Left ArrowWstecz

Jak pomóc przyjaciółce w trudnej sytuacji rodzinnej i życiowej?

Witam, postaram się w skrócie i obiektywnie. Mam znajomą którą znam od około 15 lat. Wychowywała się bez ojca, matka dość ją cisnęła na naukę i dobre studia. Jednocześnie chciała mieć rodzinę. Miała kilku facetów, jednego przez kilka lat lecz nic nie wychodziło. W końcu poznała jednego który dość dobrze rokował, zapewnił ją, że też chce mieć rodzinę i dom. Generalnie jej wymagania były takie, że zajmuje się dziećmi i domem a mężczyzna utrzymuje rodzinę. Na 3. roku studiów zaszła w ciążę z nim po krótkiej znajomości. W międzyczasie on jednak się rozmyślił i się rozstali. Później rodzina ją też namawiała, żeby skończyła studia, ale nie miał kto się zajmować dzieckiem, więc odnowiła kontakt z byłym (nazwijmy go Adam) i on jej pilnował dziecka w zamian za pomieszkiwanie u niej (miał blisko do pracy) ja również pilnowałam jej dziecka. Bywało ciężko ale skończyła studia. W międzyczasie szukała nowego partnera i wyjechała na krótko za granicę, lecz parter odesłał ją. Później ten Adam namówił ją na założenie firmy, która generalnie nie wypaliła. W tym czasie ojciec dziecka płacił ustalone niewielkie pieniądze lecz nie miał zbyt dużego kontaktu z dzieckiem. Pożniej kilkakrotnie wyjeżdżała do poznanych parterów i próbowała z nimi i dzieckiem zamieszkać lecz zawsze jakoś nie wychodziło. W koncu znalazła jednego i zaszła w ciążę. W międzyczasie założyła sprawę o wyższe alimenty i ograniczenie praw dla ojca starszego dziecka, czuła się przez niego oszukana. Ograniczyła też kontakt z matką i całą rodziną, a zostawiła tylko ze mną, Adamem i kilkoma byłymi facetami i byliśmy od pomagania i doradzania. Adam bardzo się angażował, dziecko się do niego przyzwyczaiło. Bardzo jest za nią, nawet kazał mi iść na spotkanie z tym ojcem dziecka zamiast niej żeby nie zobaczył, że jest w ciąży, mówi też że trzeba pomagać i ogólnie czuje się jak osoba z rodziny, cały czas doradza co ma robić w konfliktach z nimi. Jednak mieszkał na odległość a ona z nowym parterem i dziećmi w innym mieście. Jej matka i ojciec dziecka zaczęli jej szukać i znaleźli, jednak ona powiedziała że nie chce kontaktu, ale oni żądają wyjaśnień. Ogólnie to pierwsze dziecko jest takie bardzo podobne do ojca i w wyglądzie i zachowaniu, ma ciężki charakter i teraz gdy poszedł do szkoły, okazało się, że nie wiadomo czy zda pierwszą klasę, wobec czego zaczęła wyrabiać mu orzeczenia i przepisała do szkoły zdalnej. Ona ma dość go, mówi że najchętniej by go oddała. Ale jak mówię, że można do babci lub ojca dziecka to nie chce bo oni będą go wypytywać. Od początku było ciężko, ale teraz już sytuacja zrobiła się kuriozalna, nie umie podjąć żadnej decyzji, dzwoni do mnie i tych byłych partnerów po kilka razy dziennie i pyta co ma robić, odsyłam ją do psychologa ale nie bardzo chce iść, zreztą nie ma pieniędzy, pomyślałam, żeby napisać na forum i pokazać jej odpowiedzi. --- mniej obiektywnie: generalnie narzeka, że nikt jej nie pomaga, że nikt nie chce się zajmować jej dziećmi, że wszyscy się na nią uwzięli i ogólnie ma bardzo ciężko. Parter i ojciec drugiego dziecka raczej żyje swoim życiem i nie angażuje się za bardzo. Ja i Adam wielokrotnie jeździliśmy do niej, nieraz zabieraliśmy dziecko do siebie na kilka dni, też pożyczamy jej pieniądze itp. Zanim podejmie jakąkolwiek decyzję dzwoni do kilku osób i każdy musi doradzić i powiedzieć swoje zdanie, ona przekazuje rezcie co powiedziały tamte osoby i wybiera jedną z opcji, następnie jeśli się to rozwiązanie nie sprawdzi, narzeka że ta i ta osoba źle jej podpowiedziała Co myślicie o tym wszystkim. Ja już nie mam sił.
User Forum

Maria

1 miesiąc temu
Łukasz Dyłka

Łukasz Dyłka

Dzień dobry.

