Aplikacja TwójPsycholog — wsparcie, które masz zawsze pod ręką

📲 Pobierz aplikację i zadbaj o siebie na własnych zasadach

Dostępne w Google PlayPobierz w App Store
Left ArrowWstecz

Moje doświadczenia z pornografią i horrorami w dzieciństwie i ich wpływ na zdrowie psychiczne

Treść wrażliwa
To nie jest pytanie, ale próba otworzenia się na to co trzymam w sobie i nikomu nigdy nie powiedziałam. Ostatnio często wracam myślami do tego co było i ponownie analizuję to co już myślałam, że zamknęłam. Dodatkowo jestem ciekawa ile osób może się w tym opisie odnaleźć. Bardzo długo szukałam sensu tego co się działo i co czułam, i niestety do tej pory czuję się niezrozumiana - Na przełomie 5-6 klasy podstawówki oglądałam dużo porno i horrorów (szczególnie typu gore). Chodziło mi o to, żeby coś poczuć. W tamtym czasie odcięło mnie od emocji i zaczęłam chorować na depresję (głównie pustka, apatia, odcięcie), więc podświadomie szukałam bodźców które wyzwolą to co we mnie utknęło. W pewnym momencie zaczęłam oglądać tego typu filmy, też po to by doprowadzić się do gorszego stanu psychicznego. Miałam świadomość, że coś jest nie tak i jest ze mną źle, ale wszystkie próby zrozumienia/szukania pomocy/ wyjścia z tego - kończyły się niepowodzeniem, więc w swoim zaburzonym umyśle doszłam do konkluzji, że najlepiej będzie się dobić, bo najwyraźniej nie każdy ma szansę wyjścia na prostą. Nie dużo czasu minęło jak dotarło do mnie, że to nie jest wyjście i ja na pewno z tego nie skorzystam, więc znowu skupiłam się na poprawieniu swojego zdrowia psychicznego. Jak wyszło że mam problemy z sh to mnie w końcu umówiono na terapię gdzie spędziłam niespełna 3 lata. Finalnie jest ok, ale miałam taki dziwny epizod w swoim życiu i chciałam się tym z kimś podzielić, bo nawet na terapii o tym nie wspomniałam (nie utajniłam tego, po prostu jakoś skupiłam się na czymś innym). Jak sobie teraz myślę to dalej pamiętam niektóre filmy. Takie na prawdę bardzo brutalne. Mam obrazy w głowie scen, których chyba nikt nie powinien widzieć. Wszystko pamiętam jak przez mgłę, może nawet moja wyobraźnia sobie to przekształciła dodatkowo, natomiast to dalej siedzi w mojej głowie. Oglądałam to wszystko nocą, bo często nie mogłam spać. Generalnie mało spałam tamtego czasu. Niesamowite jak często (w sumie to cały czas) szukałam problemu w sobie, a teraz uświadamiam sobie jak bardzo cierpiałam, a wszystko co wtedy robiłam i o czym myślałam to były desperackie próby odnalezienia ulgi oraz kontroli. Sh też nie było karą, a tym bodźcem. To mi dostarczało informacje, że żyje - w pewnym momencie to co czułam (lub nie) zaczęłam interpretować jako chorobę mózgu. Czułam się chora, a fizyczny dyskomfort, czy nawet ból pogłębiał jedynie moją obawę przed chorobą której nie miałam. Widząc wypływającą krew, czułam też że się w pewnym sensie oczyszczałam z toksyn jakie mnie przepełniają. Nie chodziło o ból fizyczny, ani karę. Jak chciałam się ukarać to podświadomie wjeżdżałam na poczucie własnej wartości i dojeżdżałam się myślami, kładąc nacisk na błędy, pomyłki i inne gorsze momenty, jakby tylko one mnie definiowały.
Kamila Grobelna

Kamila Grobelna

To, co opisujesz, pokazuje, że wiele zachowań, które z zewnątrz mogą wydawać się niezrozumiałe, często są próbą poradzenia sobie z ogromnym cierpieniem psychicznym. Przy silnym poczuciu pustki, odcięciu od emocji czy utracie kontaktu z własnym przeżywaniem niektóre osoby zaczynają szukać bardzo intensywnych bodźców, aby na chwilę coś poczuć lub odzyskać poczucie kontroli. 

