Aplikacja TwójPsycholog — wsparcie, które masz zawsze pod ręką

📲 Pobierz aplikację i zadbaj o siebie na własnych zasadach

Dostępne w Google PlayPobierz w App Store
Left ArrowWstecz

Dlaczego tracę zainteresowanie w związkach i odpycham partnerów?

Witam Odkąd pamiętam moje relacje romantyczne zawsze wyglądały tak samo. Byłam w związku z chłopakiem/dziewczyną przez okres kilku miesięcy, a później traciłam zainteresowanie do mojego/mojej partnerki/partnera. Traciłam zainteresowanie osobą, emocjami i współżyciem. Po prostu przestawało obchodzić mnie wszystko o moich partnerach. Po jakimś czasie zaczęłam odpychać ich od siebie, a później zrywałam. Zawsze na początku nie wyobrażałam sobie być singielką, ale po jakimś czasie traciłam zainteresowanie bycia w związku i zrywałam. Od zawsze uważam, że nie nadaje się aby być z kimś w związku bo nie jestem typowo osobą stabilną emocjonalnie jeżeli chodzi o związki. Problem w tym, że nie wiem czemu po jakimś czasie zaczęłam odpychać moich partnerów od siebie i traciłam nimi zainteresowanie. Przestawało obchodzić mnie to co czują, ale z drugiej strony czułam, że jednak powinnam przy nich być. Być może to dlatego, że z każdym partnerem/partnerką z jaką byłam to były to osoby nie zbytnio stabilne emocjonalnie i psychicznie. Zawsze ich wspierałam mimo, że nie odczuwałam współczucia ani empatii bo nigdy tego nie odczuwałam. Ale czułam że muszę im pomóc i doradzić im, być przy nich, żeby nic sobie poważnego nie zrobili. Nie wiem z czego to może wynikać.
Bożena Nagórska

Bożena Nagórska

Dzień dobry.

Sytuacja, w której relacje kończą się po kilku miesiącach utratą zainteresowania, może być sygnałem, że Pani umysł wykształcił specyficzny mechanizm obronny, chroniący przed zbyt dużą bliskością. Częste wchodzenie w relacje z osobami niestabilnymi emocjonalnie, którym czuje Pani potrzebę pomagania mimo braku empatii, sugeruje, że nie szuka Pani partnerstwa, lecz pewnego rodzaju misji. W momencie, gdy poczucie obowiązku wspierania kogoś, by "nic sobie nie zrobił", staje się zbyt obciążające, Pani organizm reaguje odcięciem emocji i fizycznym odpychaniem drugiej osoby, co jest naturalnym sposobem na odzyskanie kontroli i wolności.

Warto zastanowić się, czy ta początkowa niechęć do bycia singlem nie wynika z lęku przed pustką, którą wypełnia Pani intensywnością cudzych problemów. Fakt, że jako psycholog zajmuje się Pani terapią CBT, może pomóc w chłodnej analizie tych wzorców i zrozumieniu, że pomaganie innym nie musi odbywać się kosztem Pani własnej stabilności emocjonalnej. To, co nazywa Pani "nienadawaniem się do związku", jest prawdopodobnie jedynie skutkiem wybierania osób wymagających ratunku, co na dłuższą metę wypala każdą fascynację.

Jest Pani wystarczająca bez konieczności bycia stałym oparciem dla osób w kryzysie i ma Pani prawo do relacji, która opiera się na wymianie, a nie tylko na doradzaniu i wspieraniu. Zrozumienie, że relacja nie musi być ciężarem ani misją ratunkową, może być kluczem do poczucia stabilizacji, której Pani szuka.

Wszystkiego dobrego

Bożena Nagórska

Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?

Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!

Katarzyna Drabik

Katarzyna Drabik

To, co Pani opisuje, nie musi oznaczać, że „nie nadaje się” Pani do relacji. Warto jednak zwrócić uwagę na pewien powtarzający się schemat: początkowo silna potrzeba bliskości i związku, a następnie stopniowe wycofywanie się emocjonalne, utrata zainteresowania i dystansowanie się od partnera.

