
- Strona główna
- Forum
- kryzysy, zaburzenia nastroju, związki i relacje
- Dlaczego czuję się...
Dlaczego czuję się odrzucony w związku na odległość? - analiza emocji
Piotr Ziomber
Dzień dobry
Opisuje Pan poczucie odrzucenia, które prawdopodobnie wynika z połączenia braku jasnego miejsca w tej relacji kiesy ona wprost mówi: nie jesteś mężem, nie jesteś narzeczonym, nie jesteś częścią codzienności. To zostawia Pana „pomiędzy”, a niespójnych sygnałów raz trzyma Pana rękę, bliskość, ciepło, za chwilę znika, nie przedstawia innym, funkcjonuje jakbyś Pana tam nie było. To bardzo mocno rozregulowuje emocje oraz sytuacji społecznej (komunia) gdy takie wydarzenia wzmacniają temat „kto jest kim”. Widzi Pan pary, rodziny, role są jasne. U Was niestety jest inaczej. Pana potrzeby bycia uznanym i „widocznym” partnerem to jest normalna potrzeba, nie coś nadmiernego.
Dlatego nie chodzi tylko o to jedno zdarzenie z ławką. Ono było zapalnikiem dla czegoś większego:, poczucia, że nie jest pan w pełni „jej” w przestrzeni publicznej. Ta „huśtawka” bardzo wzmacnia emocje. To działa trochę jak mechanizm kiedy dostaje Pan bliskość w skutek czego odczuwa ulgę, ale kiedy ją traci to następuje spadek jest dużo mocniejszy niż gdyby jej w ogóle nie było. Jest to klasyczny efekt niestabilnej dostępności emocjonalnej partnera.
Gdzie jest granica „czy to normalne”? Normalne jest, że ona chce porozmawiać z gośćmi, być z rodziną dziecka, ale jest i druga strona medalu kiedy normalne NIE jest, że nie przedstawia Pana nikomu, ignoruje w takich momentach społecznych, reaguje irytacją gdy mówi Pan o swoich uczuciach zostawiając Pana z poczuciem „jestem nikim” w tej sytuacji. Pana reakcja jest sygnałem, że oczekiwania i potrzeby nie są spełnione.
Problemem jest odpowiedź na pytanie czy ta relacja daje Ci stabilność i poczucie bycia ważnym człowiekiem, czy tylko momenty ulgi między poczuciem odrzucenia? Proszę o tym porozmawiać otwarcie, a kiedy partnerka będzie wtedy wykazywała irytację lub będzie pana zbywała,. może warto się zastanowić czy warto w to brnąć? Jeśli nie ma przestrzeni na Pana emocje, to nie chodzi już o jedną komunię tylko o to, że jesteście w relacji, w której Pana miejsce nie jest uznane.To, co Pana boli, nie jest przesadą a wygląda raczej jak zdrowa reakcja na bycie „obok” zamiast „razem”.
Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?
Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!
Agnieszka Włoszycka
Dzień dobry,
Odpowiadając na Pana treść, uważam, że w tej sytuacji nie chodzi tylko o miejsce w ławce czy rozmowy z gośćmi ale o dużo głębszą potrzebę: bycia ważnym, zauważonym i „włączonym” w jej życie. Kiedy tego Panu brakuje, uruchamia się silny lęk przed odrzuceniem i emocjonalnym odsunięciem, dlatego tak mocno reaguje Pan na drobne sytuacje.
Jednocześnie sądzę, że ona może być rozdarta między rolą partnerki a rolą mamy i organizatorki życia rodzinnego. Problem pojawia się wtedy, gdy Pańskie potrzeby bliskości stale zderzają się z jej dystansem lub irytacją na rozmowy o emocjach a to tworzy huśtawkę: chwila czułości daje ulgę, a potem znów wraca pustka i niedosyt. Warto moim zdaniem zadać sobie pytanie: czy w tej relacji czuje się Pan naprawdę bezpieczny emocjonalnie i ważny na co dzień, nie tylko wtedy, gdy jest bliskość fizyczna?
