
Czy surowe wychowanie męża to już przemoc wobec dzieci?
Anonimowo
Anna Tomczyk
Dzień dobry, bardzo dziękuje za pytanie. Krótko odpowiadając: Nie, nie jest Pani przewrażliwiona. To, co Pani opisuje, nie wygląda na „po prostu surowe wychowanie”, tylko na powtarzający się wzorzec zachowań, które przekraczają granice – zarówno emocjonalne, jak i momentami fizyczne.
W tych sytuacjach widać krzyk, upokarzanie, zawstydzanie dzieci, a także działania siłowe (ściąganie z krzesła, chwytanie za kark). Do tego dochodzi mówienie rzeczy raniących („nie pokazuj się na oczy”, wyzwiska), wzbudzanie lęku zamiast uczenia oraz wciąganie dzieci w konflikty dorosłych. To nie jest zdrowa „surowość”, tylko zachowania, które można nazwać przemocą emocjonalną, a miejscami również fizyczną.
Niepokojące jest też przekonanie Pani męża, że „szacunek to posłuszeństwo”. W rzeczywistości szacunek oznacza uznanie drugiej osoby i jej granic, a nie bezwzględne podporządkowanie. Wychowanie oparte na strachu i presji może prowadzić u dzieci do lęku, niskiego poczucia własnej wartości albo wycofania.
Pani reakcje są naturalne i adekwatne – widzi Pani, że dzieci cierpią i próbuje je chronić. To ważne. Już teraz widać, że dziewczynki reagują silnymi emocjami, płaczem, napięciem, a starsza córka zaczyna być wciągana w rolę powierniczki, co jest dla niej zbyt dużym obciążeniem.
Na ten moment najważniejsze wydają się trzy rzeczy: po pierwsze – nazwać sobie jasno, że to nie jest „Pani nadwrażliwość”, tylko realny problem; po drugie – zadbać o bezpieczeństwo emocjonalne dzieci i reagować, kiedy granice są przekraczane; po trzecie – poszukać wsparcia dla siebie, np. u psychologa, psychoterapeuty, żeby Pani nie była z tym sama i mogła spokojnie poukładać, co dalej, zrozumieć jak Pani zdaniem powinien wyglądać "bezpieczny dom".
To trudna sytuacja, ale Pani intuicja działa prawidłowo. Jeśli coś w Pani mówi, że „to nie jest w porządku”, to warto tego głosu nie ignorować.
Pozdrawiam, Anna Tomczyk
Psychoterapeutka
Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?
Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!
Piotr Ziomber
Dzień dobry!
Dziękuję, że zaufałaś mi na tyle, by opisać te trudne sytuacje i to musiało być dla Ciebie wyczerpujące. Widzę, jak bardzo Cię to niepokoi i jak starasz się chronić córki. Nie jesteś przewrażliwiona; Twoje obawy są uzasadnione. Przeanalizujmy to krok po kroku, opierając się na tym, co opisałaś, i na wiedzy o zdrowym wychowaniu i granicach przemocy. To nie jest "surowe wychowanie", to emocjonalna przemoc gdyż surowe wychowanie może oznaczać konsekwentne zasady i dyscyplinę (np. jasne reguły z logicznymi konsekwencjami), ale granica z przemocą pojawia się, gdy reakcje są nieproporcjonalne, pełne gniewu i krzyku, a zwłaszcza gdy fizycznie dotykasz dziecka w złości. Oto kluczowe czerwone flagi z Twoich przykładów:
Krzyk i wrzaski na publiczności (np. podwórko, przy aucie) są niedopuszczalne. To upokarza dziecko publicznie, budując wstyd zamiast nauki. Fizyczne interwencje (ściąganie z krzesła, chwyt za kark i pchanie): Nawet "lekko" to forma agresji fizycznej kiedy dziecko czuje się zagrożone, co niszczy zaufanie.