Takie mechanizmy mogą mieć różne podłoże m.in. trudność z utrzymywaniem bliskości emocjonalnej, potrzebę autonomii, sposób regulowania emocji wyuczony w wcześniejszych relacjach czy wchodzenie w relacje bardziej z poczucia odpowiedzialności niż rzeczywistej więzi emocjonalnej. Zwraca uwagę także to, że często wybierała Pani osoby wymagające wsparcia, a relacja częściowo opierała się na pomaganiu i opiece.

To, że nie odczuwa Pani emocji czy empatii w taki sposób, jakiego się Pani spodziewa, również nie musi oznaczać „braku uczuć” bo ludzie bardzo różnie przeżywają i okazują emocjonalność.

Myślę, że byłby to wartościowy temat do spokojnego przyjrzenia się w terapii, szczególnie pod kątem schematów relacyjnych, sposobu budowania bliskości i własnych potrzeb w związku.

Gabriela Strzelec

Gabriela Strzelec

Dzień dobry Pani Martyno. Napisała Pani o bardzo ważnej sferze ludzkiego życia dotyczącej bliskości, relacji i poczucia bezpieczeństwa / stabilności. Czytając odniosłam wrażenie, że budzi ona w Pani różne trudne uczucia i myśli. Z tego czym się Pani podzieliła widać, że przejawia Pani ambiwalentny stosunek do potrzeby bliskości, pragnie jej i jednocześnie odrzuca.  Tak się często dzieje, gdy nasze doświadczenia związane z bliskością i relacjami były w jakiś stopniu dla nas niesatysfakcjonujące lub raniące. To może wywoływać u nas róże sprzeczne uczucia i pragnienia.  W takich sytuacjach pomocne bywa przyjrzenie się swoim pierwszym relacjom (z bliskimi czy pierwszym zauroczeniom) oraz aktualnym potrzebom kierującym ku wchodzeniu w relacje. 

Z treści Pani wpisu uderzyły mnie również negatywne przekonania na swój temat, potrzeba opieki nad innymi dochodząca do poziomu brania za nich odpowiedzialności (jeśli dobrze zrozumiałam Pani sława). To może utrudniać Pani codzienne funkcjonowanie i dostrzeganie swoich pragnień czy emocji. Pomocne może być zrozumienie jak powstały takie negatywne przekonania czy automatyzmy i jak sobie z nimi radzić. Pozdrawiam.

 

Agnieszka Włoszycka

Agnieszka Włoszycka

Dzień dobry Pani Martyno,

 

Czytając Pani wiadomość mam poczucie, że jest w Pani jednocześnie potrzeba bliskości i silna potrzeba dystansu. Na początku relacji pojawia się zaangażowanie, ciekawość i lęk przed samotnością, ale kiedy więź staje się bardziej emocjonalna i trwała: zaczyna Pani tracić zainteresowanie, wycofywać się i odcinać od uczuć i to często nie dzieje się „z braku serca” ale bywa sposobem psychiki na ochronę przed czymś trudnym.

Zwróciłam też uwagę, że pisze Pani o partnerach wymagających wsparcia emocjonalnego oraz o poczuciu odpowiedzialności za nich. Czasem człowiek wchodzi w relacje bardziej z pozycji „opieki” niż prawdziwej bliskości. Wtedy łatwo być potrzebnym, pomagać, doradzać ale trudniej naprawdę czuć więź, własną wrażliwość i emocjonalne zaangażowanie. Z czasem może pojawiać się zmęczenie, odcięcie i chęć ucieczki a to, że nie doświadcza Pani spontanicznie empatii czy współczucia, nie musi oznaczać, że jest Pani „zimna” czy niezdolna do relacji. Bardziej widzę trudność w głębszym kontakcie emocjonalnym: zarówno z innymi, jak i prawdopodobnie z samą sobą. Często ma to związek z wcześniejszymi doświadczeniami emocjonalnymi, stylem przywiązania albo tym, jak wyglądały relacje i bezpieczeństwo emocjonalne w domu rodzinnym. Myślę, że warto potraktować to nie jako „jest ze mną coś nie tak” ale jako sygnał, że pewne mechanizmy relacyjne powtarzają się i warto je lepiej zrozumieć. Terapia mogłaby pomóc Pani zobaczyć, czego naprawdę szuka Pani w bliskości, czego się obawia i dlaczego relacje po pewnym czasie zaczynają Panią emocjonalnie wyłączać.

