Aplikacja TwójPsycholog — wsparcie, które masz zawsze pod ręką

📲 Pobierz aplikację i zadbaj o siebie na własnych zasadach

Dostępne w Google PlayPobierz w App Store
Left ArrowWstecz

Wycieńczenie w związku z długami i brakiem bezpieczeństwa emocjonalnego

Piszę ten tekst, ponieważ od dłuższego czasu czuję się skrajnie wyczerpana psychicznie i emocjonalnie. Jestem zagubiona i nie wiem już, co w mojej sytuacji jest normalne, a co przekracza moje granice. Potrzebuję obiektywnej, zewnętrznej perspektywy i pomocy. Od kilku lat żyję w małżeństwie, które zamiast dawać mi poczucie bezpieczeństwa i stabilności, generuje coraz większy lęk, stres i poczucie utknięcia. Mój mąż ma około 40 tysięcy funtów długu na kartach kredytowych. Nie są to zobowiązania związane z domem czy realnym majątkiem, ale długi konsumpcyjne. O zadłużeniu wiedziałam jeszcze przed zaręczynami – było ono wtedy znacznie mniejsze i miało być systematycznie spłacane. Minęły cztery lata, a dług zamiast się zmniejszyć, wzrósł. Co roku słyszę, że „to już ostatni rok” i że „teraz będzie plan”, jednak ja od dawna nie mam już poczucia bezpieczeństwa ani zaufania, że ta sytuacja realnie się zakończy. Mój mąż pracuje na kontrakcie, co wiąże się z dużą niepewnością finansową. Zdarzyło się, że źle wyliczył podatek i musiał dopłacać, co ponownie zostało pokryte kartami kredytowymi. To powoduje u mnie stałe napięcie i lęk o przyszłość. Nie potrafię planować życia ani myśleć długoterminowo, bo ciągle boję się, że pojawi się kolejny problem finansowy. Dodatkowo mąż ma problemy zdrowotne (żołądek, zatoki, anemia), które wpływają na nasze codzienne funkcjonowanie. Jego dieta jest bardzo restrykcyjna i kosztowna. Wiele zwykłych aktywności jest niemożliwych: nie chodzimy na spacery, bo wiatr pogarsza jego zatoki, nie możemy razem napić się kawy, nie podróżujemy, bo każdy wyjazd wydłuża spłatę długów. Jeśli gdziekolwiek wychodzimy lub wyjeżdżamy, zazwyczaj płacę za to sama, ponieważ boję się, że jakiekolwiek jego wydatki tylko pogłębią zadłużenie. Od kilku lat nasze życie jest bardzo ograniczone. Nie ma randek, spontaniczności ani inicjatywy z jego strony. Żyjemy bardziej jak współlokatorzy niż partnerzy. Wszystko jest „odłożone” do momentu spłaty długów. Na początku związku było inaczej, były wyjazdy, restauracje, wspólne podróże. Dopiero z czasem zrozumiałam, że to życie było finansowane kartami kredytowymi. Dziś czuję, że ponoszę konsekwencje tamtych decyzji, mimo że formalnie dług nie jest mój. Nie czuję się bezpiecznie ani stabilnie. Od lat funkcjonuję w ciągłym stresie. Mam objawy somatyczne: ścisk w żołądku, silne lęki, smutek, poczucie bezsensu i rezygnacji. Od około pięciu lat wypadają mi włosy, mam problemy hormonalne (podwyższona prolaktyna, zaburzenia tarczycy). Gdy przebywam w Polsce, a mąż zostaje w Anglii, na samą myśl powrotu pojawia się u mnie silny stres i stany depresyjne. Bardzo istotnym elementem tej relacji jest sposób, w jaki reaguje on na moje emocje. Gdy próbuję mówić o swoich lękach, niepewności czy obawach dotyczących przyszłości, mąż odbiera to jako brak zaufania wobec niego. W odpowiedzi często słyszę, że jeśli mu nie ufam, to „nie ma sensu być w takim związku”. To sprawia, że zaczęłam bać się wyrażać swoje uczucia. Każda próba rozmowy kończy się u mnie lękiem, że on odejdzie. Z czasem nauczyłam się tłumić swoje emocje i potrzeby, aby nie doprowadzać do konfliktu ani groźby rozstania. Czuję się przez to coraz bardziej samotna i zamknięta w sobie. W tej relacji coraz częściej funkcjonuję w roli osoby silniejszej – jakbym to ja musiała wszystko dźwigać, rozumieć, ratować i wspierać. Czasami czuję się bardziej jak matka niż partnerka. Brakuje mi poczucia wspólnego kierunku, partnerstwa i bycia prowadzoną przez stabilnego, odpowiedzialnego mężczyznę. Moje trudności z poczuciem bezpieczeństwa są dodatkowo związane z moją historią rodzinną. Moja mama rozstała się z moim ojcem z powodu jego nieodpowiedzialności finansowej i została sama z małym dzieckiem, którym byłam ja. Przez całe dzieciństwo byłam dzieckiem czekającym na ojca, który odwiedzał mnie raz w roku. Mój ojczym również nie był osobą wspierającą mnie emocjonalnie w okresie dorastania. Nie miałam w życiu stabilnego wzorca mężczyzny. Mama zawsze powtarzała mi, że muszę być niezależna, a stabilność finansowa jest bardzo ważna. Dlatego bezpieczeństwo i przewidywalność są dla mnie kluczowymi wartościami. Boję się założyć rodzinę w obecnej sytuacji, ponieważ przeraża mnie myśl, że mogłabym powtórzyć historię mojej mamy – zostać sama z dzieckiem i bez poczucia oparcia. Jednocześnie słyszę od bliskich, że mój mąż jest „dobrym człowiekiem”: spokojnym, miłym, niepijącym, niepalącym. To sprawia, że zaczynam podważać własne odczucia i zastanawiać się, czy powinnam być bardziej wdzięczna i zostać, skoro „nie jest zły”. Jednak mimo tego wszystkiego nie przestaję czuć braku bezpieczeństwa i narastającego lęku, że marnuję swoje najlepsze lata na czekanie na życie, które może nigdy się nie wydarzyć. Ślub odbył się wyłącznie formalnie – bez rodziny i bliskich – ponieważ nie było nas stać nawet na zaproszenie mojej babci, co było dla mnie bardzo bolesne. Często się przeprowadzamy, nie mamy stałego miejsca do życia. Czuję się wykorzeniona – językowo, kulturowo i emocjonalnie. Rozmawiamy po angielsku, który nie jest moim językiem ojczystym, co dodatkowo utrudnia mi wyrażanie emocji i potrzeb. Piszę ten tekst, ponieważ czuję, że jestem na granicy swoich sił. Z jednej strony widzę, że mój mąż nie jest złym człowiekiem, z drugiej – moje ciało i psychika od lat wysyłają sygnały, że ta relacja mnie niszczy. Nie wiem już, co jest normalne, a co nie. Wiem tylko, że czuję się uwięziona, wyczerpana i coraz bardziej oddalona od życia, jakie chciałam mieć. Czy mogłabym uzyskać neutralną opinię co warto by było zrobić w takiej sytuacji? Przemyślenia, wsparcie. Mam wrażenie, że tak jestem w tym problemie już zamieszana w swoich myślach, że nie wiem co jest właściwe, a co nie. Czy to ja jestem problemem, nie będąc wyrozumiała, czy może jest inaczej... Będę wdzięczna za pomoc w ocenie tej sytuacji. :(
Agnieszka Włoszycka