Podobnie samouszkodzenia nie zawsze wynikają z chęci zadania sobie bólu – nierzadko pełnią funkcję regulacji emocji lub przerwania odrętwienia. To nie są bezpieczne sposoby radzenia sobie, ale z perspektywy psychologicznej często mają swoje znaczenie. 

Myślę, że wiele osób może odnaleźć w tym opisie własne doświadczenia, nawet jeśli ich historia wyglądała nieco inaczej.

Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?

Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!

Kinga Osmulska

Kinga Osmulska

Dzień dobry,

Dziękuję, że zdecydowała się Pani o tym napisać. Czytając Pani słowa, mam wrażenie, że przez długi czas próbowała Pani za wszelką cenę znaleźć sposób, żeby poczuć cokolwiek i nadać sens temu, co się z Panią działo. To brzmi jak ogromne cierpienie, a nie jak „dziwność” czy coś, czego należałoby się wstydzić. Bardzo poruszyło mnie to, jak opisuje Pani samookaleczanie – nie jako chęć zadania sobie kary, ale próbę odzyskania kontaktu ze sobą i poczucia, że Pani żyje. Wiele osób dopiero po czasie potrafi spojrzeć na swoje zachowania z taką refleksją i zobaczyć, że były one rozpaczliwą próbą poradzenia sobie z bólem. Cieszę się, że pisze Pani, że dziś jest lepiej. A jednocześnie rozumiem, że wspomnienia i obrazy z tamtego okresu nadal mogą wracać. Dziękuję, że podzieliła się Pani czymś tak osobistym. Mam nadzieję, że spotka się Pani z życzliwością i zrozumieniem. 💛

Pozdrawiam 

Kinga Osmulska 

Psycholog, psychoterapeutka 


 

Edyta Kotula

Edyta Kotula

Dzień dobry, 

Myślę, że samo napisanie tego wymagało od Ciebie dużej odwagi. Otwieranie się na doświadczenia, o których nigdy wcześniej nikomu się nie powiedziało, nie jest łatwe, zwłaszcza jeśli wiążą się z tak trudnym okresem życia.

Czytając to, przede wszystkim widzę ogrom cierpienia i dziecko, które próbowało poradzić sobie z czymś, czego samo nie rozumiało. To, co opisujesz, ma sens z psychologicznego punktu widzenia. Kiedy człowiek doświadcza silnej pustki i odcięcia od emocji, czasem zaczyna szukać bardzo mocnych bodźców. Podobnie bywa z samouszkodzeniami, dla wielu osób nie są one karą, ale próbą odzyskania kontaktu ze sobą, zmniejszenia napięcia albo poczucia, że wciąż się żyje. To, że do dziś pamiętasz niektóre obrazy, również nie jest niczym niezwykłym. Mózg potrafi na długo zapamiętać bardzo intensywne doświadczenia, szczególnie z okresu dużego przeciążenia psychicznego. Dobrze, że dziś potrafisz spojrzeć na tamtą siebie z większym zrozumieniem. Coraz mniej słyszę w Twoich słowach ocenę, a coraz więcej współczucia dla dziewczynki, która robiła wszystko, co umiała, żeby przetrwać. Myślę, że wiele osób mogłoby odnaleźć się w Twoim opisie, nawet jeśli ich historia wyglądała inaczej. 

Dziękuję, że zdecydowałaś się o tym opowiedzieć.

Jagoda Jek

Jagoda Jek

Dziękuję, że zdecydowałaś się podzielić tak osobistym doświadczeniem. Z tego, co opisujesz, wybrzmiewa przede wszystkim ogrom cierpienia, z którym jako dziecko próbowałaś sobie poradzić najlepiej, jak potrafiłaś. To, że szukałaś bardzo silnych bodźców czy sięgałaś po samouszkodzenia, nie brzmi jak chęć „zrobienia sobie krzywdy dla samej krzywdy”, ale raczej jako próba poradzenia sobie z pustką, odcięciem od emocji i odzyskania poczucia, że w ogóle żyjesz.