 

Z pozdrowieniami,

Agnieszka Włoszycka

Piotr Ziomber

Piotr Ziomber

Dzień  dobry

 

 Doskonale opisała Pani wzorzec i chętnie pomogę zrozumieć możliwe przyczyny i co możesz zrobić dalej. Krótkie podsumowanie: Twoje relacje zaczynają się intensywnie, potem pojawia się utrata zainteresowania, obojętność wobec emocji partnera, odpychanie i rozstanie mimo że rozumowo czuje Pani, iż „powinna” być przy tej osobie. Poniżej wyjaśnienia najprawdopodobniejszych mechanizmów i praktyczne kroki do pracy nad tym (świadome, psychologiczne i terapeutyczne).

Możliwe przyczyny

Wzorzec przywiązania (unikający , lękowo-unikający) to taki, kiedy osoby z unikającym stylem przywiązania często idealizują początek związku, a gdy relacja staje się bliska i wymaga emocjonalnej intymności, odczuwają dyskomfort i oddalają się, tracąc zainteresowanie. Zmęczenie emocjonalne czy wypalenie relacyjne to takie, kiedy intensywne angażowanie się i jednoczesny brak odwzajemnionego bezpieczeństwa (lub partnerzy również emocjonalnie niestabilni) może prowadzić do wypalenia i znieczulenia emocjonalnego.

Brak empatii albo trudność w odczuwaniu empatii (aleksytymia, zaburzenia empatii)  opisuje Pani , że „nie odczuwała współczucia ani empatii”, ale jednocześnie czuła, że musi  pomagać, a to może wskazywać na rozdzielenie racjonalnej troski od rzeczywistego przeżywania uczuć. To zjawisko pojawia się u niektórych osób z problemami w rozpoznawaniu i przetwarzaniu własnych uczuć.  Utrata zainteresowania jako mechanizm obronny gdy odpychanie partnera może chronić przed zranieniem, zależnością albo powtarzającymi się wzorcami partnerów, którzy są emocjonalnie niestabilni; oddalenie zmniejsza ryzyko „wejścia w czyjeś dramaty”.

Na początku jest intensywna fascynacja, potrzeba bliskości i bycia potrzebną. Potem pojawiają się wymagania emocjonalne, partner ujawnia trudności, Pani zaczyna odczuwać dyskomfort i znużenie, bo bliskość wymaga od Pani czegoś, czego trudno jest dawać (emocjonalnego zaangażowania).

Na koniec Pani  odpycha, obniża się zainteresowanie, następuje rozstanie które  przynosi ulgę, ale też potwierdza przekonanie, że „nie nadaję  się do związku”.

Co możesz zrobić teraz ? 

Mapę wzorców czyli  zapisz przebieg kilku ostatnich związków  co się działo na początku, kiedy pojawiał się spadek zainteresowania, jakie były cechy partnerów. To ułatwi zauważenie powtarzających się wyzwalaczy.