 

Z tego, co Pani opisuje, wygląda to nie tylko na trudną sytuację życiową tej kobiety, ale też na układ, w którym kilka osób zaczęło za nią dźwigać odpowiedzialność za jej decyzje. Pani, Adam, byli partnerzy, rodzina, ojciec dziecka. Każdy coś doradza, ktoś pomaga finansowo, ktoś opiekuje się dzieckiem, ktoś jedzie na spotkanie zamiast niej, ktoś ma łagodzić skutki jej wyborów. Nic dziwnego, że jest Pani zmęczona.

 

Najważniejsze jest to, żeby odróżnić pomoc od przejmowania czyjegoś życia. Pomocą może być jednorazowe wsparcie, rozmowa, zawiezienie do specjalisty, podanie numeru do OPS, szkoły, poradni, psychologa. Ale nie jest zdrową pomocą podejmowanie za nią decyzji, ukrywanie czegoś przed ojcem dziecka, uczestniczenie w rodzinnych konfliktach, pożyczanie pieniędzy bez końca albo bycie dostępną kilka razy dziennie na telefon.

Martwi mnie też to, co pisze Pani o starszym dziecku. Słowa matki, że „ma go dość” i „najchętniej by go oddała”, warto potraktować poważnie. Nie po to, żeby ją potępiać, tylko żeby sprawdzić, czy dziecko jest bezpieczne i czy matka ma realne wsparcie. Dziecko nie jest winne temu, że przypomina ojca, ma trudności szkolne albo że dorośli wokół niego są skonfliktowani. Ono potrzebuje stabilności, spokoju i dorosłych, którzy nie będą rozgrywać przez nie swoich żalów.

 

Moim zdaniem Pani nie powinna już być osobą od „ratowania sytuacji”. Może Pani powiedzieć wprost: „Zależy mi na Tobie, ale nie jestem w stanie dalej decydować za Ciebie, pożyczać pieniędzy i odbierać kilku telefonów dziennie. Mogę pomóc Ci znaleźć konkretną pomoc, ale nie mogę być Twoim psychologiem, prawnikiem, opiekunką i rodziną zastępczą jednocześnie”.

 

Jeśli ona nie ma pieniędzy, to nadal są miejsca, gdzie może szukać pomocy: OPS/MOPS, poradnia psychologiczno-pedagogiczna w sprawie dziecka, psycholog szkolny, lekarz rodzinny, poradnia zdrowia psychicznego, asystent rodziny, czasem fundacje lokalne. Jeżeli sytuacja dziecka jest poważna, szkoła i pomoc społeczna powinny o tym wiedzieć.

 

Ważne, żeby nie dać się wciągnąć w rolę osoby, która ma wybierać za nią rozwiązania, a potem ponosić winę, gdy coś nie wyjdzie. Można wspierać, ale z granicami. I czasem najbardziej pomocne zdanie brzmi: „Nie podejmę tej decyzji za Ciebie. To jest sprawa dla Ciebie, ojca dziecka, szkoły i odpowiednich instytucji”.

 

Rozumiem, że może Pani czuć wyrzuty sumienia, jeśli się odsunie. Ale proszę pamiętać, że Pani zmęczenie też jest sygnałem. Nie da się długo pomagać komuś, kto nie bierze odpowiedzialności za własne decyzje, a jednocześnie obwinia innych, gdy skutki tych decyzji są trudne. Tutaj potrzebna jest profesjonalna i instytucjonalna pomoc, nie kolejna osoba z otoczenia, która będzie próbowała wszystko posklejać własnym kosztem.

Serdeczności
Łukasz Dyłka

1 miesiąc temu

Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?

Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!