Dzieci nie powinny być świadkami lub stronnikami dorosłych konfliktów; to obciąża je psychicznie. Szacunek buduje się na wzajemności i empatii, nie na strachu. Metoda "kija i marchewki" (kara-nagroda) jest przestarzała i może prowadzić do lęku, a nie do wewnętrznej motywacji. Te zachowania powtarzają się co tydzień, co wskazuje na wzorzec, a nie incydenty. Efekt na córkach? Płacz, roztrzęsienie, unikanie taty to sygnały traumy, nie "twardego charakteru". W tradycyjnych modelach rodziny (np. patriarchalnych) ojciec bywał autorytetem, ale dziś psycholodzy (np. Amerykańska Akademia Pediatrii) podkreślają, że zdrowa dyscyplina to pozytywne wzmocnienie i empatia, nie krzyk czy siła. Twój mąż miesza dyscyplinę z kontrolą emocjonalną i jest to bliższe toksycznej dynamice niż wychowaniu. Ty nie jesteś "zbyt łagodna"; pomaganie 9- i 11-latkom (np. z zębami czy matmą) buduje ich pewność siebie, nie bezradność.
Przykład różnicy:
Co robić dalej?
Dokumentuj: Zapisuj daty, sytuacje i reakcje córek (np. w notatniku). To pomoże Ci widzieć wzorzec i ewentualnie terapeutom, prawnikom. Ustaw granice wspólnie: Powiedz spokojnie: "Nie zgadzam się na krzyk i dotykanie dzieci w złości. Razem znajdziemy inne sposoby". Jeśli eskaluje, wyjdź z pokoju z dziećmi. Polecam psychologa specjalizującego się w przemocy domowej (w Polsce: Niebieska Linia 800 120 002 darmowa, anonimowa lub terapia par np. via NFZ).
Dla Ciebie indywidualna terapia, by wzmocnić pewność siebie
Dla córek dziecięcy psycholog, by przetworzyć emocje. Jeśli fizyczna agresja się nasili, rozważ separację lub policję (art. 207 KK - przemoc domowa obejmuje psychiczną i fizyczną). Nie jesteś winna i to nie "Twoja wina" ani "wasza wspólna". Jesteś silną mamą, która chroni córki, i to właśnie buduje ich odporność. Jeśli układ był "stabilny" bez jego ingerencji, może warto wrócić do tego, dając dzieciom przestrzeń. Życzę wszystkiego dobrego
Piotr Ziomber psycholog
Kinga Osmulska
Dzień dobry,
to, co Pani opisuje, brzmi na bardzo trudne– szczególnie że dotyczy to Pani dzieci i powtarza się w codziennych sytuacjach. Nic dziwnego, że pojawia się niepokój i pytanie, czy to „normalne”, czy już przekracza granice.
Z Pani opisu wyłaniają się sytuacje, w których jest dużo napięcia, krzyku, zawstydzania, a momentami także przekraczania fizycznych granic dziecka. Dla dziecka takie doświadczenia mogą być bardzo obciążające emocjonalnie – niezależnie od tego, jak są nazywane.
Ważne jest też to, jak Pani reaguje – widać, że próbuje Pani chronić córki i stawiać granice. Jednocześnie może to być dla Pani bardzo wyczerpujące, kiedy sytuacje się powtarzają i nie przynoszą zmiany.
To, co Pani czuje – niepokój, sprzeciw, wątpliwości – jest istotne i warto je traktować poważnie.
To nie jest tylko kwestia „surowości”, ale tego, jak w tej relacji czują się dzieci i Pani.
Pozdrawiamy ,
Kinga Osmulska
Psycholog, Psychoterapeutka

Zobacz podobne
Witam. Opiszę swoją sytuację najlepiej jak umiem.
Mieszkamy z siostrą blisko siebie, nie odwiedzam jej zbyt często tak bez okazji, tylko wtedy kiedy trzeba lub mnie o to poprosi. Ma o to do mnie pretensję, a ja nie czuje potrzeby, by często ją odwiedzać. Zwyczajnie nie chce mi się do niej po prostu chodzić. Sama to stwierdziła, a ja przyznałam jej rację, bo tak jest.
Kiedy powiedziałam, że spróbuję zmienić swoje nawyki i odwiedzać ją częściej, spytałam ją czy możemy zacząć od początku, czy ma ochotę? Odpowiedziała, że już się przyzwyczaiła, że do niej nie przychodzę i żeby zostało tak jak jest. Czyli rzadkie odwiedzanie, jeśli mam odwiedzać ją na siłę. Powiedziałam do niej "ok. Próbowałam tylko później nie miej pretensji".
