Aplikacja TwójPsycholog — wsparcie, które masz zawsze pod ręką

📲 Pobierz aplikację i zadbaj o siebie na własnych zasadach

Dostępne w Google PlayPobierz w App Store
Left ArrowWstecz

Jak radzić sobie z wpływem rodzeństwa na związek z żoną DDA?

Witam. Mam bardzo ogólnikowe pytanie, ponieważ doszedłem że brak możliwości rozwiązywania problemów w małżeństwie najprawdopodobniej wynika z tej jednej rzeczy. JA 43l żona 40l. Moja żona jest DDA. Ma 3 siostry z którymi ma bardzo bliski kontakt. Bardzo często zasięga opinii w/w rodzeństwa na temat postępowania i rozwiązywania naszych problemów. Ogólnie nie miałbym z tym żadnego problemu. Ale żony rodzeństwo nie radzi sobie z własnym życiem a co dopiero próbować dawać dobre rady innym. Kiedy mamy jakąś sprawę do omówienia nad którą trzeba się zastanowić widzę jak żona pod wpływem rodzeństwa swoje pierwsze stanowisko potrafi przewrócić o 360 stopni. Uważam że tak nie powinno być. Rozmawiałem już na ten temat z żoną ale jak to osoba DDA czuje się z przeze mnie tym atakowana. Nie wiem co mam z tym zrobić. Kiedyś byliśmy na terapii par z pewnym problemem. Żona w połowie trzeciej sesji wyszła i już na nią nie wróciła. Dopóki rzeczy na terapii były mówione które są po jej myśli było wszystko dobrze. Kiedy psycholog się nie zgadzał z tym co ona uważa czuła się najprawdopodobniej atakowana. Dopiero po latach zauważyłem że tak naprawdę w naszym związku to ja jestem szczery a żona niby ze mną żyje normalnie a jednak jestem kimś do mnie zdystansowanym, nie wiem jak to określi (jakbym z nią grał w piłkę ale był drużyną przeciwną). Czy są może jakieś metody by coś w jej postępowaniu zmienić?
Julia Otremba

Julia Otremba

Całkowicie rozumiem, że sytuacja związana z komunikacją z żoną jest dla Pana obciążająca.

Zacznę od jednej ważnej rzeczy: nie ma metod, by zmienić czyjeś postępowanie wprost. Można wpływać na dynamikę relacji, stawiać granice, zmieniać swój sposób reagowania — ale nie da się „naprawić” drugiej osoby bez jej gotowości.

To, co Pan opisuje u żony, może mieć związek z byciem DDA, ale warto uważać, by nie traktować tego jako etykiety wyjaśniającej wszystko. Osoby z rodzin dysfunkcyjnych często mają silną potrzebę przynależności do rodzeństwa (to był ich system przetrwania), trudność w samodzielnym podejmowaniu decyzji bez wsparcia „swoich”, dużą wrażliwość na krytykę i tendencję do odbierania różnicy zdań jako odrzucenia lub ataku. Jeśli tak jest, to dla niej konsultowanie z siostrami może być sposobem regulowania lęku, a nie działaniem przeciwko Panu. Natomiast z Pana perspektywy wygląda to jak brak autonomii małżeństwa i brak lojalności. Jeśli stanowisko żony zmienia się radykalnie po rozmowach z rodzeństwem, może Pan mieć poczucie, że w Waszych rozmowach nigdy nie wiadomo, kto właściwie „siedzi naprzeciwko” — żona czy jej siostry. To rodzi frustrację i poczucie bycia w drużynie przeciwnej, a nie w jednej.

Kluczowe pytanie nie brzmi: „jak zmienić jej postępowanie?”, tylko: „jak zbudować granicę między małżeństwem a rodziną pochodzenia?”. W zdrowym układzie decyzje dotyczące związku zapadają w parze. Konsultacje z zewnątrz są możliwe, ale nie powinny podważać podstawowych ustaleń ani zastępować dialogu między małżonkami.

Problem w tym, że gdy Pan mówi o tym wprost, ona czuje się atakowana. To sugeruje, że temat dotyka jej bardzo wrażliwego miejsca — być może lęku przed utratą sióstr, przed byciem samą, przed oceną.

Zamiast mówić: „Twoje siostry źle na ciebie wpływają” (co naturalnie wywoła obronę), skuteczniejsze bywa mówienie z poziomu własnych uczuć i potrzeb, np.: „Kiedy ustalamy coś razem, a potem to się całkowicie zmienia po rozmowie z siostrami, czuję się tak, jakbym nie był twoim partnerem, tylko kimś z zewnątrz. Potrzebuję poczucia, że w sprawach naszego małżeństwa jesteśmy drużyną.” To nie atakuje jej więzi z rodzeństwem, tylko pokazuje koszt dla relacji z Panem.

