. Czuję się wykorzeniona – językowo, kulturowo i emocjonalnie. Rozmawiamy po angielsku, który nie jest moim językiem ojczystym, co dodatkowo utrudnia mi wyrażanie emocji i potrzeb. Piszę ten tekst, ponieważ czuję, że jestem na granicy swoich sił. Z jednej strony widzę, że mój mąż nie jest złym człowiekiem, z drugiej – moje ciało i psychika od lat wysyłają sygnały, że ta relacja mnie niszczy. Nie wiem już, co jest normalne, a co nie. Wiem tylko, że czuję się uwięziona, wyczerpana i coraz bardziej oddalona od życia, jakie chciałam mieć. Czy mogłabym uzyskać neutralną opinię co warto by było zrobić w takiej sytuacji? Przemyślenia, wsparcie. Mam wrażenie, że tak jestem w tym problemie już zamieszana w swoich myślach, że nie wiem co jest właściwe, a co nie. Czy to ja jestem problemem, nie będąc wyrozumiała, czy może jest inaczej... Będę wdzięczna za pomoc w ocenie tej sytuacji. :(
Trudności z opanowaniem złości i agresywne myśli w wieku dojrzewania
Witam, Zaczęłam zastanawiać się nad moją trudnością z opanowaniem złości do tego stopnia, że czasem krzywdziłam moich przyjaciół fizycznie. Mam tak od dziecka. Ciągłe wychuchy złości a czasem nawet (lekkiej?) agresji. Zdarzały się sytuacje gdzie wybuchałam i nieraz wykręcałam ręce moim przyjaciołom lub robiłam coś aby sprawić im ból fizyczny, ale nie wychodziło to za obczszar sytuacji, którą opisałam. Nie biłam nikogo. Raz zdarzyła się sytuacja gdzie uderzyłam z pięści mojego znajomego z plecy, nawet nie pamiętam z jakiego powodu, ale od tamtego momentu nigdy już tego nie zrobiłam. Zdarzyło mi się 2 razy podnieść nóż na moją mamę ale nic jej nie zrobiłam. Potrafiłam wybuchnąć tak, że czasami mówiłam bardzo złe rzeczy, źle komuś życzyłam. Teraz tą agresję opanowałam i potrafię to jako tako kontrolować. Ale niekontrolowana złość jest ze mną nadal. Podczas kiedy czuję w sobie złość mam myśli aby zrobić osobie wielką krzywdę. Te myśli są szczegółowe, np. w jaki sposób kogoś bym skrzywdziła, w jakim miejscu bym to zrobiła. Te myśli są bardzo agresywne. Jako dziewczyna w wieku 10 do 15 lat chodziłam do pani psycholog. Mówiła mi to, że jest to okres dojrzewania. Ale ja nie brałam tego do siebie, irytowalam się za każdym razem, gdy mi to mówiła bo nigdy nie twierdziłam, że to jest okres dojrzewania i że ma się takie myśli i zachowania przez te lata. Teraz mam 18 lat, nadal dojrzewam, ale nadal uważam, że moja była psycholog myliła się co do tego.
Jak zmienić podejście do pracy, której nie lubię i czuję się zmęczona?
Mam problem z pracą i z podejściem do pracy. Odkąd pamiętam, nie przejewiałam zbytniego zainteresowania kontaktami z innymi ludzmi. Sama uważam siebie za osobę mało komunikatywną. Przez to, prace które wymagały bliskiego kontaktu z innymi ludzmi, uważam że nie były dla mnie. Pracuję fizycznie w fabryce na linii produkcyjnej, cay dzień na nogach. Nie znoszę tej pracy, a wręcz bywa ze jej nie nawidzę, uważam ze chodzę tam z przymusu bo potrzebuję pieniedzy. Chciałabym z tamtąd odejść i już nigdzie nie pracować. Dla mnie chodzenie do pracy to niewolnictwo, uwiąznie jak pies na krótkim łańcuchu. Tak mam w pracy, linia jedzie cały czas i do żeby iść do toaalety to trzeba nadrabiać do przodu. Jak zmienić swoje podejscie do pracy, skoro od wielu już lat uważam ją za zło konieczne i marnowanie 10 godzin dzienie z dojazdami? Nie mam jakiegoś konkretnego wykształcenia, żeby odejsć do jakieś lepszej pracy. Czuję się cały czas zmęczona i senna, nie mam ochoty na nic i chętnie przeleżałbym w łóżu cały dzień.