Warto pracować nad rozpoznawaniem emocji (psychoterapia / terapia schematów / terapia EMDR jeśli jest trauma), sama terapia pomoże rozróżnić, czy przyczyną jest styl przywiązania, wypalenie, trauma z dzieciństwa czy inne zaburzenia emocjonalne.  Ćwiczenia zwiększające empatię i uważność: krótkie praktyki uważności i trening rozpoznawania uczuć (np. na poziomie ciała i myśli) pomagają zamienić „racjonalne pomaganie” w autentyczne współodczuwanie. Granice i tempo w relacjach: ćwicz powolne budowanie intymności (wolniej ujawniać siebie, obserwować reakcje), ustalanie granic i mówienie o swoich potrzebach zanim pojawi się znużenie. To zmniejsza ryzyko nagłego odpychania.  Jeśli partnerzy byli „niestabilni emocjonalnie”, zastanów się nad wzorcem wyboru partnerów wtedy terapia lub coaching może pomóc w wyborze osób bardziej bezpiecznych emocjonalnie.

Jeśli odczuwasz chroniczną obojętność, trudność w odczuwaniu emocji lub to wpływa znacząco na jakość życia i relacje wtedy  warto spotkać się z psychoterapeutą (najlepiej z doświadczeniem w terapiach przywiązania, terapii schematów lub terapii traumy). 

Joanna Cichosz

Joanna Cichosz

Dzień dobry,

To może być trudne i budzić niepokój, szczególnie jeśli ten schemat powtarza się w kolejnych relacjach. Warto jednak zauważyć, że sam fakt utraty zainteresowania po czasie nie oznacza automatycznie, że „nie nadaje się Pani do związku”. Często większe znaczenie ma to, co dzieje się w relacji po etapie początkowego zaangażowania i intensywnych emocji. Wygląda na to, że w Pani relacjach wchodziła Pani w rolę osoby wspierającej, opiekującej się drugą osobą i biorącej odpowiedzialność za jej samopoczucie psychiczne. Być może relacja bardziej opierała się na poczuciu obowiązku czy potrzebie „ratowania” partnera/partnerki niż na bliskości emocjonalnej i wzajemności. W takich sytuacjach po czasie może pojawiać się zmęczenie lub wycofanie emocjonalne. To, że nie odczuwała Pani empatii w taki sposób, jak Pani oczekiwała nie oznacza automatycznie, że jej Pani nie ma. Samo pozostawanie przy kimś, wspieranie go i troska o jego bezpieczeństwo również są pewną formą reagowania na drugiego człowieka. Myślę, że pomocne mogłoby być przyjrzenie się ze specjalistą temu, jak wyglądały Pani wcześniejsze doświadczenia relacyjne i czego właściwie szuka Pani w bliskości z drugą osobą.

 