To, że do dziś pamiętasz obrazy z tamtego okresu, również nie musi dziwić – szczególnie jeśli oglądałaś je w czasie, kiedy Twój organizm był w bardzo trudnym stanie psychicznym. Jednocześnie bardzo poruszyło mnie to, że dziś potrafisz spojrzeć na tamtą siebie z większym zrozumieniem i dostrzec, że za tymi zachowaniami kryło się cierpienie, a nie „zepsucie” czy zła wola.

Myślę też, że jeśli ten wątek nadal do Ciebie wraca, warto dać mu przestrzeń – nawet jeśli wcześniejsza terapia już się zakończyła. Czasami dopiero po latach jesteśmy gotowi nazwać i opowiedzieć o doświadczeniach, na które wcześniej nie było miejsca. 

 

Jakub Pawłowski

Jakub Pawłowski

Dziękuję, że zdecydowałaś się o tym napisać. To, co opisujesz, brzmi jak historia osoby, która przez długi czas próbowała poradzić sobie z ogromnym cierpieniem i emocjonalnym odcięciem, używając jedynych sposobów, jakie wtedy były dla niej dostępne. Z Twojego opisu nie wynika, że „chciałaś zła” – raczej desperacko szukałaś czegokolwiek, co pozwoliłoby Ci coś poczuć, odzyskać poczucie kontroli lub przerwać wewnętrzną pustkę.

Zwróciło moją uwagę, że dziś patrzysz na tamten okres z większym współczuciem wobec siebie. To ważna zmiana. Osoby, które doświadczają depresji, dysocjacji czy silnego przeciążenia psychicznego, często później odkrywają, że zachowania, których się wstydziły, były próbą regulowania cierpienia, a nie wyrazem ich charakteru.

Dobrze też czyta się to, że skorzystałaś z terapii i że potrafisz napisać „finalnie jest ok”. To nie wymazuje przeszłości, ale pokazuje, że nawet bardzo trudne doświadczenia nie muszą definiować całego życia.

Myślę, że wiele osób może odnaleźć się w Twoim opisie – może nie w konkretnych treściach, które oglądałaś, ale w poczuciu pustki, niezrozumienia, szukaniu ulgi za wszelką cenę czy przekonaniu, że jest się „zepsutym”. Dziękuję, że nazwałaś to tak szczerze. Takie świadectwa pomagają innym poczuć, że nie są sami i że z nawet bardzo ciemnego miejsca można stopniowo wyjść.


Piotr Ziomber

Piotr Ziomber

Dzień dobry

 

  W okresie adolescencji czasami młodzi ludzie prowokują zachowania, których nie potrafią zrozumieć po latach, ale które jednak rzutują na ich tu i teraz. Samookaleczenia niosą formę w stylu "zauważcie mnie", albo są próbą na zbyt duże napięcie, z którym dana osoba nie jest sobie w stanie poradzić.  Poszukiwanie swojej tożsamości i ukojenia w życiu dorosłym może okazać się być wyjątkowym cierpieniem, które może być mocno traumatyczne. W Pani przypadku mogły się wydarzyć rzeczy które Pani wyparła i o których Pani nie pamięta, ale ciało pamięta.  Zalecam spotkanie z psychotraumatologiem, który rozpocznie terapie MDR lub brian spotting.  

Bożena Nagórska

Bożena Nagórska

Dzień dobry.

