Aplikacja TwójPsycholog — wsparcie, które masz zawsze pod ręką

📲 Pobierz aplikację i zadbaj o siebie na własnych zasadach

Dostępne w Google PlayPobierz w App Store
Left ArrowWstecz

Zaręczyny w cieniu depresji: Kłamstwa narzeczonego a moje obawy przed ślubem

Jestem w związku ponad 3 lata. Jesteśmy zaręczeni i mamy ustaloną datę ślubu za 9 miesięcy. Od początku ze strony mojego narzeczonego były jakieś kłamstwa, co prawda drobne, ale jednak mnie raniły. O każdej sytuacji mu mówię i staram się rozmawiać co sprawiło mi przykrość lub co mi się nie podobało w jego zachowaniu. Od roku leczę się na ciężką depresję. Przyjmuję leki chociaż jak wiadomo depresja ma różne oblicza i raz jest lepiej, raz gorzej. Oczekiwałam od narzeczonego wsparcia w leczeniu. Niestety odkąd przyjmuję leki a mój stan psychiczny się pogorszył nie widzę z jego strony poprawy w zachowaniu tzn. powtarza rzeczy, które już kilkukrotnie sprawiły mi przykrość. Do tej pory byłam pewna tego ślubu, ale nabieram coraz więcej obaw. Zdystansowałam się co utrudnia też nasz kontakt. Myślałam nad terapią dla par, ale wcielalam w życie i związek wiele sposobów. Najgorsze jest właśnie, że mimo iż tłumaczę grzecznie co i dlaczego sprawia mi przykrość on dalej to powtarza, a później słyszę tylko "przepraszam" nie ma nawet próby naprawienia tego... Nie wiem co robić. Proszę o pomoc, ponieważ czuję się bezsilna, a moja psychika ma się coraz gorzej.
Daria Kamińska

Daria Kamińska

Dzień dobry, widać, że szuka Pani rozwiązań, dla trudności, których Pani doświadcza w relacji. To dobrze, bo jest pierwszym (potencjalnym) krokiem do zmiany. Jedną z przyczyn, dla których nie jesteśmy w stanie się dogadać w relacjach, jest fakt, że nie potrafimy określić naszych potrzeb i mówić o nich. Bywa też, że kiedy ktoś czuje się opuszczony czy odrzucony, bo inny czegoś nie robi, siła tych odczuć jest tak duża, że nie ma opcji, by zastanowić się nad intencjami drugiej strony, zobaczyć inny punkt widzenia, by odpuścić i uznać, że pewne rzeczy mogą się nie zmienić. Pojawia się niechęć do szukania tego, jak ja współtworzę to, co przyczynia się do powstania zapalników, bo całą winę obsadzam w drugiej osobie, a w związku problemem jest problem, a nie jedna czy druga osoba. Być może warto byłoby przyjrzeć się temu, co się dzieje między Państwem we współpracy ze specjalistą i sprawdzić, czy to ten moment, w którym chcą Państwo walczyć o relację. Pozdrawiam serdecznie, Daria Kamińska

Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?

Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!

Bożena Nagórska

Bożena Nagórska

Dzień dobry 

Powtarzające się, raniące kłamstwa i ignorowanie Pani jasnych komunikatów na temat tego, co sprawia przykrość, stanowią poważne ostrzeżenie i mają prawo budzić Pani obawy, zwłaszcza przed tak ważnym krokiem jak ślub. Narzeczony, który mimo obietnic nie zmienia swojego zachowania i nie daje Pani potrzebnego wsparcia w walce z ciężką depresją, dokłada potężny ciężar do i tak już obciążonego stanu psychicznego. W sytuacji tak głębokiej bezsilności i dystansu, odłożenie decyzji o ślubie oraz postawienie partnerowi warunku podjęcia wspólnej terapii par jest jedyną drogą, by sprawdzić, czy zależy mu na realnej naprawie tej relacji i ochronie Pani zdrowia.

