30 zł zniżki na pierwszą wizytę z kodem WIOSNA26

w ramach akcji #WychodziNamToNaDobre!

Wybierz specjalistę
Left ArrowWstecz

Nikt mnie nie lubi, a ja nie wiem dlaczego?

Nikt mnie nie lubi, a ja nie wiem dlaczego

User Forum

Arleta

7 miesięcy temu
Justyna Bejmert

Justyna Bejmert

Pani Arleto,

 

Przykro mi, że tak się Pani czuje. To bardzo bolesne doświadczenie - mieć wrażenie bycia odrzuconą lub niezauważoną, zwłaszcza gdy nie wiadomo, z czego to wynika. Czasem takie uczucie może wynikać z trudnych relacji, a czasem z wewnętrznego poczucia niskiej wartości, które zniekształca sposób, w jaki postrzegamy siebie i otoczenie.

 

Warto zadać sobie kilka pytań: Czy są osoby, które choć trochę się o Panią troszczą? Czy te myśli pojawiły się nagle, czy są z Panią od dawna? Czy kiedyś czuła się Pani lubiana, a coś to zmieniło?

 

Czasem to, co czujemy, ma korzenie w dawnych zranieniach lub braku zrozumienia, który się w nas utrwalił. Jeśli takie poczucie „bycia nielubianą” długo trwa i wpływa na codzienne życie, warto porozmawiać z psychologiem. Profesjonalna rozmowa może pomóc spojrzeć na siebie łagodniej i dojść do źródła tych emocji oraz zobaczyć, że jest Pani warta sympatii i szacunku, nawet jeśli teraz trudno w to uwierzyć.

 

Pozdrawiam ciepło,

Justyna Bejmert 

Psycholog

7 miesięcy temu

Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?

Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!

Olga Żuk

Olga Żuk

To bardzo bolesne uczucie — i ważne, że o nim mówisz. Czasem, gdy czujemy się odrzuceni, nasz umysł zaczyna podpowiadać, że coś jest z nami „nie tak”. Ale to nie musi być prawda.

Ludzie mogą zachowywać się chłodno z różnych powodów: swoich własnych trudności, lęków czy braku uważności. To nie znaczy, że Ty jesteś gorsza lub nieważna.

Może warto się zatrzymać i zapytać: czy naprawdę nikt mnie nie lubi, czy może ja tak się czuję? I co sprawia, że tak myślę?

 

Pozdrawiam,

Olga Żuk

7 miesięcy temu
Kamila Bogusz

Kamila Bogusz

Dzień dobry Pani Arleto,

Rozumiem, że może to być dla Pani trudne i bolesne uczucie. Warto przyjrzeć się temu bliżej – co sprawia, że ma Pani takie poczucie, i jakie doświadczenia się na to składają.

Na spotkaniu z psychologiem można przyjrzeć się możliwym przyczynom tego wrażenia oraz zastanowić się, jak budować relacje, które będą dla Pani wspierające.

 

Serdeczności 

Kamila Bogusz

7 miesięcy temu
Martyna Jarosz

Martyna Jarosz

Pani Arleto,

To uczucie może być bardzo przytłaczające, dlatego warto się zatrzymać i zadać sobie kilka pytań: Skąd bierze się to przekonanie, że nikt mnie nie lubi? Czy są osoby, które okazywały mi życzliwość, ale trudno mi to zauważyć? Jakie doświadczenia mogły wpłynąć na sposób, w jaki postrzegam siebie i innych?
 

Rozmowa z psychologiem może pomóc uporządkować te myśli i spojrzeć na sytuację z innej perspektywy. Warto dać sobie szansę na zrozumienie i zmianę.
 

Pozdrawiam serdecznie
Martyna Jarosz
psycholog

7 miesięcy temu
Pracownia Psychoterapii Wolne Myśli

Pracownia Psychoterapii Wolne Myśli

Dzień dobry, 
to bardzo trudne uczucie — przekonanie, że jest się nielubianym, zwłaszcza gdy nie do końca wiadomo, skąd ono się bierze. Warto jednak wiedzieć, że takie myśli mogą być bardziej odzwierciedleniem wewnętrznego przeżycia niż rzeczywistej postawy otoczenia.

