- Strona główna
- Forum
- kryzysy, rodzicielstwo i rodzina, związki i relacje
- Związek na...
Związek na odległość: jak radzić sobie z brakiem codziennego kontaktu i potrzebą czułości
A 7
Karolina Grabka
Dzień dobry :)
To, co Pan opisuje, może być związane z trudnością w komunikowaniu emocji i potrzeb w sytuacji, gdy dwie osoby mają różny poziom zapotrzebowania na kontakt i bliskość. W takich relacjach często pojawia się napięcie nie dlatego, że ktoś robi coś „źle”, ale dlatego, że potrzeby nie są nazywane wprost albo są sygnalizowane w sposób, który druga strona odbiera inaczej, niż było to zamierzone. Warto rozróżnić emocje od interpretacji. Emocją może być smutek. Interpretacją jest myśl typu „jestem mniej ważny” albo „jestem karany ciszą”.
W komunikacji pomocne bywa zatrzymanie się najpierw przy samym przeżyciu, bez nadawania mu znaczeń dotyczących intencji drugiej osoby. Przykładowo zamiast odnosić się do tego, co druga osoba robi lub czego nie robi, można skupić się na tym, co Pan czuje w danej sytuacji. Kolejnym elementem jest nazywanie potrzeb. Potrzeba może dotyczyć kontaktu, regularności rozmów, słownego potwierdzania bliskości albo poczucia bycia zauważonym. Istotne jest również sprawdzanie, czy druga strona rozumie przekaz. Czasami intencją jest podzielenie się emocją, a odbierane jest to jako krytyka lub presja. W takich momentach pomocne może być dopytanie, jak druga osoba to rozumie. To pozwala korygować nieporozumienia na bieżąco.
Warto też pamiętać, że różnice w potrzebach nie oznaczają braku uczuć, ale mogą oznaczać różne sposoby regulowania bliskości i radzenia sobie ze stresem. Rozmowa o tym „jak ja przeżywam kontakt” i „jak Ty przeżywasz kontakt” może być bardziej konstruktywna. Jeżeli rozmowy o emocjach regularnie kończą się napięciem lub wycofaniem, może być pomocne wsparcie z zewnątrz, na przykład rozmowa z psychologiem, który pomoże uporządkować własne potrzeby i znaleźć język do mówienia o nich w sposób spokojny i czytelny.
Pozdrawiam i życzę powodzenia,
Karolina Grabka
Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?
Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!
Agnieszka Włoszycka
Witam Pana,
Dziękujemy za wiaodmość. Czytam to, co Pan napisał i jakoś bardzo to do mnie dociera. Słychać w tym zmęczenie, poczucie osamotnienia, frustrację i smutek wynikające z tego, że Pana potrzeba bliskości i kontaktu nie jest zaspokajana w sposób, którego Pan by potrzebował. Widzę też, że długo próbował Pan też się dopasować, tłumaczyć sytuację, szukać w sobie zgody i innych źródeł równowagi, zamiast ciągle naciskać czy mieć pretensje.
Jednocześnie mam wrażenie, że w ostatnich sytuacjach oboje byliście Państwo bardzo przeciążeni — Pan chorobą, pracą i narastającym poczuciem bycia pomijanym a partnerka zmęczeniem, opieką nad dziećmi i własnym złym samopoczuciem. To wygląda tak, jakbyście w tym napięciu zupełnie się minęli — Pan próbowałeś być w kontakcie i dostać odrobinę bliskości a partnerka odebrała to jako brak uważności na jej stan. Rozumiem, że jej reakcja, zwłaszcza forma i cisza po niej, mogła być dla Pana bardzo raniąca i sprawić, że poczuł się Pan się karany milczeniem i odrzucony. Chciałabym jednak zrozumieć, co by Pan naprawdę chciał aby dalej się wydarzyło? Jakiej relacji Pan potrzebuje, żeby czuć się spokojnie i bezpiecznie? Jak wyglądałaby dla Pana dobra, realna przyszłość w tym związku — jeśli chodzi o kontakt, czułość i wzajemną inicjatywę? Czego konkretnie teraz od partnerki Pan potrzebuje/oczekuje a czego już nie chce Pan dłużej pomijać lub odkładać na bok?
Myślę,że warto zadać sobie te pytania.
Z pozdrowieniami,
Agnieszka Włoszycka
Iwona Chrzanowska
Po tym co Pan pisze wygląda na to, że problem może być złożony. Pan jest daleko od rodziny i codziennego życia, problemów i obowiązków. Partnerka dźwiga na sobie ogromny ciężar i może być tym przytłoczona, mieć złość i nie mieć już siły na spełnianie Pana potrzeb. Relacja na odległość może funkcjonować dobrze przez jakiś czas, ale na dłuższą metę będą tarcia, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z nierównowagą na różnych polach. Myślę, że warto rozmawiać o swoich odczuciach, ale też wysłuchać i zrozumieć partnerkę. No i spróbować znaleźć wspólne rozwiązanie. Jeśli to nie pomoże, warto skorzystać z pomocy specjalisty.
Iwona Chrzanowska
Psycholog
Zobacz podobne
Na wstępie przepraszam wszystkich, jeśli ten wpis sprawia wrażenie chaotycznego i zbyt długiego. Potrzebuję pomocy.