Druga sprawa to terapia. To, że wyszła w momencie konfrontacji, wskazuje na niską tolerancję na poczucie winy, wstydu albo krytyki. Dla niektórych osób z doświadczeniem DDA konfrontacja jest przeżywana jak zagrożenie, nie jak pomoc. Ale jeśli nie ma gotowości do wytrzymania dyskomfortu, trudno będzie cokolwiek zmienić.

W takiej sytuacji warto rozważyć coś, co często bywa pomijane: terapię indywidualną dla Pana. Nie po to, by „naprawiać siebie”, ale żeby zobaczyć:

gdzie są Pana granice,

co Pan akceptuje, a czego nie,

czy i jak chce Pan dalej funkcjonować w tej relacji,

jak nie wchodzić w rolę przeciwnika ani kontrolera.

Bo istnieje też druga strona medalu: im bardziej Pan próbuje ograniczać wpływ sióstr, tym silniej ona może się do nich przyklejać. To tworzy błędne koło.

Ważne jest też, czy poza tym obszarem macie bliskość emocjonalną, czy rozmawiacie o uczuciach, czy jest między Wami ciepło. Jeśli od dawna czuje się Pan jak „w drużynie przeciwnej”, to problem może dotyczyć głębszego dystansu emocjonalnego, a nie tylko rodzeństwa.

Jeśli miałabym podsumować: nie zmieni Pan jej bez jej zgody. Może Pan natomiast jasno nazwać, czego Pan potrzebuje w małżeństwie (lojalności, wspólnego frontu, decyzji podejmowanych w parze), przestać atakować źródło (siostry), a zacząć mówić o konsekwencjach dla relacji. I równolegle zadbać o własne wsparcie, żeby nie narastała w Panu frustracja i poczucie samotności w związku.

Pozdrawiam ciepło i życzę wszystkiego dobrego,

Julia

Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?

Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!

Agnieszka Włoszycka

Agnieszka Włoszycka

Dzień dobry,

 

Dziękujemy za wiadomość. Z Pana opisu wnika, iż bardziej to wygląda na problem bezpieczeństwa emocjonalnego i granic w relacji, a nie tylko na wpływ rodzeństwa czy DDA. Widzę, że jest w Panu dużo bezradności i poczucia bycia „po drugiej stronie boiska", to ważny sygnał, że brakuje Wam poczucia bycia jedną drużyną.

Kilka kierunków, które mogą pomóc:

1. Zamiast zmieniać żonę, warto zadbać o zasady w relacji.Nie ma Pan wpływu na to, czy żona pyta siostry o zdanie. Ma Pan wpływ na to, jakie decyzje uznajecie za wasze wspólne. Można to nazwać wprost:

„Rozumiem, że potrzebujesz opinii sióstr. Jednocześnie chcę, żeby o naszych sprawach decydowało się między nami”.

2. Mówienie o swoich uczuciach, nie o jej błędach.Dla osoby z doświadczeniem DDA krytyka = zagrożenie.Zamiast: „ulegasz siostrom”lepiej powiedzieć: „czuję się odsunięty i nieważny, kiedy nasze ustalenia się zmieniają po rozmowie z innymi”.

3. Konkretny kontrakt komunikacyjny.

Np.:

najpierw rozmawiamy we dwoje,

dajemy sobie 24 h na przemyślenie,

dopiero potem konsultacje z kimkolwiek.

To daje strukturę i zmniejsza chaos.

4. Terapia ale w bezpiecznej formie.

Jeśli żona reaguje wycofaniem, warto zacząć od Pana indywidualnie. Wówczas jest to wzmocnienie Pana pozycji, granic i sposobu komunikacji. Często gdy jedna osoba zmienia styl relacyjny, druga zaczyna reagować inaczej.

5. Realistyczny cel.

Celem nie jest to, żeby żona przestała słuchać sióstr, tylko żeby Wasza relacja była pierwszym miejscem podejmowania decyzji.Na dziś najważniejsze pytanie dla Pana brzmi:co konkretnie musiałoby się wydarzyć w Waszej codziennej komunikacji, żeby poczuł Pan, że gracie do jednej bramki, choćby w małym stopniu?

 

Od tego warto zacząć.

 

Z pozdrowieniami,

Agnieszka Włoszycka

Bożena Nagórska

Bożena Nagórska

Opisuje Pan sytuację, która jest niezwykle trudna i obciążająca dla relacji. To, co Pan zauważa – silna zależność żony od opinii rodzeństwa oraz trudność w przyjmowaniu perspektywy innej niż własna – często ma swoje korzenie w mechanizmach wypracowanych w domu dysfunkcyjnym DDA.

Warto spojrzeć na tę sytuację przez pryzmat kilku kluczowych aspektów:

- U osób DDA więź z rodzeństwem bywa rodzajem "paktu o przetrwanie". Zdanie sióstr może być dla żony bezpieczniejszym punktem odniesienia niż zdanie partnera, ponieważ ta relacja trwa od dzieciństwa. Każda próba podważenia tego wpływu jest przez żonę interpretowana jako atak na jej bezpieczeństwo, a nie jako troska o małżeństwo.