Pozdrawiam serdecznie

Joanna Cichosz

komunikacja w zwiazku

Darmowy test na jakość komunikacji w związku

Zobacz podobne

Jak ocenić czy nie mam zaburzeń osobowości i wykonać odpowiedni test?
Dzień dobry, jak sprawdzić czy ocenić, że na pewno nie ma się 3 osobowości? Jaki test wykonać
Jak zaufać psychoterapeutom z BPD i CPTSD? Frustracja z powodu braku postępów
Jak mam zaufać specjalistom ? Byłam na 3 terapiach i (a w ogóle 5 psychoterapeutów ) jedyne co mi to dało to samoświadomość i nauczenie się odróżniać „złe” myśli od „dobrych”. Za chwilę będę psychologiem ale przestałam wierzyć że każdy dojdzie do dobrego funkcjonowania po terapii. Mam zdiagnozowane bpd i prawdopodobnie c-ptsd. Ciągle miewam nawroty epizodów depresji i z każdym kolejnym są silniejsze. Leczę się od 16 r.ż a mam 25 lat. Nie daję już rady, nie chce iść znowu do kolejnego terapeuty i opowiadać historii życia bo ile razy można, wystarczy że męczą mnie koszmary i flashbacki, a dodatkowo to kosztuje dużo pieniędzy i jest możliwość że nic to nie da :) myślę że jestem tą osobą której już się nie da więcej pomóc bo ja naprawdę wiem co z czego wynika czemu to i tamto. Niedawno udało mi się ogarnąć ( i to sama)nadmierną analizę bo też się mega męczyłam. Wiem też jaki powinien być terapeuta i na jakie red flagi zwracać uwagę
Czy to zaburzenia osobowości? - przemoc w dzieciństwie, ogromna potrzeba współczucia i związane z tym zachowania
Zaburzenia osobowości? Nie rozumiem swojego zachowania i nienawidzę siebie za nie, ale nie potrafię zmienić. Najprościej rzecz ujmując, chcę od innych litości, chociaż nie dzieje się nic, czego mogliby mi współczuć. Posuwam się do tego, że wymyślam smutne historie i to są naprawdę poważne kłamstwa. Szczególnie tyczy się to osób, które ja lubię. Ja tego nienawidzę, brzydzę się sobą, a jednocześnie nie potrafię inaczej. Zawsze mam jedną osobę, o której myślę wręcz obsesyjnie i wyobrażam sobie, że on dowiaduje się o mnie czegoś i patrzy na mnie z takim zrozumieniem/współczuciem. I to nie jest związane z tym, że ktoś mi się podoba. To są osoby starsze, ja mam 20 lat, w gimnazjum była to jedna nauczycielka, w liceum wychowawczyni, teraz zaczęłam studia i też jest jeden wykładowca, w międzyczasie instruktor prawa jazdy. Tak naprawdę nie potrafię przestać, dopóki nie skończą się kontakty z tą osobą, tzn nie skończę szkoły. Mnie już to strasznie męczy, poza tym czasami żeby pokryć głupie kłamstwa muszę wymyślać kolejne i kolejne. W gimnazjum zostałam "zdemaskowana" i niczego mnie to nie nauczyło. Nie wiem, z czego to wynika, być może z tego, co działo się w dzieciństwie. Mój ojciec robił codziennie awantury, podczas których niszczył sprzęty i był bardzo agresywny, ale nas nie bił. Paskiem po tyłku albo szarpnął, ale nigdy nie miałam nawet siniaka. Potrafił zrobić kilkugodzinną awanturę o to, że ktoś posmarował kanapkę wg niego zbyt dużą ilością masła. Ja wiem, że to na mnie wpłynęło, generalnie ja nie potrafię odnaleźć się w społeczeństwie, mam bardzo niską samoocenę. Często palnę coś głupiego, albo jakoś dziwnie się zachowuję, często jestem też przygnębiona (mam zdiagnozowaną i leczoną depresję). Może szukam w ten sposób akceptacji swojego zachowania? Bo przecież nie powiem ludziom "mój ojciec był tyranem i dlatego jestem dziwna, proszę zaakceptujcie mnie". Tym bardziej, że awantury są w co drugiej rodzinie i ludzie jakoś sobie radzą. Więc łatwiej podciągnąć to pod coś, co dzieje się aktualnie... Co z tym mogę zrobić?
TW: myśli samobójcze. Diagnoza zaburzeń osobowości borderline w wieku 21 lat - jak wygląda proces?

TW: myśli samobójcze

 