Z pozdrowieniami

Bożena Nagórska

Zobacz podobne

Manipulacja i przemoc emocjonalna w związku po separacji

Od 2 lat jestem w separacji z mężem i poznałam nowego partnera. Na początku było ok ,ale mój nowy partner zadal ode mnie żebym rozwiodła się jak najszybciej. Podejrzewam ze chodziło mu o pieniądze której miała dostać od byłego męża ,w momencie rozwodu, które jak sadze pomogły by mu, bo jego firma prawie bankrutowała. Były tez inne sytuacje które mnie niepokoiły. Po kłótni z była zona o alimenty, pod wpływem alkoholu partner zaczął mi wysyłać okropne meile, wyzywać, życzyć śmierci. Kiedy pierwszy raz otrzymałam od niego te wiadomość, byłam w takim szoku ,ze zabrało mi kilka dni żeby przyjść do siebie. Przeprosił wybaczyłam, ale sytuacje się powtarzały, kłótnie, karanie cichymi dnia za brak zgody na intymność. Raz nagle napisał mi ze chce umrzeć, ze ma bardzo poważne problemy finansowe i emocjonalne i nie chce mnie w to wciągać, kazał żebym go zostawiła. Prawie wezwałam policje bo obawiałam się ze targnie na własne życie. Po rozmowie okazało się ,ze była zona nie zgodziła się wysyłać syna bo córki doniosły matce ,ze był pisany cały weekend. Ten związek zaczął przypominać moje małżeństwo, nigdy nie wiedziałam jaka będzie jego reakcja. Raz wszystko było dobrze, za chwile drama, nie wiadomo z jakiego powodu. Każde spotkanie kończyło się przesłuchaniem, jakie są postępy w sprawie rozwodu. To sprawiło ze przestalam spieszyć się z rozwodem, pomimo ze nowy partner naciskał na to i postanowiłam nie iść z byłym mężem na ugodę, na tylko zabezpieczyć swoje sprawy dla przyszłości siebie i dziecka, bo zaczęłam mieć przeczucie ze na nowego partnera nie mogę liczyć. Potem stało się cos, co przelało czarę. Byłam w domu z dzieckiem, a mój partner zazadam żeby nagralam film erotyczny. Oczywiście się nie zgodziłam i powiedziałam ze wszystko skończone. Zerwałam kontakt. Po 2 miesiącach przyslam mi zaproszenie na ślub. Pogratulowałam i myślałam ze sprawa załatwiona, ale się myliłam. Napisał mi ze skoro ja nadal jestem mężatka ,to teraz i on będzie żonaty i chce żebyśmy kontynuowali nasze spotkanie. On twierdzi ze mówił mi ze nie mogl być sam, podejrzewam ze trudno było mu poradzić bez kobiety w domu i finansowo, a mój rozwód się przedłuża wiec on się ożeni i będziemy będziemy kontynuować nasza znajomość jak dawnie. Nęka mnie meila. Pisze ze zawsze będę jego ku××a, ze nic mi nie pomoże. Nie wiem jak mam sobie z tym poradzić? Boje się ze on jest niezrównoważony? czy w przypadku jeśli się nie uspokoi powinnam zgłosić się na policje? proszę o pomoc bo jestem z tym wszystkim sama.

