
- Strona główna
- Forum
- kryzysy, psychoterapia, związki i relacje
- Byłam w kilku...
Byłam w kilku związkach i każdy traktował mnie jak opcję.
Emilia
Magdalena Pilch
Dzień dobry. Czytam, że poczucie bycia dla kogoś opcją to powtarzający się schemat w Pani życiu. Myślę, że wartością byłoby przepracowanie tego w terapii: zrozumienie, skąd taki schemat się wziął, jak go przerwać i na co go zmienić tak, aby z satysfakcją mogła Pani wchodzić w bliskie relacje.
Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?
Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!
Katarzyna Waszak
Dzień dobry! Nasuwa się pytanie, jak to się stało, że pozwalała Pani na traktowanie siebie ,,jak opcję", cokolwiek to znaczy. Bycie zabawką kojarzy się z przyzwoleniem na nietrzymanie granic. Warto przyjrzeć się temu w psychoterapii, poszukać źródła wzorca takiego funkcjonowania w relacjach. Jeśli coś jest znane, to dopiero wtedy można pracować nad zmianą. Powodzenia Katarzyna Waszak
Klaudia Fila
Pani Emilio, to zrozumiałe, że odczuwa Pani lęk i zachowuje nadmierną ostrożność podczas wchodzenia w relacje, gdy już kilkukrotnie została Pani zraniona na tym polu. Dobrze, że ma Pani świadomość swoich trudności i poszukuje pomocy. Każdy z nas ma pewne schematy oraz przekonania na temat siebie i świata, z którymi wchodzi w relacje. Niekiedy są one nieadaptacyjne i utrudniają funkcjonowanie, ale można nad nimi pracować. Odpowiedzią na Pani pytanie jest psychoterapia, podczas której miałaby Pani możliwość przyjrzenia się własnym schematom oraz zmodyfikowania ich. Dodatkowo kontakt z psychoterapeutą/psychoterapeutką odbywa się również w relacji, która sama w sobie jest czynnikiem pomocnym, zwłaszcza w trudnościach relacyjnych. Życzę dużo szczęścia.
Pozdrawiam,
Klaudia Fila
Anna Martyniuk-Białecka
Dobrze byłoby się przyjrzeć temu, powtarzającemu się schematowi w Pani życiu. Jak ten wzór wchodzenia w relacje powstał? Co dokładnie się pod nim kryje? Mam nadzieję, że uda się Pani znaleźć ponownie chęć do życia i stworzyć prawdziwą, satysfakcjonującą relację.
Pozdrawiam,
Psycholog Anna Białecka

Zobacz podobne
Witam. Opiszę w dużym skrócie moją historię.
Od zawsze mieszkałem w domu, jak miałem 25 lat wyremontowałem sobie mieszkanie na 1 piętrze i zamieszkałem tam po moich dziadkach. 7 Lat temu poznałem swoją obecną żonę, pracowałem wtedy w delegacji i wtedy jeszcze dziewczyną widywałem się weekendami. Od tamtej pory leczę się u psychiatry, mam nerwicę/depresję. Zrezygnowałem z tamtej pracy i ogólnie jakoś sobie radziłem. Wzięliśmy ślub, urodził nam się synek, obecnie ma 3 lata. Jednak przez ostatnie dwa lata wydarzyło się u mnie dużo. Ze względu na konflikt rodziców i ich późniejszy rozwód, dla ratowania swojej rodziny wyprowadziliśmy się do miasta rodzinnego mojej żony, niedaleko około 30 km od mojego rodzinnego miasta. Znalazłem tutaj pracę, udało się wziąć kredyt, mamy czym jeździć. Wydaje się, że wszystko poukładane...
Tylko nie u mnie, nie cieszę się z tego, co mam, jedynym co mnie trzyma jeszcze przy tym wszystkim, jest syn. Chodzę do terapeuty uzależnień w celu rzucenia papierosów. I dużo rozmawiamy głównie o tym, co się u mnie dzieje, na pozór powinienem być szczęśliwy, faszeruje się od 7 lat lekami na depresję i tak naprawdę nie czuję się nigdy, jak bym chciał.
W głębi czuję, że mieszkając w bloku, ja nie będę szczęśliwy, ja jestem przyzwyczajony, że mogłem wyjść na podwórko cokolwiek zrobić, bardziej to wyglądało zawsze jak życie na wsi.
A teraz przychodzę z pracy i oprócz zajmowaniem się synem nie mam czym się zająć. Lubiłem zawsze jakieś prace fizyczne, typu koszenie trawnika itp. (przy domu zawsze znajdzie się coś do zrobienia)... Moja żona ma tu wieloletnich znajomych, rodzinę, tą samą pracę od wielu lat. Ja mam nową pracę, ale wydaje mi się, że poświęciłem wszystko dla komfortu mojej żony, nie myśląc o sobie. Na dzisiejszy dzień zmagam się każdego dnia z objawami nerwicy, nie mam żadnego hobby (z piłki nożnej zrezygnowałem na początku znajomości z żoną ze względu na brak czasu, by się spotykać). Czuję się samotny mimo, że mieszkam ze swoją rodziną. Żona nie potrafi mnie zrozumieć, że nie mam tutaj przyjaciół, rodziny. Zrezygnowałem w 100% z alkoholu, chociaż czasami wypiłem piwko, to dawało mi to choć trochę radości.
Nie mam komu się wygadać, w pracy nie mam przyjaciół.
Do mieszkania już się nawet czasami nie chce wracać, wiedząc, że nikt mnie nie zrozumie... Czuję wewnątrz, że ja długo w takim maraźmie nie pociągnę. Chciałbym wrócić do domu, w którym mieszkałem większość życia do poprzednich znajomych. Mam jednego brata, który mieszka daleko i też nie chce zawracać mu głowy swoimi problemami...
Szukałem pomocy w wielu miejscach. Rozmawiałem godzinami z różnymi psychologami czy psychiatrami.... Czułem się lepiej, czułem się silniejszy... Niestety tylko na krótki czas... Moja żona to całe moje życie. Jest dla mnie wszystkim. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie życia bez niej... Nie mogę i ....nie chcę. Jest jedyną kobietą, którą kiedykolwiek kochałem.... Zawsze się śmiałem, ze jestem jak pingwin... Jedna miłość na całe życie... Mój ojciec też taki był... Dziadek również.... To samo dotyczy mojego brata... Niestety to moja żona jest powodem mojej depresji, to ona popycha mnie do samobójstwa.... Teoretycznie najblizsza mi osoba.... Wszyscy lekarze radzili mi zakończyć ten związek... Jednak dla mnie jest to równoznaczne z utratą wszystkiego co ważne w życiu. Takie błędne koło.... Codziennie się zastanawiam czy to już już, czy to bedzie dzisiaj.... Poświęciłem wszystko dla żony. Absolutnie wszystko... Niestety, dla niej to ciągle za mało.... Już nie mogę.... Straciłem zainteresowanie wszystkim... Żyje tylko po to by płacić rachunki. Żony, teściowej, córki...... Nie mam absolutnie nic z życia... Jestem traktowany jak pies, dopóki jestem użyteczny to moge zostać... Jem osobno wszystkie posiłki....Siedzę w osobnym pokoju, gdy one 3 oglądają tv w salonie.... Jestem gościem (niechcianym ledwie tolerowanym) w mieszkaniu ,które kupilem za własne oszczędności....