W nurcie psychoterapii psychodynamicznej szczególną uwagę zwracamy na to, co stoi za takimi przekonaniami — jakie emocje, doświadczenia czy relacje (również z przeszłości) mogły wpłynąć na sposób, w jaki Pani myśli o sobie i o innych ludziach. Czasem są to dawne zranienia, poczucie bycia niezauważonym lub niezaakceptowanym, które z biegiem czasu zamieniają się w trwałe przekonanie, że „nikt mnie nie lubi”.

Jeśli te uczucia się powtarzają, wracają w relacjach lub wpływają na codzienne funkcjonowanie, bardzo zachęcam do rozmowy z psychologiem lub psychoterapeutą. W bezpiecznej relacji terapeutycznej można stopniowo przyglądać się temu, co Pani przeżywa, i zacząć rozumieć siebie głębiej. Takie zrozumienie często staje się początkiem trwałej zmiany — nie tylko w sposobie myślenia, ale też w przeżywaniu relacji z innymi.

To, że Pani o tym mówi, to już bardzo ważny krok. I coś, czego nie warto w sobie unieważniać.


Z wyrazami szacunku
Pracownia Psychoterapii Wolne Myśli (Weronika Berdel)

7 miesięcy temu
Katarzyna Kania-Bzdyl

Katarzyna Kania-Bzdyl

Droga Arleto,

 

na jakiej podstawie wnioskujesz, że żadna z osób z Twojego otoczenia nie darzy Cię sympatią? Czy z pewnością możesz stwierdzić, iż 100% osób, które znasz, bardziej Cię nie lubią niż lubią?;)

 

pozdrawiam,

 

Katarzyna Kania-Bzdyl

7 miesięcy temu
Maria Sobol

Maria Sobol

Pani Arleto,

to bardzo bolesne uczucie – mieć wrażenie, że jest się nielubianą i nie rozumieć, skąd to się bierze. Czasem źródło takich myśli leży w dawnych doświadczeniach, które nauczyły nas patrzeć na siebie w krytyczny sposób. W efekcie możemy wysyłać sygnały, które inni odbierają jako dystans czy brak otwartości, choć wcale tego nie chcemy.

Warto zacząć od wzmocnienia poczucia własnej wartości – kiedy traktujemy siebie z życzliwością i szacunkiem, inni łatwiej to odwzajemniają. Polecam Pani darmowy poradnik „Poczucie własnej wartości – ćwiczenia do samodzielnej pracy”, który pomoże zrozumieć siebie i pracować nad pewnością siebie:
Pobierz poradnik tutaj

 

Z wyrazami szacunku 

Psychoterapeutka integracyjna

Maria Sobol 

7 miesięcy temu
komunikacja w zwiazku

Darmowy test na jakość komunikacji w związku

Zobacz podobne

Dzień dobry, rozstałem się z dziewczyną blisko 2 miesiące temu.
Dzień dobry, rozstałem się z dziewczyną blisko 2 miesiące temu. Wypaliły się moje uczucia do niej. Miewałem ciągle huśtawki o tym, żeby pospotykać się z nią, żeby jakoś spróbować wrócić do niej, bo to był dobry związek, potem czułem, że to jednak koniec. Dziś znowu straciłem uczucia i wszelką nadzieję na odbudowę tego.Ona dalej kocha i czeka na mnie, ale ja usztywniłem się na nią i znowu straciłem nadzieję. Czy to do uratowania? Moje huśtawki zniszczyły to wszystko. Zaczęło się od obsesyjnych pytań czy ja ją kocham... Minęły niecałe dwa miesiące, a ja czuję jakby minęło kilka lat. Bardzo proszę o pomoc, bo czuję że niszczę sobie życie i nic z tym nie mogę zrobić.
Zespół Turnera, wyzwania z aparatami słuchowymi i bezpłodnością, szukanie wsparcia.