- Przerwanie terapii w momencie, gdy terapeuta wskazał inny punkt widzenia, sugeruje silny lęk przed odsłonięciem i poczuciem winy. Dla wielu osób z DDA przyznanie się do błędu lub zmiana zdania pod wpływem partnera jest tożsame z "porażką" lub utratą kontroli.

- To, co Pan czuje, to efekt braku bezpiecznej więzi wewnątrz małżeństwa. Jeśli żona emocjonalnie "tworzy koalicję" z siostrami, Pan automatycznie zostaje wypchnięty na zewnątrz systemu, co rodzi dystans i poczucie osamotnienia.

Co można zrobić w tej sytuacji?

Zamiast mówić o wpływie sióstr (co wywołuje defensywność), warto mówić o swoich uczuciach: "Czuję się osamotniony w podejmowaniu decyzji i jest mi przykro, gdy nasze wspólne ustalenia ulegają nagłej zmianie. Chciałbym, abyśmy to my byli dla siebie pierwszym źródłem wsparcia".

Może Pan proponować zasady dotyczące prywatności Waszych konfliktów, np. umowę, że o trudnych sprawach rozmawiacie najpierw między sobą przez 48 godzin, zanim którakolwiek ze stron zaangażuje osoby trzecie.

Skoro terapia par została odrzucona, warto rozważyć terapię indywidualną dla Pana. Pomoże ona Panu wypracować narzędzia radzenia sobie w tej niesymetrycznej relacji i ocenić, na ile jest Pan w stanie funkcjonować w takim układzie bez uszczerbku dla własnego zdrowia psychicznego.

Zmiana zachowania drugiej osoby jest procesem, który musi wyjść z jej wewnętrznej potrzeby. Pana rola polega obecnie na dbaniu o własne granice i jasnym komunikowaniu, jak ta sytuacja wpływa na Pana dobrostan.

Pomyślności.

Psycholog Bożena Nagórska

Emil Borkowski

Emil Borkowski

Dzień dobry,

Rozumiem, że styka się Pan z oporem przed zmianą lub usłyszeniem drugiej opinii przez Pana żonę. To co Pan określa jako odczucie bycia atakowanym przywodzi namyśl lęk (który może występować ciągle lub w momencie konfrontacji, czyli rozmowy nad zmianą). 
Dużo zależy od tego na ile Pana żona chciała by coś poruszyć w sobie - przyjąć opinie drugiej osoby. Jednak do tego potrzeba sporo czasu na zebranie zaufania do drugiego człowieka, nie zależnie czy to jest psycholog, czy nowa znajomość.
W DDA występuję wiele sposobów radzenia sobie z traumą, a to najlepiej da się zrozumieć we własnym procesie (wsparcia psychologicznego). Ewentualnie zawsze zostają leki od psychiatry, lecz to rozwiązanie dość pobieżne i raczej jako wsparcie w procesie odkrywania źródła obrony i pozwolenie Pana żonie na zmianę sposobu radzenia sobie od uczucia atakowania do uznania czyjegoś odmiennego zdania (bardzo uogólniając).

Podsumowując, może Pan spróbować wesprzeć żonę w myśleniu nad poszukaniem wsparcia - jednak to musi być szczere uczucie żony. Tak by sama chciała pozwolić sobie na dotykanie tak trudnych tematów jak dorastanie w rodzinie, gdzie doszło do nadużycia alkoholowego co może być głównym źródłem lęku (a co za tym idzie też odtrącania Pana zdania w formie obrony siebie - swojego istnienia w relacji).

Pozdrawiam i trzymam kciuki,
Emil Borkowski

Karolina Rzeszowska-Świgut

Karolina Rzeszowska-Świgut

Dzień dobry,

W opisanej sytuacji nie ma jednej „metody” na zmianę postępowania żony, natomiast jest przestrzeń na wprowadzenie jasnych, wspólnych ustaleń dotyczących tego, w jaki sposób podejmujecie decyzje małżeńskie oraz jak prowadzicie rozmowy o sprawach trudnych. Pomocne bywa rozpoczęcie od rozmowy o Pana nadziejach związanych z poprawą komunikacji i o tym, po czym oboje poznacie, że zaczyna się zmiana, czyli jakie będą pierwsze, zauważalne oznaki lepszego funkcjonowania w codzienności. Zamiast koncentrować się na ocenie rodzeństwa lub na tym, kto ma rację, warto nazwać konkretny cel: aby decyzje dotyczące Państwa relacji zapadały przede wszystkim między Państwem, a ewentualne opinie z zewnątrz nie odwracały wcześniejszych ustaleń. W praktyce można  najpierw przeprowadzić rozmowę w duecie i dokonać wstępnych ustaleń, dopiero potem (jeśli oboje uznacie to za potrzebne) konsultacja z innymi, przy czym ostateczna decyzja zostaje po stronie małżeństwa.  