Mam 37 lat i nie umiem wejść w nową relację romantyczną, po śmierci partnera. Jako starsza osoba o orientacji homoseksualnej, czuję, że nie mam, gdzie szukać.
Mam 37 lat, jestem po 12 -letnim związku z chłopakiem ,niestety zdradzał, choć twierdził, że kocha. Może kochał, ale na swój własny sposób. Zaraził się w efekcie końcowym HIV, zmarł na AIDS. Ja nie umiem, mimo kilku lat już ,zapomnieć o nim, kocham go nadal i nie umiem zaufać innemu chłopakowi . We wszystkich widzę zdrajców emocjonalnych. Jak sobie z tym poradzić ? Dodatkowo istnieje teraz kult młodości cute hot young boy a ja już mam swoje lata, jak szukać ? Mam chodzić po klubach ? Jakoś nie bardzo siebie w tym widzę. Net też jest słaby dla " starych homo " niestety takie czasy, teraz jest kult młodości. Moja rodzina się domyśla pewnie, ale nawet o mnie nie wie. Wie tylko jedna psycholog i nikt więcej . Może matka się domyśla... Proszę o pomoc.Porade. Pozdrawiam . Przemek.
W jaki sposób znaleźć kompromis między swoimi językami miłości i jak nie krzywdzić się wzajemnie, a zacząć się lepiej dogadywać?
Dzień dobry. Mój problem polega na tym, że znam się z obecną partnerką 4 miesiące, pokazała mi co to prawdziwa miłość, jakiej nie doświadczyłem we wcześniejszym związku przez 7 lat. W sensie widzę w jej oczach i tym jak na mnie patrzy coś, czego nigdy nie doświadczyłem. Zazwyczaj jak coś mi nie pasowało w partnerce to zmieniałem i szukałem dalej, a teraz wszystko się zmieniło tym bardziej, że wyznałem jej swoją miłość, ona mi również i doszliśmy do wniosku, że chcemy budować wspólną przyszłość. Problem polega w tym, że chyba mamy inne języki miłości, bo ja jestem osobą, która bombarduje swoimi uczuciami i mówię wprost co czuję i dużo mówię o swoich uczuciach do niej, a ona bardziej przez swoje codzienne obowiązki to pokazuje typu, zadba o pranie dla mnie, o jedzonko, wyczyści buty- wszystko robi sama z siebie o nic nie muszę prosić, ale bardzo rzadko używa słów typu „kocham Cię” itd, a są to słowa, które potrzebuje słyszeć, bo słowa mają dla mnie dużą wartość i czuję się pewniej i podbudowany. Zaczęliśmy od początku znajomości spędzać ze sobą dużo czasu, praktycznie po dwóch miesiącach staliśmy się nierozłączni i prawie już u niej mieszkałem. Dwa tygodnie temu, oznajmiła mi, że nie jest gotowa jeszcze na ilość uczuć jakie jej okazuje i potrzebuje przestrzeni, zaakceptowałem to, ale jestem trochę zazdrosny, bo ten czas poświęca znajomym z którymi teraz spędza dużo więcej czasu niż ze mną, ale kontakt mamy stały. Widzieliśmy się 2 razy przez ostatnie dwa tygodnie i piszemy ze sobą, czasami nawet dzwonimy. Dodatkowo, cały czas powtarza mi, że jej na mnie zależy, żebym czuł się bezpiecznie, bo to ze mną chce budować przyszłość, ale potrzebuje odpocząć trochę od miłości, którą ją osaczam. Dużo rozmawialiśmy doszliśmy do wniosku, że pójdziemy na taki kompromis, że będzie się ona spotkać ze znajomymi w mniejszej ilości niż ze mną, żebym czuł się ważniejszy, ale nadal potrzebuje czasu, żeby otworzyć głowę na budowanie relacji(u mnie minęły dwa lata od kiedy zakończyłem poważny związek, a u niej zaledwie 3 miesiące, w sensie po trzech miesiącach od jej rozstania zaczęliśmy się spotykać). Jeszcze jakby się spotykała z koleżankami to nie miałbym nic przeciwko, ale ma tylko jednego kolegę i głównie z nim się spotyka, dlatego pojawia się zazdrość. Teraz do sedna. W jaki sposób znaleźć kompromis między swoimi językami miłości i jak nie krzywdzić się wzajemnie, a zacząć się lepiej dogadywać? W jaki sposób radzić sobie z zazdrością? W jaki sposób pogodzić się z faktem, że jest ona świeżo po relacji i potrzebuje przepracować pewne sprawy i że potrzebuje kontaktu z innymi ludźmi?