Pani poruszające wyznanie pokazuje, że oglądanie drastycznych treści oraz samookaleczenia w dzieciństwie nie były przejawem „zepsucia”, lecz instynktowną próbą przerwania paraliżującej pustki i odzyskania jakiejkolwiek kontroli nad zamrożonym przez depresję ciałem. Fakt, że te brutalne obrazy do dziś powracają w Pani wspomnieniach, świadczy o głębokim śladzie, jaki to ekstremalne przebodźcowanie zostawiło w młodej psychice, która próbowała wtedy po prostu przetrwać i poczuć, że żyje. To niezwykle ważny i uzdrawiający moment, w którym przestaje Pani winić siebie za tamte zachowania, a zaczyna widzieć w małej dziewczynce ogromnie cierpiące dziecko – jeśli te wspomnienia nadal ciążą, warto w przyszłości wnieść ten wątek na terapię, by ostatecznie oczyścić głowę z tamtych obrazów.

Powodzenia

Bożena Nagórska

Sylwia Skibińska

Sylwia Skibińska

Dzień dobry. Z Pani opisu wybrzmiewa przede wszystkim ogrom cierpienia, ale też długa droga, jaką przeszła Pani w kierunku zdrowienia. To, że dziś potrafi Pani spojrzeć na tamte doświadczenia z większym zrozumieniem pokazuje jak wiele pracy już zostało wykonane. Życzę, aby dalszy proces zdrowienia pozwalał stopniowo uwalniać się również od tych bolesnych wspomnień. Jeśli czuje Pani, że ten temat nadal jest w Pani żywy, warto wrócić do niego podczas terapii, nawet po czasie.

Pozdrawiam,

Sylwia Skibińska 

Agnieszka Włoszycka

Agnieszka Włoszycka

Dzień dobry,

 

Dziękuję, że zdecydowała się Pani podzielić tym doświadczeniem. Czytając Pani słowa, nie widzę „dziwnego epizodu”, ale historię dziecka, które przeżywało ogromne cierpienie i desperacko szukało sposobu, by poczuć cokolwiek.Sądzę że, ma to głęboki sens psychologiczny. Kiedy człowiek doświadcza silnej pustki, odcięcia od emocji czy depresji, czasem zaczyna szukać bardzo intensywnych bodźców. Nie dlatego, że ich chce, ale dlatego, że próbuje odzyskać kontakt ze sobą. Podobnie samouszkodzenia nie zawsze są próbą ukarania siebie: często są próbą regulacji emocji, odzyskania poczucia kontroli lub upewnienia się, że „nadal żyję”.Bardzo poruszyło mnie, że dziś potrafi Pani spojrzeć na tamtą siebie z większą łagodnością. To ważna zmiana. Zamiast widzieć w sobie „problem”, zaczyna Pani dostrzegać dziecko, które nie miało odpowiednich narzędzi, aby poradzić sobie z ogromnym bólem.

Uwazam też, to,  że niektóre obrazy z tamtego okresu nadal wracają, również nie jest niczym niezwykłym. Mózg potrafi bardzo długo przechowywać wspomnienia związane z silnym przeciążeniem emocjonalnym.Jeżeli czuje Pani, że ten temat nadal w Pani żyje, warto kiedyś do niego wrócić podczas terapii. Nie dlatego, że zrobiła Pani coś złego, ale po to, by domknąć fragment swojej historii, który do tej pory pozostawał niewypowiedziany.Myślę, że wiele osób może odnaleźć się w Pani opisie. Być może nie w samych zachowaniach, ale w doświadczeniu pustki, niezrozumienia i desperackiego szukania ulgi. Sam fakt, że dziś potrafi Pani o tym napisać, świadczy o ogromnej drodze, jaką Pani przeszła.