 

Jeżeli wątek terapii par wróci, może pomóc takie jej „skontraktowanie”, abyście oboje wiedzieli, po czym poznacie, że spotkania są pomocne, oraz jakie byłyby pierwsze oznaki, że warto kontynuować. W sytuacji, w której żona łatwo odbiera odmienną perspektywę jako atak, bywa również zasadne rozważenie pracy indywidualnej nad regulacją emocji i tolerancją różnicy zdań, równolegle do ewentualnej pracy pary, tak aby zwiększyć szanse na pozostanie w dialogu wtedy, gdy pojawia się napięcie.

Zuzanna Szczepańska

Zuzanna Szczepańska

To, co Pan opisuje, wygląda na utrwalony wzorzec „wciągania trzeciej strony” do konfliktu małżeńskiego (tzw. triangulacja): zamiast domykać sprawy między wami, żona reguluje napięcie przez rodzinę, a potem pod wpływem ich opinii zmienia stanowisko, co Panu odbiera poczucie partnerstwa i bezpieczeństwa. To bywa częste u osób z doświadczeniem DDA, bo lojalność wobec systemu rodzinnego i lęk przed konfliktem mogą być silniejsze niż autonomia w relacji, ale samo DDA nie wyjaśnia wszystkiego. Najmniej skuteczne będzie krytykowanie sióstr (żona usłyszy atak), a najbardziej pomocne – stawianie granic wprost, bez ocen: „Potrzebuję, żebyśmy najpierw ustalali to między nami, a konsultacje z rodziną mogą być później, ale decyzja ma być nasza” oraz „Kiedy po rozmowie z rodzeństwem zmieniasz zdanie, czuję się jak przeciwnik, nie partner”. Jeśli żona reaguje na różnicę zdań jak na zagrożenie (wyjście z terapii, poczucie ataku), to sygnał trudności w tolerowaniu konfrontacji i warto wrócić do terapii par, ale w nurcie, który buduje bezpieczeństwo i uczy rozmowy w konflikcie. Równolegle Panu może bardzo pomóc kilka sesji indywidualnych – nie po to, by „naprawiać żonę”, tylko żeby ustawić swoją pozycję, komunikację i granice tak, by nie wzmacniać tego układu i odzyskać wpływ na jakość relacji.

Piotr Ziomber

Piotr Ziomber

  Pana opis brzmi frustrująco, zwłaszcza że widziPan  powtarzające się wzorce wpływu rodzeństwa żony i jej reakcje jako osoby DDA, co utrudnia wspólne rozwiązywanie problemów.​ Osoby DDA często szukają wsparcia w rodzeństwie jako "paktu przetrwania" z dzieciństwa, co daje im poczucie bezpieczeństwa, ale osłabia autonomię w małżeństwie. To prowadzi do nagłych zmian stanowisk pod wpływem sióstr i odbierania feedbacku jako ataku, jak opisałeś podczas terapii. Kluczowe jest zrozumienie, że niePan jej bez jej zgody i warto skupić się na budowaniu granic w parze, nie na krytyce rodzeństwa oraz mówić o swoich uczuciach, nie o jej błędach: zamiast "ulegasz siostrom", powiedzieć "czuję się odsunięty, gdy nasze ustalenia zmieniają się po rozmowie z innymi". i ustalić kontrakt: "Rozumiem, że potrzebujesz ich opinii, ale decyzje o nas podejmujemy najpierw we dwoje". Zalecam unikania konfrontacji z siostrami gdyż to wzmacnia jej obronę,zamiast tego podkreśl lojalność małżeńską jako priorytet.​

Warto wprowadzić: konsultacje z rodziną po wstępnych ustaleniach pary, bez podważania wspólnych decyzji. Jeśli terapia par nie wyszła, można zaproponować indywidualną dla niej (DDA-terapia pomaga w samodzielności) lub dla Pana, by radzić sobie z frustracją i rozważyć, czy relacja daje Panu poczucie partnersta, z czasem własne wsparcie zewnętrzne pomaga przerwać błędne koło.​

 

 

 