Agnieszka Włoszycka

Witam Pani Kasiu,

 

Dziękujemy za kontakt. Bardzo Pani współczuję, czuję czytając Pani wiadomość, że jest Pani wyczerpana i przytłoczona tym wszystkim, co się dzieje. Pani ciało i emocje wysyłają sygnały, że granice są przekroczone i to całkowicie naturalne w tej sytuacji , że się boi się Pani i czuje ogromne zmęczenie. Chcialam też napisać, iż ma Pani prawo do bezpieczeństwa, spokoju i życia, które daje Ci radość – nawet jeśli oznacza to trudne decyzje wobec osoby, którą nadal Pani kocha czyli męża. Nie jest Pani winna temu, co czuje. Dbanie o siebie nie jest egoizmem, to troska o swoje zdrowie i przyszłość. Proszę być dla siebie łagodną, to, co Pani czuje, jest całkowicie uzasadnione. Warto  słuchać swojego ciała i serca – one wiedzą, co dla Pani najlepsze. Nie jest Pani w tym sama.

 

Moj pomysl jest zależny od tego: co by Pani chciala aby wydarzylo się w Pani życiu? Jak miałoby się ono zmienić? 

Warto pochylić się nad tymi pytaniami.

 

Od strony praktycznej/zadaniowej, uważam, że skoro od wielu lat żyje Pani w stresie, pojawiają się leki i objawy somatyczne - to zdecydowanie polecam konsultację z psychologiem/terapeutą aby wspólnie zająć się tymi kwestiami. To nie jest czas na samodzielne „przepłakanie” czy tłumienie emocji, fachowa pomoc pomoże uporządkować myśli i ocenić sytuację bez poczucia winy.

 

Nie musi sama Pani dźwigać wszystkiego. Rozmowa z przyjaciółmi, rodziną lub grupami wsparcia dla osób w trudnych związkach może dać ogromną ulgę i perspektywę.

