Aplikacja TwójPsycholog — wsparcie, które masz zawsze pod ręką

📲 Pobierz aplikację i zadbaj o siebie na własnych zasadach

Dostępne w Google PlayPobierz w App Store
Left ArrowWstecz

Jak odnaleźć zawodową równowagę i być sobą w pracy z hierarchią?

Mam bardzo zawiły problem wymagający indywidualnego spojrzenia, bez uogólniania i typowego patrzenia. Gdy nie występuję w roli kobiety szanowanej, aprobowanej i lubianej, to czuję więcej neurotyzmu na co dzień i bliżej mi do negatywnych emocji. To działa jak całkowita konstrukcja, bardzo zero jedynkowa i moja podświadomość nie widzi tutaj kompromisu. Ostatnio dostałam nową pracę i czuję dyskomfort, nie umiem być tam sobą. Jeśli mam się dostosowywać w pracy i chodzić po podpisy do ludzi wyżej ode mnie w hierarchii, to czuję sie jak mała dziewczynka, a nie jak ta "lepsza wersja siebie". Ona w ogóle nie pojmuje tej sytuacji i gdzieś na razie się schowała. Gdybym mogła być tą drugą, ona by w ogóle do takiej pracy nie poszła, tylko oczekiwała, że jestem ze wszystkimi na równi albo wyżej od nich. Tu nie chodzi o arogancję, muszę to podkreślić - ja po prostu mam wysokie mniemanie o sobie, tylko coś mnie w środku blokuje i nie pozwala w wielu sytuacjach temu wybrzmieć. Bo to, że jestem na "niższym stanowisku w pracy" jest zupełnie normalne - jestem młoda. Ale niestety tak dzisiejszy świat fukcjonuje że istnieje hierarchia w pracy i innych miejscach. Tylko że ja nie uznaję w ogóle czegoś takiego i taki mam pogląd, że wszyscy jesteśmy równi i mam problem, że to ja muszę się dostosowywać do kogoś a nie on do mnie , że jak ktoś kto jest "wyżej" jest dla mnie niemiły to trudniej się bronić i możnaby wiele wymieniać. Moje mniemanie o sobie w ogóle nie kupuje tej sytuacji i wolałabym nie pracować jakbym mogła. Czuję często dyskomfort i zawstydzenie tą sytuacją, bo czuję, że samą siebie uciskam w gorsecie będąc w pracy o takim charakterze, ale niestety każda taka będzie, za wyjątkiem zawodów np. artystycznych - tak kiedyś pomyślałam i dlatego poszłam na studia do szkoły filmowej, pracowałam na planach serialowych jednak świat ten jest chory - pełen przemocy i ciężko tam znaleźć szacunek do drugiej osoby. Odeszłam. Mam bardzo wrażliwą duszę i często zachwycam się naturą, sztuką, często przystaję na ulicy podziwiać ptaki, kotki, drzewa, zachód słońca, powąchać świeże powietrze, uwielbiam kolory i piękno. I tak też chciałabym się czuć na co dzień, a nie poupychana w jakieś życiowe ograniczenia. Więc cały czas finalnie wracam do tej dywagacji - jak znaleźć taki zawód, sposób na życie, żeby móc być tą lepszą wersją siebie? Nie opowiedziałabym tego wszystkiego na żywo nikomu, bo się wstydzę że ktoś mnie nie zrozumie i oceni jako zbyt wymagającą, z wygórowanymi oczekiwaniami, arogancką itp. a tutaj w ogóle nie o to chodzi i wiem, że życie jest trudne, ale jednak we mnie siedzi bardzo duży pozytywny potencjał, więc jest nadzieja.