Bożena Nagórska

Bożena Nagórska

Szanowna Pani, 

opisana sytuacja to przykład wyuczonej bezradności i manipulacyjnego przerzucania odpowiedzialności na otoczenie. Pani znajoma od lat podejmuje chaotyczne, niedojrzałe decyzje życiowe, a koszty tych wyborów ceduje na Panią, Adama i byłych partnerów, traktując Państwa instrumentalnie jako pogotowie ratunkowe i emocjonalny bufor. Jej narzekanie, że nikt jej nie pomaga, w obliczu Państwa ogromnego zaangażowania finansowego i opiekuńczego, to klasyczny syndrom ofiary, który pozwala jej unikać konfrontacji z własną niewydolnością życiową i wychowawczą. Pokazywanie jej odpowiedzi z forum niczego nie zmieni, ponieważ ona nie szuka autorefleksji, lecz gotowych rozwiązań, za których ewentualne niepowodzenie znów obwini innych. Aby nie stracić resztek własnych sił, musi Pani natychmiast postawić radykalne granice: przestać pożyczać pieniądze, ograniczyć przejmowanie opieki nad dziećmi, a na każde pytanie „co mam zrobić” odpowiadać konsekwentnie: „to twoje życie i twoja decyzja”. Dopóki otoczenie będzie sprzątać chaos, który ta kobieta sama generuje, ona nigdy nie podejmie dorosłej odpowiedzialności za siebie i swoje dzieci. Ma Pani pełne prawo odsunąć się i zadbać o własny spokój.

Pozdrawiam

Bożena Nagórska

1 miesiąc temu
Joanna Cichosz

Joanna Cichosz

Dzień dobry,

Z opisu wybrzmiewa przede wszystkim ogromne przeciążenie zarówno po stronie Pani znajomej, jak i osób, które od lat próbują ją wspierać. Panie koleżanka prawdopodobnie funkcjonuje w dużym chaosie emocjonalnym, lęku i poczuciu osamotnienia, dlatego intensywnie szuka oparcia u innych i ma trudność z samodzielnym podejmowaniem decyzji. Jednocześnie można odnieść wrażenie, że odpowiedzialność za własne wybory nierzadko przerzuca na otoczenie, a wtedy bliscy zaczynają pełnić rolę „ratowników”, którzy mają rozwiązywać jej życiowe problemy i ponosić emocjonalne konsekwencje jej decyzji. To, że nie ma już Pani siły tak funkcjonować, jest całkowicie zrozumiałe. Pomaganie komuś nie powinno oznaczać rezygnowania z własnych granic, spokoju i życia. Czasem osoby, które stale ratują innych, zaczynają nieświadomie podtrzymywać ten mechanizm, bo druga strona uczy się, że zawsze ktoś przejmie odpowiedzialność. Najważniejsze wydaje się teraz oddzielenie współczucia od poczucia obowiązku. Można kogoś wspierać, a jednocześnie powiedzieć: „Nie jestem w stanie podejmować za Ciebie decyzji” albo „Nie mogę być dostępna cały czas”. To nie jest brak serca, tylko stawianie zdrowych granic. I być może właśnie wsparcie psychoterapeutyczne byłoby dla koleżanki teraz ważniejsze niż kolejne rady od znajomych. Wygląda bowiem na to, że problem sięga znacznie głębiej niż konkretna decyzja, która jest aktualnie do podjęcia.

Wszystkiego dobrego,

Joanna Cichosz

1 miesiąc temu
Elżbieta Byzdra-Rafa

Elżbieta Byzdra-Rafa

Dzień dobry!

Rozumiem Pani zapotrzebowanie, aby zebrać odpowiedzi pod tym postem i pokazać Pani przyjaciółce. Tylko zastanawiam się, co mogłoby być w tych odpowiedziach? Rady dla Pani przyjaciółki? Jakieś "spojrzenie z zewnątrz", aby ona "zrozumiała"? I co miałaby "zrozumieć"?

Z Pani listu wynika, ze Pani i były partner przyjaciółki troszczycie się o nią, wyciągacie z kłopotów, jesteście bez względu na wszystko, a ona "rezygnuje" z podejmowania własnych decyzji lub podejmuje impulsywne... To Wam zależy na jej dobrostanie, a ona często demonstruje bezradność, niepewność... I jak na osobę bezradną, jest zadziwiająco skuteczna w korzystaniu z Waszego czasu, energii pieniędzy... Może nie jest tak bezradna, jak Wy ją widzicie? Jeśli spojrzeć z tej perspektywy na Waszą relację, to przyjaciółka nie ma powodu do podejmowania terapii, bo przecież skoro Wy zawsze jesteście, to po co się trudzić...