 

To może być początek drogi...a potem np. w dalszej kolejności sporządzenie planu własnej niezależności finansowej i emocjonalnej.

 

Gdyby potrzebowała Pani jeszcze coś napisać, to jest miejsce i przestrzeń dla Pani, zapraszamy do ponownego kontaktu, chętnie odpiszemy - podzielimy się swoimi refleksjami.  

 

Z pozdrowieniami,

Agnieszka Wloszycka 

11 dni temu

Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?

Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!

Zuzanna Zbieralska

Zuzanna Zbieralska

Pani Kasiu,

Dziękuję za podzielenie się swoim problemem. To musi być dla Pani naprawdę trudne. Z zewnętrznej perspektywy nie brzmi to jak sytuacja, w której problemem jest Pani. Wręcz przeciwnie- opisuje Pani klasyczne skutki wieloletniego życia w chronicznym braku bezpieczeństwa, bez realnego wpływu na przyszłość i bez przestrzeni na własne emocje.

To, co jest szczególnie istotne, to fakt, że problem nie dotyczy jedynie zadłużenia jako takiego, ale braku realnej zmiany przez lata, powtarzających się obietnic bez pokrycia oraz tego, że Pani obawy nie są traktowane jako zrozumiałe, tylko jako zagrożenie dla relacji. W zdrowym związku rozmowa o lęku, finansach i przyszłości nie powinna kończyć się strachem, że druga osoba odejdzie.

Pani objawy psychiczne i somatyczne nie są przesadą ani brakiem wyrozumiałości. To typowe reakcje organizmu na długotrwały stres i poczucie utknięcia. Ciało bardzo często szybciej niż rozum pokazuje, że dana sytuacja przekracza granice. Fakt, że Pani mąż jest dobrym człowiekiem, nie oznacza automatycznie, że jest w stanie stworzyć relację opartą na bezpieczeństwie, partnerstwie i odpowiedzialności. To dwie różne rzeczy. Związek nie musi być toksyczny czy przemocowy, żeby był wyniszczający. Warto też zauważyć, że od lat funkcjonuje Pani w roli osoby silniejszej, podtrzymującej, dostosowującej się i ponoszącej emocjonalne (a często i finansowe) konsekwencje. To naturalne, że w takiej dynamice pojawia się wyczerpanie, poczucie osamotnienia i utrata nadziei.

Z boku wygląda to raczej tak, że Pani potrzeby bezpieczeństwa, stabilności i partnerstwa nie są w tej relacji zaspokajane, a Pani od dłuższego czasu próbuje się do tego dopasować kosztem siebie. To nie czyni Pani osobą niewyrozumiałą, a raczej osobą, która zbyt długo ignorowała własne granice.

Niezależnie od tego, jaką decyzję Pani podejmie, bardzo zasadne wydaje się poszukanie wsparcia (np. indywidualnej terapii), żeby odzyskać jasność i oddzielić poczucie odpowiedzialności za innych od odpowiedzialności za własne zdrowie i życie. Już sam fakt, że zadaje Pani to pytanie, sugeruje, że coś bardzo ważnego w Pani domaga się wysłuchania.

 

Trzymam kciuki i pozdrawiam ciepło,

Zuzanna Zbieralska, psycholożka

10 dni temu
Weronika Wardzińska

Weronika Wardzińska

Dzień dobry Pani Kasiu,


czytając Pani historię, widać ogromne zmęczenie i życie w ciągłym napięciu. Przez lata funkcjonuje Pani bez poczucia bezpieczeństwa: finansowego, emocjonalnego i życiowego, a to nie jest coś, do czego człowiek powinien się „przyzwyczajać”. Lęk, objawy z ciała, poczucie utknięcia i rezygnacji nie są oznaką słabości ani niewdzięczności, tylko sygnałem, że ta relacja bardzo Panią obciąża.

 

Pani mąż nie musi być „złym człowiekiem”, żeby ta relacja była dla Pani niszcząca. Brak stabilności, narastające długi, odkładanie życia na „kiedyś” i brak przestrzeni na Pani emocje sprawiają, że jest Pani w roli tej silniejszej, dźwigającej wszystko samej. To naturalne, że przy takiej historii i doświadczeniach z dzieciństwa potrzeba bezpieczeństwa jest dla Pani kluczowa. Nie jest to przesada ani wymaganie „za dużo”.

 

Warto na chwilę odsunąć opinie innych i zadać sobie jedno spokojne pytanie: czy w tej relacji ma Pani przestrzeń na zdrowie, spokój i przyszłość, której Pani chce? Jeśli odpowiedź brzmi „nie wiem” albo „nie”, to już bardzo ważna informacja. Dobrze byłoby poszukać indywidualnego wsparcia psychologicznego, żeby odzyskać jasność i przestać być w tym sama. Decyzje nie muszą zapaść od razu, ale Pani sygnały są wystarczającym powodem, by siebie potraktować poważnie.