 

Z pozdrowieniami,

Agnieszka Włoszycka

Zobacz podobne

Czy możliwa jest przyjaźń z byłym partnerem po rozstaniu? Dylemat emocjonalny i reakcje nowej partnerki
Czy przyjaźń świeżo po rozstaniu pasuje? Wczoraj mój były chłopak zostawił mnie dla innej starszej kobiety która jest w jego typie. Rozstaliśmy się w zgodzie. Być może nawiążemy romans nawet gdy mój były chłopak jest w nowym związku. Po tej informacji że, to koniec nie mogłam spać i byłam smutna, ale mam siłę na to żeby się z nim przyjaźnić. Zaznaczę że mojego byłego chłopaka kobieta jest bardzo zazdrosna,o wszystkich z którymi mój ex się zadaje. Dla mnie i mojego byłego chłopaka to nowa sytuacja.
Czy pytanie o późne macierzyństwo może być bolesne na pierwszej konsultacji?
Czy takie pytanie na pierwszej konsultacji mogło zaboleć? Tytuł: **Czy takie pytanie na pierwszej konsultacji mogło zaboleć?** Dodałem wątek o wieku, wrażliwości i ruminacjach — ale bez zbyt dużego dramatyzowania, żeby forum nie poszło od razu w „to Pani reakcja jest problemem”. Byłam kiedyś na pierwszej konsultacji u psychoterapeutki i padło pytanie, dlaczego moja mama urodziła mnie „tak późno jak na 1998 rok”. Mama miała wtedy 32 lata. Wiem, że dziś 32 lata to nie jest nic dziwnego, ale rozumiem też, że w latach 90. średnio kobiety rodziły wcześniej. Nie chodzi mi jednak o samą statystykę. To pytanie bardzo mnie zabolało, bo zabrzmiało dla mnie tak, jakby późniejsze macierzyństwo było po prostu wyborem kobiety. A przecież nie zawsze tak jest. Nie każda kobieta ma taką samą pozycję na rynku matrymonialnym, nie każda szybko znajduje partnera, który chce z nią założyć rodzinę, nie każda ma realne warunki do dziecka wtedy, kiedy „statystycznie wypada”. Dodatkowo w Polsce samotna kobieta nie ma prostego dostępu do in vitro, więc to też nie jest tak, że może sobie po prostu sama zdecydować: „teraz zostanę matką”. Dlatego pytanie „dlaczego tak późno?” może boleć. Może brzmieć trochę tak, jakby kobieta miała się tłumaczyć z tego, że wcześniej nie miała partnera, nie była wybrana albo nie miała realnej możliwości macierzyństwa. Nie twierdzę, że terapeutka na pewno miała złe intencje. Zastanawiam się tylko, czy takie pytanie na pierwszej konsultacji nie powinno być zadane ostrożniej, np. „czy wie Pani coś o historii związku rodziców przed Pani urodzeniem?” albo „jak wyglądały okoliczności Pani urodzenia?”, zamiast „dlaczego tak późno?”. Mam też szerszą wątpliwość. Mam 28 lat i często słyszę, że jestem „cholernie wrażliwa”, że moje pokolenie to „płatki śniegu” itd. Z jednej strony wiem, że to pytanie dotknęło dla mnie bardzo bolesnego tematu. Z drugiej strony zastanawiam się, czy adekwatne do wieku 28 lat jest tak mocne przejmowanie się takim pytaniem i wracanie do niego w myślach po czasie. Czy Waszym zdaniem moja reakcja bólu była zrozumiała, nawet jeśli samo pytanie mogło być elementem wywiadu? I czy takie ruminowanie o tym po czasie oznacza po prostu dużą wrażliwość/przewrażliwienie, czy raczej to, że pytanie dotknęło realnie trudnego tematu? Dzięki z góry za odpowiedź.
TW: myśli samobójcze. Czuję się samotna w związku, brak wsparcia emocjonalnego i myśli samobójcze

TW: myśli samobójcze

 

Chyba mam myśli samobójcze, mam dla kogo żyć mam syna 3,5 latka, na którego czekałam tyle lat. Żyje z ojcem dziecka już bardzo długo, ale jest to ciężki człowiek, dużo od siebie wymaga, i też od innych, jest pracowity, kocha syna, wszystko robi, żeby miał w życiu lepiej niż on. Pracuje ciężko na nasz dom. Często mamy odmienne zdania, przez co często są małe sprzeczki. Często jak chce mu opowiedzieć, co wydarzyło się w pracy lub co spotkało mnie dziś, lub jaki mieliśmy z synem dzień jestem prawie zawsze atakowana ….. że powinnam była zrobić tak powiedzieć tak zachować się tak itp itd. Uważam, że nie jest dla mnie wsparciem psychicznym, bo często z tego powodu płacze. Ja też pracuję, nie zarabiam tyle, co on, ale pracuje, daje z siebie wszystko, praca dom itd, to co robi większość kobiet. 

