
- Strona główna
- Forum
- rodzicielstwo i rodzina, związki i relacje
- Żona zarzuca mi...
Żona zarzuca mi winę, kiedy ja chcę wyjaśnić sytuację. Nie wiem już jak się komunikować.
Sebastian
Katarzyna Rosenbajger
Witam,
Niewiele mogę z pana listu wywnioskować, bo mam jednak za mało informacji o całej sytuacji. Czy była ona jednorazowa czy to się zdarza nagminnie? Jeżeli jednak była to sytuacja jednorazowa, że żona nie mogła odebrać telefonu, to czasem jest to po prostu niemożliwe ze względów zawodowych lub innych sytuacji wynikających z dnia codziennego. Jeżeli natomiast zdarza się to dość często, to proponowałabym panu szczerą rozmowę z żoną dlaczego tak się dzieje.
Komunikacja w związku jest bardzo ważna, i czym szybciej wdrożymy ją w życie, tym lepiej dla obu stron. Jeżeli natomiast potrzebuję pan rozmowy, prosze się z nami skontaktować.
K Rosenbajger
Psycholog
Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?
Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!
Zofia Kardasz-Parker
Dzień dobry,
może Pan porozmawiać z żoną. Zorganizować czas i przestrzeń na spokojną rozmowę i powiedzieć, jak się Pan czuje w związku z zaistniałą sytuacją. Jeżeli zacznie Pan od swoich emocji to może to spowodować, że żona nie poczuje się na początku rozmowy atakowana i być może wyjaśnicie sobie sytuację.
Jeżeli ma Pan poczucie, że trudności w komunikacji między Państwem nie dotyczą tylko tej sytuacji, to może warto zastanowić się nad konsultacją małżeńską u psychologa, psychoterapeuty.
Pozdrawiam
Zofia Kardasz
Katarzyna Ochal
Panie Sebastianie, trudno się odnieść do pytania o radę, ponieważ przestawił Pan jednostkową sytuację, ale jak rozumiem, takie problemy komunikacyjne zdarzają się częściej.
Myślę, że warto zacząć od rozmowy z żoną i wyjaśnienia na spokojnie jak Pan się czuje w takich sytacjach, ale też jakie są Pana potrzeby. Warto o to samo zapytać również żonę.
Życzę wszystkiego dobrego.

Zobacz podobne
Witam.
Mam pytanie: po ponad 20 latach razem, będę się rozwodziła z mężem. Mąż ma depresję, stwierdzona przez lekarza przed chyba 5laty. Nie leczył się. Tabletki miał od lekarza przepisane, ale brał, jak chciał. Jak wspominałam o terapii, był zaraz na mnie zły, że on nie będzie tego robił, bo raz był u pani psycholog i nic mu to nie dało. Przez te lata byłam przy nim, chociaż nie powiem, czasem było ciężko. Mąż w domu nie robił całkowicie nic, starałam się go wyręczać, ile mogłam, pracując na cały etat, starałam się też być cały czas dla naszych dzieci (16 i 9 lat), starałam się też ogarniać dom. Z biegiem czasu słyszałam coraz częściej, że to moja wina, że on ma depresję, bo chodził do pracy, gdzie się jej nabawił przeze mnie i dzieci, że jest w miejscu, w którym nie chce być (mieszkamy w Niemczech) też przeze mnie i dzieci.
Z biegiem czasu doszły brak szacunku i chamskie dogadywanie i oczywiście coraz częściej wypominanie wszystkich moich błędów i tego, że nie mam chęci na seks. W sumie w domu bałagan więc i tego nie robiłam, za mało zarabiałam (pracowałam, odkąd przyjechałam do Niemiec, zawsze na cały etat - 41,5 godzin tygodniowo) I czasem tylko jak powiedziałam, że żal mi, że z dziećmi nie spędzam tyle czasu, ile bym chciała (on nie robił z nimi nic), to i tak zaraz był zły, bo dużo ludzi tak robi i dzieciom nic się nie dzieje. 23.09 (nigdy nie zapomnę) mój mąż (pracuje jako kierowca ciężarówki, codziennie w domu) zadzwonił w trakcie pracy, a akurat miałam wolne i jak zwykle (nie pierwszy raz) nasza rozmowa toczyła się tak już po chwili (w sumie to był jego monolog), jaką to ja jestem zła żona, że nie ma seksu, że jestem do niczego (nie wyzywał ani nie bil), ale wtedy coś we mnie pękło. Po tym jeden dzień nie rozmawialiśmy i nie spal w domu, a potem zaczęło się piekło przez 2 miesiące.
Nie chce do tego wracać, ale nurtuje mnie jedno pytanie, bo "naturalnie" całej sytuacji jestem winna ja, bo po tym powiedziałam, że nie chce z nim być, a on się przez te 2 miesiące pierwsze starał i albo mnie kochał i naprawiał, albo nienawidził. Prosiłam, żeby mi dał święty spokój, ale nie docierało.
Teraz jak oboje się chcemy rozwieść, ale non stop słyszę, że to moja wina, bo go w chorobie zostawić chce (ja twierdzę, że to nas obu wina). Czy to normalnie, że ja tak zareagowałam?
Ranił mnie bardzo przez przynajmniej półtora roku, starałam się być silna i tłumaczyłam go depresja, ale coś we mnie pękło.
Czy takie odzywanie się do drugiej osoby mogę ta depresja tłumaczyć, bo on się tak tłumaczy cały czas.
Czy to ja powinnam go na siłę zaciągnąć na terapię (teraz w końcu po kłótni robi)? Czy ja musiałam i muszę przy nim być, bo ma depresję? Cały czas mam wrażenie, że on chce na mnie wymusić poczucie winy. On niby wie, co złe robił, ale jak rozmawiamy, to próbuje i tak się wybielić i na mnie winę zrzucić.
Ja wiem, że moja wina jest taka, że mu nie mówiłam, że mnie to rani, co mówi. W sumie próbowałam, ale było zaraz, co się czepiasz (tylko bardziej chamsko).
Ja chce już normalnie żyć, chce się skupić na dzieciach, a potem być może i dla mnie poszukać terapeuty.
Nie wiem, czy będę chciała jeszcze z kimś być, czy będę umiała, ale nurtują mnie te pytania i będę wdzięczna za odpowiedź. Pozdrawiam