User Forum

Anonimowo

3 dni temu
Bożena Nagórska

Bożena Nagórska

Szanowna Pani, 

to, co Pani opisuje, to nie arogancja, lecz głęboki konflikt między Pani wewnętrznym poczuciem godności i wrażliwością a sztywnymi strukturami społecznymi, które odbiera Pani jako opresyjne. Ta „lepsza wersja siebie”, o której Pani pisze, to Pani autentyczne „Ja”, które czuje się bezpiecznie tylko w warunkach pełnej akceptacji i równości, natomiast hierarchia służbowa aktywuje w Pani schemat „małej dziewczynki” – bezbronnej i zmuszonej do uległości. Dyskomfort, który Pani czuje, wynika z tego, że Pani system wartości nie uznaje wyższości drugiego człowieka nad innym tylko ze względu na stanowisko, co w połączeniu z dużą wrażliwością na piękno czyni Panią osobą niedostosowaną do typowego, korporacyjnego świata, ale za to bardzo predysponowaną do ról autonomicznych. 

Może zamiast walczyć ze sobą i próbować „polubić” hierarchię, warto poszukać drogi zawodowej opartej na samozatrudnieniu lub wolnym zawodzie, gdzie to Pani określa reguły gry, ponieważ dla osób o Pani konstrukcji psychicznej wolność i autentyczność nie są luksusem, lecz warunkiem zdrowia psychicznego.

Powodzenia!

Psycholog Bożena Nagórska

2 dni temu

Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?

Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!

Agnieszka Włoszycka

Agnieszka Włoszycka

Dzień dobry,

 

Dziękujemy za wiadomość, jest w niej dużo samoświadomości i odwagi. Widzę nie „arogancję”, tylko silną część, która chroni Pani godność, oraz drugą: młodszą, która w sytuacji hierarchii czuje się pomniejszona. To nie jest konflikt z pracą, tylko wewnętrzny podział: „muszę być wyjątkowa, żeby czuć się bezpiecznie” versus „tu jestem na początku drogi”.

Kluczem nie jest znalezienie świata bez hierarchii, lecz zbudowanie w sobie stabilnej wartości, która nie zależy od roli ani stanowiska. Wtedy podpis u przełożonego przestaje być upokorzeniem a staje się czynnością techniczną. W pracy nie trzeba być „lepszą wersją siebie”,  wystarczy być wystarczająco dobrą i życzliwą dla siebie.Pani wrażliwość i zachwyt nad pięknem to ogromny zasób: to kierunek życiowy ale nie musi oznaczać ucieczki od struktur. Często najpierw buduje się wewnętrzną równość a dopiero potem wybiera środowisko bardziej zgodne z duszą.Proszę spróbować jednej zmiany perspektywy: nie „jestem niżej”, tylko „uczę się systemu, który mnie nie definiuje”. To zdanie, powtarzane w trudnych momentach, zaczyna integrować te dwie części  i wtedy „lepsza wersja” nie znika, tylko dojrzewa.

 

Wszystkiego dobrego.

 

Z pozdrowieniami,

Agnieszka Włoszycka

2 dni temu
Karolina Rzeszowska-Świgut

Karolina Rzeszowska-Świgut

Dzień dobry

Pani doświadczenia wskazują na głęboką rozbieżność między sposobem, w jaki postrzega Pani rzeczywistość społeczną i relacje interpersonalne, a rzeczywistością, w której Pani funkcjonuje. To, co Pani opisuje, to nie problem z pracą samą w sobie, lecz konflikt wewnętrzny między obrazem siebie a możliwościami radzenia sobie w strukturach, które nieuchronnie charakteryzują się hierarchią i współzależnością.

Wrażliwość Pani – ta zdolność do zachwycania się naturą, sztuką, detalami piękna – jest zasobem znacznym, który jednakże wydaje się być równocześnie źródłem cierpienia, gdy Pani funkcjonuje w środowisku postrzeganym jako ograniczające. To, co Pani postrzega jako ucisk w gorsecie, może być przede wszystkim wyrazem wewnętrznego oporu wobec tego, aby uznać naturalność hierarchii i współzależności w każdym systemie społecznym. Podatność Pani na neurotyzm wzrasta proporcjonalnie do poczucia bycia niedocenianą, niezauważaną lub narzuconą w rolę „niższą" – co stanowi stały element struktury organizacyjnej niezależnie od zawodu.

