
- Strona główna
- Forum
- rodzicielstwo i rodzina, związki i relacje
- Jak pogodzić...
Jak pogodzić różnice w podejściu do urlopu w związku?
A12
Piotr Ziomber
Szanowny Panie
Pana dylemat z partnerką dotyczący podróży jest zrozumiały, a wynika z różnic w trybie pracy, obowiązkach i potrzebach odpoczynku często prowadzą do napięć w relacjach, zwłaszcza gdy w grę wchodzą dzieci. Kluczowe jest znalezienie sposobu na spełnienie Twoich potrzeb bez ryzyka odwetu czy poczucia winy.
Proszę zacząć od szczerej, spokojnej rozmowy, w której wyjaśni Pan swoją potrzebę przestrzeni i odpoczynku psychicznego, podkreślając, że nie chodzi o unikanie jej czy dzieci. Komunikat w stylu: „Uwielbiam podróżować i to mnie regeneruje, ale szanuję Twoje urlopy, ale chciałbym polecieć sam na tydzień, by wrócić z nową energią dla nas”. Taka forma pokazuje szacunek i minimalizuje ryzyko nieporozumień, jak w jej początkowej reakcji na Pana pomysł.
W dojrzałych związkach solo wyjazdy są zdrowe, jeśli bazują na zaufaniu i wzajemnym szacunku oraz pozwalają zatęsknić i wrócić silniejszym. Taka przestrzeń jest zalecana. Psychologowie podkreślają, że odmienne pasje nie zagrażają relacji, o ile nie stają się ucieczką od problemów; wręcz przeciwnie. Nie zalecam lotu bez wcześniejszej rozmowy i aprobaty partnerki, gdyż może wywołać odwet, ale po dialogu z pełnym spokojem możesz lecieć, jak wcześniej. Jeżeli to Państwa pierwsze, odrębne wakacje, to zalecam maksymalnie tydzień, który powinien wystarczy na regenerację bez długiej nieobecności.
Można zaproponować wspólny urlop później lub podzielony czas (np. Pan solo, potem z partnerką).
Może się wydarzyć, że zgodzi się pozornie, ale z niechęcią, wtedy warto wrócić do tematu granic, a terapia par może pomóc w takich dylematach wychowawczych i relacyjnych.To podejście pozwoli Panu podróżować bez wpływu na relację, budując zaufanie. Życzę powodzenia.
Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?
Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!
Agnieszka Włoszycka
Witam Pana,
Dziękujemy za wiadomość.
Rozumiem Pana dylemat, dotyczy on nie tyle samego wyjazdu, ile poczucia wzajemnej ważności i bezpieczeństwa w relacji. Z jednej strony ma Pan realną potrzebę podróżowania i regeneracji, z drugiej: obawia się Pan, że samodzielny wyjazd zostanie odebrany jako brak uwzględnienia partnerki.
Kluczowe są tu trzy elementy:
Intencja: jeśli wyjazd jest formą odpoczynku, a nie „ucieczki”, warto to jasno nazwać.
Równość:dobrze podkreślić, że partnerka ma taką samą przestrzeń do wyjazdu w swoim czasie, bez elementu „odwetu”.
Zapewnienie o relacji, że podróż solo nie jest alternatywą dla wspólnego czasu, tylko uzupełnieniem.
Zamiast pytać o zgodę, lepiej rozmawiać o potrzebach i ustalić wspólne zasady: np. że część wyjazdów jest wspólna a część indywidualna, gdy druga strona nie ma możliwości urlopu.
Najczęściej napięcie w takich sytuacjach wynika z lęku przed byciem „pominiętym”, a nie z samego faktu podróży. Jeśli ten lęk zostanie zaopiekowany rozmową i konkretnymi ustaleniami, sam wyjazd przestaje być zagrożeniem dla relacji.