Ale pojawia się jeszcze jedno pytanie: Czemu Pani tkwi w tej zaplątanej, uwikłanej relacji pozornie pomocowej? Czy chodzi o bycie potrzebną, czy docenioną? Czy towarzyszy Pani przekonanie, ze gdyby jej cos nie wyszło, to będzie Pani wina? Podobne pytanie warto zadać p. Adamowi. 

A jeśli na któreś moje przypuszczenie Pani odpowie "tak", to może warto pomyśleć o terapii dla siebie i o nauce stawiania granic?

Bo dobrze postawione granice lepiej zmotywują kogoś do terapii niż najgorętsze prośby ;)

Pozdrawiam

Elżbieta Byzdra - Rafa

terapeutka Gestalt

1 miesiąc temu
Martyna Kaleta

Martyna Kaleta

Dzień dobry,

Czytam ten opis i mam poczucie, że w tej historii jest bardzo dużo chaosu, zależności i pomieszania ról. I jednocześnie mam wrażenie, że Pani znajoma od bardzo dawna próbuje jednocześnie dwóch rzeczy – być całkowicie niezależna i jednocześnie mieć wokół siebie ludzi, którzy będą przejmować odpowiedzialność, pomagać, podejmować decyzje, ratować sytuację.

To nie brzmi jak świadoma manipulacja „dla korzyści”, bardziej jak bardzo trudny sposób funkcjonowania, w którym jest dużo lęku przed zostaniem samemu z konsekwencjami własnych decyzji. I wtedy inni ludzie zaczynają stopniowo wchodzić w role wspieraczy, opiekunów, doradców… aż sami zaczynają być tym wszystkim przeciążeni.

Mam też poczucie dużej polaryzacji w niej samej. Z jednej strony potrzeba wolności, życia po swojemu, odcinania ludzi, którzy „narzucają” coś z zewnątrz. Z drugiej ogromna zależność od opinii innych i trudność w samodzielnym utrzymaniu decyzji czy odpowiedzialności za nie.

I być może właśnie temu warto byłoby się przyjrzeć terapeutycznie.

To, co Pani opisuje – ciągłe telefony, niemożność podjęcia decyzji, życie w konflikcie, przeciążenie dzieckiem, poczucie chaosu – brzmi jak coś, co może wymagać większego i bardziej regularnego wsparcia niż pojedyncze rady bliskich osób. Być może rzeczywiście dobrym kierunkiem byłoby bardziej intensywne wsparcie psychologiczne czy oddział dzienny, gdzie można byłoby przyjrzeć się temu szerzej i nie zostawać z tym samemu.

Ale czytając to wszystko, mam też poczucie, że bardzo ważna jest tutaj Pani. Bo wygląda trochę tak, jakby życie tej znajomej zaczęło bardzo mocno zajmować również Pani życie emocjonalne. Jakby była Pani wciągana w odpowiedzialność za jej decyzje, dzieci, konflikty, relacje.

I chyba ważne jest zobaczenie, że nie da się przeżyć życia za drugą osobę. Nawet jeśli bardzo chcemy pomóc.

Można być wspierającym, obecnym, nieobojętnym. Ale jednocześnie potrzebne są granice – takie, które chronią też Panią przed całkowitym przeciążeniem i wejściem w rolę osoby, która stale „ratuje”.

Bo mam wrażenie, że Pani już zaczyna czuć, że niesie coś, co właściwie nie należy do Pani.

 

pozdrawiam,

Martyna Kaleta

1 miesiąc temu
Agnieszka Włoszycka

Agnieszka Włoszycka

Dzień dobry,

 

Sądzę, że tu nie chodzi już o „brak rad”, tylko o brak wewnętrznej decyzyjności i odpowiedzialności po jej stronie. Znajoma przerzuca ciężar wyborów na innych a potem obarcza ich skutkami, to naturalnie wypala otoczenie. Według mojej opinii to układ, w którym Pani i inni „ratownicy” nieświadomie podtrzymujecie jej funkcjonowanie ale odbieracie sobie granice i siły i to nie jest do udźwignięcia na dłuższą metę. Kluczowe jest jedno: nikt z zewnątrz nie uporządkuje jej życia za nią, bez podjęcia przez nią terapii i przejęcia odpowiedzialności, sytuacja będzie się tylko komplikować a Państwo będziecie coraz bardziej wyczerpani. Przepraszam też, że piszę tak bardzo wprost ale chciałam aby to wybrzmiało, taką mam perspektywę. Proszę zadbać o siebie, to ważne w tej sytuacji 