Fakt, że Pani opuściła pracę na planach serialowych pomimo zainteresowania sztuką wskazuje na to, że nie chodzi wyłącznie o potrzebę przestrzeni twórczej, lecz o fundamentalne niepokojenie się Pani wymogami jakiekolwiek współpracy z innymi w ramach określonej struktury. Rzeczywistość pracy zawsze będzie zawierać elementy dostosowania, niezależnie od branży czy stanowiska.

Terapia w tym przypadku powinna skupić się na akceptacji tego, że autentyczność i funkcjonowanie w rzeczywistości nie muszą być w konflikcie – oraz na zrozumieniu, skąd pochodzi przekonanie, że Pani godność uzależniona jest od bezwarunkowego uznania i braku potrzeby jakiegokolwiek dostosowania się.

2 dni temu
Karolina Grabka

Karolina Grabka

Dzień dobry :)

Jeśli poczucie bycia „lepszą wersją siebie” jest silnie uzależnione od zewnętrznego uznania, równości pozycji lub braku hierarchii, to każda sytuacja strukturalnej zależności może uruchamiać wstyd i napięcie. W takich momentach często aktywizują się wcześniejsze doświadczenia związane z autorytetem, oceną czy brakiem wpływu. 
Istotne może być także rozróżnienie między równością godności a równością ról. W strukturach zawodowych istnieje hierarchia funkcji, ale nie oznacza to hierarchii wartości człowieka. Jeśli jednak każda formalna zależność jest odbierana jako zagrożenie dla tożsamości, może to wskazywać na dużą wrażliwość na status i uznanie. To nie jest coś „złego”, ale coś, czemu warto się uważnie przyjrzeć.
Opisuje Pani silną wrażliwość estetyczną, potrzebę piękna, autentyczności i głębi. To realny zasób. Jednocześnie żadna przestrzeń zawodowa nie jest całkowicie wolna od struktury, napięć czy ograniczeń - nawet środowiska artystyczne, czego Pani doświadczyła. Być może pytanie nie brzmi wyłącznie „jaki zawód pozwoli mi być tą wersją siebie”, lecz również „jak mogę utrzymać kontakt z tą częścią siebie niezależnie od kontekstu zawodowego”. Czasem praca jest jednym z obszarów życia, a przestrzeń na wrażliwość, twórczość i zachwyt może być budowana równolegle, niekoniecznie jako jedyne źródło tożsamości.
Warto też przyjrzeć się zero-jedynkowemu mechanizmowi, o którym Pani pisze. Myślenie w kategoriach „albo jestem tą lepszą wersją siebie, albo jestem zredukowana i uciskana” może wzmacniać napięcie. W terapii poznawczej pracuje się nad poszerzaniem tych sztywnych kategorii, tak aby możliwe było doświadczenie siebie jako wartościowej także wtedy, gdy pełni się rolę juniorską czy zależną. To nie oznacza rezygnacji z ambicji, lecz budowanie bardziej stabilnego poczucia własnej wartości, mniej zależnego od pozycji.

Pozdrawiam i życzę powodzenia!
Karolina Grabka

2 dni temu
Piotr Ziomber

Piotr Ziomber

  Rozumiem Pani dyskomfort jako  poczucie ucisku w hierarchii pracy tłumi Pani wrażliwą, kreatywną naturę, zwłaszcza z ADHD i ASD, gdzie potrzeba równości i autonomii jest kluczowa. Ma Pani unikalny potencjał, by żyć w harmonii z pięknem świata, bez kompromisów na "gorszą wersję siebie".​

Co wic robić, aby czuć się spełnioną? 

Pierwsza propozycja to grafika, copywriting, fotografia krajobrazowa lub land art kiedy Pani wybiera projekty, unika hierarchii, pracuje z naturą i kolorami.

Druga propozycja to praca w takich zawodach jak florysta, ogrodnik lub ekolog  na świeżym powietrzu, blisko ptaków i drzew, z możliwością własnej utworzenia własnej firmy.

