- Strona główna
- Forum
- kryzysy, związki i relacje
- Czy warto ponownie...
Czy warto ponownie nawiązać kontakt po trudnym rozstaniu?
Anonim
Karolina Jatczak
Witam,
To, co szczególnie zwraca uwagę w opisanej przez Panią sytuacji, to przerzucanie na Panią odpowiedzialności za zachowanie mężczyzny. Fakt, że pokazała mu Pani zdjęcie, nie stanowi uzasadnienia dla jego reakcji ani dla okazywania zainteresowania inną kobietą w tak bezpośredni sposób. W relacji naturalne jest dostrzeganie atrakcyjności innych osób, jednak kluczowa jest umiejętność regulowania własnych zachowań i szacunek wobec partnera.
Opisuje Pani również jego ambiwalentne zachowanie. Z jednej strony pojawiają się deklaracje bliskości i chęci kontynuowania relacji, z drugiej brak spójności w działaniu; brak kontaktu przez kilka dni, wycofywanie się w momentach konfrontacji. Tego typu niespójność może budzić niepewność i nasilać Pani trudne emocje.
Warto też zwrócić uwagę na moment, w którym postawiła Pani granicę. Jasno zakomunikowała Pani, że jako znajomi nie życzy sobie rozmów o bliskości fizycznej. Reakcją z jego strony było wycofanie się, co może wskazywać na ograniczoną gotowość do budowania bardziej zaangażowanej i dojrzałej relacji.
Pani reakcje emocjonalne; złość,smutek, poczucie zranienia, a także potrzeba wyjaśnienia sytuacji są w tej sytuacji w pełni zrozumiałe. Jednocześnie warto przyjrzeć się temu, czego Pani potrzebuje w relacji i jakie zachowania ze strony partnera są dla Pani akceptowalne.
Pomocne może być zadanie sobie pytania: czy sposób, w jaki została Pani potraktowana, jest zgodny z tym, jak chciałaby Pani być traktowana w bliskiej relacji? Czy w przypadku powtarzania się podobnych sytuacji w przyszłości byłoby to dla Pani do przyjęcia?
Zamiast koncentrować się na tym, czy on się odezwie, warto skupić się na własnych granicach i potrzebach.
O jakich Pani potrzebach mówi ta sytuacja i czy mogą one być zrealizowane w danej relacji?
Ewentualna rozmowa ma sens wtedy, gdy służy Pani domknięciu sytuacji lub jasno określonemu celowi, a nie podtrzymywaniu nadziei przy braku spójnych sygnałów z drugiej strony.
Pozdrawiam,
Karolina Jatczak
Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?
Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!
Kinga Osmulska
Dzień dobry,
z tego, co Pani opisuje, pojawia się kilka ważnych kwestii, nad którymi warto się zatrzymać:
Jak Pani się czuje w relacji, w której pojawiają się „żarty” o innych kobietach i porównywanie wyglądu?
Co mówi o drugiej osobie sytuacja, w której jednocześnie odpycha („nie spotykamy się”), a za chwilę przyciąga („mam na Ciebie ochotę”)?
Czy to daje Pani poczucie bezpieczeństwa i bycia ważną?
Na ile przeprasza Pani za swoje reakcje, a na ile druga strona bierze odpowiedzialność za swoje słowa i zachowanie?
Czy bardziej tęskni Pani za tą konkretną osobą, czy za tym, co Pani sobie z tą relacją wyobraziła?
I najważniejsze: czy taka relacja wzmacnia Pani poczucie wartości, czy raczej je podważa?
Czasem odpowiedź nie przychodzi z tego, co druga osoba zrobi, tylko z tego, co my zaczynamy wyraźnie widzieć i czuć.
Z życzliwością,
Kinga Osmulska
psycholog, psychoterapeutka
Agnieszka Włoszycka
Witam Panią,
Moim zdaniem tu nie chodzi o jedno „spadaj na drzewo” ani o to zdjęcie, tylko bardziej o styl tej relacji czyli on raz przyciąga, raz odpycha, mówi jedno, robi drugie. Pani w tym zaczyna się gubić i coraz bardziej podważać siebie.
Emocje, które Pani poczuła (złość, zazdrość, zranienie) było adekwatne. To, że zaczęła Pani za to nadmiernie przepraszać, już mniej, gdyż w tej historii nie tylko Pani przekroczyła granicę. Najważniejsze pytanie nie brzmi: „czy on się odezwie?”, tylko: czy ja chcę relacji, w której czuję się niepewnie i „porównywana”?