 

Z pozdrowieniami,

Agnieszka Włoszycka

1 miesiąc temu
Piotr Ziomber

Piotr Ziomber

 

 Dzień dobry  Pani Mario 

 

   To brzmi jak układ, w którym Pani i kilka innych osób jesteście wciągani w rolę stałych „ratowników”, a ona coraz mniej samodzielnie podejmuje decyzje. Z opisu widać też silny chaos, przeciążenie i możliwe problemy emocjonalne lub organizacyjne po jej stronie. Najbardziej uderza kilka rzeczy to, że ona ma bardzo dużo niedomkniętych spraw naraz jak  dzieci, relacje, pieniądze, szkoła, kontakty z rodziną, partnerami i byłymi partnerami. Zamiast budować stabilny plan, stale szuka natychmiastowej ulgi w rozmowach z wieloma osobami. Każda osoba dostaje inną wersję sytuacji, a potem to ona wybiera to, co chwilowo brzmi najlepiej. Gdy rozwiązanie nie działa, winni stają się doradzający, a nie sam mechanizm działania. To nie wygląda jak jedna „zła decyzja”, tylko jak długotrwały wzorzec życia  w kryzysie. Nie da się jej diagnozować z opisu, ale taki sposób funkcjonowania często idzie w parze z  lękiem i potrzebą ciągłego potwierdzania, trudnością w braniu odpowiedzialności za konsekwencje, chaosem emocjonalnym po wielu rozstaniach i przeciążeniu rodzicielskim, przekonaniem, że inni mają ją „uratować”, bo sama nie daje rady.

To tłumaczy, czemu dzwoni po kilka razy dziennie i zbiera opinie od wszystkich, zamiast spokojnie podjąć jedną decyzję. Najważniejsze nie jest już to, czy ona ma rację w pojedynczych sprawach, tylko że Pani zaczyna płacić za to własną energią, czasem i spokojem. Jeśli po każdej decyzji masz poczucie winy, odpowiedzialności i obowiązku, to jesteś wciągana w system, który Cię wyczerpuje.

Najzdrowsze będzie przejście z roli „doradczyni 24 na 7” do roli „osoby z ograniczonym wsparciem”. Może Pani  powiedzieć krótko „Mogę pogadać raz dziennie przez 15 minut," „Nie będę wybierać za Ciebie," „Nie angażuję się w konflikty z jej rodziną i ojcem dziecka,"  „Jeśli chcesz, pomogę Ci znaleźć konkretny plan, ale nie podejmę decyzji za Ciebie.” Ważne, żeby nie tłumaczyć się za długo, bo im więcej argumentów, tym łatwiej będzie wciągnąć Panią z powrotem w dyskusję. Forum może jej pokazać, że problem widzą też inni, ale to nie zastąpi zmiany zachowania. Lepiej nie pytać „kto ma rację”, tylko postawić pytanie , jakie są granice pomagania, kiedy wsparcie staje się współuzależnieniem, jak przestać brać odpowiedzialność za cudze życie. Jej sytuacja wygląda na taką, w której potrzebny jest nie kolejny doradca, tylko uporządkowanie życia krok po kroku i profesjonalne wsparcie. 

1 miesiąc temu
Kamil Sułkowski

Kamil Sułkowski

Z opisu wynika, że Pani znajoma od lat funkcjonuje w dużym chaosie emocjonalnym i życiowym, a odpowiedzialność za swoje decyzje często przerzuca na otoczenie. Jednocześnie wokół niej stworzył się układ, w którym kilka osób stale ją ratuje, doradza i przejmuje część jej odpowiedzialności. To może dawać chwilową ulgę, ale długofalowo utrwala jej bezradność.

Najbardziej niepokojące jest jednak to, że cierpią na tym dzieci, szczególnie starsze, wobec którego pojawia się złość, odrzucenie i trudność w akceptacji. To jest sygnał, że potrzebna jest profesjonalna pomoc psychologiczna lub rodzinna, nie tylko doraźne wsparcie znajomych.

Warto też zauważyć, że Pani sama jest już przeciążona. Ma Pani prawo czuć zmęczenie, frustrację i stawiać granice. Pomaganie nie powinno oznaczać przejmowania odpowiedzialności za całe życie drugiej osoby ani bycia dostępną emocjonalnie przez całą dobę.