Nie mam własnego życia oprócz domu, nie chodzę na siłownię, nie spotykam się z koleżankami, bo ich też nie mam. Nie jestem dobrą kucharką, ale zawsze ciepły obiad w domu jest. Zawsze wszędzie się spieszę, żeby zrobić zakupy, posprzątać itd. odebrać dziecko ze szkoły, nigdy nie myślę o sobie. Fryzjer phiiii 2 razy w roku, kosmetyczka na urodziny. Nie kupuje nowych ciuchów, butów, nie maluje się, bo szkoda mi czasu. Ogólnie czuję się, jak bym miała 60 lat. Nie potrafię już nawet zadbać o siebie. Brakuje mi kogoś, z kim mogę pogadać. Mam kochaną mamę, ale nie chce jej martwić. Ojciec dziecka nigdy sam z siebie mnie nie przytulił, nie jest to człowiek, który okazuje miłość. Mówi, że kocha, bo na nas pracuje i wszystko robi dla nas. Ja to rozumiem, ale gdzie jest w tym wszystkim zwykły przystulas, gdy boli brzuch, gdy gorsze dni. Sam o sobie mówi, że jest materialista, tylko pieniądze go motywują. Jest to też zrozumiałe, ale moim zdaniem przy tym wszystkim jest trochę może za mocne słowo użyje, ale “ moim katem “nieraz jak jest jakiś temat to żałuje, że go rozpoczęłam. Wydaje mi się, że w przyszłości przestanę mu mówić o różnych rzeczach, żeby uniknąć kłótni. Jestem osobą prostą, niewymagającą wiele, chce nauczyć syna być dobrym człowiekiem z empatią do innych i szacunkiem do 2 osoby. On wprowadza do domu trochę “wojska”.  Wiem ,że jest to dobry człowiek do tego stopnia, że jeśli stałoby się coś moim rodzicom to nie wstydziłby się im d.. podcierać. Ale to, co ja czuję chyba też jest ważne. Nie mamy życia seksualnego w ogole, bo on ciągle zmęczony pracą i nie potrzebuje tego, jak sam mówi . Ja niby też, ale przez to nie czuję się jak kobieta, żyjemy jak brat z siostrą. Chciałabym sobie jakoś pomóc, bo boję się że sama sobie nie poradzę . Dużo by pisać, ale w sumie po co . Mieszkamy za granicami Polski sami z dzieckiem, bez rodziny. Coraz częściej patrzę na garaż z dziwnymi myślami, bo przecież, po co ktoś słaby psychicznie ma na tym świecie być. Ja nic tu nie wnoszę. W pracy wszyscy mnie lubią, wręcz widzą, że ja to taka ogarnięta, ale nie widzą, co się dzieje u mnie w środku. Chce mi się wyć i krzyczeć.