Ja nie rozumiem jej punktu widzenia, a ona mojego. Poza tym moja siostra nie rozumie też drugiej mojej sytuacji. Mianowicie sądzi, że nie mam dzieci, bo boje się życia. (Mam inny powód, dla którego nie posiadam dzieci). Ona wylicza mi swoje obowiązki pisząc "...życie się toczy". U mnie też toczy się życie o czym jej wspomniałam - tylko bez dzieci. Moja mama też twierdzi podobnie, zacytuje "bo ty nie masz żadnych obowiązków". Czy to, że nie posiadam dzieci jest równoznaczne z tym, że nie mogę mieć obowiązków i bez tego?
Nie mogę znieść myślenia mojej siostry, która przesiąkła schematem kobiety z ogromem obowiązków na głowie dziećmi i domem. Każda kobieta ma prawo żyć po swojemu czy to z dziećmi, czy bez nich. I to nie oznacza, że jest gorsza. Czy, że nie ma obowiązków.
Kiedyś wyniknęła między mną a siostrą rozmowa -wiesz co ja nie chcę mieć dzieci -dlaczego -ponieważ w rodzinie jest ryzyko Aspergera lub autyzmu. Od strony męża dzieciaki to mają, a i u nas jest ryzyko. Nie czuję się na siłach by się z tym mierzyć. Sądziłam, że trochę zrozumiała. Po czasie dowiedziałam się, że rozmawiała na mój temat z mamą, zanim ja zdążyłam mamie w ogóle o tym powiedzieć. Byłam zła, bo jak mogła nie zostawić tego tematu mi.
Uważam, że siostra jest toksyczną manipulatorką. Chce zrobić z siebie ofiarę mówiąc mi "kiedy mama pyta o ciebie, to uważasz, że mam jej nie opowiadać o tobie. Zastanów się". Tak brzmiała wiadomość. Nie zrozumiała, że to ona źle postąpiła - nie umie po prostu przyznawać się do błędów. Uważa, że to ona ma prawo pierwsza mówić o moich sprawach, nie pytając mnie o zdanie.
W dzieciństwie często się kłóciłyśmy, byłyśmy pełne nienawiści wobec siebie i toksycznych zachowań. Ja w swoim życiu chce otaczać się fajnymi szczerymi osobami, a moja rodzina mi tego po prostu nie daje.
Jakiś czas temu, miałam spotkanie z psychologiem dziecięcym w przedszkolu. Chciałabym zweryfikować parę informacji. Zostało mi zadane pytanie czy wiem jak są postrzegane moje dzieci. Zaznaczę, że jesteśmy rodziną wielodzietną. Powiedziałam, z uśmiechem na twarzy, że chętnie się dowiem. I usłyszałam JAK DZIECI ZANIEDBANE. To mocne słowa, dlatego zapytałam co się na to składa. I dostałam odpowiedź, oczywiście wszystko było mocno rozwinięte, ale ja to po prostu spisze: czasem przykrótkie spodnie, zdarzy się, że i syn ma dziurę na kolanie (ale takie spodnie sama też kupuję ze sklepu albo wyciera podczas zabawy na kolanach), rozczochrane włosy (też nie zawsze, córka czasem nie chce się rano czesać, zdaniem Pani psycholog córki kurtka nie nadaje się na zime(kurtka kupiona puchowa w Zarze na dziale z kurtkami zimowymi), czasem mąż spóźnił się i polityka tego przedszkola jest taka, że za każdą rozpoczętą godzinę ponad normę płaci się 50zł(bez jakiego potwierdzenia przyjęcia płatności). I tak to mniej więcej zostało nam przedstawione. Ja z mężem prowadzimy firmę eventową i ustaliliśmy, że on bierze w zimowym sezonie mniej zleceń, a w lecie odwrotnie i to mąż w zimę odbiera dzieci. Usłyszałam, że to mąż się bardziej stara, a ja nie, bo nie ma mnie codziennie w przedszkolu.

