
Jak pomóc przyjaciółce w trudnej sytuacji rodzinnej i życiowej?
Maria
Łukasz Dyłka
Dzień dobry.
Z tego, co Pani opisuje, wygląda to nie tylko na trudną sytuację życiową tej kobiety, ale też na układ, w którym kilka osób zaczęło za nią dźwigać odpowiedzialność za jej decyzje. Pani, Adam, byli partnerzy, rodzina, ojciec dziecka. Każdy coś doradza, ktoś pomaga finansowo, ktoś opiekuje się dzieckiem, ktoś jedzie na spotkanie zamiast niej, ktoś ma łagodzić skutki jej wyborów. Nic dziwnego, że jest Pani zmęczona.
Najważniejsze jest to, żeby odróżnić pomoc od przejmowania czyjegoś życia. Pomocą może być jednorazowe wsparcie, rozmowa, zawiezienie do specjalisty, podanie numeru do OPS, szkoły, poradni, psychologa. Ale nie jest zdrową pomocą podejmowanie za nią decyzji, ukrywanie czegoś przed ojcem dziecka, uczestniczenie w rodzinnych konfliktach, pożyczanie pieniędzy bez końca albo bycie dostępną kilka razy dziennie na telefon.
Martwi mnie też to, co pisze Pani o starszym dziecku. Słowa matki, że „ma go dość” i „najchętniej by go oddała”, warto potraktować poważnie. Nie po to, żeby ją potępiać, tylko żeby sprawdzić, czy dziecko jest bezpieczne i czy matka ma realne wsparcie. Dziecko nie jest winne temu, że przypomina ojca, ma trudności szkolne albo że dorośli wokół niego są skonfliktowani. Ono potrzebuje stabilności, spokoju i dorosłych, którzy nie będą rozgrywać przez nie swoich żalów.
Moim zdaniem Pani nie powinna już być osobą od „ratowania sytuacji”. Może Pani powiedzieć wprost: „Zależy mi na Tobie, ale nie jestem w stanie dalej decydować za Ciebie, pożyczać pieniędzy i odbierać kilku telefonów dziennie. Mogę pomóc Ci znaleźć konkretną pomoc, ale nie mogę być Twoim psychologiem, prawnikiem, opiekunką i rodziną zastępczą jednocześnie”.
Jeśli ona nie ma pieniędzy, to nadal są miejsca, gdzie może szukać pomocy: OPS/MOPS, poradnia psychologiczno-pedagogiczna w sprawie dziecka, psycholog szkolny, lekarz rodzinny, poradnia zdrowia psychicznego, asystent rodziny, czasem fundacje lokalne. Jeżeli sytuacja dziecka jest poważna, szkoła i pomoc społeczna powinny o tym wiedzieć.
Ważne, żeby nie dać się wciągnąć w rolę osoby, która ma wybierać za nią rozwiązania, a potem ponosić winę, gdy coś nie wyjdzie. Można wspierać, ale z granicami. I czasem najbardziej pomocne zdanie brzmi: „Nie podejmę tej decyzji za Ciebie. To jest sprawa dla Ciebie, ojca dziecka, szkoły i odpowiednich instytucji”.
Rozumiem, że może Pani czuć wyrzuty sumienia, jeśli się odsunie. Ale proszę pamiętać, że Pani zmęczenie też jest sygnałem. Nie da się długo pomagać komuś, kto nie bierze odpowiedzialności za własne decyzje, a jednocześnie obwinia innych, gdy skutki tych decyzji są trudne. Tutaj potrzebna jest profesjonalna i instytucjonalna pomoc, nie kolejna osoba z otoczenia, która będzie próbowała wszystko posklejać własnym kosztem.
Serdeczności
Łukasz Dyłka
Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?
Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!