Z pozdrowieniami,
Agnieszka Włoszycka
Katarzyna Rosenbajger
Witam,
Na wstepie napiszę, że widzę że ci na prawdę trudno i dlatego szukasz pomocy oraz zrozumienia swojej sytyacji. Widzę, jak bardzo jesteś rodarty pomiedzy chęcią pozdróżwania a troską relacje oraz uczucia partnerki. Widzę również jak bardzo ważne sa dla ciebie odpoczynek oraz chęć poznawania nowych miejsc czy relaksu, ale boisz się jej zranić. Myślę, że potrzebujesz porozmawiać z nią fakcie jak ważny bylby dla ciebie wyjazd samemu, i że to nie oznacza dziwnej sytyacji w związku tylko zaspokojenie swoich potrzeb, które widać są dla ciebie bardzo ważne. Bardzo ważna jest tutaj także pozytywna kumunikacja swoich potrzeb, które sa dla ciebie ważne i również byly przed rozpoczem związku, a partnerka była tego świadoma.
Jeżeli będziesz potrzebował porozmawiać, proszę zgłoś sie do specjalisty, aby głębiej przepracować ten temat.
Pozdrawiam,
K Rosenbajger
Psycholog
Daria Składanowska
Dzień dobry,
Słychać w tym dużo napięcia między Twoją potrzebą wolności i podróżowania a potrzebą bliskości w relacji. To naturalne, że możesz czuć frustrację, gdy coś, co daje Ci energię i poczucie życia, zaczyna być ograniczone sytuacją partnerki. Jednocześnie widać, że bardzo liczysz się z jej uczuciami i nie chcesz tej relacji naruszyć.
Jeśli czujesz, że ten temat wraca, budzi lęk, napięcie czy poczucie winy, warto rozważyć rozmowę z psychologiem. Czasem uporządkowanie własnych potrzeb, granic i obaw w bezpiecznej przestrzeni pomaga spojrzeć na sytuację spokojniej i jaśniej. Nie musisz sam mierzyć się z tym wewnętrznym konfliktem.
Wszystkiego dobrego.
Składanowska Daria
Anna Skrońska
Czytam o tym dylemacie i tak sobie myślę, że ten wyjazd to pewna symbolika, bo widzę tu temat spokoju w relacji.
Z tego, co piszesz, chodzi o to, żeby móc podróżować bez poczucia winy i bez napięcia między Wami.
Ok., macie inne realia życiowe. Ty masz większą elastyczność, partnerka ma dzieci i konieczność planowania urlopu. To naturalne, że pojawiają się różnice. I ważne żeby te różnice nie zdominowały całej relacji i żeby nie przykryły waszych potrzeb.
Może zamiast rozmawiać o tym, czy wolno lecieć samemu, czy może nie za bardzo, warto porozmawiać o tym czego ona się obawia, gdy słyszy o Twoim wyjeździe? I czego Ty potrzebujesz, gdy myślisz o podróżach?
Bo możliwe, że Ty potrzebujesz przygody, a ona potrzebuje poczucia, że nadal jesteście zespołem.
W relacji jest miejsce na osobne doświadczenia, tylko podstawą jest poczucie bezpieczeństwa każdej ze stron.
Zagrożeniem dla relacji nie koniecznie jest tydzień osobno. Jest nim narastająca frustracja, jeśli jedna ze stron zaczyna rezygnować z ważnych dla siebie rzeczy.
Zostawiam do przemyślenia.