Z pozdrowieniami,
Agnieszka Włoszycka
Martyna Kaleta
Dzień dobry,
czytam to i mam poczucie bardzo dużego smutku, zagubienia i emocjonalnego przeciążenia. Jakby każda sytuacja między Państwem była przeżywana bardzo intensywnie – nie tylko jako konkretne wydarzenie, ale trochę jako odpowiedź na pytanie: „czy jestem ważny?”, „czy jestem blisko?”, „czy jestem wybrany?”.
I mam wrażenie, że coś w Panu bardzo mocno odbiera sygnały z otoczenia. Jakby bardzo uważnie obserwował Pan gesty, miejsca przy stole, spojrzenia, sposób przedstawiania. I z tych drobnych sytuacji budował się potem cały wewnętrzny świat – pełen bólu, odsunięcia, poczucia bycia „obok”.
Trochę tak, jakby cała rzeczywistość bardzo mocno przechodziła przez tę relację z nią. Jakby to ona stawała się głównym miejscem, przez które doświadcza Pan własnej wartości, bezpieczeństwa, bycia ważnym.
I mam poczucie, że ujawnia się tutaj jakaś bardzo wrażliwa część Pana. Taka, która dużo widzi, dużo czuje i bardzo dużo bierze do siebie.
A wrażliwość sama w sobie jest czymś pięknym. Pozwala głęboko przeżywać relacje, dostrzegać niuanse, być blisko ludzi. Ale kiedy nie ma obok wystarczająco mocnego oparcia w sobie, potrafi też być bardzo męcząca. Bo wtedy człowiek zaczyna być zależny od każdego sygnału z zewnątrz – jednego dotyku, jednego zdania, jednego odsunięcia.
I może właśnie dlatego pojawia się ta huśtawka: rano rozpacz, wieczorem spokój po złapaniu za rękę.
W psychologii procesu powiedzielibyśmy może, że obok tej bardzo wrażliwej części warto byłoby wzmacniać też coś po drugiej stronie – większe poczucie własnej wartości, oparcia w sobie, poczucia że „jestem ważny” również wtedy, kiedy druga osoba przez chwilę zajmuje się czymś innym albo nie daje dokładnie takiego sygnału, jakiego potrzebuję.
Bo mam wrażenie, że teraz bardzo dużo Pana poczucia bezpieczeństwa jest oddane w ręce tej relacji.
I być może właśnie temu warto się przyglądać – nie tylko temu, co ona robi albo czego nie robi, ale temu, co dzieje się w Panu w momentach odsunięcia, samotności, „bycia obok”.
pozdrawiam,
Martyna Kaleta
Bożena Nagórska
Dzień dobry.
Pana silna reakcja emocjonalna i poczucie odrzucenia są w pełni zrozumiałe, ponieważ sytuacja z komunii w soczewce pokazała fundamentalny problem Waszego związku - głęboki brak poczucia bezpieczeństwa, stabilizacji oraz jasnej pozycji w życiu partnerki. Huśtawka emocjonalna, w której jednego dnia czuje się Pan odtrącony, a po jednym geście bliskości lub udanym seksie wszystko na chwilę wraca do normy, to klasyczny mechanizm uzależnienia od rzadkich momentów akceptacji, co potęguje lęk i wieczny niedosyt kontaktu. Partnerka swoimi słowami o tym, że nie jest Pan „ani mężem, ani narzeczonym”, ponieważ żyje Pan za granicą i nie dzieli z nią codziennych obowiązków, bardzo brutalnie określiła Pana status jako tymczasowego dodatku, a nie pełnoprawnego życiowego towarzysza. Zachowania takie jak nieodpowiedzenie na pytanie o wolne miejsce, pospieszne usadzanie tam innych osób, nieprzedstawienie Pana rodzinie czy ignorowanie Pana obecności przez większość uroczystości, obiektywnie ranią i dają sygnał, że jest Pan trzymany na bezpieczny dystans, poza jej oficjalnym światem. Granica zdrowej relacji została tu przekroczona, ponieważ w dojrzałym związku partnerzy idą ramię w ramię, a nie ukrywają się w tłumie, dlatego Pana ból nie wynika z przewrażliwienia, lecz z faktu, że ta relacja w obecnej formule na odległość opiera się na samotności we dwoje i nie zaspokaja Pana podstawowych potrzeb emocjonalnych.
Pozdrawiam
Bożena Nagórska
Łukasz Dyłka
Dzień dobry.
Mam wrażenie, że w tej sytuacji nakładają się na siebie dwie rzeczy.