Jak wygląda diagnozowanie zaburzenia z pogranicza osobowości w wieku 21 lat? Albo w ogóle jakiekolwiek diagnozowanie w zakresie chorób czy zaburzeń psychicznych... Chodziłam na terapię od lutego tego roku do końca czerwca, a później byłam zmuszona zrezygnować z powodu braku funduszy. W miarę ok pracowało mi się z panią psychoterapeutką, chociaż w mojej głowie ciągle panuje chaos i nigdy nie potrafię nic ocenić, racjonalnie do czegoś podejść czy dać jakąkolwiek przemyślaną opinię. Psychoterapeutka powiedziała, że podejrzewa u mnie zaburzenie borderline i jestem już na tyle duża, żeby móc to stwierdzić. Nie wiedziałam jednak, jak to odebrać, więc po prostu pozostawałam zmieszana. Perspektywa na świat i zresztą na wszystko zmienia mi się jak pogoda. Miałam to od zawsze, nigdy nie potrafiłam się nigdzie odnaleźć, nigdy nie potrafiłam zrozumieć, jak funkcjonują długie, stabilne relacje. Zawsze było ze mną coś nie tak i jest tak do dziś. Czuje się wystarczająco 'dojrzała' żeby zrozumieć co ze mną nie tak i próbować jakoś to okiełznać, ponieważ nie potrafię już tak dłużej wytrzymać. Jak byłam nastolatką, to trochę interesowałam się psychologią, ale chociaż moje przyjaźnie od zawsze były typowo intensywne i nagle szybko się kończyły, to żyłam wtedy w silnym lęku społecznym i albo godzinami pisałam z konkretną osobą, zaniedbując wszystko inne, albo nie rozmawiałam z nikim. Bycie samej, egzystowanie jako osoba, która ma się zająć czymkolwiek na własną rękę, to dla mnie jakbym nie istniała i nic nie miało sensu. Gdy mam czas dla siebie i nie ma ze mną nikogo do kogo mogę się upodobnić, dostosować to nie czuję nic oprócz lęku i samotności. Nie potrafię wytrzymać sama ze sobą, a o ironio nie mam żadnych znajomych, z którymi mogłabym wyjść z domu. Czuję, że powoli dochodzę do skraju mojej własnej wytrzymałości. Szczerze, może to zabrzmieć bardzo idiotycznie, ale już tak dużo i długo porównywałam swoje zachowania, analizowałam i czytałam o tym zaburzeniu, że jestem pewna, że to mnie dotyczy i niszczy mi życie od dawna. Ciągle przez brak diagnozy czuję się jakbym była atencjuszką, wypieram się, nagle mi się wszystko zmienia i wmawiam sobie, że wszystko jest ok, tylko po to, by znowu skończyć i marnować kolejne dni w łóżku wyjąc jak bóbr. Od zawsze się wypierałam i nienawidziłam alkoholu, nigdy nie sięgnęłam po niego sama z siebie, ale pojawił się nagle w moim życiu jako coś, co koi ból i wtedy tylko to i fakt, że pijana prawie wyskoczyłam przez balkon, jako fakty dały mi znać, że SERIO jest ze mną coś nie tak i powinnam iść do psychiatry, a zwlekałam z tym przez miesiące. Ogólnie zawsze czułam, że jest ze mną coś bardzo nie tak, że nigdy nie ogarnę swojego życia, jak nie sięgnę po pomoc, ale ciągle się to zmieniało przez moje nagłe nieprzewidywalne zmiany nastroju. Nie nadążam sama nad swoimi emocjami. Dodatkowo, gdy weszłam w pierwszą relację romantyczną w życiu, to wszystko nagle eskalowało i pokazało mi, jak bardzo zaburzoną osobą jestem. Nie potrafię tak