Z pozdrowieniami 🌻
Anna Skrońska

Zobacz podobne
Witam.Zacznę może od tego, że mój mąż jest moją pierwszą miłością, zawsze mi się wydawało, że jest dobrym człowiekiem. Od kilku lat, odkąd na świecie pojawiły się dzieci i ma więcej pracy i przestaje go poznawać. Rzuca przedmiotami, wyłącza bezpieczniki, gdy dzieci nie chcą iść spać -wtedy bardzo krzyczą, bo boją się ciemności, potrafi pociągnąć dziecko za nogę i przeciągnąć kilka metrów po podłodze, jak dzieci czymś się bawią i nie chcą iść spać grozi że zaraz te zabawki spali albo wyrzuci do kosza..jest w nim dużo złości, agresji, rzuca wyzwiskami "zamknijcie się" albo "spier*alaj do spania" Raz w złości powiedział do mnie i dzieci "wy jesteście ku*wa rozjebani" Potrafi też być miły, jest bardzo pracowity i ciągle mówi że oczywiście wszystko jak zwykle jego wina. Martwię się, bo nasz starszy syn, który skończył 7 lat i dłużej miał okazję tatę obserwować niestety powtarza jego zachowania :( jest bardzo wrażliwy, gdy tylko jego siostra zrobi coś nie po jego myśli ,rzuca się na nią, bije, poddusza i mówi tak jak jego tata że zaraz jej zabawki powyrzuca..przy pieczeniu pierników wylał ze złością na głowę córki miskę z lukrem, bo nie słuchała co on do niej powiedział..później bardzo płacze, widać, że nie radzi sobie z trudnymi emocjami. Jest mi ciężko w tej sytuacji. Proszę o pomoc
Jestem z facetem od w sumie roku jako związek, wcześniej spotykaliśmy się bardziej jako przyjaciele może coś więcej, ale każdy miał wolną drogę. Od roku spotykamy się oficjalnie w związku, jednakże mój partner ma dziecko ze swoją ex, do której jeździ na całe dnie, niby bawiąc się przez ten czas tylko i wyłącznie z dzieckiem, ponieważ jak twierdzi, pracuje za granicą i po tak długiej nieobecności chce spędzić czas tylko i wyłącznie z dzieckiem. Problem w tym, że jeśli wchodzę na temat tego, żeby dziecko brał do siebie, to tłumaczy się tym, że dziecko (5lat) doznałaby szoku i nie pójdzie tak z nim, ponieważ go długo nie widziało. Jego ex przez ten cały czas siedzi sobie w domu.
Do tego od jakiegoś czasu zmieniła zachowanie, jak wcześniej zabraniała kontaktów, nie chciała, żeby przyjeżdżał, tak teraz sama pisze, wysyła jakieś memy i nawet przyjeżdża pod jego nieobecność do jego domu. Czy to jest normalne?
Czy normalne jest to, że on nie chce zrobić nic w kierunku, takim żeby dziecko zabrać do siebie do domu?
Co prawda cały czas mnie zapewnia, że go nic nie łączy i jedynie jego jazdy kończą się na kontaktach z dzieckiem, ale jednak cieszy się z tego, że ich relacja się poprawiła, bo razem rozmawiają będąc u niej w domu i jak mówi to chyba dobrze, że córka widzi, że mamy dobry kontakt ze sobą?
Dzień dobry. Po krótce opiszę, co mnie nurtuje. Staram się znaleźć odpowiedź, czy to ze mną jest problem i czas nad sobą popracować, czy z moją rodziną. Bardzo bym chciała uzyskać chociaż namiastkę odpowiedzi i kierunkowskaz. Chodzi o relacje z moją mamą. Moje relacje z mamą od zawsze były nie takie jak z pozostałym rodzeństwem. Na każdym kroku mama próbowała mi udowodnić, że nic nie umiem, że się nie nadaję i że nic nie wiem. Nigdy nie chwaliła, nie powiedziała słowa wręcz, czasem wrzucała takie półsłówka między wierszami, żeby wbić mi szpileczkę, że nie wystarczająco coś dobrze zrobiłam lub że się na tym w ogóle nie znam, że lepiej mam coś zostawić. A ja jak mantra starałam się jednak udowodnić, że jest inaczej. I tak całe życie - szkoła, studia, praca, kariera zawodowa - zawsze chciałam udowodnić, że umiem, potrafię, żeby tylko spojrzała łaskawym okiem i rzuciła „dobra robota, jestem dumna". Dodam, że na prawdę świetnie sobie radzę, zawsze najlepsza, itp. Wiem, że to