
- Strona główna
- Forum
- kryzysy, rodzicielstwo i rodzina, związki i relacje
- Związek i życie z...
Związek i życie z chorym psem a dobro dziecka: szukanie pomocy w trudnej sytuacji
Patrycja
Karolina Rzeszowska-Świgut
Dzień dobry,
Sytuacja Pani jest przykładem głębokiego konfliktu wartości w związku, gdzie dwie osoby mają diametralnie odmienne priorytety i sposoby radzenia sobie ze stresem. Z perspektywy teorii zasobów, stres jest wynikiem zagrożenia utratą ważnych zasobów lub brak wzrostu zasobów, którymi się inwestowało. Dla Pani zasoby to czystość, porządek, bezpieczeństwo dziecka i jego zdrowie - są to dla Pani fundamentalne wartości, których utrata zagraża poczuciu kontroli i bezpieczeństwa. Dla partnera zasobami są emocjonalne więzi i lojalność wobec zwierzęcia, które wspierało go przez pewien czas. Stoicie Państwo w sytuacji wysokiego napięcia emocjonalnego - Pani doświadcza czystego strachu i braku kontroli, partner zaś czuje się zaatakowany w swoim poczuciu wartości jako opiekun. To, że bije Pani psa kapciami, nie jest przejawem "złości" - to jest przejawem całkowicie wyczerpanych zasobów emocjonalnych i brak funkcjonalnych sposobów radzenia sobie z frustracją. Organizm Pani znajduje się w fazie wyczerpania stresu, co prowadzi do impulsywnych zachowań, których Pani później żałuje.
Stanowisko partnera, że Pani powinna zaakceptować schorowanego psa "bo jemu już nie zostało dużo życia", jest formą gry. Pani emocjami. Partner porusza bardzo głębokie tematy wzajemności - ale stosuje je w oderwaniu od rzeczywistości Waszej obecnej sytuacji. Argument "na moje leczenie nie miał pieniędzy, ale je zarobił" to nie jest argument na rzecz akceptacji schorowanego psa. Tu jest fundamentalny problem komunikacyjny, który dotyczy nierozwiązanych konfliktów w Waszym związku. Groźba "to się rozstaniemy" w trakcie kłótni to forma presji, która uniemożliwia merytoryczną rozmowę o rzeczywistych potrzebach obu stron.
Pytanie "czy przesadzam" jest dla Pani pułapką samoobarczania się winą. Macie Państwo konflikt wartości, który wymaga profesjonalnej pomocy. Pani nie powinna czuć się winna za chęć żeby w Waszym domu było higienicznie i bezpiecznie dla dziecka, a partner nie powinien czuć się atakowany za przywiązanie do zwierzęcia. Problem polega na tym, że ani jedno ani drugi nie potrafi "usłyszeć" rzeczywistych potrzeb drugiej osoby. Bez zewnętrznej pomocy ta spirala będzie się pogłębiać. Najpierw musicie rozwiązać problem komunikacji między sobą, bo problem z psem to tylko tego symptom .
Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?
Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!
Agnieszka Włoszycka
Pani Patrycjo,
Sytuacja, którą Pani opisuje, musi być bardzo obciążająca emocjonalnie dla całej rodziny. Widać tu zderzenie dwóch ważnych potrzeb: Pani potrzeby bezpieczeństwa, higieny i ochrony dziecka oraz silnej więzi partnera z psem. Sam konflikt nie oznacza, że któraś ze stron „przesadza”, oznacza raczej brak porozumienia i narastające napięcie.
Niepokojące są dwie rzeczy: przemoc wobec zwierzęcia w momencie przeciążenia oraz groźby rozstania w trakcie kłótni: sygnał, że poziom stresu przekroczył już bezpieczne granice i potrzebna jest zmiana sposobu rozmowy.
Warto oddzielić fakty od emocji:
realne kwestie zdrowotne psa (konsultacja weterynaryjna, ocena ryzyka dla dziecka),
konkretne rozwiązania organizacyjne: higiena, wydzielona przestrzeń, opieka, ewentualna pomoc z zewnątrz
Może warto przeprowadzić też rozmowę o granicach i o tym, co jest warunkiem dalszego wspólnego mieszkania?
