Aplikacja TwójPsycholog — wsparcie, które masz zawsze pod ręką

📲 Pobierz aplikację i zadbaj o siebie na własnych zasadach

Dostępne w Google PlayPobierz w App Store
Left ArrowWstecz

Jak radzić sobie z poczuciem winy za zerwanie związku z powodu własnych lęków

jak pogodzić się z faktem że to przeze mnie i moje lęki doszło do zerwania z chłopakiem. Był wspierający, zapewniał mnie że nigdy nie ma innej i że jestem tylko ja i ja mu starcze. Mimo to ciągle wątpiłam i próbowałam doszukiwać sie najgorszego chociaż nigdy nie było do tego powodów. Nigdy nie dałam sobie przemówić do rozsądku i panikowałam jakby mnie zdradzał z 10 kobietami a on po prostu pisał z byłą przyjaciółką raz na pare tygodni. Od zerwania minęło trochę czasu a ja nadal nie moge przeżyć z tym że ja byłam prowodyrem 90% nieporozumień i w końcu zerwania
Agnieszka Sokal

Agnieszka Sokal

Dzień dobry. 

Przede wszystkim proszę przestać się biczować – noszenie w sobie tak wielkiego poczucia winy tylko Panią niszczy.

Jako psycholog muszę Panią zapewnić: Pani lęki nie wzięły się znikąd. To, że panikowała Pani z powodu jego kontaktu z przyjaciółką, nie wynikało ze złośliwości, ale z silnego, nieprzepracowanego lęku przed odrzuceniem. W tamtych momentach Pani układ nerwowy działał w trybie przetrwania, a wtedy zdrowy rozsądek po prostu się wyłącza.

Jak się z tym pogodzić?

Wybaczyć sobie: Przyznanie się do błędu to ogromny akt dojrzałości. Proszę jednak oddzielić odpowiedzialność od toksycznego poczucia winy. Robiła Pani to, co dyktował Pani strach.

Potraktować to jako lekcję: Ten związek pokazał Pani, gdzie leży problem. Czasu Pani nie cofnie, ale może Pani zmienić swoją przyszłość.

Pójść na terapię: To najważniejszy krok. Specjalsta pomoże Pani przepracować te lęki, aby w kolejnej relacji nie czuła już Pani potrzeby ciągłego szukania zagrożenia.

Zasłużyła Pani na wybaczenie samej sobie. Proszę wyciągnąć wnioski i zająć się swoim zranionym wnętrzem. Życzę Pani dużo łagodności.

 

Pozdrawiam 

Agnieszka Sokal 

Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?

Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!

Piotr Ziomber

Piotr Ziomber

Dzień dobry

 

 To co Pani opasuje jest jasnym przykładem osoby, która powinna udać się na terapię. Pani patologiczna zazdrość i podejrzenia mają jakieś  źródło. Jakie? Być może Pani wie, a może nie wie. Jednak tutaj jest potrzebna pomoc specjalisty, inaczej historia  w przyszłości może zatoczyć koło. Proszę tego nie ignorować. 

Jagoda Jek

Jagoda Jek

W tym, co opisujesz, bardzo wyraźnie widać mieszankę żalu, poczucia winy i silnej potrzeby zrozumienia tego, co się wydarzyło w relacji.

Warto na początku zauważyć, że w relacjach rzadko istnieje jedna „jedyna przyczyna” rozpadu. Zwykle jest to proces, na który wpływają różne emocje, wzorce reagowania i sposób komunikacji po obu stronach, nawet jeśli jedna osoba bardziej to przeżywa lub częściej reaguje lękiem.

To, że dziś widzisz swoje lęki i zachowania z większą świadomością, jest ważnym krokiem, ale nie musi oznaczać, że „wszystko było Twoją winą”. Często po rozstaniu umysł ma tendencję do zawężania perspektywy i przypisywania sobie całej odpowiedzialności, co może nasilać poczucie winy i trudność w domknięciu tej relacji emocjonalnie.

Jeśli ta sytuacja nadal wywołuje silne napięcie i trudne emocje, pomocna może być rozmowa z psychologiem. Praca nad zrozumieniem własnych reakcji lękowych i schematów w relacjach często pozwala nie tylko uporządkować przeszłość, ale też lepiej funkcjonować w przyszłych relacjach, bez nadmiernego obwiniania siebie.

