
- Strona główna
- Forum
- dzieci i młodzież, kryzysy, związki i relacje
- Czuję się...
Czuję się ignorowana w szkole – wszyscy traktują mnie jak powietrze oprócz przyjaciółki
Nikola
Bożena Nagórska
Nikolo,
to bardzo bolesne doświadczenie, które może budzić poczucie osamotnienia i podważać pewność siebie, zwłaszcza gdy codziennie musisz mierzyć się z ignorowaniem przez rówieśników. Warto jednak docenić fakt, że masz u boku przyjaciółkę – w relacjach międzyludzkich to często jakość, a nie ilość, decyduje o naszym komforcie psychicznym. Skupienie się na tej jednej, autentycznej więzi może być Twoją kotwicą, która pomoże Ci przetrwać trudniejszy czas w szkole.
Możesz spróbować zmienić perspektywę i zamiast szukać aprobaty u osób, które Cię nie zauważają, zainwestować energię w rozwijanie własnych pasji lub poszukiwanie nowych grup zainteresowań poza szkołą, gdzie Twoja obecność zostanie doceniona. Czasem bycie „powietrzem” dla innych jest wynikiem ich własnych barier lub braku dojrzałości, a nie Twojej wartości jako osoby. Pamiętaj, że jesteś wystarczająca dokładnie taka, jaka jesteś, a szkoła to tylko jeden z etapów życia, który nie definiuje Twojej przyszłości ani tego, jak będą wyglądały Twoje relacje w dorosłości.
Pozdrawiam serdecznie
Bożena Nagórska
Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?
Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!
Tomasz Pisula
Dzień dobry Pani Nikolo,
przykro słyszeć, że ma Pani takie doświadczenia, nikt nie chciałby się tak czuć;/
Proszę napisać więcej o sytuacji, Pani odczuciach, ponieważ trudno odnieść się i spróbować Pani pomóc.
Może Pani rozważyć również spotkanie z terapeutą, aby spróbować omówić swoje trudności.
Wszystkiego dobrego,
Tomasz
Agnieszka Włoszycka
Dzień dobry,
Nikola… to musi być bardzo bolesne czuć się niewidzialną w miejscu, do którego chodzi się codziennie. Dobrze, że masz przy sobie choć jedną osobę, przy której możesz być sobą, czasem jedna prawdziwa relacja znaczy więcej niż tłum ludzi obok. Sądzę, że problem nie świadczy o Twojej wartości, tylko o tym, że być może trafiłaś do środowiska, w którym trudno Ci poczuć przynależność. Wiele osób, które dziś mają piękne relacje, kiedyś też czuło się samotne w szkole. Nie zamykaj się w sobie przez zachowanie innych. Twoja obecność ma znaczenie, nawet jeśli nie każdy potrafi to zobaczyć.
Z pozdrowieniami,
Agnieszka Włoszycka
Marta Lenarczyk
Dzień dobry,
Dobrze że piszesz do nas, sytuacja w której się znajdujesz może naprawdę bardzo boleć. Poczucie, że jest się dla innych „jak powietrze”, bywa trudnym i samotnym doświadczeniem.
Chcę też podkreślić, że zachowanie innych osób nie mówi nic o Twojej wartości. A to, że masz przyjaciółkę, jest ważne i pokazuje, że potrafisz budować bliską relację i że jesteś dla kogoś ważna lub ważny.
Nie wiem, co dokładnie dzieje się w klasie, szkole, ale jeśli ta sytuacja trwa dłużej i bardzo Cię rani, warto powiedzieć o tym zaufanej osobie dorosłej: rodzicowi, psychologowi szkolnemu, pedagogowi albo wychowawcy. Nie trzeba zostawać z tym samemu.
Jeśli pojawia się wyśmiewanie, wykluczanie, groźby albo poczucie zagrożenia, tym bardziej warto zgłosić to dorosłemu w szkole lub w domu.
dużo dobrego
Marta Lenarczyk
Katarzyna Michalska
To musi być dla Pani trudne i przykre, że czuje się Pani ignorowana przez innych. Takie doświadczenie często wiąże się z poczuciem samotności i odrzucenia. Dobrze, że ma Pani przynajmniej jedną bliską osobę, na którą może Pani liczyć.
Może Pani spróbować zwrócić uwagę, w jakich sytuacjach najbardziej odczuwa to ignorowanie i czy są momenty, kiedy kontakt z innymi jest trochę łatwiejszy? To może być punkt wyjścia do kolejnych zmian.
Warto też rozważyć rozmowę z kimś zaufanym, np. nauczycielem lub psychologiem szkolnym, żeby nie zostawała Pani z tym sama.
Pozdrawiam,
Katarzyna Michalska

Zobacz podobne
Dzień dobry. Mam 20 lat. Cierpię na bardzo dokuczliwe zaburzenie lękowe. Od roku jestem w terapii. Od 3 miesiący biorę leki SSRI i przeciwlękowe.