Bożena Nagórska
Szanowna Pani,
opisana sytuacja to przykład wyuczonej bezradności i manipulacyjnego przerzucania odpowiedzialności na otoczenie. Pani znajoma od lat podejmuje chaotyczne, niedojrzałe decyzje życiowe, a koszty tych wyborów ceduje na Panią, Adama i byłych partnerów, traktując Państwa instrumentalnie jako pogotowie ratunkowe i emocjonalny bufor. Jej narzekanie, że nikt jej nie pomaga, w obliczu Państwa ogromnego zaangażowania finansowego i opiekuńczego, to klasyczny syndrom ofiary, który pozwala jej unikać konfrontacji z własną niewydolnością życiową i wychowawczą. Pokazywanie jej odpowiedzi z forum niczego nie zmieni, ponieważ ona nie szuka autorefleksji, lecz gotowych rozwiązań, za których ewentualne niepowodzenie znów obwini innych. Aby nie stracić resztek własnych sił, musi Pani natychmiast postawić radykalne granice: przestać pożyczać pieniądze, ograniczyć przejmowanie opieki nad dziećmi, a na każde pytanie „co mam zrobić” odpowiadać konsekwentnie: „to twoje życie i twoja decyzja”. Dopóki otoczenie będzie sprzątać chaos, który ta kobieta sama generuje, ona nigdy nie podejmie dorosłej odpowiedzialności za siebie i swoje dzieci. Ma Pani pełne prawo odsunąć się i zadbać o własny spokój.
Pozdrawiam
Bożena Nagórska
Joanna Cichosz
Dzień dobry,
Z opisu wybrzmiewa przede wszystkim ogromne przeciążenie zarówno po stronie Pani znajomej, jak i osób, które od lat próbują ją wspierać. Panie koleżanka prawdopodobnie funkcjonuje w dużym chaosie emocjonalnym, lęku i poczuciu osamotnienia, dlatego intensywnie szuka oparcia u innych i ma trudność z samodzielnym podejmowaniem decyzji. Jednocześnie można odnieść wrażenie, że odpowiedzialność za własne wybory nierzadko przerzuca na otoczenie, a wtedy bliscy zaczynają pełnić rolę „ratowników”, którzy mają rozwiązywać jej życiowe problemy i ponosić emocjonalne konsekwencje jej decyzji. To, że nie ma już Pani siły tak funkcjonować, jest całkowicie zrozumiałe. Pomaganie komuś nie powinno oznaczać rezygnowania z własnych granic, spokoju i życia. Czasem osoby, które stale ratują innych, zaczynają nieświadomie podtrzymywać ten mechanizm, bo druga strona uczy się, że zawsze ktoś przejmie odpowiedzialność. Najważniejsze wydaje się teraz oddzielenie współczucia od poczucia obowiązku. Można kogoś wspierać, a jednocześnie powiedzieć: „Nie jestem w stanie podejmować za Ciebie decyzji” albo „Nie mogę być dostępna cały czas”. To nie jest brak serca, tylko stawianie zdrowych granic. I być może właśnie wsparcie psychoterapeutyczne byłoby dla koleżanki teraz ważniejsze niż kolejne rady od znajomych. Wygląda bowiem na to, że problem sięga znacznie głębiej niż konkretna decyzja, która jest aktualnie do podjęcia.
Wszystkiego dobrego,
Joanna Cichosz
Elżbieta Byzdra-Rafa
Dzień dobry!
Rozumiem Pani zapotrzebowanie, aby zebrać odpowiedzi pod tym postem i pokazać Pani przyjaciółce. Tylko zastanawiam się, co mogłoby być w tych odpowiedziach? Rady dla Pani przyjaciółki? Jakieś "spojrzenie z zewnątrz", aby ona "zrozumiała"? I co miałaby "zrozumieć"?
Z Pani listu wynika, ze Pani i były partner przyjaciółki troszczycie się o nią, wyciągacie z kłopotów, jesteście bez względu na wszystko, a ona "rezygnuje" z podejmowania własnych decyzji lub podejmuje impulsywne... To Wam zależy na jej dobrostanie, a ona często demonstruje bezradność, niepewność... I jak na osobę bezradną, jest zadziwiająco skuteczna w korzystaniu z Waszego czasu, energii pieniędzy... Może nie jest tak bezradna, jak Wy ją widzicie? Jeśli spojrzeć z tej perspektywy na Waszą relację, to przyjaciółka nie ma powodu do podejmowania terapii, bo przecież skoro Wy zawsze jesteście, to po co się trudzić...
Ale pojawia się jeszcze jedno pytanie: Czemu Pani tkwi w tej zaplątanej, uwikłanej relacji pozornie pomocowej? Czy chodzi o bycie potrzebną, czy docenioną? Czy towarzyszy Pani przekonanie, ze gdyby jej cos nie wyszło, to będzie Pani wina? Podobne pytanie warto zadać p. Adamowi.
A jeśli na któreś moje przypuszczenie Pani odpowie "tak", to może warto pomyśleć o terapii dla siebie i o nauce stawiania granic?