Dzień dobry mam na imię Beniamin i mam 14 lat, parę miesięcy temu miałem już objawy depresyjne
Dzień dobry mam na imię Beniamin i mam 14 lat, (parę miesięcy temu miałem już objawy depresyjne, chodzę na wizyty do psychiatry, biorę leki, nie daje mi to nic). Moje życie nie jest dłużej nic warte. Może to zabrzmieć durnie, jestem młody, ale bylem zakochany w dwóch osobach naraz. Z jedną byłem w ok. 1,5 letnim związku, który się rozpadł. Została mi druga osoba, dawała mi nadzieję, że mamy szanse. Okazywałem jej tyle ile potrafiłem, bałem się że jestem dla niej niewystarczający, że za mało jej daje, przepraszałem za wszystko, bo bałem się odrzucenia, włożyłem wszystko w to, żeby mnie pokochała. Dziś ok. 2 godziny temu napisała do mnie, że tak naprawdę ma kogoś innego, ale nie chciała żebym wiedział, żeby nie było mi przykro. Moje serce zaczęło bić bardzo szybko, jakby mnie coś napadło, poczułem jakby coś we mnie pękło, nie mogłem uspokoić się od płaczu, błagałem ją i przepraszałem, poczułem ze to mój koniec, ze juz nigdy nie doznam takiego uczucia, jakie miałem do niej. Ostatnia wiadomość, jaką do niej wysłałem to list pożegnalny, na temat tego ze za niedługo mnie tu nie będzie. Teraz po tym wszystkim leżę z pociętymi rękoma. Czuję, że juz nikt mnie nie kocha, ciągle płacze, nie mogę się uspokoić, nie chce już tu dalej być, wszystko się zniszczyło, dobijam siebie coraz bardziej samobójczymi myślami, wiem ze za niedługo mnie to przezwycięży chciałbym wziąść strzelbe i zastrzelić się w głowę.
Po latach związku i proszenia o bliskość partnerkę mam już dosyć, już mi się nie chce. Może ona nigdy mnie nie kochała?
Witam wszystkich, Jestem tutaj dosyć nowy, mam więc nadzieję więc, że piszę w odpowiednim do tego wątku. Piszę bardziej z braku alternatyw, jako że nie wiem już za bardzo co robić dalej ... co jest odpowiednim dalszym krokiem w "naszej sytuacji", która wygląda następująco : Jesteśmy małżeństwem od około 11 lat, obydwoje powoli zbliżamy się do 40'ki, brak dzieci. Przed ślubem dwa razy się rozchodziliśmy z mojego wyboru, "Ona" wtedy nie za bardzo radziła sobie z różnymi uczuciami i była dosyć wybuchowa, rzadko adekwatnie do sytuacji - co sama po latach przyznała. Non stop się kłóciliśmy dosłownie o nic, kłótnie zawsze zaczynała ona. Jak pisałem wcześniej, kończyło się to tym, że rozeszliśmy się dwa razy, po czym dwa razy ja wracałem do niej, prosząc o to, abyśmy spróbowali raz jeszcze. Nie jest ta sytuacja jakoś szczególnie znacząca, aczkolwiek wolę nie pomijać za dużo. Przysłowiowy trzeci raz okazał się sukcesem, jako że przestaliśmy się kłócić "o nic" , i jeżeli miewaliśmy później jakiekolwiek spory, to były już one dużo bardziej racjonalne - aczkolwiek było ich bardzo mało na przestrzeni kolejnych 10 lat - po naszym ślubie. Zaczęliśmy się w końcu bardzo dobrze dogadywać i miałem wrażenie, że weszliśmy na jakiś mityczny, wyższy poziom oświecenia i zrozumienia, nasz związek był idealny, dogadywaliśmy się bardzo dobrze i byliśmy ze sobą bardzo szczęśliwi. Nadal nie mieliśmy dzieci z jej wyboru. Mama od zawsze powtarzała jej jak była młodsza, że