Jeśli chodzi o działanie:
jeśli potrzebuje Pani domknięcia: można napisać jedno, spokojne zdanie i zamknąć temat.
Jeśli nie: cisza też jest odpowiedzią i często zdrowszą.
Czekanie, aż on „zdecyduje”, będzie tylko przedłużać napięcie. On już pokazał, jaki jest w relacji. Teraz ruch jest bardziej po Pani stronie moim zdaniem, czy to Pani wybiera i jeszcze jedno: to nie wygląda na brak Pani „wartości”, tylko na kontakt z kimś, kto tę wartość rozchwiewa.
Z pozdrowieniami,
Agnieszka Włoszycka
Bożena Nagórska
To, co Pani opisuje, to bardzo wyczerpujący emocjonalnie taniec przyciągania i odpychania, w którym Pani poczucie własnej wartości jest wystawiane na ciężką próbę. Warto spojrzeć na fakty. Zachowanie tego mężczyzny, polegające na wielokrotnym proszeniu o numer do innej kobiety w Pani obecności, a następnie porównywanie Was i pisanie o tym w SMS-ach, nie było żartem, lecz brakiem szacunku i empatii. To naturalne, że Pani zareagowała złością – każda osoba dbająca o swoje granice poczułaby się w tej sytuacji upokorzona.
Jego późniejsza reakcja, czyli robienie z Pani osoby niedojrzałej lub nerwowej, to odwracanie uwagi od faktu, że to on zainicjował konflikt swoim niewłaściwym zachowaniem. Proszę zauważyć, że on unika szczerej rozmowy, a jednocześnie wysyła dwuznaczne sygnały np. o ochocie na przytulanie, co sugeruje, że zależy mu na utrzymaniu kontaktu na jego własnych zasadach, bez brania odpowiedzialności za Pani uczucia. Dalsze zabieganie o tę relację i przepraszanie za niezrozumienie żartu, który obiektywnie był raniący, tylko pogłębia Pani lęk i niskie poczucie wartości.
W tej chwili najlepszym ruchem z Pani strony będzie brak ruchu. Jeśli mężczyzna deklaruje, że nie pasujecie do siebie i odmawia szczerej rozmowy, to kolejna próba wyjaśniania czegokolwiek z Pani strony prawdopodobnie skończy się kolejnym odrzuceniem lub manipulacją. Proszę dać sobie przestrzeń na odzyskanie spokoju i nie czekać na jego ruch jako na wyrok o Pani wartości – Pani wartość nie zależy od opinii kogoś, kto testuje Pani wytrzymałość, flirtując z myślą o innych kobietach na Pani oczach.
Wszystkiego dobrego
Psycholog Bożena Nagórska
Zobacz podobne
Mój mąż chodzi od jakiegoś czasu na siłownię.
Podziwia ćwiczące tam kobiety i pisze potem do kolegi w dość wulgarnych słowach, na którą ma ochotę i często robi im też zdjęcia. Czuję się z tym nie najlepiej, mimo, że sama jestem dość wysportowana i atrakcyjna. Co robić, nie mogę powiedzieć, że zajrzałam mu do telefonu, a boję się zdrady.
Witam.
Mam pytanie: po ponad 20 latach razem, będę się rozwodziła z mężem. Mąż ma depresję, stwierdzona przez lekarza przed chyba 5laty. Nie leczył się. Tabletki miał od lekarza przepisane, ale brał, jak chciał. Jak wspominałam o terapii, był zaraz na mnie zły, że on nie będzie tego robił, bo raz był u pani psycholog i nic mu to nie dało. Przez te lata byłam przy nim, chociaż nie powiem, czasem było ciężko. Mąż w domu nie robił całkowicie nic, starałam się go wyręczać, ile mogłam, pracując na cały etat, starałam się też być cały czas dla naszych dzieci (16 i 9 lat), starałam się też ogarniać dom. Z biegiem czasu słyszałam coraz częściej, że to moja wina, że on ma depresję, bo chodził do pracy, gdzie się jej nabawił przeze mnie i dzieci, że jest w miejscu, w którym nie chce być (mieszkamy w Niemczech) też przeze mnie i dzieci.