Trzecia opcja to takie zawody jak  coach mindfulness, trener jogi lub artysta (np. pejzaże inspirowane naturą), kiedy  empatia i intuicja tu błyszczą, bez sztywnych struktur.

Jak zacząć praktycznie to wykorzystywać?  Te opcje minimalizują podporządkowanie, bo freelance (np. na Freelancehunt.pl) pozwala na równorzędne relacje z klientami. Można rozpocząć od kursów online takich jak fotografia krajobrazowa lub kurs florystyczny  w Urzędzie Pracy bez kosztów, z certyfikatem.

  Z Pani historią (ADHD, ASD, lęk przed oceną), te zawody pasują do neuroatypowych: kreatywność bez rutyny, samodzielność. Warto także rozważyć terapię (już planowaną) na budowanie asertywności jak EMDR lub DBT, które  pomogą uwolnić "blokadę" i poczuć równość bez wstydu. To nie arogancja, a ochrona wrażliwej duszy , kiedy potencjał jest realny.

 

 


 

2 dni temu
Natalia Przybylska

Natalia Przybylska

Dzień dobry, 


To, co Pani opisuje, wydaje się być zderzeniem Pani silnej wewnętrznej tożsamości z rolą, którą narzuca system pracy. Ta "lepsza wersja Pani" czuje się zagrożona, gdy musi przyjąć pozycję zależną, ponieważ w pewien sposób utożsamia Pani hierarchię z utratą godności i szacunku. W Pani odczuciu proszenie o podpisy czy dostosowywanie się do kogoś "wyżej" nie jest po prostu czynnością służbową. Może być odbierane jako coś zagrażającego Pani wartości, co sprawia, że czuje się Pani jak bezbronna mała dziewczynka, a nie wolna, świadoma kobieta.

Na podstawie tego, co pani napisała, myślę, że problem leży w tym, że Pani poczucie wartości może być obecnie bardzo mocno uzależnione od równego statusu w relacji. Gdy ten status znika, traci Pani dostęp do swoich zasobów, radości i spokoju. Ta wrażliwość na piękno, ptaki i naturę, o której Pani wspomina, jest Pani największym skarbem, ale w obecnej pracy staje się ona Pani "piętą achillesową", bo nie znajduje tam bezpiecznej przestrzeni, by wybrzmieć.

Droga do znalezienia odpowiedniego sposobu na życie prowadzi przez oddzielenie Pani tożsamości od Pani stanowiska. Można pracować w hierarchii, zachowując wewnątrz absolutne poczucie równości z dyrektorem czy prezesem, traktując biuro jedynie jako teatr, w którym odgrywa Pani rolę, a nie jako miejsce, które definiuje to, kim Pani jest. Może warto byłoby się zastanowić nad szukaniem zawodu, który da Pani autonomię - być może praca na własnych zasadach, doradztwo, czy branża kreatywna, ale w mniejszym, zdrowszym środowisku niz wczesniej. W każdej pracy może towarzyszyć pani podobne poczucie i myślę, że istotne byłoby nauczenie się chronienia swojej wrażliwości bez budowania muru z "wysokiego mniemania o sobie".

Warto zastanowić się też, czy byłaby Pani w stanie zacząć traktować obecną pracę jako "projekt finansujący" Pani prawdziwe życie i zachwyty, zamiast pozwolić jej decydować o tym, jak Pani o sobie myśli.