banalne, ale mam 36 lat, męża, dzieci, a ja jakby coraz bardziej oczekuję tej aprobaty mamy (dodam, że budujemy nowy dom i teraz mieszkamy z moją rodziną, z mamą, co pewnie to wszystko utrudnia). Takie dziwne docinki, jak ja to mówię „szpileczki", są na różnych płaszczyznach - od właśnie pracy, rodziny, wychowywania dzieci, ważnych decyzji, po komentowanie tego, co jem, albo co kupuję w sklepie. Mam tak, że uciekam szybko do domu z zakupami, żeby nie gapiła się, co kupiłam, i tego nie komentowała. Boję się kupić piwo mężowi w sklepie, jak jestem z mamą, bo będzie to komentować i rozpowiadać, jaka jestem najgorsza, mojemu rodzeństwu. To plotkowanie o mnie też jest notoryczne z moim rodzeństwem. Mama zawsze zdaje relacje, co robię, siostrze i bratu - ma z nimi bardzo dobry kontakt. Dzwonią do siebie kilka razy dziennie, a ja nawet nie umiem z nią porozmawiać przy herbacie, a mieszkamy pod jednym dachem. Ta sytuacja zaczęła narastać, jak doszły dzieci i mąż. Frustruje się, że nic się nie odzywam, że nie umiem postawić granicy. Mąż to widzi i w sumie nie umie mi pomóc, bo to jest w mojej głowie od zawsze, tam zakotwiczone - że mama to mama, nie mogę jej nic powiedzieć. Czasami, jak próbowałam, to robiła się wielka awantura. Strach przed mamą - co powie, co pomyśli i jak to przekaże mojemu rodzeństwu. Nie wiem, dlaczego, pomimo tego, że miałam w miarę dobry kontakt z siostrą i bratem, teraz się do nich nie odzywam, unikam ich. A dodam jeszcze, że mama, jak już ze mną rozmawia, to rozmowa zawsze schodzi na siostrę i brata - ile to mają, ile zarabiają, że się im powodzi. Może przesadzam, ale czuję się wtedy porównywana, że ja jestem do niczego. Nie wiem, dokąd mnie to zaprowadzi, ale z roku na rok jest coraz gorzej. Dodam, że w miarę wszyscy zarabiamy podobnie, każdy się stara i żyje tak, jak tylko może. A ja przez te komentarze mamy, może jej nieświadome - nie wiem - staję się pracoholiczką. Myślę, że mogę więcej, że ja też potrafię. Myślę sobie, dlaczego o nich mówi tak dobrze, a mi nie powie dobrego słowa. Wiem, jak to się czyta, ale na prawdę mam z tym ogromny problem. Na dodatek widzę, że moja mama to widzi - że mnie to irytuje, że nie chcę słuchać wychwalania rodzeństwa - a robi to, żeby mnie wybić i zgnoić. Nie wiem, czy to moja zazdrość, zawiść, ale poprostu zaczynam tych ludzi nienawidzieć. Mama ogólnie - dodam, że jest straszną egoistką. Długo by pisać, ale tylko ona i ona. Jak coś jej potrzeba albo gdzieś zawieź, to to jest najważniejsze. Nie wiem, czy uda mi się tak szczerze już zmienić poglądy na ich temat, normalnie usiąść, porozmawiać, ale nie chcę sama się robić toksyczną osobą. Chcę dać dobry dom moim dzieciom i dobry przykład, a te wszystkie sytuacje powyżej czasami mnie tak denerwują, że nie mam na nic ochoty. Jestem zła, beznadziejna, że się do niczego nie nadaję, nerwowa. Wiem, że to idiotyczne, ale mnie to zżera od środka. Najchętniej nie chciałabym tych ludzi widzieć i o nich słyszeć - do takiego stopnia to urosło w mojej głowie. Dodam, że mama, delikatnie mówiąc, nie lubi mojego męża... wyrzucane z domu, kłótnie, awantury. To tylko dodatek do tego problemu, że nie umiem postawić granicy. Mam wrażenie, że teraz całe moje życie skierowałam na „opinię" mamy - co powie, żeby tylko nie urazić, żeby powiedziała siostrze i bratu, jaka jestem zaradna. Żeby udowodnić, że dam radę. Czy jest jakaś nadzieja, żeby to sobie jakoś wytłumaczyć? Może to ja jestem egoistką i tylko myślę o sobie, żeby mnie zauważono, a siostrze i bratu zazdroszczę w tym zachłannym świecie. Proszę o poradę, bo czasami mam takie czarne myśli, że tylko czekam, aż ci ludzie znikną z mojego życia.