Zobacz podobne

Jak radzić sobie z brakiem satysfakcji partnerki z życia intymnego po 30 latach małżeństwa?
Jak radzić sobie z brakiem satysfakcji partnerki z życia intymnego po latach małżeństwa? - AKTUALIZACJA/UZUPEŁNIENIE Witam. Pragnę ponowić mój post – ale tym razem przedstawiając go w pełniejszym kontekście, nie jako „wycinek” z rzeczywistości. Rzeczywiście popełniłem błąd nie opisując siebie, mojej sytuacji życiowej w pełniejszym kontekście w jakim się znalazłem, etc. Przyznaję się do błędu, chylę głowę z pokorą i posypuję popiołem. Jako facet nie chowam głowy w piasek, potrafię PUBLICZNIE przyznać się do błędu i za niego przeprosić – czego wielu facetów nie potrafi. Tak jak już wcześniej wspominałem - mam pewien problem związany z moim ciałem - dokładnie mówiąc z penisem. Nigdy nie byłem facetem z dużym członkiem, niestety natura trochę poskąpiła mi centymetrów - jak to można by powiedzieć: przeciąg w slipkach. Pomimo mojego mankamentu jakimś cudem udało mi się znaleźć dziewczynę z którą się ożeniłem. Razem jesteśmy prawie 30 lat. Wydawało mi się, że było to 30 udanych lat. Żyliśmy razem, kochaliśmy się, wspieraliśmy się, rozumieliśmy się. Nigdy nie byłem i nie jestem typem faceta, który po wejściu do domu robi aferę „bo zupa była za słona”. Wiem i rozumiem co to znaczy rozmowa, czułość, zainteresowanie, zadbanie o rodzinę ale wiem również co to umiejętność przyznania się do błędu, umiejętność „płakania” nieukrywania swoich emocji.... Jak dla mnie są to normalne rzeczy normalnego faceta – chyba, iż ja nie jestem normalny? Przez całe nasze wspólne życie zawsze byłem osobą na którą „moja żona” mogła liczyć. Wspólnie wiele przeszliśmy, tych dobrych i złych rzeczy. Jej ogromne problemy ze zdrowiem, z pracą, moje problemy z kręgosłupem, mój mikro udar...... Do tej pory nasze pożycie intymne zawsze było udane – tak mi się wydawało. Nie byliśmy „ pruderyjnymi katolami” co tylko pod kołdrą, przy zgaszonym świetle i po bożemu. Nie jestem piękny jak Apollo i nie mam ciała jak Herkules. „Moja żona” też nie jest MISS UNIVERSUM, jak każdy z nas ma swoje drobne „niedoskonałości” ale przez to ją pokochałem i zawsze była tą moją jedyną. Niestety.... po tych wspólnych latach, ostatnio „moja żona” wyskoczyła do mnie z hasłem "Że tak naprawdę nigdy nie odczuwała satysfakcji podczas sexu ze mną.... bo mam niedużego" Po prawie 30 latach usłyszałem coś takiego.... Zastanawiam się, dlaczego teraz? Dlaczego po tylu latach.... Szok... niedowierzanie.... Tak naprawdę przysłowiowo: „dostałem kopa w pysk”. Chwilę potrzebowałem aby jakoś dotarło to do mnie, abym mógł cokolwiek ruszyć z miejsca. Po „ogarnięciu się” próbowałem porozmawia z nią – o co tak naprawdę chodzi, czemu po tylu latach. Nie wiem, czy zaczęła się rozglądać za czymś bardziej dorodnym, czy jest jakiś inny powód. Niestety za każdym razem próby rozmowy, próby poruszenia tego tematu, dowiedzenia się czegoś więcej kończę się szybciej niż się zaczęły. Nie będę ukrywał – takie stwierdzenie, takie podejście do mnie pozbawiło mnie poczucia męskości. Ktoś zasugerował mi, że jeżeli po takim stwierdzeniu utraciłem poczucie męskości, to powinienem zacząć pracę nad swoją samooceną.... Zastanawiam się, czy kiedykolwiek i ktokolwiek po wielu latach wspólnego życia w podobny sposób podsumował tego człowieka (chyba, iż jest to osoba która jest sama/samotna i pomimo to próbuje pouczać innych) – niestety, członek dla każdego faceta jest ważny, chyba że jest się….. Zastanawiam się co mam zrobić dalej? Kochanka?? Rozwód?? Definitywne zakończenie "problemu"?? Ostatnio ktoś zasugerował mi, że to tak naprawdę ja jestem „problemem” bo nie potrafię się zająć „żoną” - raczej nie zaproszę nikogo aby oglądał nasze igraszki (i tak to jest niemożliwe bo nie ma żadnej szansy abym zdecydował się na sex z nią), ale bardzo dobrze wiem że sex to nie tylko mechaniczne ruchy ale również dotyk, pieszczoty, rozmowa, etc. Próba pójścia na wspólną terapię jest niemożliwa - „moja żona” uważa, iż ktoś kto chodzi do psychologa/psychiatry czy innego terapeuty jest „upośledzonym debilem” i że ona sama sobie z wszystkim radzi i nie potrzebuje takiej pomocy. Niestety nie mam możliwości fizycznego (operacyjnego) wydłużenia i pogrubienia penisa - a chyba jest to rzecz, która przywróciłaby mi normalną samoocenę. Po tym wszystkim dochodzę do jednego wniosku – jedynym rozwiązaniem jest „pozbycie się problemu”. A skoro ja jestem tym problemem, to zakończenie problemu jest tym co na pewno mi w zdecydowany i radykalny sposób pomoże, zakończy upokarzanie i jest to myśl która coraz bardziej mnie przekonuje.
Problemy z granicami w relacji terapeutycznej: kiedy psycholog angażuje się zbytnio

Dzień dobry.
Mój partner korzysta z usług psychologa. Związane jest to z rozwodem i uzależnieniem od byłej żony (diagnoza psychologa). Tworzymy parę od 18 miesięcy. Pani psycholog wspierała go, kiedy mieliśmy konflikty. Powiedziała mi o uzależnieniu partnera i o tym, że jest dzieckiem DDA. Miało to na celu zrozumienie jego zachowań. Znała też moje problemy związkowe, bo opowiedział jej o nich mój partner.