Wszystkiego dobrego! 
Natalia Przybylska 

1 dzień temu

Zobacz podobne

Pomimo ciężkiej pracy cały czas czuję, że robię za mało...
Lekko ponad dwa miesiące temu zaczęłam pracę w zawodzie. Praca jaką chciałam wykonywać, w dodatku w szpitalu o trzecim stopniu referencyjności, w którym najbardziej chciałam pracować i na wymarzonym oddziale (kobiety po porodzie wraz z noworodkami). Od samego początku wiedziałam, że moje podejście będzie różniło się od podejścia koleżanek, bo dało się to mocno odczuć już w trakcie praktyk. Założyłam sobie jednak, że będę robić inaczej - będę podchodzić holistycznie, nie będę lekceważyć potrzeb moich pacjentek, a do ich dzieci podejdę z odpowiednią troską i czułą opieką. I tak faktycznie jest. Widzę ile mam w sobie pokładów tego ciepła i energii. Widzę też wdzięczność moich pacjentek. Widzę jak po udzieleniu wsparcia szukają mnie żebym przyszła do nich pomóc im rozwiązać kolejne wątpliwości. Bardzo mi miło gdy pytają mnie kiedy mam kolejny dyżur albo mówią, że w czasie pobytu to właśnie ja pomogłam im najbardziej. W oczach koleżanek jestem od zadań specjalnych, czyli "trudnych pacjentek", z którymi według nich tylko ja wytrzymam, bo nikt nie ma takiej cierpliwości. Nie mogę jednak znieść ile tak naprawdę bezsensownych rzeczy trzeba na tym dyżurze zrobić, a w związku z tym ograniczyć czas na interakcję i wsparcie pacjentek. Irytują mnie również komentarze koleżanek, które sarkastycznie dopytują u kogo byłam tyle czasu i jaki znowu jest u tej pacjentki problem. Zaznaczę tutaj, że są to przeważnie sytuacje kiedy i tak oddział jest obrobiony, więc nie jest to tak, że one muszą wypełniać obowiązki za mnie, bo ja znikam na jakiejś sali. Boli mnie, że chcąc odbyć w moim odczuciu dobry dyżur muszę tak naprawdę robić wszystko kosztem siebie - zrezygnować z przerwy, pójść do łazienki z kilkugodzinnym opóźnieniem, a do domu wrócić odwodniona. Nie mogę przeżyć tych dyżurów tak jakbym chciała, bo to co trzeba dzielę z osobami ze zmiany, a resztę, czyli kontakt z pacjentem, który również jest obowiązkiem, robię tylko ja. I przez to, że wszyscy o tym wiedzą jest to dodatkowo wykorzystywane. Póki co wdzięczność pacjentek mi wystarcza i motywuje do dalszej pracy, ale czuję się jednak zmęczona, zawiedziona i trochę wykorzystana. Mimo, że z pracą łączę jeszcze studia, czyli bywa i tak, że nie śpię po ponad 36 godzin, to w dalszym ciągu czuję, że robię za mało, że mogłabym się jeszcze bardziej angażować, bo jestem niewystarczająca. W pracy nie odczuwam tego zmęczenia, ale za to w domu towarzyszy mi poczucie winy, że nie mam już siły żeby chociażby iść z psem na długi spacer. Mam również poczucie winy gdy są takie dyżury, że nie ma właściwe czasu żeby na te sale wejść i w odpowiedni sposób zająć się pacjentkami. Są to przeważnie dni kiedy jest dużo przyjęć, a pacjentki leżą przez brak miejsc na korytarzu. Bywa tak, że będąc na dyżurze we 4 mamy pod opieką prawie 60 pacjentów. Wracając do domu mam wtedy zjazd psychiczny i płaczę, bo wiem, że nie tak ten dyżur powinien wyglądać. Wiem, że nie jest to moja wina, że tak właśnie wygląda system, ale nie mogę się z tym pogodzić. Przed każdym dyżurem rozmyślam ile pacjentek będzie na oddziale, ile będzie przyjęć, w ile czasu zdążę zrobić to co trzeba i ile zostanie mi na ten kontakt. Te podstawowe obowiązki staram się robić jak najszybciej i jak najbardziej usprawnić ich wykonywanie. W domu pomimo braku sił i tak szukam dodatkowo różnych informacji żeby jak najbardziej doedukować się we wszystkich możliwych tematach z zakresu mojego oddziału, a tym samym jeszcze bardziej usprawnić opiekę. Wszystkie te zachownaia odbijają się niestety na reszcie mojego życia, bo jeśli mam już jakiś dzień wolny, to absolutnie nie mam siły żeby pożytecznie go spożytkować, więc właściwie tylko wegetuję. Zastanawiam się czy świadomość tego wszystkiego chroni mnie w jakiś sposób przed wypaleniem zawodowym, czy jednak te opisane czynniki sprawiają, że mam do niego większe predyspozycje.
Jak poradzić sobie z różnicami kulturowymi w pracy?