najgorsze co może jej się w życiu przydarzyć to zajście w ciążę i nie skończenie szkoły średniej czy wyższej. Po latach tak jej zostało i panicznie bała się ciąży i wszystkich jej skutków. Ja byłem gotowy i chętny na dzieci dużo wcześniej, aczkolwiek wiedziałem jak wygląda sytuacja, więc nie naciskałem jej i cierpliwie czekałem aż będzie gotowa ... co po latach jak zaraz opiszę okazało się błędem. Wszystko było idealnie przez lata, aczkolwiek po około 4 - 5 latach ( od ślubu ) zauważyłem pewną prawidłowość ... zawsze tylko ja przychodzę i inicjuję jakąkolwiek intymność / sex między nami. Nie zrozumcie mnie źle ... zawsze jak go inicjowałem ona zawsze była "chętna" i nigdy nie bolała jej przysłowiowa głowa. Warto też nadmienić dla pełnej przejrzystości, że nasze libido na pewno różni się poziomami ... ja mógłbym uprawiać z nią sex w zasadzie co drugi dzień. Jej libido jest oczywiście dużo niższe, jak bardzo do tego zaraz dojdziemy. Koniec końców zauważyłem, że tylko ja inicjuję wszystko już od około 4-5 lat ... wszystko, w sensie codziennie, zawsze jak robimy cokolwiek zawsze złapię ją za pupę, pocałuję w ucho, szyję, kark ... zwłaszcza jak robi coś w kuchni i mogę jej "poprzeszkadzać" ... zawsze, codziennie pokazuję jej, że ją uwielbiam, ubóstwiam, że mi się podoba i że mnie podnieca, że jest moją muzą dosłownie. Sam sex też raczej głównie skierowany był na nią, zawsze obydwoje rozmawialiśmy ze sobą dużo w trakcie, abyśmy obydwoje wiedzieli co nam się podoba, co nie itp. I z reguły ona zawsze dochodzi kilka razy, ja raz lub może dwa jak mam lepszy dzień. Opisuję to raczej, aby przedstawić, że zawsze wszystko robione jest pod nią/dla niej. Nawet gra wstępna była po to, aby ją nakręcić ... nigdy nie było na odwrót, nigdy ona nie robiła nic, aby mnie nakręcić - bo wiadomo, to jest z automatu. Dodam, że na początku naszego związku - przed ślubem, wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Zależało jej na tym ,aby mi sprawić przyjemność i to było jasne i klarowne. Po ślubie wszystko się zmieniło. Do puenty ... po tych wcześniej wspomnianych 4-5 latach zauważyłem mimowolnie, że tylko ja przychodzę po "cokolwiek" więc powiedziałem jej co zauważyłem, wiadomo rozmawialiśmy o temacie itd. ona stwierdziła, że nie zauważyła tej prawidłowości, ale obiecywała poprawę, że będzie się ciut bardziej starać itp., aby nie było to takie jednostronne. Minęło kilka miesięcy i nie zmieniło się nic, mieliśmy kolejną rozmowę, i jej konkluzją było to samo co wcześniej. Zrobiłem więc test, nie przychodziłem po nic sam przez pół roku – i w trakcie tych 6 miesięcy ona nie przyszła „po nic” ani razu i ani razu nie uprawialiśmy sexu. Mieliśmy kolejną rozmowę, tym razem miałem już nieco pretensji i chciałem jakiś wyjaśnień, co się dzieje, dlaczego ona nie ma żadnych potrzeb naszej bliskości. Długa rozmowa pełna emocji, obietnica poprawy … i tyle. Temat tak się powtarzał przez następne lata, w trakcie których robiłem dwa kolejne takie pół roczne testy. Średni później po pół roku miewaliśmy „poważne rozmowy”, na których był płacz, przeprosiny i obietnice poprawy … i na tym się zawsze kończyło. Ostatnie mniej więcej 2 lata były już bardziej znaczące, bo nie sposób ,abym nie zaczął widzieć jej w innym świetle … ewidentnie ona mnie nie chce, proszę ją o podstawową bliskość między nami, i ona świadomie wybiera „nic nie robić”. Doszło do tego, że prosiłem ją