Sama była w skomplikowanej sytuacji osobistej z partnerem i dzieliła się tym z moim partnerem. Dzwoniła do niego, opowiadała, jak jej źle, jakie ma kłopoty, płakała. Jej partner jest związany zawodowo z moim partnerem. Dzwoniła np. do mojego partnera z prośbami – np. o znalezienie mieszkania czy ziemi.

Doszło do sytuacji, kiedy brała ślub. Jej partner zaprosił nas na tę uroczystość. Na wysłane gratulacje nie odpowiedziała, ale wysłała do mojego partnera zdjęcie z urzędowym potwierdzeniem planowanego ślubu. Podczas wesela robiliśmy sobie zdjęcia z młodą parą. W trakcie sesji wyciągnęła dłoń do mojego partnera, zdjęcie zostało wykonane, po czym powiedziała do mnie: „Powinnaś mi podziękować, bo to dzięki mnie go masz”.

Drugi tekst, który padł w odpowiedzi na gratulacje, to: „Nastał w końcu ten dzień, na nasze i wasze szczęście”. To mnie bardzo zirytowało. Mój partner jest na mnie obrażony, bo uważa, że pani psycholog miała dobre intencje – że chodziło jej o to, iż miała duży wpływ na jego otwarcie się na nową relację.

Kiedy wychodziliśmy, pani psycholog wzięła mnie na bok i przeprosiła, mówiąc, że to dzięki niej wyszedł z uzależnienia od byłej żony i tym samym mogliśmy stać się parą. W tym czasie mój partner remontował mieszkanie dla jej męża. Po weselu pojechaliśmy posprzątać po remoncie. Robiłam to dla niego, żeby mu pomóc, ale czułam się fatalnie. Teraz on milczy, bo – jak mówi – musi ochłonąć.

Poproszę o ocenę sytuacji. Bo z mojego punktu widzenia sytuacja jest nieprawidłowa.

Trudności w związku: partner wyjeżdża z córką, czuję się pominięta.

Proszę o odpowiedź, bo nie wiem co myśleć. . z racji mojego stanu ciężkiej depresji i nerwicy z traumami nie potrafię określać granic, w związku z tym pozwalam siebie ranić .. jestem w związku, partner ma dziecko, z którym początkowo nie miał kontaktu w ogóle tak naprawdę, widują się od czasu do czasu od dwóch lat, córka ma lat 17 .. dodam, że nie znam jej, ona żyje z matką ,która ma nowego partnera i dwójkę dzieci z nim, natomiast mój partner ciągle uważa, że córka może się czuć przeze mnie nieswojo, co jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe .. i teraz sytuacja wygląda tak, że 21 stycznia tj czwartek wyjeżdżają oboje na koncert, a że to jest w Gdańsku, czyli 800 km od nas, zatrzymują się u rodziny i tam chce z nią zostać od czwartku do niedzieli, żeby sobie porozmawiać. Dodam, że jest to rodzina, którą ja znam i akurat mam dobre bardzo relacje ... I wraz tak partner stwierdził, że ja nie jadę, bo on chce jechać sam z córką i żadne tłumaczenia nie dają rezultatu, bo mówię, że to nie jest wyjazd sam z córką to jest kilka dni u rodziny po prostu beze mnie czuję się pominięta, jak już nie pierwszy raz w tym związku ,no to skończyło się awanturą, bo on uważa, że to ja nie ma racji - on z córką sam i koniec ..