Dzien dobry. Ciekawe czy ktoś zadał podobne pytanie😉 Pracuję niestety z Anglikami ( na projekcie - na morzu) I powiem szczerze ich kultura osobista jest poniżej norm, do których jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce. Pierdzą obok ,nawet przy stole,są głośni. Pracuję z wieloma nacjami, ale żaden nie zachowuje sie tak chamsko jak Anglicy. Innych to też zniesmaczyło. Ciekaw jestem, co na to psychologowie. Jak podejść do tego tematu, dodam, że werbalne upomnienia nic dla nich nie znaczą. Jak słyszę, że będę musiał pracować na wspólnym projekcie z nimi, to zaciskam zęby. 

Ps. dodam, że jestem w Angoli, w Afryce i mimo że pracują z nami lokalni, ubodzy riggerzy, to ich kultura jest znacznie wyższa niż wymienionych.

Witam, chciałabym skorzystać z pomocy specjalisty lub po prostu przestawić klarownie mój problem
Witam, chciałabym skorzystać z pomocy specjalisty lub po prostu przestawić klarownie mój problem, z którym sama nie potrafię sobie poradzić i byłabym wdzięczna za ocenę, radę ze strony drugiej osoby, które po prostu byłaby w stanie spojrzeć na mnie z boku. Zacznę może od tego, że osobą ambitną byłam od zawsze, byłam ciekawa świata, otwarta na nowe doświadczenia, ciekawiło mnie zawsze mnóstwo rzeczy, w szkole spędzałam dużo czasu na nauce i przykładałam się do każdego przedmiotu. Niestety jestem perfekcjonistką i wszystko muszę mieć dobrze zaplanowane, czuje lęk i niepokój, gdy czegoś nie zdążę zrobić lub mam wyrzuty sumienia, gdy pozwolę sobie na mały luz. Tego typu stan towarzyszył mi przez wszystkie lata szkoły, aż do teraz. Aktualnie mam 21 lat. Liceum skończyłam 2 lata temu, byłam na profilu humanistycznym (polski, historia), oprócz tego bardzo lubiłam uczyć się języków obcych (angielski, niemiecki). W klasie maturalnej zaczęłam zastanawiać się nad wyborem studiów (wtedy ten czas wydawał mi się bardzo odległy), ja oczywiście z wielką wizją na siebie i chęcią rozwoju bardzo chciałam połączyć razem moje zainteresowania. Marzyłam od gimnazjum o wymianie zagranicznej, jednak moje liceum nie umożliwiało takich wyjazdów. Wpadłam na pomysł, że może fajnie byłoby studiować za granicą. Początkowo była to Anglia, ale z powodów finansowych z niej zrezygnowałam i padło na Holandię. W czasie wyborów przedmiotów na maturze dowiedziałam się więcej na temat wymogów na wyjazd na studia i okazało się, że matura nie jest tak istotna. Pomyślałam, że w takim razie będę pisała tylko maturę rozszerzoną języka angielskiego. Przez pryzmat wcześniejszych doświadczeń, w skrócie (egzaminy, przygotowanie, bardzo mnie stresowało na poprzednich etapach edukacji, często stres mnie paraliżował, przez co wyniki nie odzwierciedlały mojej wiedzy i niestety były niskie, przez co nie dostałam do wymarzonej szkoły). Uznałam, że będę pisać maturę tylko z rozszerzonego angielskiego (chciałam oszczędzić sobie stresu) dodatkowo miałam w planach zdać egzamin językowy w czasie wakacji. Po maturze podjęłam pracę zarobkową, by zapłacić za certyfikat. Kiedy w lipcu otrzymałam wyniki, było mi przykro, bo nie były one zbyt wysokie, były bardzo niskie. Jednak