Marcin Brodowski

Marcin Brodowski

Dzień dobry Pani,

 

czytając Pani wiadomość, widzę przede wszystkim dużo bólu. To ważne, że potrafi Pani dziś dostrzec wpływ swoich lęków na relację, ale jednocześnie mam wrażenie, że bierze Pani na siebie całą odpowiedzialność za rozstanie.

 

Lęk potrafi sprawiać, że widzimy zagrożenie nawet tam, gdzie go nie ma. Nie dlatego, że chcemy skrzywdzić drugą osobę, ale dlatego, że bardzo boimy się jej utraty, czy zranienia. 

 

Myśle, że warto zastanowić się, skąd brał się ten silny lęk i czego próbował Panią chronić. To może być przydatne w radzeniu sobie z nim.

 

Dobrze też nie zostawać z tym samej. Rozmowa z kimś zaufanym lub możliwość spokojnego przyjrzenia się temu tematowi w bezpiecznej przestrzeni może pomóc spojrzeć na tę sytuację z większą życzliwością wobec siebie.

 

Pozdrawiam serdecznie,

Marcin Brodowski

Ewa Ratusińska

Ewa Ratusińska

Hej,  to naturalne, że cierpisz i pozwól sobie na to. Ciężko pogodzić się z rozstaniem - ot tak,! To jest proces, w którym można sobie pomóc, albo dowalić.  Obwinianie siebie nie pomaga, chłopaka na krótko, najskuteczniejsze jest wyciąganie wniosków :)  Zadaj sobie np. pytanie, za czym najbardziej tęsknisz? Co tak naprawdę straciłaś po rozstaniu? A może coś  zyskałaś?  A może tego co potrzebujesz nigdy w niej nie było i dlatego cierpiałaś?  A nie dlatego, że przesadzałaś. 

 A to zachowanie Twojego chłopaka psuło Wasz związek, a nie Twoja reakcje na pisanie z byłą?  W związku są dwie osoby.. Pułapką jest obwinianie wyłącznie siebie, bo kolejny związek będzie podobny, a  ty jeszcze bardziej będziesz się starała, żeby było cudownie i jeszcze bardziej będziesz cierpieć.  Uczucia to nie włosy, nie można ich obciąć i zmienić stylówki na bardziej wyluzowaną. Jeśli szukać porównań, to  uczucia są bardziej jak zęby, czasem bolą, czasem wymagają leczenia, czy aparatu, ale dbamy o nie, prawda?  Rozejrzyj się wśród bliskich. Poszukaj w swoim otoczeniu tego lęku, który tak Cię nakręcał w relacji z tym chłopakiem. Może  przypomnisz sobie coś z dzieciństwa? .To nie musi być wielkiego, czasem zwyczajne sytuacje zastygają w nas i  gniotą.  Pomaga dostrzeżenie tego, nazwanie  (po swojemu) i próba zrozumienia,  z terapią lub bez. . .  Gdyby Twój chłopak był taki, jakim go wspominasz, to wybrałby Twój spokój a nie smsy z byłą. Ne przesadzasz i nie jesteś przewrażliwiona - właściwa osoba to uszanuje.   

Edyta Kotula

Edyta Kotula

To, co Pani teraz czuje, brzmi jak bardzo ciężkie poczucie winy i żal po stracie relacji, która była dla Pani ważna. W takich sytuacjach umysł często wraca do wszystkiego, co „mogłam zrobić inaczej”, i zaczyna brać całą odpowiedzialność na siebie.

Ale relacja nigdy nie jest tylko po jednej stronie. To, że Pani miała lęk i reagowała intensywnie, nie oznacza, że to Pani „zniszczyła” związek. To był wspólny proces, w którym oboje coś wnosiliście — także on swoje decyzje, zachowania i granice.

Lęk, który Pani się uruchamiał, nie jest czymś, co bierze się znikąd. On zwykle mówi o wcześniejszych zranieniach, potrzebie bezpieczeństwa, o tym, że coś w relacji było dla Pani trudne do zniesienia.

Teraz najbardziej potrzebne nie jest karanie siebie, tylko życzliwe spojrzenie na siebie z dystansu:
„Było mi trudno. Reagowałam najlepiej, jak wtedy umiałam.”