Decyzja o wzięciu leków była dla mnie jednym z największych wyzwań w życiu. Bardzo się ich bałem i musiałem jeszcze ukrywać fakt ich brania przed negatywnie nastawioną do tego rodziną. Ostatecznie odważyłem się i po kilku tygodniach zacząłem zauważać poprawę. Niestety nie trwało to zbyt długo, ponieważ po kilku ciężkich sesjach moje lęki i depresyjność wróciły. Dotknąłem bardzo trudnego dla mnie tematu, dotyczył on kwestii religijnych. Od małego dziecka byłem wychowywany w bardzo "restrykcyjnym wychowaniu " zwłaszcza religijnym. Gdy miałem 10 lat zaczęły pojawiać się pierwsze lęki i natręctwa związane z tą sferą. Rodzina bardzo napędzała ten lęk. Już jako nastolatek nie spałem po nocach z powodu lęku przed potępieniem po śmierci, bo zrobiłem coś złego. Teraz nastąpił we mnie moment ,kiedy to wszytko zaczęło pękać. Zaczął rodzić się we mnie bunt do kościoła, zacząłem nie zgadzać się z pewnymi restrykcjami narzuconymi przez kościół (zwłaszcza dotyczącymi seksualności, mam wrażenie, że nauka tutaj stoi w sprzeczności z kościołem). Ten bunt z kolei wpędza w ogromny lęk przed piekłem, do którego mogę pójść, bo się sprzeciwiam nauce kościoła i mam inne poglądy (np boję się, że umrę danej nocy i zostanę ukarany)
Z drugiej strony wiem, że nie przeszedłem w swoim życiu tzw. buntu młodzieńczego, który jakoś kształtuje naszą dojrzałość. Nie zgadzam się z tym, że wszystko człowiekowi trzeba narzucić, co mu wolno, czego nie wolno zakładając, że człowiek nie jest sam w stanie rozeznać, co jest dobre, a co złe.
Rodzina wprost stosowała zawsze przemoc religijną, stąd też może teraz ten bunt. Jestem w strasznej rozsypce. Chodzę coraz bardziej przybity i zalękniony. Leki, które tak mi pomagały, nawet one przestały radzić sobie z moim zaburzeniem lękowym.
Mój psycholog mówi, że nie wszystko z kościoła muszę przyjmować, żebym brał z wiary to co mi służy a odrzucał to co nie służy. Mnie bardzo pociąga takie podejście. Automatycznie zawsze jakoś zaczynam zazdrościć ludziom, że żyją po swojemu (np w związkach partnerskich) i są szczęśliwi i nie boją się tego. Z drugiej strony kościół nie akceptuje odejścia od "części" jego nauczania.
Piszę tutaj o tym, bo odbija się to bardzo na mojej psychice, złapała mnie ogromna bezsilność i nie wiem co robić dalej. Straciłem nadzieję na lepsze jutro. Boję się też, że psychiatra znowu zmieni leki i że będę znowu przechodził przez kolejne stresy. Dodatkowo załamuje mnie to, że i terapia tak powoli idzie i leki nie działają. Po za tym zacząłem nową pracę i zmieniłem uczelnię, co też jest dla mnie trudne. Ale nic nie jest w stanie przebić lęku/buntu religijnego. Dziękuję za przeczytanie mojej wiadomości. PS Staram się być zawsze jak najlepszym człowiekiem i dawać z siebie wszystko co najlepsze i najpotrzebniejsze drugiemu człowiekowi, a i tak czuję się złym człowiekiem 😥
Czy to depresja?
Mam 27 lat, jestem samotną matką, rodzina uważa, że z niczym nie daje sobie rady, w niczym mi nie pomagają, ciągle tylko mnie bardziej dołują, więc jakiś czas temu zerwałam z nimi kontakty. Staram się jak mogę, pracuje, zajmuje się córką, niczego jej nie brakuje, jest radosną dziewczynką, wynajmuje mieszkanie.
Ponad rok temu poznałam dużo starszego mężczyznę, jest między nami 19 lat różnicy, pierwsze 4 miesiące były idealne, nawet się nie spodziewałam, że może być aż tak cudownie, że tacy mężczyźni jeszcze istnieją. On pokazywał, że mu na nas zależy, udowadniał to na każdym kroku, na początku nie chciałam się angażować, bo bałam się, że znów coś nie wyjdzie, ale w pewnym momencie (nie wiem kiedy) pokochałam go.
Niestety moja ,,koleżanka" zaczęła między nami bardzo mieszać, wmawiała mi, że on mnie zdradza, oszukuje itp. zaczęły się między nami kłótnie, rozstania potem powroty i tak do dnia dzisiejszego.
On cały czas mi powtarza, że jestem najlepszą kobietą, jaką poznał i wie, że będzie tego bardzo żałował jak się rozstaniemy, ale nie chce mnie też krzywdzić, bo wie, że ja marzę o ślubie i drugim dziecku, a on już tego nie chce. Ciągle mi powtarza, żebym go zostawiła a kiedy pytam dlaczego on tego nie zrobi to mówi, że nie potrafi, bo jestem cudowną kobietą i wie, że już takiej nie pozna, dlatego robi wszystko, żebym ja to skończyła, żebym go znienawidziła, a ja mimo wszystko też nie potrafię z niego zrezygnować, bo go kocham, mimo wielu przykrych słów i sytuacji nie chce kończyć tej relacji.
Z drugiej strony czuję, że nie radzę sobie już z życiem, że wszystko mnie przerasta i nie mam na nic siły. Wracam do pustego domu, gdzie wieczory spędzam sama ze wszystkimi problemami, panicznie boję się tej samotności, bywa tak, że cała się trzęsę z nerwów jak tylko wchodzę do domu i siedzę i płacze. Nie chce mi się już nawet wychodzić z domu, malować, nawet wstawać mi się nie chce, ale wiem, że muszę dla mojej córki.
Nie wiem już co robić, nie mam z kim zostawić córki, żeby iść do psychologa, ale czuję, że dłużej tak nie dam rady, jestem kłębkiem nerwów. Od pewnego czasu biorę też tabletki na uspokojenie, bo czuję ciągły strach, lęk i taki niepokój o przyszłość, o to, że nie mam z kim porozmawiać czy nawet pomilczeć, przytulić się. Co mam robić czy powinnam też raz na zawsze zerwać kontakt z tym partnerem czy próbować coś z tym zrobić, żeby to uratować, jak sobie z tym wszystkim poradzić ??