Witam! Jestem 24-letnią kobietą. Aktualnie zakończyłam 4 rok kierunku lekarskiego, idę więc na piąty. 

Jaki jest mój problem? Otóż - mam zespół Turnera. Wiadomo - bezpłodność, niedosłuch. Aparaty słuchowe mi potwornie wręcz przeszkadzają - nie noszę ich. Dźwięki (testowałam różne modele, protetycy próbowali zmieniać ustawienia) są nienaturalne, głosy bliskich brzmią zupełnie inaczej, to było straszne. Już bardziej akceptowałam te douszne, w tych zausznych nie mogłam biegać, czy się ruszać głową, bo strasznie trzeszczało, ale ogólnie nienawidzę mieć czegoś w uchu lub koło ucha, bardzo mi to przeszkadza mimo, że próbowałam to z zaciśniętymi zębami nosić i się przyzwyczajać. A po drugie uwielbiam czesać w wysoko upięte fryzury z odsłoniętymi uszami (koki, korony z warkocza), w których wyglądałam o niebo lepiej, czuję się kobieco i mam smuklejszą buzię i każdy mi tak mówił, ale z dwojga złego wolę fryzurę, w której wyglądam niekorzystnie jak widoczne aparaty. 

No i rodzice, którzy wręcz krzyczeli na mnie jak nie chciałam ich nosić i zabrali podstępem i nic nie mówiąc do protetyka jak miałam niecałe 18 lat. I szczerze - skłonna byłabym iść jeszcze raz do audiologa choćby na konsultację, żeby tylko porozmawiać i dowiedzieć się jakie są obecnie możliwości i czy nie ma czegoś, co by zarówno mi pomogło, ale i byłoby dla mnie akceptowalne, ale obawiam się, czy znajdę kompetentnego lekarza. 

Jak byłam na oddziale audiologicznym to spora rzesza pracowników nosiła fartuchy z logo pewnej firmy produkującej aparaty słuchowe, a lekarka prowadząca nic nie wytłumaczyła, tylko powiedziała, że to jedyne rozwiązanie i już. 

Co do bezpłodności - też jest ciężko (i widzę, że innym, którzy nie mogą mieć dzieci, choćby na YT także jest z tym piekielnie ciężko - niektórzy adoptują, niektórzy z bólem serca postanawiają, że we dwójkę będą dla siebie rodziną, niektórzy nie wytrzymują i się rozstają) i z tego właśnie powodu unikam relacji romantycznych. Co więcej nigdy nie byłam w związku, nigdy nawet nie próbowałam. Bo wiem, że rodzicielstwo to podstawowe pragnienie zdecydowanej większości, szczególnie mężczyzn, jak mówią statystyki, a jak trafiłby mi się płodny partner to nie chciałabym mu tej możliwości odbierać. Jestem też realistką i wiem, że przez wielu byłabym z tego powodu odrzucona na starcie, więc nie widzę sensu, żeby próbować. A nawet jak pierw zaakceptuje to co będzie za 10,15, 20 lat jeśli stwierdzi, że dzieci jednak chce mieć? Zostanę sama jak palec mimo, że inwestowałam tyle lat w związek, a takiej sytuacji bardzo chciałabym uniknąć. 

Ale gdybym miała już wybierać to wolałabym życie z partnerem we dwoje ze zwierzakami - na adopcję żyjącego dziecka nie mam siły (tak, inni myślą, że to jak adopcja pieska czy kotka ze schroniska - wpadam do ośrodka adopcyjnego, wybieram dzieciaka, pokazuję pani z ośrodka paluchem którego i dzieciak jest mój, ale to zupełnie inna procedura), in vitro z komórką dawczyni etycznie do mnie nie przemawia, ewentualnie mogłabym zastanowić się nad adopcją zarodka. Ciężko mi chodzić do ginekologa (szczególnie, że jak miałam 18 lat w jednej z klinik zostałam potraktowana jak przedmiot do prezentacji studentom) i dawno tam nie byłam, ogólnie też źle się czułam po terapii hormonalnej. 

