Dzień dobry,
to sprawa bardzo indywidualna. Z perspektywy medycznej czy psychiatrycznej – jeśli remisja trwa wystarczająco długo i nie spełnia się już kryteriów rozpoznania, można mówić o wyleczeniu.
W myśleniu psychologicznym i osobistym to jednak często bardziej złożone. To, jak ktoś rozumie „wyleczenie”, „wygraną” czy „wyjście z PTSD”, zależy od jego własnej historii, doświadczenia terapii i tego, co oznacza dla niego zdrowienie - od własnej, indywidualnej narracji. Dla jednej osoby będzie to moment, w którym objawy ustąpiły i można żyć pełniej; dla innej będzie to proces, który trwa, ale nie dominuje już życia.
Warto też pamiętać, że język, którym opisujemy rzeczywistość i własne doświadczenia ma dużą siłę. W literaturze psychologicznej dotyczącej traumy coraz częściej podkreśla się znaczenie zmiany narracji – na przykład od określenia „ofiara” (victim) do „ocalały/a” (survivor), a w dalszym etapie – do „osoby, która przetrwała i odbudowała swoje życie” (thriver). To podkreśla nie tylko brak objawów, ale też odzyskanie sprawczości i sensu po doświadczonej traumie.
Myślę, że jak najbardziej można czuć dumę z drogi, którą się przeszło, i z pracy, jaką się włożyło w zdrowienie. PTSD to zaburzenie, które często dotyczy bardzo głębokich, bolesnych doświadczeń, dlatego „walka” z nim bywa szczególnie trudna – wymaga odwagi, konfrontacji z lękiem i bezradnością, a także zaufania drugiemu człowiekowi w terapii.
To, że ktoś przez dłuższy czas funkcjonuje bez objawów, jest dużym osiągnięciem. I niezależnie od tego, jak się to nazwie (wygraną, wyleczeniem czy po prostu zmianą) warto to docenić.
Pozdrawiam
Urszula Żachowska