To nie unieważnia tego, co się wydarzyło, ale pozwala przestać nosić w sobie cały ciężar winy.

 

Pozdrawiam 

Edyta Kotula | Psycholog,  Psychotraumatolog

Jakub Pawłowski

Jakub Pawłowski

To, że dziś widzisz swój udział w tym, co się wydarzyło, nie oznacza, że powinnaś skazywać się na ciągłe poczucie winy. Lęk potrafi bardzo zniekształcać sposób myślenia i sprawiać, że nawet niewinne sytuacje wydają się zagrożeniem. Nie robiłaś tego dlatego, że chciałaś go zranić, ale dlatego, że próbowałaś poradzić sobie z własnym lękiem.

Zamiast pytać, jak mogłaś do tego dopuścić, spróbuj zadać sobie pytanie: „Czego ta sytuacja może mnie nauczyć?”. To doświadczenie może stać się impulsem do pracy nad sobą, aby w przyszłości budować relacje z większym spokojem i zaufaniem. Bądź dla siebie odpowiedzialna, ale też wyrozumiała.

Zobacz podobne

Czy przeprowadzka do partnerki i asymetria mieszkaniowa w zwiazku to powod do leku i poczucia nierownosci?
Mam 30+ lat i od pewnego czasu spotykam się z kobietą, która ma 30 lat. Relacja rozwija się dobrze, dobrze się dogadujemy i widzę w niej osobę, z którą potencjalnie mógłbym zbudować wspólne życie jednak póki co przeżywamy fazę "honeymoon", z racji doświadczenia w relacjach patrzę na to z dystansem mimo wszystko. Problem pojawia się, kiedy zaczynam myśleć o kolejnym kroku, czyli wspólnym zamieszkaniu. Obecnie mieszkam z rodzicami po bolesnym rozstaniu z narzeczoną po 6 latach. Mam stałą pracę, której nigdy nie zmieniałem, oszczędności na wkład własny/poduszkę finansową, które ciągle powiększam. Ona natomiast mieszka w 40 km ode mnie i ma własne mieszkanie, kupione przez rodziców i zapisane na nią. Z racji sytuacji to ja przyjeżdżam do niej, często na 3 dni w weekend. Ona nie posiada prawa jazdy i auta. No i z racji tego, że mieszkam z rodzicami, tam mamy więcej prywatności dla siebie. Jeśli kiedyś zamieszkamy razem, najbardziej prawdopodobny scenariusz jest więc taki, że to ja przeprowadzę się do niej. I tutaj pojawia się mój lęk związany z pewną asymetrią. Ona wprowadza do związku mieszkanie, które jest wyłącznie jej własnością i z którego, jak mówi, jest bardzo zadowolona. Ja natomiast miałbym wnieść przeprowadzkę do innego miasta, prawdopodobnie zmianę pracy i rezygnację z dotychczasowego sposobu życia. Oczywiście nie chodzi mi o to, że oczekuję połowy jej mieszkania. Zdaję sobie sprawę, że jest jej własnością i że dostała je od rodziców. Chodzi mi raczej o poczucie, że w przyszłości budujemy coś wspólnego, a nie że ja po prostu dołączam do już istniejącego życia, które w całości należy do niej i podejmuję większe ryzyko w razie niepowodzenia. W przyszłości chciałbym mieć z partnerką coś wspólnego - wspólnie kupione mieszkanie, które byłoby w równym stopniu „nasze”. Nie wiem natomiast, czy ona kiedykolwiek chciałaby zrezygnować ze swojego obecnego mieszkania albo sprzedać je i kupić z partnerem coś wspólnego. Skoro jest z niego bardzo zadowolona, byłoby przecież zrozumiałe, gdyby nie chciała tego robić. Póki co mieliśmy jedną luźną rozmowę na temat wizji przyszłości, nie ustalaliśmy czy zamieszkamy w jej mieszkaniu i podczas tej rozmowy mówiła mi, że w sumie to jeszcze nad tym tak nie myślała. W rozmowie wyszło, że to ja pewnie musiałbym przenieść się do jej miasta. Rozmowę zakończyliśmy zdaniem, że była to niezobowiązująca rozmowa bez deklaracji z racji krótkiego stażu związku. Potem powiedziała mi jeszcze, że miała ogromne szczęście, że rodzice