Kolejna kwestia jest taka, że wszyscy w mojej rodzinie biologicznej są zdrowi, mają dzieci biologiczne i… niestety nikt a nikt mnie nie rozumie. Wszyscy to bagatelizują - aparaty słuchowe to nie problem, przecież dużo osób ma (no eureka, ale są to osoby 70/80+!!!, a nie 20-paroletnie!), a dziecko sobie adoptujesz, są osoby młodsze od ciebie, chore na raka, które modlą się o życie, nie wymyślaj, nie masz źle. Może chcą mnie zmotywować taką gadką? Ale przecież mnie to nie motywuje, wręcz przeciwnie, czuję się zdołowana i przybita po takim czymś. Generalnie całe życie w zasadzie nauczona przez rodzinę byłam obracać się w kręgu zdrowych ludzi, bo w rodzinie tylko zdrowi i tylko wśród takich ludzi się obracają, w zasadzie nie znam osobiście ludzi z widocznymi niepełnosprawnościami, szczególnie młodych. Jeśli już to pokazywano mi je gdzieś z boku, pokazując i mówiąc o nich półgębkiem i ukradkiem. 

Wyjątek stanowi moja przyjaciółka - ma wady wrodzone, od dziecka przeszła multum operacji, też przez to nie może mieć dzieci. Jest ona jedyną osobą, której mogę ponarzekać w tej kwestii. Poznała teraz chłopaka i sama mi mówiła, że jak miała mu o swoich chorobach powiedzieć to jej serce ze stresu do gardła podchodziło. Zaakceptował to i w sumie to cieszę, że są jeszcze być może gdzieś ludzie, dla których to nie problem, ale większość taka nie jest. Mam też Hashimoto - tak, jestem leczona, chodzę regularnie do endokrynologa, biorę codziennie rano tabletkę, ale to tam pestka, bo powiedzmy sobie szczerze - co to jest jedna tabletka dziennie, jedno pobranie krwi raz na pół roku i jedna wizyta u endokrynologa z USG tarczycy raz na rok/dwa lata… Oczywiście dietę też stosuję i konsultowałam się pod tym kontem dietetycznie - ale dzisiaj jest tyle możliwości jej komponowania, a szczególnie jak trafi się na dobrego dietetyka i tyle dostępnych składników, że to też nic, tarczycę mam idealnie wyrównaną. Szczerze… na diabetologii jedna prowadząca powiedziała zdanie, które totalnie do mnie przemówiło. A mianowicie, że wydaje jej się, że cukrzycy z DM1, którzy nie chcą pomp insulinowych nie zaakceptowali swojej choroby i się z nią do końca nie pogodzili. Powiedziała też, że wiele młodych dziewczyn latem (kiedy się nosi lżejsze ubrania - np. sukieneczki, spódniczki, crop topy) przychodzi do niej, żeby przestawiła je z pomp z powrotem na peny, żeby nie musieć nosić widocznej pompy. 

