Anna Tomczyk
Dzień dobry, bardzo dziękuje za pytanie. Krótko odpowiadając: Nie, nie jest Pani przewrażliwiona. To, co Pani opisuje, nie wygląda na „po prostu surowe wychowanie”, tylko na powtarzający się wzorzec zachowań, które przekraczają granice – zarówno emocjonalne, jak i momentami fizyczne.
W tych sytuacjach widać krzyk, upokarzanie, zawstydzanie dzieci, a także działania siłowe (ściąganie z krzesła, chwytanie za kark). Do tego dochodzi mówienie rzeczy raniących („nie pokazuj się na oczy”, wyzwiska), wzbudzanie lęku zamiast uczenia oraz wciąganie dzieci w konflikty dorosłych. To nie jest zdrowa „surowość”, tylko zachowania, które można nazwać przemocą emocjonalną, a miejscami również fizyczną.
Niepokojące jest też przekonanie Pani męża, że „szacunek to posłuszeństwo”. W rzeczywistości szacunek oznacza uznanie drugiej osoby i jej granic, a nie bezwzględne podporządkowanie. Wychowanie oparte na strachu i presji może prowadzić u dzieci do lęku, niskiego poczucia własnej wartości albo wycofania.
Pani reakcje są naturalne i adekwatne – widzi Pani, że dzieci cierpią i próbuje je chronić. To ważne. Już teraz widać, że dziewczynki reagują silnymi emocjami, płaczem, napięciem, a starsza córka zaczyna być wciągana w rolę powierniczki, co jest dla niej zbyt dużym obciążeniem.
Na ten moment najważniejsze wydają się trzy rzeczy: po pierwsze – nazwać sobie jasno, że to nie jest „Pani nadwrażliwość”, tylko realny problem; po drugie – zadbać o bezpieczeństwo emocjonalne dzieci i reagować, kiedy granice są przekraczane; po trzecie – poszukać wsparcia dla siebie, np. u psychologa, psychoterapeuty, żeby Pani nie była z tym sama i mogła spokojnie poukładać, co dalej, zrozumieć jak Pani zdaniem powinien wyglądać "bezpieczny dom".
To trudna sytuacja, ale Pani intuicja działa prawidłowo. Jeśli coś w Pani mówi, że „to nie jest w porządku”, to warto tego głosu nie ignorować.
Pozdrawiam, Anna Tomczyk
Psychoterapeutka
