kupili jej mieszkanie i zdaje sobie sprawę, że masa ludzi nie może sobie pozwolić sama na zakup mieszkania. Powiedziała mi również, że według niej warto mieć coś swojego bo nigdy nic nie wiadomo, nawet na kredyt i wynajem - i że zdaje sobie sprawę, że łatwo powiedzieć gdy sama mieszkanie dostała jednak uważa, że pieniądz, który leży traci na wartości. I tutaj ma rację. Ja 2/3 swoich oszczędności trzymam w obligacjach aby chociaż w jakimś stopniu uchronić je przed inflacją. Jednak samodzielnie nie stać mnie na mieszkanie nawet 30 metrów w jej mieście a nie chcę zaciągać kredytu na ogromną kwotę samemu. Z drugiej strony, w chwili obecnej mógłbym pewnie kupić coś małego w moim mieście gdzie ceny są niższe tylko mając z tyłu głowy tyle potencjalnych zmian, wstrzymuje się i odkładam pieniądze. Co jeśli bym kupił a za rok, lub dwa i tak musiałbym przeprowadzić się do jej miasta? Wtedy miałbym na głowie kredyt, ewentualnie wynajmującego i jeszcze stres związany ze zmianą pracy. Tutaj mam umowę na stałe. Tam? Nigdy nie wiesz... Rodzice doradzają mi póki co skupić się na jak największym oszczędzaniu żeby powiększać kapitał. I właśnie to budzi mój niepokój. Czy za kilka lat nie okaże się, że ja poświęciłem więcej pod względem zmiany swojego życia, podczas gdy ona właściwie niczego nie musiała zmieniać? Wiem, że relacja to zawsze ryzyko i nigdy nie ma gwarancji... Gdyby nam się nie udało pewnie musiałbym wrócić do mojego miasta i ponownie szukać pracy lub wrócić do starej (i tu nie ma pewności, że na tych samych warunkach...) Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że wspólne życie nie musi oznaczać identycznego wkładu w każdą rzecz. Ona ma mieszkanie, ja mam oszczędności, pracę i inne rzeczy, które również wnoszę do związku. Nie chcę też patrzeć na relację jak na księgowość. Jednak nie wiem czy u niej czułbym się jak w domu czy jako gość, lokator mieszkając wiele lat. Czułbym się zależny. Mam jednak za sobą prawie 6-letni związek, który się rozpadł mimo wspólnego mieszkania, zaręczyn i planów na przyszłość. Przez to dzisiaj dużo bardziej widzę ryzyko. Wiem już, że można bardzo mocno zaangażować się w budowanie wspólnego życia, a później zostać z koniecznością zaczynania od nowa. Dodatkowo boję się zmiany pracy. Obecnie pracuję na jednej zmianie. Nigdy wcześniej nie zmieniałem pracy. Przeprowadzka do jej miasta oznaczałaby więc dla mnie kilka dużych zmian jednocześnie i ciężej tam o pracę w dogodnych godzinach jakie mam tutaj więc branie pierwszej lepszej oferty nie wchodzi w grę. Nie wiem jak wtedy to rozegrać, gdyby doszło do wspólnego zamieszkania czy próbować zmieniać płynnie pracę? Pracować tu a w międzyczasie składać tam CV w miejscach, które mi pasują i próbować przejść z pracy do pracy po wypełnieniu okresu wypowiedzenia tak żeby nie było luki gdzie jestem bezrobotny. I po przyjęciu do nowej pracy dopiero się przenieść? Czy może przez jakiś czas dojeżdżać 45km do pracy i zobaczyć jak nam się mieszka razem - jednak to na dłuższy czas będzie nieopłacalne, koszt paliwa i eksploatacji samochodu będzie wynosić nawet 25 % moich zarobków. Zastanawiam się więc, czy moje obawy są rozsądną potrzebą bezpieczeństwa i równości w związku, czy może są już przejawem lęku przed zaangażowaniem po poprzednim rozstaniu. Czy taka zależność będzie zdrowa? Jak Wy patrzylibyście na taką sytuację? Czy asymetria mieszkaniowa - jeden partner ma własne mieszkanie, drugie przeprowadza się do niego