Pierwsza: komunia dziecka była przede wszystkim wydarzeniem jej syna, jego rodziny i rodziców. To naturalne, że ona musiała być wtedy mocno skupiona na dziecku, gościach, obowiązkach, organizacji i rodzinie. W takim dniu partner mamy może rzeczywiście nie być „na pierwszym planie”.
Druga rzecz jest jednak równie ważna: Pan nie opisuje tylko jednej sytuacji z komunii, ale stałe poczucie bycia odsuwanym, niedookreślonym i jakby „dodatkowym”. Związek na odległość, jej dzieci, brak wspólnego życia codziennego, częste kłótnie i niedosyt kontaktu mogą bardzo nasilać lęk przed odrzuceniem. Wtedy każde zdanie, każda ławka, każde nieprzedstawienie rodzinie zaczyna boleć mocniej, niż bolałoby w stabilnej relacji.
Nie oznacza to, że Pan „wariuje”. Bardziej wygląda to tak, jakby bardzo potrzebował Pan jasności: kim jestem w tej relacji, jakie mam miejsce, czy jestem partnerem wprowadzanym do życia, czy kimś obok. Jeśli ta jasność nie istnieje, pojawia się huśtawka: ona złapie za rękę i jest ulga, ona odejdzie do gości i wraca ból.
Warto jednak uważać, żeby z tego bólu nie robić ciągłych rozliczeń w trakcie ważnych wydarzeń. Wtedy druga osoba może czuć, że zamiast wsparcia dostaje presję. Lepiej porozmawiać poza emocjami i bardzo konkretnie, na przykład: „Nie chodzi mi o to, żebyś na komunii zajmowała się tylko mną. Chodzi mi o to, że często nie wiem, jakie mam miejsce w Twoim życiu. Potrzebuję wiedzieć, czy chcesz mnie realnie wprowadzać w swoją codzienność i rodzinę, czy raczej trzymać z boku”.
Granica jest tam, gdzie Pan zaczyna oczekiwać, że ona będzie regulowała każdy Pana lęk, na przykład ma stale być obok, przedstawiać każdemu, nie rozmawiać sama z gośćmi. Ale granica jest też tam, gdzie ona oczekuje, że Pan będzie obecny, wspierający i cierpliwy, a jednocześnie nie daje Panu żadnego jasnego miejsca ani poczucia bezpieczeństwa.
Seks, czułość i dobre wieczory nie rozwiążą tego problemu, jeśli w ciągu dnia czuje się Pan nieważny i odsunięty. Tu potrzebna jest rozmowa nie o jednej komunii, tylko o całej relacji: czy macie wspólny kierunek, czy są plany, czy ona chce Pana jako partnera w swoim życiu, czy Pan jest gotów wejść w życie kobiety z dziećmi nie tylko emocjonalnie, ale też realnie i codziennie.
Warto też przyjrzeć się sobie: dlaczego sytuacje odsunięcia tak mocno Pana uruchamiają, skąd ten niedosyt i lęk, czy podobny schemat pojawiał się wcześniej. To dobry temat do własnej terapii, niezależnie od tego, co stanie się z tą relacją.
Na dziś nie oceniałbym tego jako „ona jest zła” albo „Pan przesadza”. Raczej widzę relację, w której jest dużo niejasności, dużo napięcia i za mało poczucia bezpieczeństwa. I bez spokojnego ustalenia miejsca, zasad i oczekiwań ta huśtawka prawdopodobnie będzie wracać.
Łukasz Dyłka
Justyna Ostrowska
Witam i spróbuję opisać, jak ja to widzę.
To, co Pan przeżywa, brzmi jak silny lęk przed odsunięciem i potrzebę upewniania się, że jest Pan ważny w tej relacji. Sama komunia prawdopodobnie nie byłaby aż tak bolesna, gdyby wcześniej między Wami było więcej stabilności, bliskości i jasności co do tego, kim dla siebie jesteście.
W wielu momentach opisuje Pan nie tyle konkretne zachowania partnerki, ile własne przeżycie: „jestem odsunięty”, „nieważny”, „jak dodatek”. I rzeczywiście, kiedy relacja jest nieokreślona, pełna niedosytu kontaktu, huśtawek „rano dramat – wieczorem bliskość”, psychika zaczyna bardzo mocno reagować na drobne sygnały dystansu. Wtedy nawet miejsce w ławce czy brak przedstawienia rodzinie urasta emocjonalnie do pytania: „kim ja dla niej właściwie jestem?”.