Mam żonę i wieloletni romans – czy to miłość, zazdrość i lęk przed stratą? Zostać z żoną czy odejść do kochanki
Cześć wszystkim, w życiu bym nie pomyślał, że kiedykolwiek będę szukał pomocy na tego typu forum, ale cóż... Dopadło i mnie. Na forum trafiłem przypadkowo szukając artykułów w sieci. Potrzebuję pomocy, wskazania jakiegoś kierunku, bo jestem w takim momencie życia, że kompletnie nie wiem co zrobić. Mam nadzieję, że są tu osoby które pomogą mi zrozumieć o co mi w życiu chodzi. Poniżej moja historia, najważniejsze fakty i pytanie: Co mam zrobić, która decyzja będzie najlepsza? Od 2007 roku mam żonę. Moje małżeństwo jest chyba dobre. Spędzamy ze sobą bardzo dużo czasu, robimy wspólnie dużo rzeczy razem, sporo podróżujemy, jeździmy razem na rowerach, biegamy, chodzimy w góry, w weekendy prawie zawsze coś robimy, nie mamy dzieci, potrafimy się dogadać, mamy wspólne tematy, ale jak to w długim małżeństwie bywa, nie ma już ekscytacji drugą osobą, wielkiego pożądania i przysłowiowych motylków w brzuchu. Jest poprawnie, ale jest rutyna. Nikt nie ma żadnych nałogów, nie ma patologii, nie wyzywamy się, nie ma żadnej przemocy, nie ma problemów finansowych. Jest znudzenie, wieczorami każdy siedzi w swoim telefonie/laptopie, czasem rozmawiamy, często planujemy jakieś kolejne wypady, itp. Po 2 latach od ślubu poznałem dziewczynę, z którą spotykam się do dziś. To moja kochanka. Poczułem coś do niej od razu jak ją zobaczyłem. To było około 14-15 lat temu. Chemia robiła swoje. Razem mieliśmy te same objawy zakochania, lub zauroczenia, nie potrafię tego odróżnić. Ona wiedziała że mam żonę, ale mimo to w końcu poszliśmy do łóżka. Seks był niesamowity, namiętny, intensywny. Pasowaliśmy do siebie idealnie. Spotykaliśmy się czasem 2 razy w miesiącu, czasem kilka razy na pół roku. Bywało różnie. Po pewnym czasie zauważyłem, że po seksie z kochanką, myślami wracałem do żony. Seks nadal był super, ale czułem że chcę wracać do domu. Trwało to kilka lat, nawet sam chciałem to kilka razy zakończyć, ale ona mówiła że mnie potrzebuje, że nie chce nikogo na stałe i że taka forma romansu jej pasuje, aż w końcu moja kochanka poznała kogoś 5 lat temu i chciała zakończyć nasz romans. Spanikowałem. Obudziła się we mnie okropnie wielka i silna zazdrość. Nie mogłem spać, jeść. Nie mogłem pogodzić się z myślą, że ją stracę, ponieważ odeszłaby ode mnie z innym mężczyzną i przestałaby się ze mną spotykać. Pojechałem do niej, obiecałem że się rozwiodę, bo naprawdę czułem że nie chcę jej stracić. Ona w to uwierzyła, a ja się nie rozwiodłem. Za brakło mi czegoś, nie wiem czego, być może odwagi, być może podświadomie tego nie chciałem. Przez kolejne kilka lat spotykaliśmy się tak jak wcześniej. Seks był super, ale po spotkaniach chętnie wracałem do domu. Byłem spokojny, że ona nikogo nie ma, że jest tylko moja, mimo że wiedziałem że jest nieszczęśliwa, bo nie wziąłem rozwodu. Tydzień temu dowiedziałem się, że znowu kogoś poznała i chce z nim spróbować. Uderzyła mnie zazdrość. Wielka, niezrozumiała dla mnie zazdrość. Szaleję z zazdrości ale nie potrafię jej sobie wytłumaczyć. Znowu nie jem, nie śpię, nie mogę się skupić na pracy, myślę tylko o niej i o jej nowym znajomym. Boję się okropnie, że stracę ją bezpowrotnie. Powiedziałem jej że ją kocham, ale sam nie wiem czy uczucie miłości nie miesza się z zazdrością. Ona cały czas mnie kocha, mówi żebym zostawił żonę i był z nią skoro tak za nią szaleję z zazdrości. Ona cały czas mnie kocha odkąd się poznaliśmy. Jednak ja nie wiem co będzie dla mnie najlepsze. Dodam jeszcze, że żona nie wie o moim romansie. Ponieważ miałem kochankę, zacząłem zaniedbywać żonę. Przestaliśmy uprawiać seks, nawet przez kilka tygodni do niczego nie dochodziło. Około 5 lat temu przypadkowo odkryłem że żona też mnie zdradzała przez kilka miesięcy, nie wiedząc o moim romansie. Zrobiła to bo czuła się zaniedbana. Bo nie patrzyłem na nią z pożądaniem. Nie chodzi o to że ją usprawiedliwiam, ale trochę to rozumiem. Całkowicie obiektywnie, mogę powiedzieć, że gdybym poświęcał jej więcej uwagi, być może nigdy by tego nie zrobiła. Być może. Rozmawiałem o tym z żoną, powiedziałem jej że wiem. Wybaczyłem jej, tak przynajmniej czuję, i nadal jesteśmy razem, ale w sferze seksu niewiele się zmieniło. Ja nie czuję do niej takiego pożądania jak do kochanki, a ona to zaakceptowała, bo przypuszczam że docenia to że jej wybaczyłem. Nigdy też nie czułem do żony tego co czuję teraz do kochanki, nigdy też nie byłem o nią jakoś szczególnie zazdrosny. Nawet gdy dowiedziałem się o jej zdradzie, oczywiście było to bolesne i było dużym szokiem, ale szybko to sobie ułożyłem w głowie, i dalej sobie żyliśmy, bez jakiejś panicznej zazdrości z mojej strony i zainteresowania czy znowu mnie nie zdradza. Aktualnie nie wiem co mam zrobić. Czy zostawić żonę i iść do kochanki, czy zostać z żoną? Nie potrafię sobie wytłumaczyć co się ze mną dzieje i dlaczego w obliczu straty kochanki budzi się we mnie szaleńcza zazdrość i chyba uczucie miłości, chociaż tego drugiego nie jestem pewny. Dodam, że przez większą część roku nie czułem do kochanki takiej zazdrości, ale to zapewne z powodu że nie było zagrożenia straty. To uczucie pojawia się wyłącznie gdy ona chce odejść. Jeżeli jest ktoś, kto przeszedł podobną drogę i może podzielić się doświadczeniem, lub ktoś kto rozumie mechanizmy działające w mojej historii i będzie w stanie mi je wytłumaczyć to będę niezmiernie wdzięczny. Nie potrafię podjąć decyzji czy zostać z żoną, czy odejść. Boję się tej decyzji. Boję się, że jak odejdę, będę tego żałował, bo codzienne życie z kochanką będzie zupełnie inne niż sobie wyobrażam, ale z drugiej strony od wielu lat czeka na mnie zakochana po uszy kobieta, która właśnie ma dość czekania, a ja boję się że stracę kogoś wyjątkowego bezpowrotnie.
Jestem oceniany, czuję się inny - ludzie tworzą okropne plotki.