starałam się tym nie przejmować, bo wierzyłam, że mam szansę wyjechać za granicę. Po liceum wszystkie moje znajomości się posypały, nie miałam żadnego wsparcia, moi rodzice nie brali mnie na poważnie, a rówieśnicy mieli inne plany i ambicje, przez co czułam się bardzo niezrozumiana, opierałam się tylko na wsparciu i pomocy z internetu no. Słuchając historii osób o podobnym doświadczeniu. Wierzyłam w to bardzo mocno, że mi się uda, podjęłam pracę zarobkową i przygotowywałam się do egzaminu (zrobiłam sobie rok przerwy). To był trudny dla mnie okres, czułam się samotna, w pewnym momencie uznałam, że to nie ma sensu, że nie dam sobie rady, sama, to za dużo, utrzymać się samemu za granicą, daleko od domu i studiować. Uznałam, że nie jestem na to gotowa. Wpadłam natomiast na inny pomysł, że spróbuje w Polsce, oferują wymiany studenckie (Erasmus). Wiązało się to z tym, że musiałam poprawić maturę i tak też zrobiłam. Pisałam rozszerzenia z języka polskiego, historii i poprawiłam angielski. W wakacje otrzymałam wyniki i były one średnie, ale wierzyłam, że mam szanse dostać się na studia. Wybrałam psychologię lub anglistykę. Jednak udało mi się dostać tylko na psychologię (zaocznie). Stwierdziłam, że spróbuje. W czasie roku akademickiego pracowałam, a weekendami się uczyłam, poznałam dużo ciekawych osób i wszystko było w porządku, czułam się szczęśliwa i zadowolona, udało mi się zdać pierwszy semestr i naprawdę marze o tym, by zostać kiedyś terapeutą. Jednak, od pewnego czasu dręczy mnie pewna myśl. Aktualnie mieszkam z rodzicami, na studia dojeżdżam, w tygodniu pracuje na produkcji i działam w ciągu dnia jak robot, to znaczy: praca, nauka, trening i tak końcu się mój dzień, z nikim się nie spotkam, nie mam przyjaciółki, ani chłopaka codziennie wstaje o 5 rano. Zastanawiam się, czy to wszystko ma sens, czuje, że będę żałować, że nie skorzystałam z młodości, pójść na studia dzienne, gdzie w ciągu tygodnia więcej dzieje się na uczelni, za które nie muszę płacić i wyprowadzić się do akademika. Chciałabym zakosztować trochę tego życia studenckiego, bo boję się, że już nigdy więcej nie będę miała takiej okazji. Myślałam i podjęciu drugiego kierunku np. anglistyki i połączyć go z psychologią, ale wtedy raczej z pracą byłoby ciężko. Bez pracy raczej słabo, bo muszę opłacić studia, a moi rodzice nie są w stanie wesprzeć mnie finansowo, gdy wiedzą, że sama pracuję i zarabiam. Moi rodzice też bardzo cenią sobie prace i myślę, że do końca odpowiadałoby im to gdybym z tej pracy całkowicie zrezygnowała. Uznają, że jest okej, dużo zarabiam, naukę mam w weekend. Jednak mnie pieniądze nie bardzo uszczęśliwiają, bardziej chciałabym się rozwijać i korzystać z życia, póki jestem młoda, bo boję się że za chwile będzie za późno. Nie wiem, co mam robić, czy rzucić psychologię, mimo że wiąże z nią przyszłość i pójść na studia dzienne z anglistyki (ale dopiero za rok, bo pewnie będę musiała poprawić maturę) i zostać na drugim roku psychologii i wtedy zdecydować. Czy zostać na psychologii i pracować? Nie mam pojęcia do kogo się zgłosić, strasznie mi ciężko, bywa, że przez natłok myśli, nie potrafię spać w nocy, obgryzam paznokcie albo rzucam się na jedzenie. Ciągle analizuje i wszystko traci dla mnie sens, czuje, że tyle razy mi nie wyszło, a ja próbuje i próbuje i nie poddaje się, a nigdy nie wychodzi tak jak w moich wyobrażeniach…
