Pani Leno,
czytając Pani pytania, czuję w nich dużo ciekawości, ale też chyba trochę niepokoju. To jest naturalbe, że w pewnym momencie życia zastanawiamy się, gdzie kończy się „normalność”, a zaczyna choroba.
W praktyce nie patrzymy dziś na zdrowie psychiczne jak na prostą granicę: zdrowy – chory. Raczej jak na długą skalę, na której każdy z nas się gdzieś znajduje i może się po niej przesuwać w zależności od doświadczeń, obciążeń i wsparcia. To sposób myślenia oparty na biopsychospołecznym rozumieniu człowieka.
Nie ma więc sytuacji, w której „jedna część mózgu jest zdrowa, a druga chora”. Jest natomiast tak, że ktoś może bardzo cierpieć w środku, a na zewnątrz funkcjonować poprawnie. Wiele osób potrafi przez lata „trzymać się” w pracy czy w kontaktach społecznych, a dopiero w domu pokazuje zmęczenie, lęk, drażliwość czy bezradność. To nie jest udawanie, to sposób przetrwania.
O zaburzeniu mówimy wtedy, gdy trudności zaczynają wyraźnie ograniczać życie w kilku obszarach naraz – w relacjach, w pracy, w dbaniu o siebie, w przeżywaniu emocji, w podejmowaniu decyzji – i gdy cierpienie trwa, zamiast mijać.
Nie istnieje jedna granica, po której ktoś „przestaje być normalny”. To bardzo obciążające i krzywdzące określenie. Istnieje natomiast moment, w którym człowiek potrzebuje więcej pomocy, niż jest w stanie dać sobie sam lub jego otoczenie.
Szczególnie pilnie warto zgłaszać się po pomoc, a czasem także do szpitala, gdy pojawia się zaburzony kontakt z rzeczywistością, myśli lub zamiary samobójcze, zachowania autoagresywne, niekontrolowana agresja, skrajne wyczerpanie, wielodniowy brak snu czy poważne zaniedbywanie siebie.
To nie są oznaki „szaleństwa”, to są sygnały ogromnego przeciążenia i cierpienia, które domagają się troski, a nie ocen.
Z wyrazami szacunku,
psychoterapeutka integracyjna
Maria Sobol