Bo dobrze postawione granice lepiej zmotywują kogoś do terapii niż najgorętsze prośby ;)
Pozdrawiam
Elżbieta Byzdra - Rafa
terapeutka Gestalt
Martyna Kaleta
Dzień dobry,
Czytam ten opis i mam poczucie, że w tej historii jest bardzo dużo chaosu, zależności i pomieszania ról. I jednocześnie mam wrażenie, że Pani znajoma od bardzo dawna próbuje jednocześnie dwóch rzeczy – być całkowicie niezależna i jednocześnie mieć wokół siebie ludzi, którzy będą przejmować odpowiedzialność, pomagać, podejmować decyzje, ratować sytuację.
To nie brzmi jak świadoma manipulacja „dla korzyści”, bardziej jak bardzo trudny sposób funkcjonowania, w którym jest dużo lęku przed zostaniem samemu z konsekwencjami własnych decyzji. I wtedy inni ludzie zaczynają stopniowo wchodzić w role wspieraczy, opiekunów, doradców… aż sami zaczynają być tym wszystkim przeciążeni.
Mam też poczucie dużej polaryzacji w niej samej. Z jednej strony potrzeba wolności, życia po swojemu, odcinania ludzi, którzy „narzucają” coś z zewnątrz. Z drugiej ogromna zależność od opinii innych i trudność w samodzielnym utrzymaniu decyzji czy odpowiedzialności za nie.
I być może właśnie temu warto byłoby się przyjrzeć terapeutycznie.
To, co Pani opisuje – ciągłe telefony, niemożność podjęcia decyzji, życie w konflikcie, przeciążenie dzieckiem, poczucie chaosu – brzmi jak coś, co może wymagać większego i bardziej regularnego wsparcia niż pojedyncze rady bliskich osób. Być może rzeczywiście dobrym kierunkiem byłoby bardziej intensywne wsparcie psychologiczne czy oddział dzienny, gdzie można byłoby przyjrzeć się temu szerzej i nie zostawać z tym samemu.
Ale czytając to wszystko, mam też poczucie, że bardzo ważna jest tutaj Pani. Bo wygląda trochę tak, jakby życie tej znajomej zaczęło bardzo mocno zajmować również Pani życie emocjonalne. Jakby była Pani wciągana w odpowiedzialność za jej decyzje, dzieci, konflikty, relacje.
I chyba ważne jest zobaczenie, że nie da się przeżyć życia za drugą osobę. Nawet jeśli bardzo chcemy pomóc.
Można być wspierającym, obecnym, nieobojętnym. Ale jednocześnie potrzebne są granice – takie, które chronią też Panią przed całkowitym przeciążeniem i wejściem w rolę osoby, która stale „ratuje”.
Bo mam wrażenie, że Pani już zaczyna czuć, że niesie coś, co właściwie nie należy do Pani.
pozdrawiam,
Martyna Kaleta
Agnieszka Włoszycka
Dzień dobry,
Sądzę, że tu nie chodzi już o „brak rad”, tylko o brak wewnętrznej decyzyjności i odpowiedzialności po jej stronie. Znajoma przerzuca ciężar wyborów na innych a potem obarcza ich skutkami, to naturalnie wypala otoczenie. Według mojej opinii to układ, w którym Pani i inni „ratownicy” nieświadomie podtrzymujecie jej funkcjonowanie ale odbieracie sobie granice i siły i to nie jest do udźwignięcia na dłuższą metę. Kluczowe jest jedno: nikt z zewnątrz nie uporządkuje jej życia za nią, bez podjęcia przez nią terapii i przejęcia odpowiedzialności, sytuacja będzie się tylko komplikować a Państwo będziecie coraz bardziej wyczerpani. Przepraszam też, że piszę tak bardzo wprost ale chciałam aby to wybrzmiało, taką mam perspektywę. Proszę zadbać o siebie, to ważne w tej sytuacji
Z pozdrowieniami,
Agnieszka Włoszycka
Piotr Ziomber
Dzień dobry Pani Mario
To brzmi jak układ, w którym Pani i kilka innych osób jesteście wciągani w rolę stałych „ratowników”, a ona coraz mniej samodzielnie podejmuje decyzje. Z opisu widać też silny chaos, przeciążenie i możliwe problemy emocjonalne lub organizacyjne po jej stronie. Najbardziej uderza kilka rzeczy to, że ona ma bardzo dużo niedomkniętych spraw naraz jak dzieci, relacje, pieniądze, szkoła, kontakty z rodziną, partnerami i byłymi partnerami. Zamiast budować stabilny plan, stale szuka natychmiastowej ulgi w rozmowach z wieloma osobami. Każda osoba dostaje inną wersję sytuacji, a potem to ona wybiera to, co chwilowo brzmi najlepiej. Gdy rozwiązanie nie działa, winni stają się doradzający, a nie sam mechanizm działania. To nie wygląda jak jedna „zła decyzja”, tylko jak długotrwały wzorzec życia w kryzysie. Nie da się jej diagnozować z opisu, ale taki sposób funkcjonowania często idzie w parze z lękiem i potrzebą ciągłego potwierdzania, trudnością w braniu odpowiedzialności za konsekwencje, chaosem emocjonalnym po wielu rozstaniach i przeciążeniu rodzicielskim, przekonaniem, że inni mają ją „uratować”, bo sama nie daje rady.