Ludzie uważają, że jestem ćpunem. Jako nastolatek miałem typową nastoletnią depresję, byłem przybity i roztargniony. Słyszałem jak się ze mnie śmiali, że jestem " naćpany". Możliwe, że mam jakieś dziwne ruchy ciała, które się ludziom nie podobają, bo nawet rodzice i brat mówili mi, że dziwnie chodzę. 

Po latach pracy nad sobą w końcu zacząłem żyć radością i dostrzegać śmieszność we wszystkich rzeczach. Poszedłem do pracy z uśmiechem do ludzi a oni uznali, że "na pewno ćpam, bo szczerzę się jak głupi do sera". Są plotki na mój temat, że ciągle się uśmiecham, bo biorę narkotyki. Nie wiem jak mam żyć. Wszystko co robię to źle, jestem smutny źle, uśmiecham się też źle. Może ja po prostu jestem "jakiś inny" i nie pasuję do społeczeństwa. Raczej stronię od ludzi, bo zawsze spotyka mnie fala krytyki. Czy coś rzeczywiście jest ze mną nie tak?

kryzys w związku

Kryzys w związku – jak go przetrwać i odbudować relację?

Twój związek w kryzysie? To naturalny etap, który może wzmocnić relację. Poznaj sprawdzone strategie i porady ekspertów, by skutecznie przez niego przejść i odbudować więź. Czytaj dalej!