żyć. Wszystko, co robiłam i robię, czułam, czuję i to, w jaki sposób moje zachowania są wykonywane i jak się zmieniają mam wrażenie, że tylko krzyczą, że to jest właśnie to zaburzenie. Jak czytam i oglądam o objawach BPD to czuję coś, czego nigdzie indziej nigdy nie widziałam. Czuję się najbardziej zrozumiana, jaka kiedykolwiek byłam. Analizowałam też różne inne zaburzenia osobowości i ogólnie zaburzenia przez miesiące, czytałam bardzo dużo, oglądałam, porównywałam. Ciągle czuje się żałośnie i jakbym chciała tylko atencji, kiedy w rzeczywistości pragnę tylko spokoju i 'ZAPEWNIENIA' że ja sobie niczego nie wmawiam. Zawsze jestem niepewna i lękliwa, więc bardzo mi zależy na tej diagnozie. Do psychiatry pierwszy raz udałam się ok 2,5 miesiące temu i powiedziała, że widać u mnie zaburzenia lękowe, ale jestem zbyt młoda, żeby zdiagnozować u mnie to zaburzenie, ponieważ do 30 roku życia osobowość każdego się dopiero kształtuje. To znaczy, że muszę się męczyć do 30 roku życia tylko po to, żeby się w końcu zabić, bo nie wytrzymam tego wszystkiego? Aktualnie jestem na 20mg fluoksetyny dziennie i 2 miesiąc brania tego leku myślałam, że jestem innym człowiekiem i w końcu miałam siłę żyć i motywację robić cokolwiek ze sobą, ale gdy rodzina, która mi towarzyszyła w wakacje, wyjechała znów do siebie, to czuję się okropnie. Zostałam znowu sama z moimi problemami i wszystko wraca. Nie mam już motywacji do niczego, znowu ciągle tylko myślę o śmierci, chociaż teraz jest to o wiele łatwiejsze, bo mogę po prostu łyknąć pare tabletek i popić alkoholem i to koniec cierpienia i wymyślania. Mimo że nie mogę normalnie żyć, to ciągle waham się przed popełnieniem samobójstwa, chce wierzyć, że będzie lepiej, ale przez całe nastoletnie zmarnowane na cierpienie i wmawianie sobie ze bedzie lepiej lata, już czasami nie mam nadziei jak w ogóle... Jak nie mam nikogo to nie ma mnie. Przez ten nagły silny związek z tą osobą odzyskałam wtedy sens życia i miałam motywacje do wszystkiego, wręcz zmusiłam się do stosunku, żeby ode mnie nie uciekła. Potem oczywiście bardzo żałowałam, aż to straciło znaczenie. Nie wiem już co mam robić. Jest mi bardzo źle. Wiem, że potrzebuję kogoś, żeby istnieć, ale nie mam nikogo i nie będę miała, jeśli dalej tak będę się zachowywać. Utknęłam w błędnym kole i nie mogę nic zrobić. Wierzę, że tylko potwierdzona przez specjalistę diagnoza jakkolwiek ruszy moim życiem do przodu. Nie mam pojęcia, jak wygląda diagnozowanie itd. Byłam dopiero na 3 wizytach u psychiatry i nie mam pojęcia czy on po prostu ignoruje moje diagnozowanie, czy temat jest zamknięty i będą mi przepisywane tylko leki, czy co mam w ogóle ze sobą zrobić. Czuje, że tracę życie.... Może mi ktoś przedstawić, jak to wygląda i co mogłabym zrobić, żeby dostać diagnozę? Naprawdę wierzę, że jeśli ją dostanę to moje życie się jakkolwiek poprawi a aktualnie czuje się bezsensu bo i tak wszystkie moje niezdrowe zachowania nie mają żadnych podstaw dla nikogo dlatego jestem zwykłym śmieciem w życiu społecznym :((