Pozdrawiam serdecznie,

Weronika Wardzińska

 

10 dni temu
Izabela Koczur

Izabela Koczur

To, co Pani opisuje, brzmi jak długotrwałe funkcjonowanie w poczuciu braku bezpieczeństwa, przewlekłego stresu i emocjonalnego przeciążenia. Bardzo ważne jest to, że Pani nie pyta: „czy on jest zły?”, ale „czy to, w czym żyję, jest dla mnie w porządku”. To dojrzałe i trafne pytanie.

Z perspektywy psychologicznej kluczowe jest to, że Pani ciało i psychika od lat wysyłają wyraźne sygnały ostrzegawcze: objawy lękowe, somatyczne, hormonalne, poczucie utknięcia, smutek, rezygnacja. To nie są „wymyślone problemy” ani brak wyrozumiałości, ale reakcja organizmu na długotrwałe napięcie i brak poczucia stabilności.

Fakt, że mąż jest postrzegany przez innych jako „dobry człowiek”, nie unieważnia Pani doświadczenia. Relacja może być obciążająca i raniąca nawet wtedy, gdy druga osoba nie jest jawnie agresywna czy destrukcyjna. Dla wielu osób kluczową potrzebą w związku jest przewidywalność, odpowiedzialność i poczucie oparcia a z Pani opisu wynika, że tych elementów od dawna Pani brakuje.

Istotne jest również to, że w tej relacji coraz bardziej rezygnuje Pani z własnych emocji i potrzeb, z obawy przed konfliktem lub utratą związku. Tłumienie siebie, „dźwiganie wszystkiego” i wchodzenie w rolę silniejszej strony bardzo często prowadzi do wyczerpania, które Pani teraz odczuwa.

Nie da się jednoznacznie odpowiedzieć na forum, „co powinna Pani zrobić”. Natomiast można powiedzieć, że Pani wątpliwości są zrozumiałe i uzasadnione, a pytanie „czy to ja jestem problemem?” bardzo często pojawia się u osób, które zbyt długo próbują dostosować się kosztem siebie.

W tej sytuacji warto rozważyć indywidualną konsultację psychologiczną lub psychoterapię dla siebie, nie po to, by „naprawiać” związek, ale by odzyskać jasność, kontakt ze sobą i sprawdzić, czego Pani realnie potrzebuje, by czuć się bezpiecznie. To może pomóc oddzielić Pani historię, lęki i odpowiedzialność od tego, co faktycznie dzieje się tu i teraz.

To, że Pani szuka pomocy i zewnętrznej perspektywy, nie jest oznaką słabości raczej sygnałem, że dotarła Pani do granicy swoich możliwości i próbuje o siebie zadbać.

 

 

Pozdrawiam

Iza Koczur

10 dni temu
Piotr Ziomber

Piotr Ziomber

 Twoje odczucia są całkowicie zrozumiałe i ważne to co teraz napiszę, a mianowicie to nie Ty jesteś "problemem", tylko sytuacja, w której utknęłaś, jest toksyczna dla Twojego zdrowia psychicznego i fizycznego. Opisałaś klasyczny przykład relacji, gdzie chroniczny stres finansowy i emocjonalny eroduje poczucie bezpieczeństwa, partnerstwo i radość z życia. Nie jesteś niewyrozumiała; Twoje ciało (wypadanie włosów, problemy hormonalne, lęki somatyczne) daje jasny sygnał alarmowy. Oto moja neutralna perspektywa, oparta na tym, co opisałaś, z konkretnymi krokami, które mogą Ci pomóc odzyskać klarowność.  Dług konsumpcyjny rosnący od lat, mimo obietnic, to czerwona flaga. Normalne w małżeństwie jest wspólne zarządzanie finansami z planem spłaty (np. budżet, doradca finansowy), nie ciągłe "odkładanie życia". Ty płacisz za wyjścia, co czyni Cię de facto sponsorem, a to brak partnerstwa, a nie miłość.

Życie jak współlokatorzy, bez randek czy podróży (nawet tanich), to nie "tymczasowe wyrzeczenia", tylko erozja relacji. Na początku było inaczej, bo kartami to manipulacja oczekiwaniami, nie autentyczność. Groźby rozstania za wyrażanie lęków to emocjonalne szantażowanie. Zdrowa relacja przyjmuje feedback bez obrony; tu Ty tłumisz siebie, by uniknąć konfliktu, co prowadzi do samotności i roli "matki". Twoje objawy (lęk, depresja, problemy zdrowotne) to skutek długotrwałego stresu. Badania (np. z APA) pokazują, że chroniczny stres w relacjach zwiększa ryzyko zaburzeń tarczycy czy prolaktyny a to  nienieprzypadkowe. Powtarzasz schemat matki (nieodpowiedzialny partner finansowy), co potęguje lęk. To nie wina Twoja, ale szansa na przerwanie cyklu. Mąż może być "dobrym człowiekiem" (niepijący, miły), ale dobroć nie równa się stabilności czy partnerstwu. Relacja niszczy Cię, bo brakuje kluczowych elementów: zaufania, wzajemnego wsparcia i wizji przyszłości.

