
- Strona główna
- Forum
- kryzysy, rodzicielstwo i rodzina, związki i relacje
- Problem od...
Problem od trudności w relacjach z teściami, przez relację z mężem, po trudności w komunikacji z dziećmi. Czuję, że emocje są bardzo silne.
Kamila
Katarzyna Rosenbajger
Witam,
Opisuje pani problemy ze złością, ale również płaczliwość oraz inne emocje, które sa dla pani ciężkie do przepracowania samotnie.
Prosze poszukać specjalisty; psychologa czy psychoterapuety, który pomoże pani przepracować te emocję oraz przywrócić pani spokój i stabilność. Czasem każdy z nas potrzebuje pomocy, w ciężkim dla nas momentach.
K Rosenbajger
Psycholog
Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?
Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!
Alina Nowaczyk
Zrozumiałam, że przeżywasz trudności w relacjach rodzinnych, z mężem i otoczeniem, wyrażając je poprzez trudności w kontrolowaniu emocji, zwłaszcza w relacji z dziećmi. Samej trudno jest Ci być może zacząć zmianę, której źródło jest w Tobie. Osoba towarzysząca, psycholog czy psychoterapeuta może pomóc w zrozumieniu źródeł problemów, rozwijaniu umiejętności komunikacyjnych, zarządzaniu emocjami, budowaniu samoświadomości, wspieraniu roli rodzica i pracy nad samoakceptacją. Proces terapeutyczny jest indywidualną podróżą, mającą na celu identyfikację celów i rozwijanie umiejętności potrzebnych do osiągnięcia pożądanych zmian.
Katarzyna Waszak
Dzień dobry!
Problemy emocjonalne, o których Pani napisała, z czegoś wynikają. Warto poszukać źródła wspólnie z psychoterapeutą. Relacja z samą samą sobą, sposób traktowania siebie rzutują na relacje interpersonalne.
W celu poprawy jakości komunikacji w związku zachęcam do skorzystania z terapii par. Powodzenia
Katarzyna Waszak
Alicja Prusaczyk
Dzień dobry
Przeżywa Pani trudności w sferze rodzinnej, które wpływają również na Pani samopoczucie. Pojawiają się emocje, które trudno opanować.
Wsparcie specjalisty może pomóc Pani w przepracowaniu trudności i realnie przywrócić spokój w życiu.
Zapraszam na bezpłatną konsultacje wstępną w moim gabinecie online.
Pozdrawiam
Alicja Prusaczyk
Psycholog
Justyna Czerniawska (Karkus)
Dzień dobry,
rozumiem, że doświadcza Pani trudności na wielu płaszczyznach życia. Myślę, że dobrym pomysłem będzie kontakt z psychologiem lub psychoterapeutą, który zaoferuje Pani wsparcie.
Pozdrawiam serdecznie,
Justyna Karkus - psycholog, psychoterapeuta

Zobacz podobne
Niedawno napisałam zapytanie o chorobę Munchausena.
Jedna z Pań zapytała, co daje mi ból. Od nastoletnich lat się okaleczałam i po prostu sprawiało mi to przyjemność. I fizyczną i psychiczną. Czułam fizyczną ulgę i choć przez chwilę ktoś się mną interesował. W wieku 17 lat poznałam mężczyznę, który jest teraz moim mężem. Zaszłam też wtedy w ciążę i przysięgłam wtedy mojemu dziecku, że więcej się nie okaleczę. Prawie mi się udało, bo przez 13 lat zrobiłam to tylko raz. Gdy zachorowałam, na początku nikt nie wierzył mi, że naprawdę źle się czuję. Lekarz wysłał mnie do psychiatry, twierdząc, że mam depresję i załamanie psychiczne, bo zbiegło się to z utratą pracy, chociaż w ogóle mnie to wtedy nie zmartwiło, bo miałam jeszcze jedną pracę. Nikt mnie nie słuchał, po prostu ładowali we mnie antydepresanty. Aż pewnego dnia przy zwyczajnej kontroli holterem, bo byłam kilka miesięcy po zabiegu kardiologicznym, po prostu zatrzymało mi się serce. I wtedy okazało się, że mam ostrą postać boreliozy, która zniszczyła serce i prawie mnie zabiła. Jeszcze okazało się, że jestem w ciąży. Przez całą ciążę umierałam ze strachu o życie dziecka i o swoje życie. Niecały rok później miałam nawrót boreliozy, też mnie nikt nie słuchał. Zrobiłam badania na własną rękę i oczywiście nawrót. Wyleczono, ale problemy kardiologiczne się pogłębiły.
Zrobiono mi eksperymentalny zabieg, który tylko pogorszył wszystko jeszcze bardziej. Nie byłam w stanie funkcjonować, nie miałam siły, serce szalało, wywoływało utraty przytomności, a lekarze mówili, że to przejdzie, bo to etap gojenia. Trwało to rok. W międzyczasie umarła moja przyjaciółka poznana w szpitalu z wręcz identyczną historią choroby jak moja. Byłam przerażona, gdy zaproponowano wstawienie rozrusznika, nawet się nie zawahałam. Przyniosło to ulgę na chwilę, ale strach o własne zdrowie i życie przerodził się w potrzebę. Uświadomiłam sobie, że ja nie chcę zostać wyleczona, chcę być leczona, bo tylko wtedy ktoś mnie słucha, poświęca mi uwagę. Mój mąż nie był przy mnie, nawet gdy wszczepiali mi rozrusznik. Ograniczał się do podrzucenia mnie kolejny raz do szpitala i na tym zainteresowanie się kończyło. Zresztą tak jest cały czas. Mam wrażenie, że jestem mu potrzebna tylko do codziennych obowiązków, żeby miał mniej na głowie i nic więcej. Rok temu próbowałam popełnić samobójstwo. Wzięłam ogromną dawkę antydepresantów, ledwo mnie uratowano, spędziłam 10 dni w szpitalu psychiatrycznym. Nie wstrząsnęło to za bardzo moim mężem. Raczej cieszył się, że dalej będę użyteczna. Nikt nie wie o próbie samobójczej, ukryłam to, wstydząc się, a mój mąż też stwierdził, że lepiej to ukryć. Wołał zamieść wszystko pod dywan, zamiast mi pomóc i mieć gdzieś opinię innych. Jestem w tym sama, nie potrafię pójść dalej. Zostałam tylko ja i moje choroby. Na szczęście mój stan zdrowia znów się zaczął pogarszać, więc przynajmniej czuję spokój.