Jeśli rozmowy kończą się groźbami i poczuciem braku zrozumienia, pomocna może być konsultacja u terapeuty par, aby znaleźć rozwiązanie, które uwzględni dobro dziecka, Pani poczucie bezpieczeństwa i emocjonalną więź partnera.
Z pozdrowieniami,
Agnieszka Włoszycka
Bożena Nagórska
Pani Patrycjo,
to, co Pani opisuje, wykracza daleko poza zwykły problem z domowym czworonogiem – to sytuacja ekstremalnego przeciążenia fizycznego i psychicznego, w której Pani granice i poczucie bezpieczeństwa zostały mocno naruszone. Przeszła Pani przez bardzo ciężkie doświadczenia zdrowotne, a połóg i opieka nad niemowlęciem w warunkach braku higieny oraz zagrożenia infekcjami to ogromny ciężar, który ma prawo budzić w Pani rozpacz, gniew i bezradność. Pani reakcje, choć budzą w Pani poczucie winy, są wynikiem życia w przewlekłym stresie i walki o zdrowie dziecka, co dla każdej matki jest instynktownym priorytetem. Trudno oczekiwać akceptacji dla sytuacji, która obiektywnie zagraża zdrowiu domowników i niszczy komfort życia, a argumenty partnera porównujące Pani leczenie do kosztów utrzymania schorowanego psa są głęboko raniące i nieadekwatne. W tej relacji brakuje obecnie wspólnego frontu w trosce o rodzinę, dlatego warto rozważyć mediację lub terapię par, by partner mógł usłyszeć, że Pani prośby nie wynikają z niechęci do zwierząt, ale z konieczności ochrony życia i zdrowia Waszego syna oraz Pani własnej równowagi psychicznej.
Pani Patrycjo, proszę nie szukać winy w sobie – Pani reakcje są naturalną odpowiedzią na nienaturalną sytuację i skrajne wyczerpanie. W tej chwili priorytetem musi być Pani zdrowie psychiczne oraz bezpieczeństwo sanitarne dziecka, dlatego zamiast prosić partnera o zrozumienie, warto postawić twardą granicę - dom musi być miejscem bezpiecznym dla niemowlęcia.
Wszystkiego dobrego i powodzenia.
Psycholog Bożena Nagórska

Zobacz podobne
Witam serdecznie – dziękuję ogromnie za wsparcie, troskę i pomoc odnośnie mojej osoby – jak psychiczną, czy nawet psychologiczną, psychiatryczną i opinii seksuologa. Bardzo mi zależy na uratowaniu mojego małżeństwa z 16-letnim stażem, a razem 20 lat. Doznałam za dużo krzywdy w życiu – nie tylko w tym małżeństwie, lecz przez kupę lat, co dłuższy czas siedzi w sercu, jak i w głowie. Powodem ratowania małżeństwa nie tylko jest silne z mojej strony uczucie do męża – strasznie go kocham, świata nie widzę poza nim. On twierdzi, iż za mną też nie widzi świata, że jestem wyjątkową osobą i ważną w jego życiu. Lecz omówienie chęci ratowania nas jest dla mnie bardzo trudne – jednym słowem: doznałam traumy, załamania psychicznego, nerwowego, jak depresję. Aż biorę leki, które mnie uspokajają, choć jest to chwilowe.
Również mogę to powiedzieć w drugą stronę – w stronę męża – też przeze mnie dużo przeszedł, choć on do wszystkiego podchodzi obojętnie, nawet lekceważąco, nie biorąc żadnej odpowiedzialności za swoje czy błędy, zawsze wszystkim obarcza mnie, na mnie zwala cały syf. Staram się bardzo często rozmawiać z mężem o swoich, jak i jego potrzebach, uczuciach, pragnieniach, nawet o pożądaniu, chemii, magii, więzi uczuciowej między nami – lecz nie wiem, jak wszystko odbierać. Mąż zachowuje się tak, jakby nie chciał brać udziału w ratowaniu relacji, chęci naprawy w pozytywną stronę, lecz w negatywną. Każde kłopoty, kłótnie, sprzeczki przerzucać potrafi na mnie, jakbym to tylko ja wszystkiemu była winna.