Od lat borykam się z apatią. Nie mam planów na siebie. Na swoje życie. Na jutrzejszy dzień. Nawet na dzisiejszy. Stałą pracę zaczęłam na początku stycznia - od tego czasu miałam tylko 1 dzień "wolny" - ze względu na przeprowadzkę do kawalerki. Nie umiem przestać pracować. Mam wtedy poczucie straty pieniędzy, czasu. Liceum skończyłam w kwietniu ubiegłego roku. W tym czasie mieszkałam u rodziców. Od maja aż do września wyszłam z domu - dosłownie z domu, choćby do psa - jakieś 3 razy. Nigdzie indziej. Potrafiłam całymi dniami spać, marnować czas. Nie mam ambicji, planów na siebie, a mój stan apatii utrzymuje się ze mną aż od czasów gimnazjalnych. Do tego chroniczny smutek i żal wynikający właśnie z tego braku pomysłu, planu. Nie mam znajomych, przyjaciół, kolegów nawet. Nie przesadzam. Mój Messenger jest używany tylko do komunikacji z mamą, a aplikacja od SMS tylko do zaoytan do klientów. Nikogo z rodziny nie kojarzę. Sióstr, kuzynów, wujków, dziadków nie mam. Jestem adoptowana, może dlatego nie znam nikogo. Nigdzie nie wychodzę. Nie chcę. Nie czuję potrzeby. Nie umiem. A jednocześnie przygnębia mnie to, że nie chcę i nie czuję potrzeby. Jestem aseksualna. Chyba. I aromatyczna. Chyba. Te samodiagnozy nie są najlepsze. Ale tak czuję od lat. I to też mnie boli. Czuję się wybrakowana. Chciałabym czuć cokolwiek. A jedyne co czuję, to wypalenie, smutek i bezsens wszystkiego. Nie mam celu. Najchętniej skinczylabym to wszystko. Ale w sumie po co? Nikomu nie wadzę w życiu, bo nikogo nie mam. Dużo razy w poprzednich latach pisałam długie wypociny na temat tego, co jest nie tak. Kilka razy dłuższe niż ten wpis, który obecnie czytasz. Wszyscy kierują do psychologów, psychiatrów, seksuologów. A mnie na to nie stać. Nie stać mnie, żeby odłożyć sobie chociaż 200 zł na poczet mojego zdrowia psychicznego. Czuję się żałośnie. Nie lubię się użalać. Nie robię tego. Mam nadzieję. Po prostu wiem, że nikt by nawet nie zauważył, że mnie nie ma. Że zniknęłam. Z rodzicami też nie mam super więzi, tolerujemy się. Cóż. Niby umrzeć byłoby szybciej, ale skoro moje życie to nędzna wegetacja, wychodzę z założenia, że mogę się przemęczyć jeszcze trochę. Ale z drugiej strony... Po co? Jestem zmęczona tą nicością.
Synrom Piotrusia Pana - jak mogę się uwolnić?
Dzień dobry. Chyba jestem jak Piotruś Pan. Potrzebuję porady, jak się zmienić i przełamać w sobie lęk i niechęć do wejścia w dorosłość i do wyjścia z pod skrzydeł rodziny oraz przyjemnego środowiska. Lubię pochlebstwa psychologów itp., ale wiem, że nie mogę ich słuchać. Trzeba się zmienić. Chce jak najkrócej mieszkać samemu bez rodziców. Tracę z 20pkt IQ, gdy muszę wykonać czynności, które sprawią, że poczuje się lepiej. Długo zajmuje mi wybranie się i umówienie do lekarza (zazwyczaj szybko odpuszczam i się nie umawiam). Potrzebuję aprobaty mamy w ubraniach i pakowaniu się. Nie mam ambicji i zainteresowań(trochę chyba stłumilem te drugie). Mam 20 lat- Syndrom Piotrusia Pana. Dodatkowo często mówię sekrety lub informacje, których miałem/mam nie mówić. Zwłaszcza mówię je ludziom, których mało znam. Często o nich opowiadam, gdy sekret kojarzy mi się z tematem, który znam i robię coś przy okazji. Mówię wtedy wielkie głupoty. Natomiast rodzinie i bliskim często nie mówię najważniejszych informacji, kluczowych dla nas. Potrzebuję pomocy, jak mogę nauczyć się żebym mówił ważne informacje swojej rodzinie, a sekrety mówił tylko osobą bardzo bliskim.
toksyczny związek

Toksyczny związek – jak go rozpoznać i zakończyć?

Czy zastanawiasz się, czy Twój związek jest zdrowy? Nie każda trudność jest toksyczna, ale jeśli czujesz lęk, winę, wątpisz w siebie, boisz się mówić, co myślisz – warto się zatrzymać. Tutaj dowiesz się, jak rozpoznać toksyczny związek i jak go zakończyć.