Co warto zrobić ? Zacznij od małych, bezpiecznych działań, by odzyskać kontrolę. Nie musisz od razu decydować o rozwodzie. Umów wizytę u lekarza/endokrynologa  (np. na NFZ w Polsce) i sprawdź tarczycę, prolaktynę, może terapia hormonalna plus badania stresu (kortyzol). Rozważ psychologa/terapeutę CBT lub terapia schematów pomoże z lękami i historią rodzinną. Oddziel finanse.  Otwórz osobne konto, nie płać za jego wydatki. Powiedz: "Nie mogę dłużej pokrywać i skup się na planie spłaty". Niech przedstawi realny plan . Śledź postępy co miesiąc. Wybierz spokojny moment: "Czuję się wyczerpana i samotna. Potrzebuję partnerstwa: terapii par, planu finansowego i Twojej inicjatywy. Jeśli to się nie zmieni w X miesięcy, nie widzę przyszłości". Jeśli grozi rozstaniem, to znak, że unika odpowiedzialności. Nagraj rozmowę dla siebie (dla jasności).

Opcje wyjścia czyli przygotuj plan B. Sprawdź swoje prawa  . Dług jego, .więc  nie powinnaś się tym martwić. Zbieraj dokumenty (paszport, finanse). W Polsce masz wsparcie rodziny? Porozmawiaj z zaufaną osobą (nie tymi, co mówią "jest dobry"). Grupy jak Relate (UK) lub polskie fora (np. Kafeteria, Reddit r/Polska).

 

Życzę powodzenia i zdrowia

 

10 dni temu
Dagmara Łuczak

Dagmara Łuczak

Dzień dobry Pani. To, co Pani przeżywa, jest bardzo ciężkie i Pani reakcje są zrozumiałe. Pani nie jest problemem. Pani organizm i psychika od lat reagują na brak bezpieczeństwa. To jest ważny sygnał. Życie w stałym napięciu finansowym niszczy poczucie stabilności. Brak realnego planu spłaty długów podważa zaufanie. Obietnice bez pokrycia osłabiają poczucie oparcia. Pani lęk nie jest przesadą. On wynika z realnych okoliczności. To, że mąż jest spokojny i miły, nie oznacza, że relacja jest dla Pani dobra. Dobroć charakteru nie zastępuje odpowiedzialności. Związek powinien dawać poczucie bezpieczeństwa. Pani go nie ma. To, że boi się Pani mówić o emocjach, jest bardzo niepokojące. Groźba odejścia w odpowiedzi na Pani lęk zamyka Pani usta. To prowadzi do tłumienia uczuć. To niszczy Panią od środka. Objawy somatyczne są tego konsekwencją. W tej relacji jest Pani w roli dźwigającej wszystko. To nie jest partnerstwo. To jest przeciążenie. Pani historia rodzinna sprawia, że bezpieczeństwo jest dla Pani kluczowe. To nie jest wada. To jest potrzeba. Obecny związek ją stale narusza. Pani ciało jasno pokazuje, że ta sytuacja jest ponad Pani siły. To nie jest brak wyrozumiałości. To jest granica. Neutralnie patrząc, warto skupić się na sobie i na własnym bezpieczeństwie. Warto nazwać jasno swoje warunki dalszego bycia w relacji. Warto rozważyć indywidualną terapię dla Pani. Warto też zastanowić się, czy ten związek daje realną perspektywę zmiany. Miłość nie powinna wymagać ciągłego rezygnowania z siebie. Pani ma prawo chcieć stabilnego życia. Pani ma prawo nie chcieć czekać latami na obietnice. Pani nie jest niewdzięczna. Pani jest zmęczona. To zmęczenie mówi prawdę o tej relacji.


Pozdrawiam, 

Dagmara Łuczak 

9 dni temu

Zobacz podobne

TW. Jak porozmawiać z rodzicami o samookaleczaniu?

TW samookaleczanie.

Nie wiem, jak mam porozmawiać z moimi rodzicami o tym, że się tnę.