Rok temu oboje przeszliśmy poważny i pierwszy kryzys małżeński. Przyznaję się bez bicia – byłam uzależniona od życia towarzyskiego – dochodził alkohol, tak, coraz częściej piłam, nawet około 8 lat. Wolałam każdą chwilę, czas spędzać poza domem, nie w obecności męża, ponieważ wiecznie kłótnie, poniżanie, wyzwiska, bicie, niechęć do zbliżeń. Oddalałam się od męża, zaczynałam się czuć w jego obecności ciągłą walkę, rutynę, brak komunikacji. Popadałam w bezsilność, dlatego poszłam swoją i niestety złą drogą – alkohol, znajomi. Kiedy tłumaczę mężowi, twierdzi, iż nie ma żadnego to wytłumaczenia – z jednej strony ma rację, a z drugiej – sama nie wiem, to była zwykła ucieczka, bezradność.
Nie ukrywam, że nie byłam mężowi dłużna, nie grałam fair, też atakowałam, nakręcałam się – a to jedynie, aby się bronić. Mąż twierdzi, iż to ja źle go traktuję, że nie pozwoli sobie na traktowanie siebie jak psa z mojej strony, z kolei to, jak traktuje mnie – ja mam na to wyrażać zgodę, a on puszcza to płazem, sądząc, że nic złego nie robi???
Tak, zdarzyło się, iż miałam rozwaloną głowę, którą trzeba było szyć – popchnął mnie, uderzyłam w kaloryfer. Następnie miałam tzw. cyt. „pizdę pod okiem” – uderzył mnie z pięści. Mimo to nie chciałam – jak nie mam dokąd uciekać – choć rozważałam odejście, podanie o rozwód, lecz za bardzo męża kocham. To nie jest tak, że przyzwyczaiłam się do takiego życia – NIE. Po prostu czuję bardzo mocne uczucie co do jego osoby – życia sobie nie wyobrażam poza nim. Potrafi być wspaniały, choć z tego kochającego, troskliwego człowieka nagle pokazuje się obraz potwora – damskiego tyrana. Wydaje mi się, że mąż nawet w sobie tego nie dostrzega – zawsze się przed tym broni, iż z nim wszystko w porządku.
Na chwilę wszystko ucichło – poszliśmy na terapię małżeńską, coś pomogło mężowi, lecz na chwilę. Stwierdził, iż nam niepotrzebne terapie, a sami powinniśmy sobie z tym wszystkim poradzić – choć nie wychodzi???
Mąż złamał ogromnie moje serce – nie mówię, że ja jemu również. Wyrzucił mnie z domu, bo się po prostu rozpiłam, szukałam wyjścia z tego wszystkiego. Po tygodniu chciał, abym wróciła, i tak się stało – zaczynało układać się nawet dobrze – mega seks, lecz często nieudane noce, tzw. „spontan sex – wtulić, spać”. Chcieliśmy tak sami to wprowadzić i było super, cieplej, czuło się bezpiecznie.
Od tego się zaczęło – kiedy nie ma seksu raz, dwa, pośród nocy jestem zniesmaczona, zaraz wybucham, robię dramy. Mąż ma mnie dość, lecz po prostu potrzebuję zbliżeń dosyć często, ponieważ po takim przeżyciu, co nas spotkało, szczerze czuję coś jeszcze więcej do męża – podnieca mnie, stał się dla mnie bardziej atrakcyjny. Mówiłam mężowi, iż powinien się cieszyć, a nie narzekać. Mąż mówi nieraz: „podejdź w nocy do mnie, zaczep, zacznij pierwsza grę wstępną”, a kiedy podchodzę – odpycha, po prostu nie wychodzi mi. Co do czego, odwróci kota ogonem zaraz i powie na drugi dzień, cyt.: „a ty mnie w nocy przytulasz, zaczepiasz???” Nie, nie robię tego dosyć często, ponieważ zdaję sobie sprawę, że kiedy będę podchodzić pierwsza – nic to nie da.