Jestem chyba już na 4-tej terapii i ta z kolei trwa już ok. 2 lat i robi się coraz groźniej. Na stronie mojego terapeuty widnieje informacja, że pracuje on w nurcie psychoanalitycznym (psychodynamicznym). Terapeuta zachowuje się tak, jakby miał w głębokim poważaniu co ze mną będzie, pomimo że nigdy nie wiedziałem i nadal nie wiem w jaki sposób miałbym rozwiązać swoje problemy. Co więcej, gdy widzę jakie rozwiązania zostają mi po terapii (czyli to co wiedziałem i przed terapią) to nie chcę tego robić, bo przecież na tym m.in. problem polega, że chcę uciec od cierpienia.
Terapia ta przypomina jakieś szaleństwo, przykładowo gdy wspomniałem mu, że martwię się wypadającymi włosami to ten śmiał się mówiąc, że przejmuję się takimi rzeczami (wg. niego nic nie znaczącymi) zamiast przejmować się tym, że lada moment, gdy zostanę sam umrę z głodu ... Jakby tego było mało straszy mnie możliwością zachorowania na raka i konsekwencjami chemii bez posiadanego ubezpieczenia zdrowotnego ... W innym momencie mówi coś skrajnie przeciwnego, że naprawdę wierzy, że można tak żyć i w tym nie ma niczego niewłaściwego. Czy on się mną bawi ?! Czy to nie jest skrajnie nieetyczne działanie ?! A może to zwykła technika służąca temu bym się na niego porządnie wkurzył, a tego się bardzo boję i wstydzę ??
W moim życiu największą rolę odegrała matka, której nadopiekuńczość zniszczyło mi poczucie własnej wartości i sprawczości + "rówieśnicy", którzy w szkole się nade mną znęcali, co tylko pogłębiało moje deficyty i chęć ucieczki w kierunku domowego azylu. Teraz mam 37 lat, nigdy nie byłem w żadnym związku, nie miałem dziewczyny, nie mam znajomych, nie mam od wielu lat pracy, mieszkam z rodzicami, nie wyobrażam sobie już życia poza domem jak i ciągle w nim. Nigdy nie byłem, nie jestem i uważam, że jak tak dalej będzie to i nigdy nie będę w stanie zdecydować w jaką stronę pójść. Boję się każdej pracy, boję się poznawania ludzi, boję się oceny, boję się życia, boję się bólu, boję się bania i "żyję" pod dyktandem niewyobrażalnie toksycznego wstydu, który rośnie wraz z wiekiem i wciąż niekończącej się bezsilności, oraz ciągłego narzekania (tak jak to robią moi rodzice). Zdanie by "wziąć odpowiedzialność za swoje życie" rozumiem tak naprawdę jako "poddać się karze", której przecież najbardziej się boję i której całe życie chcę uniknąć. Mój terapeuta zachowuje się jakby tego totalnie nie rozumiał dobijając mnie coraz bardziej.
Co ja mam zrobić ?! Przecież nie chcę skończyć na ulicy, a na dodatek nie chcę życia obciążonego konsekwencjami, których nie mogę już naprawić jak chociażby to, że jeśli jakimś cudem dożyje do emerytury to będzie ona głodowa i zginę tak czy siak, nie wspominając już o tym, że resztę życia spędzę samotnie ... Takie życie to koszmar, z którego już się nie wybudzę, a jedynym "pocieszeniem" jest samobójstwo lub śmierć naturalna. Doszedłem do wniosku, że założyłem sobie by terapia była dla mnie czymś co daje mi poczucie wyjścia do ludzi, ale w bezpiecznym środowisku. Skoro życie poza terapią nie toczy się w takim środowisku to terapia mi nie pomoże. A może problem leży w niedopasowaniu terapii do mnie ? Jeśli tak to proszę o informację w jakim nurcie powinienem się poruszać. Błagam o pomoc pomimo, że już prawie straciłem ostatnie resztki nadziei.
Mam 23 lata i czuję się samotna. Mieszkam z mamą, która już się starzeje i rozmawia głośno na cały dom, a kiedy ja uciszam, mówi, że to jest jej dom, a potem po 2 dniach mówi, że jak bardzo musimy się wspierać jako rodzina. Ojciec, który przez całe życie wraca na weekendy do domu i robi nam wojsko z bratem za dzieciaka. Jest małomówny, jak coś mu nie pasuje to głośno krzyczy, sam jego wygląd jest straszny. Rodzice się zawsze kłócili głośno przy nas, dzieciach. Studiuję, ale na studiach nie mam żadnej kumpeli, jedna, z którą rozmawiałam, poszła sobie do innej grupy, do innych znajomych zostawiając mnie samą z osobami z hermetycznej grupy. I ciężko mi na wiązać jakiś kontakt z innymi osobami. Moje wszystkie bliższe kumpele studiują w innych miastach, mają ciężkie studia i chłopaków i mało co to one piszą do mnie pytając się jak tam. Jestem osobą zawsze uśmiechniętą, pełną energii, jeżdżę konno, chodzę na siłkę, jestem też mocno waleczna, asertywna i nie wszyscy mnie polubią, bo mam liderskie cechy, jeżdżę na wymiany młodzieżowe z erasmusa, poznaje ludzi. Jestem strasznie wrażliwą osobą, przywiązująca się. Marzę o rodzinie i swoich dzieciach, bardzo. Bo chciałabym tworzyć prawdziwy dom, chociaż z moją rodziną. Ciężko mi się separować od mamy, bo to jednak moja mama, która do końca jest przy mnie, ale ona zaczyna nie widzieć żadnej swojej winy w zachowaniu. Mam zdiagnozowane adhd, osobowość anankastyczną. Mam ORKIESTRĘ w głowie codziennie i nie wytrzymuje tego i jestem sama z tym wszystkim na co dzień, bo nie mam nikogo, kto mógłby po prostu mnie przytulić.