Po latach związku i proszenia o bliskość partnerkę mam już dosyć, już mi się nie chce. Może ona nigdy mnie nie kochała?
Witam wszystkich, Jestem tutaj dosyć nowy, mam więc nadzieję więc, że piszę w odpowiednim do tego wątku. Piszę bardziej z braku alternatyw, jako że nie wiem już za bardzo co robić dalej ... co jest odpowiednim dalszym krokiem w "naszej sytuacji", która wygląda następująco : Jesteśmy małżeństwem od około 11 lat, obydwoje powoli zbliżamy się do 40'ki, brak dzieci. Przed ślubem dwa razy się rozchodziliśmy z mojego wyboru, "Ona" wtedy nie za bardzo radziła sobie z różnymi uczuciami i była dosyć wybuchowa, rzadko adekwatnie do sytuacji - co sama po latach przyznała. Non stop się kłóciliśmy dosłownie o nic, kłótnie zawsze zaczynała ona. Jak pisałem wcześniej, kończyło się to tym, że rozeszliśmy się dwa razy, po czym dwa razy ja wracałem do niej, prosząc o to, abyśmy spróbowali raz jeszcze. Nie jest ta sytuacja jakoś szczególnie znacząca, aczkolwiek wolę nie pomijać za dużo. Przysłowiowy trzeci raz okazał się sukcesem, jako że przestaliśmy się kłócić "o nic" , i jeżeli miewaliśmy później jakiekolwiek spory, to były już one dużo bardziej racjonalne - aczkolwiek było ich bardzo mało na przestrzeni kolejnych 10 lat - po naszym ślubie. Zaczęliśmy się w końcu bardzo dobrze dogadywać i miałem wrażenie, że weszliśmy na jakiś mityczny, wyższy poziom oświecenia i zrozumienia, nasz związek był idealny, dogadywaliśmy się bardzo dobrze i byliśmy ze sobą bardzo szczęśliwi. Nadal nie mieliśmy dzieci z jej wyboru. Mama od zawsze powtarzała jej jak była młodsza, że najgorsze co może jej się w życiu przydarzyć to zajście w ciążę i nie skończenie szkoły średniej czy wyższej. Po latach tak jej zostało i panicznie bała się ciąży i wszystkich jej skutków. Ja byłem gotowy i chętny na dzieci dużo wcześniej, aczkolwiek wiedziałem jak wygląda sytuacja, więc nie naciskałem jej i cierpliwie czekałem aż będzie gotowa ... co po latach jak zaraz opiszę okazało się błędem. Wszystko było idealnie przez lata, aczkolwiek po około 4 - 5 latach ( od ślubu ) zauważyłem pewną prawidłowość ... zawsze tylko ja przychodzę i inicjuję jakąkolwiek intymność / sex między nami. Nie zrozumcie mnie źle ... zawsze jak go inicjowałem ona zawsze była "chętna" i nigdy nie bolała jej przysłowiowa głowa. Warto też nadmienić dla pełnej przejrzystości, że nasze libido na pewno różni się poziomami ... ja mógłbym uprawiać z nią sex w zasadzie co drugi dzień. Jej libido jest oczywiście dużo niższe, jak bardzo do tego zaraz dojdziemy. Koniec końców zauważyłem, że tylko ja inicjuję wszystko już od około 4-5 lat ... wszystko, w sensie codziennie, zawsze jak robimy cokolwiek zawsze złapię ją za pupę, pocałuję w ucho, szyję, kark ... zwłaszcza jak robi coś w kuchni i mogę jej "poprzeszkadzać" ... zawsze, codziennie pokazuję jej, że ją uwielbiam, ubóstwiam, że mi się podoba i że mnie podnieca, że jest moją muzą dosłownie. Sam sex też raczej głównie skierowany był na nią, zawsze obydwoje rozmawialiśmy ze sobą dużo w trakcie, abyśmy obydwoje wiedzieli co nam się podoba, co nie itp. I z reguły ona zawsze dochodzi kilka razy, ja raz lub może dwa jak mam lepszy dzień. Opisuję to raczej, aby przedstawić, że zawsze wszystko robione jest pod nią/dla niej. Nawet gra wstępna była po to, aby ją nakręcić ... nigdy nie było na odwrót, nigdy ona nie robiła nic, aby mnie nakręcić - bo wiadomo, to jest z automatu. Dodam, że na początku naszego związku - przed ślubem, wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Zależało jej na tym ,aby mi sprawić przyjemność i to było jasne i klarowne. Po ślubie wszystko się zmieniło. Do puenty ... po tych wcześniej wspomnianych 4-5 latach zauważyłem mimowolnie, że tylko ja przychodzę po "cokolwiek" więc powiedziałem jej co zauważyłem, wiadomo rozmawialiśmy o temacie itd. ona stwierdziła, że nie zauważyła tej prawidłowości, ale obiecywała poprawę, że będzie się ciut bardziej starać itp., aby nie było to takie jednostronne. Minęło kilka miesięcy i nie zmieniło się nic, mieliśmy kolejną rozmowę, i jej konkluzją było to samo co wcześniej. Zrobiłem więc test, nie przychodziłem po nic sam przez pół roku – i w trakcie tych 6 miesięcy ona nie przyszła „po nic” ani razu i ani razu nie uprawialiśmy sexu. Mieliśmy kolejną rozmowę, tym razem miałem już nieco pretensji i chciałem jakiś wyjaśnień, co się dzieje, dlaczego ona nie ma żadnych potrzeb naszej bliskości. Długa rozmowa pełna emocji, obietnica poprawy … i tyle. Temat