Jednocześnie warto zauważyć perspektywę partnerki. Z Pana opisu wynika, że nie tworzycie wspólnego domu, nie uczestniczy Pan na co dzień w obowiązkach związanych z jej życiem i dziećmi, więc ona może widzieć tę relację bardziej jako ważną więź emocjonalną niż pełne partnerstwo rodzinne. Jej słowa o „mężu” czy „pierwszych skrzypcach” mogą być bardziej komunikatem o braku poczucia wspólnoty i konkretnego zaangażowania niż próbą zranienia Pana.
Wygląda to na związek, w którym potrzeby emocjonalne i wyobrażenia o partnerstwie zaczynają się mocno rozmijać.
Myślę sobie, że warto podjąć rozmowę z partnerką o Waszym związku i zadać sobie pytania tego typu lub/oraz inne, jakie Wam przyjdą do głowy:
„Czym dla każdego z nas jest ten związek dzisiaj i czym miałby być za rok czy dwa?”
„Jak każde z nas rozumie zaangażowanie: emocjonalnie, praktycznie, finansowo, rodzinnie?”
„Czego Tobie najbardziej brakuje w tej relacji, a co dla Ciebie jest już przeciążające?”
„Po czym każde z nas czuje się ważne i „na swoim miejscu” w związku?”
„Jaką rolę realnie mam mieć w Twoim życiu i w życiu Twoich dzieci?”
„Czy chcemy budować wspólną codzienność, czy raczej utrzymywać relację bardziej „obok” obecnego życia?”
Pozdrawiam serdecznie
Justyna Ostrowska
Joanna Cichosz
Dzień dobry,
Wygląda na to, że problem nie leży w samej komunii, tylko w tym, że od dłuższego czasu żyje Pan w poczuciu emocjonalnego niedosytu i niepewności co do tego związku. Dlatego sytuacje, które dla innych mogłyby być neutralne, Pan odbiera intensywnie jako sygnał odsunięcia czy bycia „mniej ważnym”. Jednocześnie partnerka wysyła mieszane sygnały. Z jednej strony daje bliskość, czułość, łapie za rękę, przeprasza i mówi o swoich trudnościach. Z drugiej sama przyznaje, że się odsuwa, że miała inne oczekiwania wobec relacji i podkreśla, że nie jest Pan jeszcze częścią jej codziennego życia czy rodziny. To normalne, że może Pan w związku z tym odczuwać więcej lęku i silniej analizować zachowania partnerki. Myślę, że ważne byłoby tutaj nie tylko szukanie potwierdzenia uczuć ze strony partnerki, ale też spokojne zastanowienie się, czy ta relacja daje Panu wystarczające poczucie bezpieczeństwa i zaspokaja Pana potrzeby emocjonalne. Na ten moment wygląda to trochę jak emocjonalna huśtawka: rano poczucie odrzucenia, wieczorem bliskość i ulga. Trudno długo funkcjonować w takim napięciu. Dodatkowo pomocne mogłoby być przyjrzenie się temu lękowi przed byciem „nieważnym” w terapii zwłaszcza, jeśli doświadczał Pan takich uczuć również we wcześniejszych związkach.
Pozdrawiam serdecznie
Joanna Cichosz
Wiktoria Woldan
Dzień dobry 💙
Z Pana opisu wyłania się obraz osoby bardzo wrażliwej, która głęboko przeżywa relacje i dużą wagę przywiązuje do sygnałów płynących od bliskich. Nic dziwnego, że w takiej sytuacji może pojawiać się smutek, poczucie odrzucenia czy zwątpienie we własną wartość. Warto jednak pamiętać, że poczucie własnej wartości nie powinno zależeć wyłącznie od zachowania drugiej osoby. Budowanie oparcia w sobie i swoich zasobach może pomóc przeżywać relacje z większym poczuciem bezpieczeństwa.
Pozdrawiam serdecznie,
Psycholog Wiktoria

Zobacz podobne
Hej, chciałabym porozmawiać z kimś, kto może zmaga lub zmagał się z podobnym problemem.