nawet, aby sobie to zapisywała gdzieś w kalendarzu, aby czasem przyszła do mnie, aby ona zainicjowała … tak jakby miała na siłownię iść czy porządki zrobić. Kłóciło się to trochę ze mną, bo uważam, że nie powinien to być dla niej jakiś smutny/szary obowiązek, ale brakowało mi już koncepcji. To też nie zadziałało, bo wiadomo, że jak ktoś ma się zmuszać do czegoś to i tak „zapomni” albo czasu na to nigdy nie znajdzie. Sytuacja pogarszała się szczególnie od ostatnich 2 lat, bo proszę ją, błagam aby coś się zmieniło, bo czuję, że we mnie się coś zmienia, że zaczynam widzieć ją w innym świetle, jako poniekąd inną osobę. Z mojej perspektywy proszę ją i błagam, aby zrobiła cokolwiek, aby ratować nas, bo zaczynamy się sypać … i ( z mojej perspektywy ) ona świadomie wybiera nic nie robić, bo tak mało zależy jej na mnie, na nas. Nic się za bardzo nie zmieniło, mimo że zacząłem szczególnie prosić i ponaglać i doszliśmy do etapu gdzie mi się już nie chce … nic. Na tą chwilę nie chcę z nią sexu uprawiać, mam do niej spore uprzedzenia, nie wiem czy ona może ze mną nie jest lub nigdy nie była szczęśliwa, nie wiem czy to w ogóle ma sens. Na tę chwilę nie odzywamy się za bardzo do siebie i czasu nie spędzamy razem, bo nie mogę na nią patrzeć … wiem, że jakbyśmy dłużej w jednym pomieszczeniu siedzieli to nie wytrzymałbym i wyrzucałbym jej wszystkie swoje żale i uprzedzenia. Na tę chwilę najbardziej boli mnie fakt, że … ona świadomie nie chciała zrobić czegoś tak prostego i podstawowego w związku jak inicjowanie odrobiny intymności między nami … nawet a może zwłaszcza w momencie, gdy od lat jej biłem na alarm i mówiłem jej wprost, że coś się musi zmienić, że ja czuję, jak we mnie się coś powoli po tych wszystkich latach zmienia i boję się tego, co będzie dalej, jeżeli nic z tym nie zrobimy. Obecnie jedyne co od niej słyszę to, że powinniśmy razem iść na terapię … z czym ja się zgodzić nie mogę … po pierwsze to już mi nie zależy za bardzo, aby to ratować … skoro jej nie zależało na tyle, żeby ze mną do łóżka pójść raz na jakiś czas, aby nas ratować to czemu ja mam iść na terapię ? Poza tym … nadal uważam, że nie we mnie leży / leżał problem … czemu ja mam teraz iść na drogą terapię, skoro problem jakiś ewidentnie jest w niej do mnie … poza tym absolutnie nie wierzę, że przegadam z kimkolwiek temat, by było na tej terapii cokolwiek i na koniec stwierdzę „ok, faktycznie, już się na nią nie denerwuję, nie mam już żadnej traumy z tym związanej i dam jej kolejną drugą szansę” – uważam że za dużo już dostała „drugich szans” gdy przez lata ją prosiłem o jakąś zmianę. Ehhh miałem opisać po krótce sytuację a się rozpisałem nieco dłużej ... mimo że i tak jest to mocno skondensowana wersja. Sam post na koniec zamienił się w "wylewanie żalów" jak sam po sobie teraz widzę, ale jak o tym pisałem i sobie to w głowie odtwarzam i przypominam to krew się we mnie gotuje że może się to teraz tak skończyć, że my sie możemy tak skończyć ... Będę wdzięczny za jakikolwiek feedback ... póki co wszystko widzę ze swojej perspektywy, może czegoś nie widzę nie dostrzegam ...
zdrada

Zdrada – przyczyny, skutki i jak sobie z nią radzić?

Zdrada to głębokie naruszenie zaufania w związku, występujące w formie fizycznej lub emocjonalnej. Powoduje trwałe rany psychiczne u obu partnerów. Analizujemy przyczyny zdrad, ich konsekwencje oraz metody odbudowy relacji po takim doświadczeniu.