Z biegiem czasu doszły brak szacunku i chamskie dogadywanie i oczywiście coraz częściej wypominanie wszystkich moich błędów i tego, że nie mam chęci na seks. W sumie w domu bałagan więc i tego nie robiłam, za mało zarabiałam (pracowałam, odkąd przyjechałam do Niemiec, zawsze na cały etat - 41,5 godzin tygodniowo) I czasem tylko jak powiedziałam, że żal mi, że z dziećmi nie spędzam tyle czasu, ile bym chciała (on nie robił z nimi nic), to i tak zaraz był zły, bo dużo ludzi tak robi i dzieciom nic się nie dzieje. 23.09 (nigdy nie zapomnę) mój mąż (pracuje jako kierowca ciężarówki, codziennie w domu) zadzwonił w trakcie pracy, a akurat miałam wolne i jak zwykle (nie pierwszy raz) nasza rozmowa toczyła się tak już po chwili (w sumie to był jego monolog), jaką to ja jestem zła żona, że nie ma seksu, że jestem do niczego (nie wyzywał ani nie bil), ale wtedy coś we mnie pękło. Po tym jeden dzień nie rozmawialiśmy i nie spal w domu, a potem zaczęło się piekło przez 2 miesiące.
Nie chce do tego wracać, ale nurtuje mnie jedno pytanie, bo "naturalnie" całej sytuacji jestem winna ja, bo po tym powiedziałam, że nie chce z nim być, a on się przez te 2 miesiące pierwsze starał i albo mnie kochał i naprawiał, albo nienawidził. Prosiłam, żeby mi dał święty spokój, ale nie docierało.
Teraz jak oboje się chcemy rozwieść, ale non stop słyszę, że to moja wina, bo go w chorobie zostawić chce (ja twierdzę, że to nas obu wina). Czy to normalnie, że ja tak zareagowałam?
Ranił mnie bardzo przez przynajmniej półtora roku, starałam się być silna i tłumaczyłam go depresja, ale coś we mnie pękło.
Czy takie odzywanie się do drugiej osoby mogę ta depresja tłumaczyć, bo on się tak tłumaczy cały czas.
Czy to ja powinnam go na siłę zaciągnąć na terapię (teraz w końcu po kłótni robi)? Czy ja musiałam i muszę przy nim być, bo ma depresję? Cały czas mam wrażenie, że on chce na mnie wymusić poczucie winy. On niby wie, co złe robił, ale jak rozmawiamy, to próbuje i tak się wybielić i na mnie winę zrzucić.
Ja wiem, że moja wina jest taka, że mu nie mówiłam, że mnie to rani, co mówi. W sumie próbowałam, ale było zaraz, co się czepiasz (tylko bardziej chamsko).
Ja chce już normalnie żyć, chce się skupić na dzieciach, a potem być może i dla mnie poszukać terapeuty.
Nie wiem, czy będę chciała jeszcze z kimś być, czy będę umiała, ale nurtują mnie te pytania i będę wdzięczna za odpowiedź. Pozdrawiam
Związek z osobą, która zmaga się z traumą z wcześniejszego związku. Poniżej opisuję wszystko w skrócie.
Trauma, którą przeżywa moja partnerka (a teraz już bardziej była), wydaje mi się bardzo osobista, dlatego nie będę wnikał w szczegóły. Mianowicie, około 4 lata temu jej były partner zmarł na jej oczach w domu, a ona nie mogła mu pomóc.
To wydarzenie bardzo odbiło się na jej psychice. Trafiła na terapię psychologiczną i zaczęła przyjmować leki, które miały pomóc jej złagodzić ten ból. Zaznaczam, że wtedy jeszcze jej nie znałem – poznaliśmy się dopiero 4–5 lat po tym wydarzeniu.
Widać było, że jej stan się poprawił: dużo pracowała, podróżowała po świecie, co zapewne pomagało jej zapomnieć o przeszłości. Poznałem ją w pracy, a po około 4–5 miesiącach znajomości, gdy wszystko między nami dobrze się układało, zaproponowała mi wspólny wyjazd na wakacje – na początku tylko jako przyjaciele. Zgodziłem się, bo jako mężczyzna liczyłem na coś więcej, zwłaszcza że dobrze spędzaliśmy razem czas.
Polecieliśmy do Afryki na prawie dwa tygodnie. Nic między nami się tam nie wydarzyło, ale bardzo się do siebie zbliżyliśmy.
Po wakacjach nadal traktowaliśmy się jak przyjaciele, jednak nasze spotkania stały się coraz częstsze i bardziej intensywne.
W końcu spaliśmy ze sobą. Ona nie była do końca pewna, czy tego chce, ale ostatecznie oboje na to przystaliśmy. Od tego momentu nasz związek nabrał innego charakteru. Regularnie rozmawialiśmy, spotykaliśmy się, spędzaliśmy czas na randkach – po prostu było nam razem dobrze. Przez około 4 miesiące nikt z nas nie wyznał swoich uczuć, ale pewnego dnia, pod wpływem emocji, powiedziałem jej, że ją kocham. Odpowiedziała, że bardzo by chciała powiedzieć to samo, ale nie jest w stanie.