1 miesiąc temu
dobrostan

Darmowy test na dobrostan psychiczny (WHO-5)

Zobacz podobne

Jak pogodzić się z brakiem ślubu w długoletnim związku?

Witam, jestem w związku nieformalnym od 8 lat. 

Zarówno ja, jak i partner jesteśmy po 30, mamy stabilną, dobrze płatną pracę, poczynione inwestycje i możemy sobie pozwolić na kilkukrotne wyjazdy w ciągu roku. Taka sytuacja ma miejsce praktycznie od początku związku. Niby wszystko wydaje się idealne, ale co jakiś czas nachodzą mnie pewne wątpliwości i przemyślenia. Rozpoczynając ten związek, liczyłam na to, że w przyszłości będziemy małżeństwem, stworzymy rodzinę. 

Przy rozpoczynaniu znajomości mój partner powtarzał, jak bardzo cieszy go, że mamy wspólne wartości (oboje jesteśmy z tradycyjnych konserwatywnych rodzin). 

Po jakimś czasie trwania związku zaczęłam liczyć na oświadczyny. Przy każdym wyjeździe miałam na to cichą nadzieję. 

Moje oczekiwania bardzo delikatnie sugerowałam partnerowi. Próbowałam też rozpoczynać rozmowy o dzieciach, gdyż zbliżałam się do 30 urodzin, a nasza sytuacja materialna była bardzo dobra. Byłam zbywana, często te rozmowy kończyły się wymianą zdań, a potem temat zanikał. W efekcie nie wiedziałam co na ten temat tak właściwie myśli partner i jakie ma plany na wspólną przyszłość. Podejmowałam próby wiele razy, ale bezskutecznie. W międzyczasie w naszym otoczeniu pojawiały się śluby i dzieci, a ja czułam, że tkwię w miejscu. 

W końcu podczas jednej z rozmów usłyszałam od partnera, że nie obiecywał mi ślubu przed wejściem w związek, że nie zamierza go brać, bo małżeństwa, jakie zna, nie zachęcają go do tego. 

W trakcie naszego związku dowiedziałam się, że w przeszłości był zaręczony, miał brać ślub, lecz na krótko przed dowiedział się o zdradzie narzeczonej. Od tego czasu bardzo zmienił swoje życie i z tego, co słyszałam, zmienił mu się także charakter, stał się dużo bardziej zasadniczy, nieustępliwy. Wiem też, że po tym rozstaniu miał jakieś nieporozumienia finansowe z narzeczoną. 

Jego podejście do wspólnych finansów zmieniło się tak, że po tylu latach nie mogę namówić go do wspólnego konta, a co miesiąc zbieram rachunki i wyliczam, ile kosztowały nas poszczególne zakupy i opłaty (mieszkamy wspólnie). Pomimo tego, że on nigdy nie przegląda tych zapisków, czuję się z tym okropnie i co miesiąc wszystko szczegółowo rozpisuję. Od momentu jak dowiedziałam się o tym narzeczeństwie i planach ślubu nie mogę pozbyć się uczucia, że nie jestem dostatecznie dobra. 

Co jakiś czas nachodzą mnie wątpliwości, że poprzednia narzeczona była w czymś lepsza i dlatego miała zostać żoną. Mam wrażenie, że podświadomie będąc partnerką, staram się być żoną idealną. Żadna z koleżanek tak bardzo nie nadskakuje swojemu mężczyźnie. Z jednej strony pogodziłam się z brakiem małżeństwa, bo nie wyobrażam sobie być z kimś innych, bo nigdy wcześniej nie doznałam takiego porozumienia, jedności zainteresowań. Żaden partner też nie satysfakcjonował mnie także w innych sferach życia. Partner zaraził mnie swoją aktywnością i pasjami i ciągle mało mi czasu spędzanego razem. 

Kilka miesięcy temu stwierdził też, że czas już na dzieci więc jesteśmy na etapie zmiany trybu życia badania swojego zdrowia itp. Pomimo tego wszystkiego w mojej głowie co jakiś czas pojawia się myśl o niespełnionych marzeniach dotyczących ślubu i żal o decyzjach, dotyczących dzieci, których nie podjęliśmy wcześniej. Wszyscy nasi znajomi posiadają już co najmniej jedno dziecko, są w zbliżonym do siebie wieku. A my będziemy tak odstawać, będąc najstarszymi z najmłodszymi dziećmi. 