Robię to od 2 lat, zaczęłam robić to z ciekawości i zakończyło się na tym, że gdy jestem czymś bardzo przytłoczona, zaczynam to robić. Nie robię tego jakoś często, ale teraz zdarza się to częściej. Nie robię tego też jakoś głęboko, ale obawiam się, że na jakimś prześwietleniu czy jakiś badaniach w końcu któreś z rodziców się dowie. Boję się zacząć o tym rozmowy, bo mój tata miał sam ciężkie dzieciństwo i stwierdziłby, że robię to po nic i on miał gorzej.

Z moją mamą różnie albo się na mnie wkurzy, albo mnie wysłucha, ewentualnie zleje mnie jak tata. 

Kocham ich, ale nie potrafię z nimi o tym porozmawiać. 

Boję się tego. Nie wiem, co mam z tym zrobić, bardzo bym chciała w końcu ściągnąć po pomoc. 

Mówiłam o tym siostrze, ale ona nic z tym nie zrobi, pomimo że jest pełnoletnia. Przecież nie poproszę jej, aby za mnie o tym z nimi porozmawiała, a ja wole unikać takich tematów. 

Co mam robić?

11 kwietnia miałam pierwszą wizytę u psychiatry
11 kwietnia miałam pierwszą wizytę u psychiatry (prywatnie), zostały stwierdzone stany lękowo depresyjne i na tej samej wizycie otrzymałam lek Asentra (50mg) i Trazodone Neuraxpharm (50mg) i zalecenie pójścia na psychoterapię. Nie rozpoczęłam farmakoterapii ze względu na obawy, ponieważ lekarka zaznaczyła, że na początku farmakoterapii będzie gorzej, ponadto trochę przeraziło mnie to, że na pierwszej wizycie zostały przepisane leki. Ze względu na sytuację życiową (strata pracy, brak wsparcia ze strony bliskich) nie jestem w stanie podjąć psychoterapii (kwestie finansowe) ani chodzić na wizyty kontrolne do psychiatry. Czy przepisanie leków na pierwszej wizycie jest normalne? Co w takiej sytuacji życiowej powinnam i mogę zrobić?
Przeżywam kryzys w związku z moim rozwojem. Nie mam planu na siebie.
Czuję się coraz gorzej, od podstawówki stresowałam się szkołą i tak już do dzisiaj stresuję się każdą rzeczą. Teraz kończę licencjat i nie mam pojęcia co dalej, bardzo mnie stresują studia i nie chcę ich na ten moment kontynuować, ale też nie wiem co mogłabym robić, pójść na inny kierunek, albo gdzie pracować. Nie mam prawdziwej pasji, lubię się uczyć nowych języków, ale studia się nie sprawdzają i nie widzę wcale przyszłości. Dołuję mnie fakt, że każdy kogo pytam ma jakiś plan na siebie, a ja kompletnie nie. Nie mam motywacji do życia i często wolę iść spać, żeby nie myśleć. Moim priorytetem w życiu jest miłość, a to też mi nie wychodzi i każda zakończona relacja wprowadza mnie w jeszcze większy dołek. Uważam, że problem leży głównie w tym, że nie mam pasji, na której bym się skupiła. Jednocześnie szukając i obserwując co mogłoby mnie zainteresować na taką skalę nie widzę niczego. Nie powinnam być wcale smutna, bo rodzice dali mi wszystko co mogli i dalej dają. Wiele osób pewnie by umiało wykorzystać taką szansę od życia, a ja nie potrafię.
Witam, od wielu lat mieszkam za granicą Polski.
Witam, od wielu lat mieszkam za granicą Polski. Pracowałam przez wiele jako opiekunka osób starszych, ta praca doprowadziła mnie do depresji, w chwili obecnej nie pracuję, zachorowałam na Covid, mam trudności również z objadaniem się. Biorę tabletki na depresję. Towarzyszy mi cały czas uczucie niezadowolenia z życia, frustracji, tęsknoty za krajem, strach. Przeżyłam bardzo wiadomość o wojnie z Ukrainą oraz towarzyszące temu negatywne wiadomości. Jak sobie z tym radzić ?
Po latach związku i proszenia o bliskość partnerkę mam już dosyć, już mi się nie chce. Może ona nigdy mnie nie kochała?