Aktualnie mam 22 lata, studiuje zaocznie psychologię na 3 roku i bardzo lubię moje studia, wiąże z nimi przyszłość. Marzyłam o studiach dziennych, mieszkaniu w akademiku, życiu studenckim, poznaniu mnóstwa przyjaciół, znalezieniu pracy dorywczej i próbie usamodzielnienia się. Moje życie jednak nie potoczyło się tak jak chciałam, matura nie poszła mi tak jak oczekiwałam, więc musiałam zrobić sobie rok przerwy, podczas którego pracowałam i poprawiłam maturę, aby dostać się na wymarzony kierunek. Jednak nie udało mi się dostać na kierunek dziennie, więc zdecydowałam, że pójdę zaocznie. Nie chciałam już zmieniać trybu, bo naprawdę mi to odpowiadało, ale dalej miałam trochę żal do siebie, że marnuje swoje młode życie i będę żałować. W tygodniu praca, w której nie było osób w moim wieku, więc trudno było tam nawiązać kontakty towarzyskie, a ze znajomymi z poprzednich lat nie mam już kontaktu, więc czułam bardzo dużą samotność i rutynę. Z ludźmi widziałam się tylko w weekend, ale nie nawiązaliśmy jakiegoś głębszego kontaktu.
Zazdroszczę mojej przyjaciółce, że jej życie potoczyło się inaczej niż moje, ona dostała się na studia dzienne, mieszkała w akademiku, do tego pracowała dorywczo, ma paczkę przyjaciół. Ja czuję się o wiele gorsza, mieszkam z rodzicami, dojeżdżam, nie mam paczki przyjaciół i mam wrażenie, że już jest za późno na jakąkolwiek zmianę i bez sensu jest pchać się do akademika, jeśli mam zjazdy w weekend. Myślałam o podjęciu pracy w mieście i mieszkaniu w akademiku, ale nie wiem, czy to nie jest takie "na siłę".
Chciałabym znaleźć jakieś rozwiązanie sensowne dla siebie i porozmawiać z kimś, mającym różne doświadczenia, żeby jakoś spróbować zmienić perspektywę i swoje myślenie, ponieważ cały czas to do mnie wraca i mnie dołuje przez to. Czuję się beznadziejna...mam wrażenie, że zawsze już będę sama...
Dzień dobry, mam 34 lata, w wieku 25 lat i mniej, nie było tego. Otóż 7-8 lat pracowałem przed komputerem, z początku praca stacjonarna i kontakt z ludźmi był, w tym z kobietami, następnie nastał czas pandemii i izolacji - pracę zaczeliśmy wykonywać w domu, po pandemii nadal mogliśmy pracować w domu, trwało to kilka lat, niby wygodnie, ale bez kontaktu z ludźmi.
Jak już minęła pandemia widzę, że się izoluję, unikam ludzi, nie przepadam chodzić na spacery, jak jest więcej ludzi na mieście, najlepiej spaceruje mi się zimą - wtedy jest mniej ludzi, ja jestem bardziej ubrany, nie widać tak szczupłych rąk i sylwetki. Nie to, że nie lubię ludzi, bardziej nie lubię tłoku, gdzie cały czas mijam kogoś lub siedzi wielu ludzi na ławce i patrzą.
Do czego zmierzam - absolutnie nie mam chęci rozmawiać z płcią przeciwną, zamknąłem się w sobie? Tak jakby boję się kobiet. Dziś byłem w centrum handlowym i czułem się tam całkowicie niepewnie, nieswojo, jakby zestresowany.
Próbuję wychodzić do ludzi. Teraz szukam nowej pracy, lecz nie przed komputerem, ale na budowie. Tylko że nie jestem w stanie iść i zapytać czy jest praca, raz miałem iść, ale różni pracownicy się na mnie patrzyli kto idzie i odpuściłem.
W wieku ok. 19 lat też chodziłem i pytałem po budowach o pracę, ale nie było takiego myślenia, po prostu szedłem.. A czemu budowa? Sądzę, że tam trzeba przebywać z ludźmi, a nie tylko komunikować się przez komputer oraz jest tam różnorodność zadań, trzeba tam pytać, słuchać, rozmawiać. Dodatkowo jak nie zarabiam to myślę, że jestem nic nie wart,nie ma sensu nigdzie podróżować itd.