To tłumaczy, czemu dzwoni po kilka razy dziennie i zbiera opinie od wszystkich, zamiast spokojnie podjąć jedną decyzję. Najważniejsze nie jest już to, czy ona ma rację w pojedynczych sprawach, tylko że Pani zaczyna płacić za to własną energią, czasem i spokojem. Jeśli po każdej decyzji masz poczucie winy, odpowiedzialności i obowiązku, to jesteś wciągana w system, który Cię wyczerpuje.
Najzdrowsze będzie przejście z roli „doradczyni 24 na 7” do roli „osoby z ograniczonym wsparciem”. Może Pani powiedzieć krótko „Mogę pogadać raz dziennie przez 15 minut," „Nie będę wybierać za Ciebie," „Nie angażuję się w konflikty z jej rodziną i ojcem dziecka," „Jeśli chcesz, pomogę Ci znaleźć konkretny plan, ale nie podejmę decyzji za Ciebie.” Ważne, żeby nie tłumaczyć się za długo, bo im więcej argumentów, tym łatwiej będzie wciągnąć Panią z powrotem w dyskusję. Forum może jej pokazać, że problem widzą też inni, ale to nie zastąpi zmiany zachowania. Lepiej nie pytać „kto ma rację”, tylko postawić pytanie , jakie są granice pomagania, kiedy wsparcie staje się współuzależnieniem, jak przestać brać odpowiedzialność za cudze życie. Jej sytuacja wygląda na taką, w której potrzebny jest nie kolejny doradca, tylko uporządkowanie życia krok po kroku i profesjonalne wsparcie.

Zobacz podobne
Moim problemem jest brak jakiejkolwiek sprawczości w życiu. Czuję, że jako nastolatka zostałam złamana przez nadopiekuńcze, toksyczne i nerwowe mamę z babcią. Nic mi nie było wolno, ciągle tylko awantury i znęcanie się psychiczne. Dziś nam 40 lat i jestem na całkowitym utrzymaniu mamy i babci. Za sobą mam 20 lat próbowania różnorakich prac, różnego typu: od prac biurowych, przez związane z moim hobby, po prace fizyczne. Niestety rezygnowałam (lub wyrzucano mnie) z jednego z dwóch powodów: albo nie dawałam sobie rady (mam słaby intelekt, a także jestem słaba fizycznie) albo nie wytrzymywalam tego zamknięcia w pracy. Czułam się jak w pułapce, jakby każda komórka mojego ciała krzyczała, że chce się wydostać. Wiem, że to nieodpowiedzialne, dziecinne, jak głupi, zbuntowany małolat, a nie 40-letnia baba, ale za każdym razem nie wytrzymywałam i dosłownie uciekałam z pracy jak z pułapki. W tej chwili mam już tak mało sił, że nie wierzę, że jeszcze kiedykolwiek ucieknę mamie. Ale chciałabym dać sobie radę, chociażby dorabiając jakieś drobne. Nie stać mnie na terapię, na nfz już byłam, nie pomogło, pan stwierdził, ze widocznie mi za dobrze, że siedzę w tej bezradności. Proszę o pomoc.

Toksyczny związek – jak go rozpoznać i zakończyć?
Czy zastanawiasz się, czy Twój związek jest zdrowy? Nie każda trudność jest toksyczna, ale jeśli czujesz lęk, winę, wątpisz w siebie, boisz się mówić, co myślisz – warto się zatrzymać. Tutaj dowiesz się, jak rozpoznać toksyczny związek i jak go zakończyć.