Jestem studentem medycyny na 2 roku i ilość terminów i obowiązków mnie przytłacza.
Jestem studentem medycyny. Wiem, że chcę skończyć te studia i nie mogę doczekać się przyszłej pracy, ale chwilowo jestem na 2 roku i ilość terminów i obowiązków mnie przytłacza. Niezależnie od tego, ile pracuję, wychodzi tylko coraz gorzej, a pracownicy uczelni utwierdzają nas (studentów) w przekonaniu, jak beznadziejni jesteśmy. Wydawało mi się, że umiem ignorować te uwagi, ale od miesiąca sama myśl o studiach, zaliczeniach i poprawach wywołuje kłucie w klatce piersiowej, przyspieszone bicie serca i ostatnio silne drżenie mięśni, zwłaszcza ud, które ustępuje dopiero po ok. godzinie. Potrzebuję pełni koncentracji, a nie mogę zasnąć mimo silnego zmęczenia. Kiedy już zasnę, śnią mi się slajdy z prezentacji, z której mam zaliczenie albo koszmary, więc i tak wstaję zmęczony. Jak dojść z tym wszystkim do ładu? Czy jest skuteczny sposób na uspokojenie, poza farmakologią?
Chorując na epilepsję w małym mieście nie mam pracy od paru lat. Rodzina zaczęła mnie z tego powodu dręczyć.
Z tej strony Maja. Pisze w takiej sprawie- choruję na epilepsję od dziecka. Mam 24 lata, problem zaczyna się tu, że szkole skończyłam w wieku 19 lat, nigdy nie pracowałam od tego czasu. Nie mogę znaleźć pracy, jestem z małego miasta. Nie ma tutaj dużo pracy dla osób takich jak ja, są dwa zakłady pracy, w których obecnie nie zatrudniają pracownikow-pytalam, jest kilka sklepów, gdzie nie potrzebuja ludzi nawet do dokładania towaru-mają ludzi, a reszta sklepów stoi od lat pusta, pozamykana. Pracy nie ma. Jestem zarejestrowana w UP, lecz tam każdego razu jak pojadę słyszę: pani nie pomożemy tym razem. Większość ofert to praca dla mężczyzn lub wymagają większego doświadczenia lub po prostu znajomości. Gdy usłyszą, że choruje na epilepsję odrazu jestem odrzucana. Odrzucono moje CV już chyba w 10 miejscach. Problem zaczyna się tutaj, że zaczęła mnie nękać przez ten problem własna rodzina. Uważają, że nie pracuje, bo mi sie nie chce. Jedna osoba z rodziny zaczęła stosować na mnie przemoc psychiczna, uważa, że to wszystko moja wina-ja nie pracuje, to jest nam trochę ciężej, za wszystko mnie obwinia. Dręczy, zastrasza, mam wrażenie, że zaczyna się za to mścić za moją chorobę. Czasami są dni, że mam chęć wziąć kilka opakowań leków nasennych, które mam w domu, popić alkoholem i zniknąć z tego świata na zawsze. Bo tak naprawdę jak sobie poradzić z tym problemem, jakie jest wyjście z tej sytuacji? Renta mi sie nie należy żadna. Żadne kursy/własna działalność nie wchodzi w grę, na to najpierw trzeba zarobić, a ja nie mam nic. Praca zdalna to tylko oszustwa, jakies konta bankowe, naciąganie na pieniądze lub trzeba mieć dobre umiejętności dla programistów etc.Z czego ja mam żyć. Ciągle siedzieć w domu w 4 ścianach i nigdy nie ruszyć z miejsca.