Czasem nie potrafię sobie poradzić z wrażeniem, że poprzednia partnerka była miłością jego życia, a ja jestem jej kolejnym egzemplarzem. Gdy się poznaliśmy, byłam do niej lekko podobna w tym samym typie urody, mamy bardzo podobną sytuację rodzinną, a nawet urodziny w tym samym dniu. 

Raz, gdy miałam odwagę, powiedziałam partnerowi, że mnie nie kocha tak, jak kochał ją, zaprzeczył i ten temat nigdy już pomiędzy nami się nie pojawił. Poruszany też ostatnio po raz kolejny temat ślubu skończył się stwierdzeniem, że nie mamy środków na ślub, bo niczego nie dostaliśmy od rodziców i musimy sami się dorabiać, że nie ma pieniędzy na ślub, że jakby był sponsor tego ślubu albo ktoś z nas dostał mieszkanie lub pieniądze od rodziców z choć jednej strony to on by dawno ślub wziął i miał dzieci. Na co dzień jestem szczęśliwa, ale bywają momenty, że mam wątpliwości. 

Czy jest możliwe do przepracowania, aby pogodzić się z rezygnacją ze swoich marzeń?

Trauma z dzieciństwa przez toksyczną matkę - jak radzić sobie z emocjonalnym bólem i przemocą?

Moja matka jest beznadziejna. Urodzona w latach 60, razem z ojcem zniszczyli mi dzieciństwo i życie. Dwa przemocowe warianty, przez których się leczyłam. Gdy byłam mała, to cały czas słyszałam od ludzi z rodziny i starej, że matka taaaaaak bardzo kocha dzieci. Czułam się dziwnie. Nigdy też nie pozwalała mi odchodzić do dzieci, jak przyszła z wózkiem kuzynka. Jakoś dzieci znielubiłam wtedy, bo denerwowało mnie, jak miałam 8-10lat i widziałam matkę rzucająca się wręcz z Uśmiechem na jakiegoś dzieciaka, tulące je i dbające. Ja miałam siniaki na ramionach i wyzywała mnie od beznadziejnych. Zero rozmów, kary, pas, nigdy mnie nie kochała. Jestem dorosła i jak widzę jej zachowanie do wnuka od siostry, to mdli mnie. Komplementuje dziecko, mówi, że kocha, jest mądre, ładne... A do mnie całe życie i do dziś gada, od maleńkości, że coś ze mną nie tak. Zawsze, że dziecko za chude byłam, złe pośladki, a ogólnie śmiała się, że jestem blondynką i nazywała mnie "żółtkiem". Mam problem na całe życie ze sobą. O co w tym wszystkim chodzi?? Jeszcze od 30 lat słyszę, z kocha dzieci i chciała być przedszkolanka. Tak. Chyba z pasem w obozie.

Jak wspierać rodzica w toksycznym związku?
Jak radzić sobie gdy twoj rodzic jest w toksycznym związku?
Jak radzić sobie z fałszywymi oskarżeniami ze strony rodzica?

Mama oskarża mnie o coś, czego ja nie robię: o to, że rzekomo donoszę do rodziny na to, co się dzieje u nas w domu, a przez to myślę, że mama mi nie ufa, stąd te oskarżenia. 

Co robić?

Czy psycholog dziecięcy powinien poruszać temat byłego małżeństwa rodziców na terapii?
Czy psycholog dzieciecy ma prawo mojemu dziecku w kółko mówić o mnie i o moim były mężu a ojcu biologicznym dziecka?od wielu lat jestem w innym małżeństwie, dziecko mieszka z nami i rodzeństwem z drugiego małżeństwa. Nie podoba mi się, że ta kobieta w kółko mówi o mnie i ex razem. Dziecko dlatego nie chce chodzic na terapię. Dziecko doznało bardzo dużo krzywdy od ojca biologicznego, a mimo to jest zmuszane do rozmów. Psycholog nawet rzuciła sformulowanie, że ja z byłym mężem może do siebie wrócimy. No jak tak można? Co mam z tym zrobić?
toksyczny związek

Toksyczny związek – jak go rozpoznać i zakończyć?

Czy zastanawiasz się, czy Twój związek jest zdrowy? Nie każda trudność jest toksyczna, ale jeśli czujesz lęk, winę, wątpisz w siebie, boisz się mówić, co myślisz – warto się zatrzymać. Tutaj dowiesz się, jak rozpoznać toksyczny związek i jak go zakończyć.