Za dwa lata skończę studia (radzę sobie nieźle, na tym roku miałam średnią nieco ponad 4), stanę się niezależna i tak rozmyślam wtedy nad swoimi relacjami. Myślałam, żeby rozluźnić więzi z rodziną biologiczną (oprócz babci, która bardzo mnie kocha i choć też mnie nie do końca rozumie, to przynajmniej się jakoś stara). Co do relacji z rodzicami - ciężko jest i choć podczas roku akademickiego nie mieszkam z nimi na codzień, to jestem od nich jeszcze finansowo zależna. Nie mogę im nawet z przeszklonymi oczami wspomnieć, że jest mi po prostu z tą chorobą trudno. Czasem sama płaczę w nocy w poduszkę. Tłumaczę im, że moja choroba to nie alergia ani wada wzroku, ani nawet cukrzyca, tylko że ma to ogromny wpływ na życie - społeczne, romantyczne, etc - na każdy jego aspekt w zasadzie. Do mamy nie dociera, że ci ludzie, którzy nie mogą mieć dzieci, których zna weszli w związek nie wiedząc, że będą mieli problemy z płodnością, a wchodzenie w związek ze świadomością trwałej bezpłodności to zupełnie inna rzecz. I nie rozumie też tego, że to, że ona mnie kocha wcale nie oznacza, że społeczeństwo będzie mnie w 100% akceptować. Powiedziała też kiedyś - no, minie okres dojrzewania to jej przejdzie myślenie o tej chorobie i te kompleksy, bo to tylko w okresie dojrzewania. Spoiler - nie, nie przeszło, jest jeszcze gorzej. Jako dziecko byłam zupełnie inna - żwawa, ruchliwa, wygadana, przebojowa, nieśmiała tylko czasami i tylko w stosunku do obcych, ale jak zobaczyłam, że jakaś nowa osoba jest w porządku to szybko ją akceptowałam, wszędzie mnie było pełno, nie miałam oporów, żeby zapukać w randomowym dniu do sąsiadki z góry i pokazać jej swoje nowe ciuchy, zagadywałam ludzi w pociągu, etc. Ale wtedy nie różniłam się w zasadzie od innych dzieci, funkcjonowałam jako zdrowe dziecko, zdiagnozowano mnie w wieku 6 lat. I nawet wtedy nie było problemu - akceptowałam branie hormonu wzrostu, choć czasem denerwowało mnie, że muszę jeździć do kliniki, jak chyba każde dziecko, które chce spędzić dzień w szkole z rówieśnikami, a nie może. 

To wszystko zaczęło się parę lat później. Pierw kompleksem był mój wzrost, ale dzisiaj absolutnie mi to nie przeszkadza, lubię być niewysoka i drobna. No a potem przyszło to, co wyżej. I tak, rodzice w wieku 13 lat posłali mnie do psychologa, bo "nie miałam koleżanek" w 1 kl. gimnazjum, ale w celu naprawienia mnie. Psycholog na ostatniej wizycie powiedziała mojej mamie "to nie z nią jest coś nie tak, tylko z panią". Ja miałam tylko inne zainteresowania jak dziewczyny w moim wieku - pasjonowałam się nauką, a nie bieganiem za chłopakami, więc nie miałam koleżanek, bo nie miałam z nimi tematów do rozmów. W sumie dobrze mi na tych studiach i cieszę się, że dobrze sobie na nich radzę, oczywiście skończę je, bo szkoda 4 lat, audiolog mówiła, że najlepiej wybrać w takim wypadku specjalizację zabiegową (i chirurgia mi się podoba, kilkukornie asystowałam do operacji i to było świetne), ale gdybym wiedziała, że będę niedosłysząca wybrałabym nieco inną ścieżkę kariery - byłam w gimnazjum i liceum pasjonatką fizyki i wszechświata, książki Hawkinga przeczytałam jednym tchem, myślę, że wtedy poszłabym w jakąś astrofizykę.

 

 I na koniec moje pytanie - niestety teraz studiuję, nie pracuję i nie stać mnie na terapię prywatną i czy lepiej skorzystać z psychologa w ramach NFZ (mam możliwość, że kiedy pójdę z legitymacją do studenckiej przychodni nie będę czekać na wizytę więcej jak 2 tygodnie), czy lepiej znaleźć psychologa w jakiejś fundacji wspierającej osoby z niepełnosprawnościami? Czy może warto iść na grupę wsparcia? Przepraszam za trochę chaotyczny wpis, pisałam, co mi przyszło do głowy. Pozdrawiam, i z góry dziękuję za odpowiedzi!