tak się powtarzał przez następne lata, w trakcie których robiłem dwa kolejne takie pół roczne testy. Średni później po pół roku miewaliśmy „poważne rozmowy”, na których był płacz, przeprosiny i obietnice poprawy … i na tym się zawsze kończyło. Ostatnie mniej więcej 2 lata były już bardziej znaczące, bo nie sposób ,abym nie zaczął widzieć jej w innym świetle … ewidentnie ona mnie nie chce, proszę ją o podstawową bliskość między nami, i ona świadomie wybiera „nic nie robić”. Doszło do tego, że prosiłem ją nawet, aby sobie to zapisywała gdzieś w kalendarzu, aby czasem przyszła do mnie, aby ona zainicjowała … tak jakby miała na siłownię iść czy porządki zrobić. Kłóciło się to trochę ze mną, bo uważam, że nie powinien to być dla niej jakiś smutny/szary obowiązek, ale brakowało mi już koncepcji. To też nie zadziałało, bo wiadomo, że jak ktoś ma się zmuszać do czegoś to i tak „zapomni” albo czasu na to nigdy nie znajdzie. Sytuacja pogarszała się szczególnie od ostatnich 2 lat, bo proszę ją, błagam aby coś się zmieniło, bo czuję, że we mnie się coś zmienia, że zaczynam widzieć ją w innym świetle, jako poniekąd inną osobę. Z mojej perspektywy proszę ją i błagam, aby zrobiła cokolwiek, aby ratować nas, bo zaczynamy się sypać … i ( z mojej perspektywy ) ona świadomie wybiera nic nie robić, bo tak mało zależy jej na mnie, na nas. Nic się za bardzo nie zmieniło, mimo że zacząłem szczególnie prosić i ponaglać i doszliśmy do etapu gdzie mi się już nie chce … nic. Na tą chwilę nie chcę z nią sexu uprawiać, mam do niej spore uprzedzenia, nie wiem czy ona może ze mną nie jest lub nigdy nie była szczęśliwa, nie wiem czy to w ogóle ma sens. Na tę chwilę nie odzywamy się za bardzo do siebie i czasu nie spędzamy razem, bo nie mogę na nią patrzeć … wiem, że jakbyśmy dłużej w jednym pomieszczeniu siedzieli to nie wytrzymałbym i wyrzucałbym jej wszystkie swoje żale i uprzedzenia. Na tę chwilę najbardziej boli mnie fakt, że … ona świadomie nie chciała zrobić czegoś tak prostego i podstawowego w związku jak inicjowanie odrobiny intymności między nami … nawet a może zwłaszcza w momencie, gdy od lat jej biłem na alarm i mówiłem jej wprost, że coś się musi zmienić, że ja czuję, jak we mnie się coś powoli po tych wszystkich latach zmienia i boję się tego, co będzie dalej, jeżeli nic z tym nie zrobimy. Obecnie jedyne co od niej słyszę to, że powinniśmy razem iść na terapię … z czym ja się zgodzić nie mogę … po pierwsze to już mi nie zależy za bardzo, aby to ratować … skoro jej nie zależało na tyle, żeby ze mną do łóżka pójść raz na jakiś czas, aby nas ratować to czemu ja mam iść na terapię ? Poza tym … nadal uważam, że nie we mnie leży / leżał problem … czemu ja mam teraz iść na drogą terapię, skoro problem jakiś ewidentnie jest w niej do mnie … poza tym absolutnie nie wierzę, że przegadam z kimkolwiek temat, by było na tej terapii cokolwiek i na koniec stwierdzę „ok, faktycznie, już się na nią nie denerwuję, nie mam już żadnej traumy z tym związanej i dam jej kolejną drugą szansę” – uważam że za dużo już dostała „drugich szans” gdy przez lata ją prosiłem o jakąś zmianę. Ehhh miałem opisać po krótce sytuację a się rozpisałem nieco dłużej ... mimo że i tak jest to mocno skondensowana wersja. Sam post na koniec zamienił się w "wylewanie żalów" jak sam po sobie teraz widzę, ale jak o tym pisałem i sobie to w głowie odtwarzam i przypominam to krew się we mnie gotuje że może się to teraz tak skończyć, że my sie możemy tak skończyć ... Będę wdzięczny za jakikolwiek feedback ... póki co wszystko widzę ze swojej perspektywy, może czegoś nie widzę nie dostrzegam ...
Czy zaśnięcie przy chłopaku, przytulanie się leżąc, w wieku 14 lat jest normalne?
Dzień dobry. Mam 14 lat, niedługo 15. Poznałam przyjaciela i oby dwoje czujemy do siebie coś więcej. Ostatnio jak się spotkaliśmy to prawie zasnęliśmy obok siebie. Zastanawiam się co powinnam uważać o przytulaniu się, zasypianiu o bok. Czy jest to w porządku czas czy na to jest za wcześnie? Mama mi zawsze mówi że nie mogę, że jestem za młoda żeby zasnąć przy chłopaku. Nie wiem co o tym sądzić może i ma rację ale bardzo szczęśliwa czuję się przy nim. Prosiłabym o radę
asertywność

Asertywność – jak ją rozwijać i dlaczego jest ważna?

Asertywność może odmienić Twoje życie. Poznaj techniki, które pomogą Ci budować zdrowe relacje, chronić się przed mobbingiem i wyrażać potrzeby. Dowiedz się, jak stać się bardziej asertywnym i cieszyć się lepszą jakością życia osobistego i zawodowego.