Witam wszystkich, Jestem tutaj dosyć nowy, mam więc nadzieję więc, że piszę w odpowiednim do tego wątku. Piszę bardziej z braku alternatyw, jako że nie wiem już za bardzo co robić dalej ... co jest odpowiednim dalszym krokiem w "naszej sytuacji", która wygląda następująco : Jesteśmy małżeństwem od około 11 lat, obydwoje powoli zbliżamy się do 40'ki, brak dzieci. Przed ślubem dwa razy się rozchodziliśmy z mojego wyboru, "Ona" wtedy nie za bardzo radziła sobie z różnymi uczuciami i była dosyć wybuchowa, rzadko adekwatnie do sytuacji - co sama po latach przyznała. Non stop się kłóciliśmy dosłownie o nic, kłótnie zawsze zaczynała ona. Jak pisałem wcześniej, kończyło się to tym, że rozeszliśmy się dwa razy, po czym dwa razy ja wracałem do niej, prosząc o to, abyśmy spróbowali raz jeszcze. Nie jest ta sytuacja jakoś szczególnie znacząca, aczkolwiek wolę nie pomijać za dużo. Przysłowiowy trzeci raz okazał się sukcesem, jako że przestaliśmy się kłócić "o nic" , i jeżeli miewaliśmy później jakiekolwiek spory, to były już one dużo bardziej racjonalne - aczkolwiek było ich bardzo mało na przestrzeni kolejnych 10 lat - po naszym ślubie. Zaczęliśmy się w końcu bardzo dobrze dogadywać i miałem wrażenie, że weszliśmy na jakiś mityczny, wyższy poziom oświecenia i zrozumienia, nasz związek był idealny, dogadywaliśmy się bardzo dobrze i byliśmy ze sobą bardzo szczęśliwi. Nadal nie mieliśmy dzieci z jej wyboru. Mama od zawsze powtarzała jej jak była młodsza, że najgorsze co może jej się w życiu przydarzyć to zajście w ciążę i nie skończenie szkoły średniej czy wyższej. Po latach tak jej zostało i panicznie bała się ciąży i wszystkich jej skutków. Ja byłem gotowy i chętny na dzieci dużo wcześniej, aczkolwiek wiedziałem jak wygląda sytuacja, więc nie naciskałem jej i cierpliwie czekałem aż będzie gotowa ... co po latach jak zaraz opiszę okazało się błędem. Wszystko było idealnie przez lata, aczkolwiek po około 4 - 5 latach ( od ślubu ) zauważyłem pewną prawidłowość ... zawsze tylko ja przychodzę i inicjuję jakąkolwiek intymność / sex między nami. Nie zrozumcie mnie źle ... zawsze jak go inicjowałem ona zawsze była "chętna" i nigdy nie bolała jej przysłowiowa głowa. Warto też nadmienić dla pełnej przejrzystości, że nasze libido na pewno różni się poziomami ... ja mógłbym uprawiać z nią sex w zasadzie co drugi dzień. Jej libido jest oczywiście dużo niższe, jak bardzo do tego zaraz dojdziemy. Koniec końców zauważyłem, że tylko ja inicjuję wszystko już od około 4-5 lat ... wszystko, w sensie codziennie, zawsze jak robimy cokolwiek zawsze złapię ją za pupę, pocałuję w ucho, szyję, kark ... zwłaszcza jak robi coś w kuchni i mogę jej "poprzeszkadzać" ... zawsze, codziennie pokazuję jej, że ją uwielbiam, ubóstwiam, że mi się podoba i że mnie podnieca, że jest moją muzą dosłownie. Sam sex też raczej głównie skierowany był na nią, zawsze obydwoje rozmawialiśmy ze sobą dużo w trakcie, abyśmy obydwoje wiedzieli co nam się podoba, co nie itp. I z reguły ona zawsze dochodzi kilka razy, ja raz lub może dwa jak mam lepszy dzień. Opisuję to raczej, aby przedstawić, że zawsze wszystko robione jest pod nią/dla niej. Nawet gra wstępna była po to, aby ją nakręcić ... nigdy nie było na odwrót, nigdy ona nie robiła nic, aby mnie nakręcić - bo wiadomo, to jest z automatu. Dodam, że na początku naszego związku - przed ślubem, wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Zależało jej na tym ,aby mi sprawić przyjemność i to było jasne i klarowne. Po ślubie wszystko się zmieniło. Do puenty ... po tych wcześniej wspomnianych 4-5 latach zauważyłem mimowolnie, że tylko ja przychodzę po "cokolwiek" więc powiedziałem jej co zauważyłem, wiadomo rozmawialiśmy o temacie itd. ona stwierdziła, że nie zauważyła tej prawidłowości, ale obiecywała poprawę, że będzie się ciut bardziej starać itp., aby nie było to takie jednostronne. Minęło kilka miesięcy i nie zmieniło się nic, mieliśmy kolejną rozmowę, i jej konkluzją było to samo co wcześniej. Zrobiłem więc test, nie przychodziłem po nic sam przez pół roku – i w trakcie tych 6 miesięcy ona nie przyszła „po nic” ani razu i ani razu nie uprawialiśmy sexu. Mieliśmy kolejną rozmowę, tym razem miałem już nieco pretensji i chciałem jakiś wyjaśnień, co się dzieje, dlaczego ona nie ma żadnych potrzeb naszej bliskości. Długa rozmowa pełna emocji, obietnica poprawy … i