Partnerka porusza tematy związane z ex, które są dla mnie drażliwe, partnerka wie, że postawiłem granicę.
Dzień dobry, chciałbym prosić o interpretację i wyjaśnieje pewnych zachowań i poradę co robić. Żyję z partnerką w związku na odległość, wymusza to na nas obecna sytuacja. Z tego powodu utrzymujemy w relacji zasadę, że o wszystkim sobie mówimy i relacjonujemy tak, żeby nie tworzyć jakiś sytuacji niedopowiedzianych lub sytuacji, że o czymś się nie powiedziało, jesteśmy ze sobą szczerzy. Dbam o to, żeby partnerka czuła się pewnie i bezpiecznie w relacji, dbam o zaufanie. Pewnego wieczoru podczas przygotowywania kolacji dla siebie i partnerki(wcześniej spędziliśmy miło czas, oglądaliśmy film, śmialiśmy się, rozmawialiśmy) , partnerka przeglądała mój telefon- nie mam z tym problemu, bo nie mam nic do ukrycia, jestem z nią szczery. Usłyszałem, że robi zrzuty ekranu, zapytałem co tam porabiasz. Odpowiedziała mi "zobaczysz", uznałem, że to nic istotnego na tą chwilę. Wróciłem do przygotowywania posiłku, partnerka weszła do kuchni i zadała mi pytanie trochę z wyrzutem, trochę tak, żeby wbić szpileczkę. "Znalazłam wiadomości do kobiety, której pisałeś, że kochasz swoją ex, mi mówiłeś, że nie kochałeś swojej ex." (Dla wyjaśnienia wiadomość do owej kobiety była wiadomością do siostry ex, wiadomość była wysłana ok pół roku do roku czasu przed związkiem z obecną partnerką. Z obecną partnerką jestem już ponad rok) mocno mnie zdenerwowała ta sytuacja, bo nie jest to pierwsza sytuacja, w której moja partnerka szuka w moim telefonie informacji o ex i sprawdza czy to, co jej mówię, jest prawdą. Temat ex jest dla mnie tematem drażliwym i partnerka o tym wie, pomimo tego porusza ten temat przy rozmowach i w kłótniach. Temat ex jest dla mnie niewygodny dlatego, że chce zamknąć definitywnie za sobą ten rozdział życia, z byłą partnerką mi się nie układało, była to toksyczna relacja, z tego co się później dowiedziałem, podchodzę jednak do tego, że wina leży po obu stronach zawsze. Z obecną partnerką dogaduje się świetnie, jest mi z nią bardzo dobrze, bardzo się staram o nią i pokazuje jak bardzo mi na niej zależy, mówię jej o tym, że jest dla mnie wyjątkowa. Pomimo tych słów i czynów moja partnerka nie potrafi w pełni mi zaufać. Niejednokrotnie usłyszałem stwierdzenie, że dla ex też się starałem i mi na niej zależało, jest to dla mnie demotywujące. Frustruje mnie to, w skrajnych sytuacjach doprowadza do gniewu. Czuję, że mogę się starać być z nią szczery, nie dawać jej powodów do zmartwień, a i tak ona tego nie doceni i skwituje to "dla ex byłeś taki sam, a teraz z nią nie jesteś, ze mną może być tak samo". Zdarza mi się w złości rzucić obelgą w stronę mojej partnerki, jestem tego świadomy, że nie powinienem tego robić, gdy emocje opadną, przepraszam za obelgę, ale nie czuję się winny awantury. Tłumaczę partnerce dobrze wiesz, że nie chce poruszać tematu ex, jest to temat drażliwy, chcę definitywnie uciąć rozmowy czy nawiązania do niej, skupmy się na nas, na tym co jest tu i teraz, a nie wypominaniu mi co robiłem, a czego nie robiłem z ex, bo to przeszłość. Ja nie nawiązuje do ex obecnej partnerki, bo uważam, że jest to nie istotne. Partnerka twierdzi, że ja mam wpływ na to co mnie denerwuje i to moja wina jak reaguje na dany temat, po części się z tym zgodzę. Ale jeśli wie, że ten temat jest niewygodny, to go nie poruszam. Powtarzam jej przenośnie, że jeśli dźga się psa patykiem to nie zdziw się, że zaszczeka na ciebie, a jeśli dalej będziesz to robić to Cię ugryzie, bo nie możesz mieć potem do psa pretensji. Wydaje mi się, że jest to dobra przenośnia. Można dywagować, że pies to zwierzę, a ludzie powinni być mądrzejsi, ale jednak człowiek jest zwierzęciem, też mamy swoje instynkty. Bardzo proszę o rady co robić i interpretację.