Ojciec ma bardzo trudny charakter. Nie pije, ale stosował przemoc fizyczną oraz psychiczną wobec mamy, mnie i brata
Witam, postaram się najkrócej i najzwięźlej, jak to będzie możliwe. Ojciec ma bardzo trudny charakter. Nie pije, ale stosował przemoc fizyczną oraz psychiczną wobec mamy, mnie i brata, jest bardzo mściwy, jest straszliwym skąpcem i dusigroszem - główną wartością w jego życiu są pieniądze. W sumie to od niedawna mam świadomość, że była to przemoc psychiczna. Kiedy ktoś z rodziny robi nie po jego myśli, wtedy karze go nieodzywaniem i tak mu utrudnia życie, że w końcu ktoś musi wyjść z inicjatywą, żeby się pogodzić. On co najwyżej jedynie przemówi do osoby, którą wcześniej zmieszał z błotem, jeśli czegoś potrzebuje - i to tylko w zakresie tej potrzeby, po czym zwykle kontynuuje nieodzywanie. Nigdy nie wychodzi z inicjatywą pójścia na zgodę, nawet jeśli zwyzywa kogoś, zmiesza z błotem. Na dłuższą metę takie ciągłe płaszczenie się przed kimś, kto tak daje popalić, jest nie do zniesienia. Odkąd pamiętam, twierdzi, że ma depresję i nikt go nie rozumie, wszyscy go zostawiają samego. Bywało, że mama bała się spać w domu - groził śmiercią, czasem dawał do zrozumienia, a zdarzało się, że otwarcie mówił o wysadzeniu domu w powietrze z użyciem gazu z butli. Od dłuższego czasu nie mieszkam już z ojcem, więc mogłoby się wydawać, że problemu nie ma. Ciągle z nim żyje jednak moja mama, która jest dobrą kobietą, ale mam wrażenie, że właśnie przez to cierpi, bo pozwoliła mu na zbyt wiele. Bała się odejść od niego z uwagi na obawę o swoje życie - to człowiek nieobliczalny i strasznie mściwy, a w tej chwili, na stare lata twierdzi, że nie ma już sensu. Obecnie jest śmiertelnie wściekły na mnie, bo odmówiłem mu zainstalowania paneli fotowoltaicznych na przyczepce kampingowej, którą kupił, aby samemu jeździć nad morze, które uwielbia, a mama pilnuje domu, zresztą mają już po ok. 70 lat, mama choruje na przewlekłą białaczkę i nie chce z nim gdziekolwiek iść/jechać. Mówi, że najlepiej odpoczywa, kiedy go nie ma w domu. Sam od kilku lat buduję dom, gdzie większą część prac wykonuję własnoręcznie, a w przeciągu tych 10 lat był u mnie może z 5 razy, nigdy po to, żeby zwyczajnie odwiedzić. Mam wrażenie, że przez tą moją odmowę życzy mi wszystkiego, co najgorsze i ma mnie za najgorszego wroga. Do tego swojej siostrze (mojej cioci) opowiada ubarwione historie o tym, jakie to ma niedobre dzieci i żonę. Nie rozmawialiśmy z nikim o tych problemach w domu. Nadmienię, że w domu zawsze ma posprzątane (mama sprząta również w pokoju, w którym głównie przebywa - on nigdy nie pomaga), ugotowane (mama codziennie gotuje obiady i szykuje mu śniadania). Od dziesięcioleci skłócony był z moim bratem, nieustannie wyzywając go i szkalując do mnie i do mamy. Obecnie, po tym, jak odmówiłem mu wykonania pracy (fanaberii - ogniwa na przyczepie kampingowej), pogodził się z moim bratem i gwarantuję, że wyzywa mnie do brata od najgorszych. A odmówiłem z uwagi na to, jak zachował się po innej mojej przysłudze, bez której spokojnie mógł się obejść, ale pomagałem, a po której zwyzywał mnie od najgorszych, bo kiedy pomagałem mu w pracy na dachu, narzekał, że go kolana bolą, a ja się nic nie odezwałem - że mu nie współczuję - do mamy: "niech was piekło pochłonie"). Z bratem nie mam dobrego kontaktu - są do siebie bardzo podobni. Zresztą z żoną też mu się nie układa. Męczy mnie ta sytuacja strasznie. Z jednej strony bardzo źle się czuję, wiedząc, że tak niesprawiedliwie i kłamliwie upadla mnie do innych, co rodzi złość, jak również to, że jest to mój bądź co bądź ojciec i nie chciałbym mu tej starości uprzykrzać, jednocześnie chciałbym czuć odrobinę szacunku z jego strony... Kiedy próbowałem z nim jeszcze kilka lat temu rozmawiać, wyjaśnieć, to zawsze takie rozmowy kończyły się krzykiem z jego strony. Powiedział również otwarcie, że jest ojcem, więc kiedy ojciec stwierdzi, że czarne jest białe, to kiedy nie potwierdzę tego, to znak, że nie mam do ojca szacunku. Zupełnie nie wiem, jak postąpić dalej, nie mam pomysłu... Będę bardzo wdzięczny za fachową, merytoryczną pomoc...
zdrada

Zdrada – przyczyny, skutki i jak sobie z nią radzić?

Zdrada to głębokie naruszenie zaufania w związku, występujące w formie fizycznej lub emocjonalnej. Powoduje trwałe rany psychiczne u obu partnerów. Analizujemy przyczyny zdrad, ich konsekwencje oraz metody odbudowy relacji po takim doświadczeniu.