Minus tego wszystkiego jeszcze taki, że nie mam kolegów i koleżanek, z którymi mogę wyjść - tak często jest samotność. Dawniej piłem alko, wtedy kontakty towarzystkie były prostsze.
Czy mam tak wychodzić na miasto do ludzi, pomimo że często nie będę z nikim rozmawiał? Czy to mi pomoże? Dawniej byłem czasami nawet duszą towarzystwa, ale miałem wtedy dużo znajomych ;)
Witam, chciałabym prosić o poradę. Mam 20 lat, nadal mieszkam z rodzicami i studiuję zaocznie w Poznaniu. W przyszłym tygodniu mam finałowe egzaminy, jednak sytuacja w domu nie pozwala mi się uczyć. Moi rodzice cały czas się kłócą albo nie odzywają się do siebie. Zazwyczaj problemem są pieniądze albo ja. Od dwóch lat jestem w związku, jednak przez większą część tego czasu to mój chłopak musiał przyjeżdżać do mnie, a nie ja do niego, ponieważ mama miała z tym problem. Za każdym razem zabraniała mi do niego jeździć, a jeżeli próbowałam się buntować, kazała mi się pakować i wyprowadzić do niego. Wcześniej wystarczyło, żebym po prostu odpuściła i prosiła chłopaka, żeby po raz kolejny przyjechał do mnie. Był moment, kiedy chciał zerwać, ponieważ miał dość tego, że nie mogę do niego przyjechać.
Od początku tego roku zaczęłam się buntować i spędziłam u niego Sylwestra, dwa tygodnie w styczniu, a także luty, marzec i maj. Jak wcześniej wspomniałam, w przyszłym tygodniu mam egzaminy i chciałam teraz do niego pojechać nie tylko po to, by spędzić z nim czas, ale też żeby się pouczyć i nieco zrelaksować. Mój chłopak mieszka na wsi – przebywanie tam bardzo mnie uspokaja, zwłaszcza że sama mieszkam w mieście.
Zawsze w domu byłam narażona na stres, bo mój ojciec był alkoholikiem przez siedemnaście pierwszych lat mojego życia, a mama szantażuje mnie emocjonalnie przy każdej okazji i płacze z byle powodu, kiedy tylko nie chcę jej słuchać. Ostatnio, w nerwowej sytuacji, zaczęło boleć mnie serce, źle się czułam i dostałam palpitacji, co może być spowodowane ciągłym stresem.
Dzisiaj powiedziałam rodzicom, że może pojadę do chłopaka, żeby się pouczyć. Ojciec zaakceptował ten fakt, ponieważ twierdzi, że jestem dorosła, wiem, co robię i niczego mi nie zabroni. Matka zrobiła mi awanturę: powiedziała, że i tak za często tam jeżdżę, że siedzę tam za darmo, nie dokładając się do niczego, i że mnie tam nie chcą. Zapytała, czy nie jest mi wstyd, że jako dziewczyna cały czas siedzę u chłopaka. Dodała, że wie, iż nie będę się tam uczyć, choć jest to częściowy powód, dla którego chcę jechać.
Odpowiedziałam, że gdyby mnie tam nie chcieli, nie proponowaliby mi przyjazdu, tylko powiedzieliby wprost. Po drugie, w zeszłym roku przed maturą byłam zmuszona jechać z nią na wieś do dziadka, gdzie byli mój brat, jego dziewczyna i jej syn – kiedy tylko chciałam się pouczyć, on biegał, hałasował i trzaskał, przez co nauka była niemożliwa.
Mama zapytała, kiedy jadę, a gdy odpowiedziałam, że nie wiem, stwierdziła, że mam się porządnie spakować, a najlepiej wyprowadzić. Potem powiedziała, że najlepiej byłoby, gdyby to ona się wyprowadziła, bo wtedy byłaby szczęśliwa z ojcem.
Przykro mi, że własna mama tak mnie stresuje przed egzaminami, ale nic z tym nie mogę zrobić. Nie wiem, co mam zrobić. Raczej pojadę do chłopaka, ale czy to będzie moment, w którym naprawdę się do niego wyprowadzę – bo mama mnie wyrzuci z domu – nie wiem.