Relacja po stracie: jak wspierać i zrozumieć zachowanie partnera po śmierci bliskiej osoby
Dzień dobry, Szanowni Państwo znalazłam to forum w internecie szukając odpowiedzi na moje wątpliwości. Moja sytuacja dotyczy pewnej relacji. Chodzi o to, że nie wiem co mam myśleć o tym co tak naprawdę się dzieje w pewnej relacji w której funkcjonuję od pewnego czasu. Mam w swoim życiu (według mnie osobę bardzo mi bliską). Jednak może od początku. Poznałam jakiś czas temu mężczyznę i od razu zaczęliśmy odbierać na tych samych falach. Początki super świetnie idealnie dogadujemy się wręcz jak byśmy znali się całe życie. Później rozmowy stały się bardzo poważne wręcz intymne. On podzielił się ze mną tym, że ma wiele zmartwień. Jego Matka umierała na chorobę nowotworową i było strasznie ciężko wszystkie wysiłki szły, aby Ją ratować. Przyjaciele oraz całą Jego rodzina odwrócili się od Niego. Tak jakby zapomnieli, że istnieje. Został sam. No właśnie nie do końca bo ja byłam przy Nim w tych trudnych chwilach. Ni mniej, ni więc tylko spakowałam się i stanęłam przed Jego drzwiami. No może nie dosłownie bo nie wpakowałam się do Jego domu, ale wynajęłam na szybko mieszkanie w Jego mieście i byłam w każdej chwili przy Nim. Pomagałam bez zawahania we wszystkich sprawach i wciąż wspierałam Go. Obiadki te sprawy. W końcu Jego Matka zmarła niestety. I On zdawał się być jakby obok tego wszystkiego. Nikt prócz mnie nie pomógł, nie było nikogo. W tym czasie powiedział mi, że mnie wcześniej nie doceniał i nie spodziewał się, że postąpię właśnie w taki sposób. Dodał, że wszyscy absolutnie wszyscy opuścili Go a zostałam tylko ja. I że szalenie mnie docenia i wszystko co zrobiłam i co robię i co zapewne jeszcze zrobię. Nie określił mnie jako swojej "dziewczyny" dalej pozostaje, chyba tak mi się wydaje Jego koleżanką. Podczas pogrzebu Jego Matki miały miejsce dziwne rzeczy. Przede wszystkim zjechała się cała rodzina ze strony Matki. Wszyscy absolutnie wszyscy wykazywali niezdrową ciekawość względem mnie. Ja byłam z boku. Po cichu wspierałam w tym trudnym dniu. Zabezpieczyłem wszystkie rzeczy osobiste " kolegi" ponieważ wszędzie zostawiał a to portfel z dokumentami, a to kluczyki od auta itd. ja zbierałam te rzeczy i chowałam żeby nikt ich nie ukradł. Podczas pogrzebu stałam z tyłu przecież nie jestem rodziną więc nie będę pchała się na pierwszy plan. Podczas deszczu podałam Mu swój parasol bo nie miał , a ja nie chciałam żeby zmókł. Po pogrzebie On powiedział, że bardzo mi dziękuję za wszystko co zrobiłam na tym pogrzebie bo On nie miał do tego głowy. Jednak kilka dni potem odezwali się Jego "przyjaciele" i On tak jakby zapomniał, że gdy potrzebował wsparcia to Oni Go zostawili tak jakby się nie znali. Zaczął codziennie spotykać się z Nimi. Ja odczułam , że mnie odstawił na boczny tor. Chociaż po kilku dniach zaczął zapraszać mnie na spacer, na obiad. W sumie było kilka takich spotkań. Raz nawet użył sformułowania, że to jest