tyle. Temat tak się powtarzał przez następne lata, w trakcie których robiłem dwa kolejne takie pół roczne testy. Średni później po pół roku miewaliśmy „poważne rozmowy”, na których był płacz, przeprosiny i obietnice poprawy … i na tym się zawsze kończyło. Ostatnie mniej więcej 2 lata były już bardziej znaczące, bo nie sposób ,abym nie zaczął widzieć jej w innym świetle … ewidentnie ona mnie nie chce, proszę ją o podstawową bliskość między nami, i ona świadomie wybiera „nic nie robić”. Doszło do tego, że prosiłem ją nawet, aby sobie to zapisywała gdzieś w kalendarzu, aby czasem przyszła do mnie, aby ona zainicjowała … tak jakby miała na siłownię iść czy porządki zrobić. Kłóciło się to trochę ze mną, bo uważam, że nie powinien to być dla niej jakiś smutny/szary obowiązek, ale brakowało mi już koncepcji. To też nie zadziałało, bo wiadomo, że jak ktoś ma się zmuszać do czegoś to i tak „zapomni” albo czasu na to nigdy nie znajdzie. Sytuacja pogarszała się szczególnie od ostatnich 2 lat, bo proszę ją, błagam aby coś się zmieniło, bo czuję, że we mnie się coś zmienia, że zaczynam widzieć ją w innym świetle, jako poniekąd inną osobę. Z mojej perspektywy proszę ją i błagam, aby zrobiła cokolwiek, aby ratować nas, bo zaczynamy się sypać … i ( z mojej perspektywy ) ona świadomie wybiera nic nie robić, bo tak mało zależy jej na mnie, na nas. Nic się za bardzo nie zmieniło, mimo że zacząłem szczególnie prosić i ponaglać i doszliśmy do etapu gdzie mi się już nie chce … nic. Na tą chwilę nie chcę z nią sexu uprawiać, mam do niej spore uprzedzenia, nie wiem czy ona może ze mną nie jest lub nigdy nie była szczęśliwa, nie wiem czy to w ogóle ma sens. Na tę chwilę nie odzywamy się za bardzo do siebie i czasu nie spędzamy razem, bo nie mogę na nią patrzeć … wiem, że jakbyśmy dłużej w jednym pomieszczeniu siedzieli to nie wytrzymałbym i wyrzucałbym jej wszystkie swoje żale i uprzedzenia. Na tę chwilę najbardziej boli mnie fakt, że … ona świadomie nie chciała zrobić czegoś tak prostego i podstawowego w związku jak inicjowanie odrobiny intymności między nami … nawet a może zwłaszcza w momencie, gdy od lat jej biłem na alarm i mówiłem jej wprost, że coś się musi zmienić, że ja czuję, jak we mnie się coś powoli po tych wszystkich latach zmienia i boję się tego, co będzie dalej, jeżeli nic z tym nie zrobimy. Obecnie jedyne co od niej słyszę to, że powinniśmy razem iść na terapię … z czym ja się zgodzić nie mogę … po pierwsze to już mi nie zależy za bardzo, aby to ratować … skoro jej nie zależało na tyle, żeby ze mną do łóżka pójść raz na jakiś czas, aby nas ratować to czemu ja mam iść na terapię ? Poza tym … nadal uważam, że nie we mnie leży / leżał problem … czemu ja mam teraz iść na drogą terapię, skoro problem jakiś ewidentnie jest w niej do mnie … poza tym absolutnie nie wierzę, że przegadam z kimkolwiek temat, by było na tej terapii cokolwiek i na koniec stwierdzę „ok, faktycznie, już się na nią nie denerwuję, nie mam już żadnej traumy z tym związanej i dam jej kolejną drugą szansę” – uważam że za dużo już dostała „drugich szans” gdy przez lata ją prosiłem o jakąś zmianę. Ehhh miałem opisać po krótce sytuację a się rozpisałem nieco dłużej ... mimo że i tak jest to mocno skondensowana wersja. Sam post na koniec zamienił się w "wylewanie żalów" jak sam po sobie teraz widzę, ale jak o tym pisałem i sobie to w głowie odtwarzam i przypominam to krew się we mnie gotuje że może się to teraz tak skończyć, że my sie możemy tak skończyć ... Będę wdzięczny za jakikolwiek feedback ... póki co wszystko widzę ze swojej perspektywy, może czegoś nie widzę nie dostrzegam ...
Przemoc

Przemoc - definicje, rodzaje i formy zjawiska

Przemoc to globalny problem dotykający miliony osób. Zrozumienie jej definicji, rodzajów i form jest kluczowe dla skutecznego przeciwdziałania. Poznaj skutki i rodzaje przemocy oraz dowiedz się, jakie są możliwości uzyskania pomocy dla ofiar.