Zrobiło mi się trochę przykro, ale zrozumiałem jej sytuację i postanowiłem to załagodzić, nie złościć się i zapomnieć.
Wydaje mi się jednak, że ją tym trochę przestraszyłem. Miesiąc później poprosiła mnie o rozmowę, w której stwierdziła, że lepiej będzie, jeśli się rozstaniemy w zgodzie. Powiedziała, że nie chce mnie zranić ani sprawiać, bym był sfrustrowany jej wahaniami nastrojów. Podkreśliła, że to nie jest moja wina, lecz jej mentalna blokada, która uniemożliwia jej wejście na wyższy poziom w związku. Rozstaliśmy się, dając sobie około tygodnia na refleksję. Dla mnie to było trudne do przeżycia, bo na takie rozmowy nigdy nie ma odpowiedniego momentu. Spadło to na mnie jak grom z jasnego nieba. Po tygodniu odnowiłem kontakt, bo nie mogłem dłużej wytrzymać. Ona również była w trudnym momencie, ponieważ straciła babcię. Chciałem ją wesprzeć, więc pojechałem do niej z kwiatami, by zawalczyć o naszą relację. Po dłuższej rozmowie udało nam się dać sobie jeszcze jedną szansę i ustalić, że wrócimy do rozmowy o naszej przyszłości za jakieś 3–4 miesiące. Oczywiście doszliśmy do wniosku, że oboje musimy się poprawić, jeśli chcemy, aby to wszystko się udało.
Ponownie byliśmy razem. Udało nam się wyjechać na kolejne wakacje, tym razem do Azji, już jako para, a nie przyjaciele.
Po powrocie wszystko wydawało się w normie – nadal się spotykaliśmy, czasami mieszkaliśmy razem przez kilka dni. Widziałem jednak, że ciąży na niej jakaś presja. Prawdopodobnie wynikała ona z moich oczekiwań, które okazały się zbyt trudne do spełnienia. Pewnego dnia, jak gdyby nigdy nic, dostałem wiadomość z pytaniem, czy możemy się spotkać i porozmawiać o nas. Zgodziłem się, ale zamiast spotkania zadzwoniłem, bo i tak wiedziałem, jaka będzie ostateczna decyzja. Wolałem zachować emocje dla siebie i dać nam przerwę na refleksję, by zastanowić się, czy jest sens dalej to ciągnąć. Po 3 dniach ciszy napisałem do niej list, w którym podziękowałem za wspólne chwile i przeprosiłem za rzeczy, które mogłem zrobić lepiej. Odpisała, że się tego nie spodziewała, ale bardzo ciepło odebrała mój list. Napisała, że również docenia nasze wspólne chwile. Stwierdziła jednak, że nie zgadza się z tym, że się obwiniam, ponieważ to nie jest moja wina – jej psychika po prostu wygrała i nie jest w stanie wejść na wyższy poziom uczuć. Dodała, że nie wie, czy kiedykolwiek jej się to uda – czy to ze mną, czy z kimś innym. Wyjaśniła, że kilka razy w roku miewa takie wahania, szczególnie w okresie zbliżającym się do rocznicy traumy. Z szacunku do mnie powiedziała, że nie chce marnować mojego czasu ani sprawiać, bym był sfrustrowany, czekając na coś, co może nigdy się nie wydarzyć. Napisała jednak, że na razie nie odpowie na mój list, ponieważ jest w nim zbyt wiele informacji. Potrzebuje spokojnie to przemyśleć i odezwie się za kilka dni, aby spotkać się osobiście. Pytanie, które się nasuwa, to, czy jest możliwe, że osoba po takim przejściu już nigdy nie odzyska zdolności do głębokich uczuć, czy może rzeczywiście, tak jak powiedziała, nie jest gotowa zrobić tego kolejnego kroku? W końcu, po 10 miesiącach związku, powinna już chyba wiedzieć, czego chce. Dodam, że jest ode mnie starsza prawie o 7 lat, więc z pewnością lepiej zdaje sobie sprawę z tego, co jest dla nas najlepsze, a może ja coś przeoczyłem. Czy warto jeszcze walczyć i próbować kolejnego podejścia? A może na razie lepiej dać sobie czas na odpoczynek, aż może ona sama dojdzie do wniosku, że warto spróbować jeszcze raz? Nigdy wcześniej nie byłem w takiej sytuacji i chciałbym usłyszeć opinie innych. Dzięki