Przeszłam tzw. terapię odwykową, terapeutyczną, co w zupełności mi wystarczyła – i nie tylko ja jestem z siebie dumna, ale mąż twierdzi oraz rodzina, że są ze mnie dumni, iż mąż docenia, co zrobiłam dla samej siebie, choć jemu tłumaczę za każdym razem, że zrobiłam to dla niego, bo bardzo go kocham. Tak, własnymi siłami wyszłam z nałogu – to ja postawiłam na ratowanie małżeństwa, jak i własnego zdrowia. A teraz walczę o dalszy i piękny związek oparty na szacunku, wsparciu, trosce, zrozumieniu, magii miłości, chemii, namiętności i pożądaniu – obustronnie.
Czasem uważam, że ze strony męża jest w moją stronę jakaś ukryta manipulacja, często zastraszanie i ciągłe krytykowanie – jakby w coś grał, jakbym była zapasowym kołem, mimo iż zaprzecza. Dosyć często sprzeczamy się o sprawy łóżkowe. Tłumaczę mężowi, iż przez to, co przeszliśmy, obłędny seks, czułość, ciepło, jak i pożądanie – jest bardzooo potrzebne, tym bardziej, jak nie było tego przez wiele, wiele lat. Nie widać, aby do męża cokolwiek docierało. Potrafi mnie krytykować – jakby nie dorósł do związku, a mi powie: „czy ja dorosłam?”. Potrafi mówić takie słowa, cyt.: „twój problem, nie mój, twoja bajka, a w takiej bajce nie będę tkwił, mam wyjebane, znajdź innego na ruchanie, jesteś toksyczna i dramat, wiecznie pierdolisz w kółko o tym samym, ryjesz mi łeb, wchodzisz mi do łba, to przez ciebie taki się robię, takim jestem, kto by z tobą wytrzymał, powinnaś się leczyć, z tobą jest bardzo źle, kawał suki z ciebie...”.
Kiedy opanuję swoje emocje, po max 8 godzinach – bo nie da się do niego podejść, aby spokojnie pogadać – on nagle żałuje, przeprasza, jakby nigdy nic. Zaraz że ja go podniecam, jaram, że zawsze ma na mnie ochotę, że tylko ja, nikt inny, że jestem wyjątkową i ważną dla niego osobą. Po 3 dniach magii, spokoju i harmonii – nagle ze strony męża uszczypliwość i ataki agresji słownej, kiedy jego o coś zapytam. Potrafi w szaleństwie emocji złapać mnie za gardło, nawyzywać mnie od suki, dziwki, po czym żałuje, twierdząc, iż tak postąpił, bo ja niby go, cyt.: „wkurwiłam”. Mówię, że nie ma to żadnego wytłumaczenia, a mąż – wymówka: trzeba było inaczej podejść, a nie w taki sposób – tak właśnie z mężem się rozmawia. Z niczego nic sobie nie robi, a najgorsze jest to, że całe zło, kłótnie, bicie, jego złe podejścia – przerzucać potrafi jedynie na mnie!!! Aby się wybielać??? Oczyszczać??? Jakie to jest niewinne, nic nie robiące złego stworzenie???
Z dnia na dzień czuję, że moje uczucia do męża zaczynają na nowo wygasać, że jestem gotowa odejść – mimo iż nie mam dokąd, nawet pod tzw. „chmurkę”. W głębi duszy bardzo męża kocham. Uświadamianie mężowi, że chęć bliskości, czułości, troski i zrozumienia itp. jest kluczową rolą – nie dociera. Czuję, że mąż bawi się moimi uczuciami, że ma ukryty cel, alibi – aby mnie wykończyć psychicznie, z kimś ma plan, może ma kogoś, a ja jestem przykrywką?? Popadłam już w depresję, nie mam co liczyć na wsparcie ze strony męża, troskę, opiekę. Nie wierzę i nie widzę, ażeby mąż okazywał odrobinę chęci, zainteresowania związkiem, naszą relacją. Co ja mam myśleć, robić, gdzie, co, jak???