randka. Ale na tych niby randkach w pierwszym zdaniu komunikuje mi, że nie ma za dużo czasu bo kumple czekają i jest z Nimi umówiony. Ogólnie to zawsze po godzinie Nasze spotkanie się kończy bo pędzi do kolegów. A z kolegami spędza czas do 2-3 nas ranem. Wiem bo zawsze pisze do mnie wiadomości, że właśnie skończył świetne spotkanie z kumplami i wraca do domu. Ja nie wiem co mam myśleć. Raz nawet powiedziałam Mu wprost co czuję, czego chcę i niech w końcu powie o co chodzi i czy to wszystko co się dzieje to ma sens. Odpowiedział mi ,że jeśli ja dalej tego chce to ma to sens. Co dzień mówi mi, że jestem piękna, dobra, najcenniejszym skarbem, który trzeba chronić, że jeśli mi się coś stanie to On tego nie przeżyje bo to będzie tragedia. Jednak gdy mówię skoro jest tak jak mówisz to może przestańmy udawać i w końcu oficjalnie zacznijmy być razem. To się wycofuje znajduje kolejne wymówki żeby utrzymać taki stan rzeczy i wciąż codziennie słyszę, że koledzy przyszli, ja idę do kolegów, z kolegami idę na miasto, koledzy, koledzy, koledzy... Nie wiem co mam myśleć o tym wszystkim. Czy powinnam dać sobie spokój czy to jakiś mechanizm obronny lub radzenia sobie z żałobą po śmierci Matki. Bo z jednej strony koledzy, a z drugiej jeśli ja się nie odezwę przez dłuższy czas dopytuje się czy jestem zdrowa, bezpieczna i czy nic mi się nie stało złego. Nie wiem o co w tym wszystkim chodzi.
Chcę rozwodu, ponieważ mąż kompletnie nie uczestniczy w moim i dziecka życiu. Czy możliwe, żeby się zmienił?
Dzień dobry. Od jakiegoś czasu zauważyłam, że coraz częściej myślę o rozwodzie. Mój mąż nie wykazuje w stosunku do mnie żadnej aktywności - nie chce ze mną nigdzie wychodzić, rozmawiać, spędzać razem ze mną czasu. Nie interesuje go, jak spędzam dzień, jak czuje się dziecko. Czuję się jak samotna matka, gdyż na mojej głowie jest wszystko, co związane z domem, dzieckiem, oraz z moją pracą zawodową. Próbowałam go zachęcać do rozmów, do wspólnego spędzania czasu. Nic nie działa, on chce mieć spokój po pracy i najlepiej żebym poszła do dziecka. Nasze życie seksualne też praktycznie już nie istnieje- próbowałam o tym rozmawiać, ale on nie chce rozmawiać, bo jest zmęczony. Czuję się odepchnięta na jakiś boczny tor, jestem dla niego chyba już tylko opiekunką do dziecka, sprzątaczką i praczką. W domu już też nic nie robi. Zaczęłam się zastanawiać, na co mi taki związek z mężczyzną, który w niczym mnie nie wspiera, nie pomaga, najważniejsze są jego potrzeby, a mnie stawia gdzieś na samym końcu. Chcę mu zaproponować, żeby się wyprowadził na jakiś czas (w domu i tak nie mogę na niego liczyć, na żadną jego aktywność, nie wyrzuca po sobie śmieci, nie myje naczyń, rzuca rzeczy byle gdzie, nie rozmawia, nie słucha mnie, nie zauważa mnie) i chcę dać sobie szansę, żeby zobaczyć, czy cos się zmieni. Jeśli nie, to zostaje tylko rozwód, nie chcę spędzać życia z człowiekiem, dla którego jestem niewidzialna. Czy jest jakakolwiek szansa, żeby ten niedojrzały człowiek jakoś dojrzał do roli męża i ojca? Twierdzi, że kocha dziecko, ale nie chce z nim spędzać czasu, bawić się, zajmować się nim.
kryzys w związku

Kryzys w związku – jak go przetrwać i odbudować relację?

Twój związek w kryzysie? To naturalny etap, który może wzmocnić relację. Poznaj sprawdzone strategie i porady ekspertów, by skutecznie przez niego przejść i odbudować więź. Czytaj dalej!