może z czasem powodować poczucie nierówności? Szczególnie gdy to mężczyzna wprowadza się do mieszkania kobiety? Chciałbym kiedyś stworzyć coś naprawdę wspólnego, a ona może być bardzo przywiązana do swojego obecnego mieszkania. Sam nie wiem co bym odpowiedział gdyby role były odwrócone. W końcu póki co jesteśmy razem tylko kilka miesięcy. Z jednej strony chce cieszyć się z tej relacji, z drugiej z tyłu głowy mam naszą potencjalną przyszłość. Po drodze może się jeszcze wiele innych rzeczy wydarzyć i pójść nie tak. Czy ja przejmuje się na zapas?
Jak poradzić sobie z niesamowitym strachem i lękiem do płci męskiej?
Jak poradzić sobie z niesamowitym strachem i lękiem do płci męskiej?
Lęk społeczny od dziecka, który utrudnia mi teraz funkcjonowanie w dorosłości.
Co jeszcze mogę zrobić? Od zawsze byłem cichym dzieciakiem trzymającym się na uboczu i nie lubiącym być na świeczniku (i nauczyciele nie widzieli w tym problemu, po prostu uważali że jestem grzeczny, nikt nigdy nie zwrócił uwagi że coś może być nie tak), od kiedy pamiętam mam problem z nawiązywaniem nowych znajomości, bo paraliżuje mnie strach, kiedy mam zainicjować rozmowę, trzymałem i trzymam się nadal tylko z najbliższym wąskim gronem przyjaciół i znajomych, których znam praktycznie od piaskownicy. Jednakże teraz rzadko kiedy mamy czas żeby się spotkać, wiadomo dorosłe życie, praca itd. Przenosi się to też na inne sfery życia niż towarzyskie, kiedy przychodziło do odpowiedzi w szkole oblewałem się zimnym potem i robiło mi się słabo, to samo tyczy się np. rejestracji u lekarza itd. Dlatego też zrezygnowałem z matury, bo tak bardzo bałem się ustnej części i do teraz pluję sobie za to w brodę. (Warto dodać, że mam od dziecka nadwagę, niedoczynność tarczycy nie jest żadnym usprawiedliwieniem, za to problemy skórne, które uniemożliwiały mi ćwiczenie już trochę tak, bo ból często był nie do zniesienia (mimo to próbowałem i grałem np. w klubie w nożną czy w koszykówkę). Na szczęście te skórne schorzenia już pokonałem i jest wszystko w porządku, wziąłem się za siebie i zrzuciłem już blisko 30 kg) W podstawówce jeszcze jakoś dawałem radę, prawdziwe problemy zaczęły się w gimnazjum. Pojawiły się stany lękowe i mocny lęk społeczny. Ze swoją klasą nie miałem problemów, za to byłem dręczony przez osoby z innej klasy i do dzisiaj pozostała mi trauma, opuszczałem bardzo wiele lekcji i siedziałem roztrzęsiony w domu. Technikum uznałem za swego rodzaju nowy start, pierwsza klasa przebiegła raczej bez problemu. Co prawda nadal byłem cichy i wycofany ale dałem radę przechodzić cały rok w miarę spokojnie. W klasie nie nawiązałem żadnych poważniejszych znajomości, z nikim się nie zadawałem poza szkołą. No i przyszła 2 klasa... jakoś na końcu 2 miesiąca roku szkolnego złapałem szkarlatynę i to dosyć mocną przez co 2 miesiące przeleżałem w łózku z prawie 40 stopniową gorączką, okropnym bólem głowy i innymi objawami. Gdy wyzdrowiałem to nie byłem już w stanie wrócić, nikomu z klasy nie dałem znać dlaczego mnie nie ma, bałem się ocenienia i pytań o to dlaczego mnie nie było, paraliżował mnie strach. Szkołę dokończyłem w trybie indywidualnego nauczania i tak jak wcześniej napisałem zrezygnowałem z matury ze strachu, jednak udało mi się zdobyć technika pojazdów samochodowych ale nic mi on aktualnie nie daje. Po szkole była bardzo niewielka poprawa. Udało mi się pójść do pracy, po 3 miesiącach okresu próbnego nie przedłużono mi umowy, wytłumaczono mi to tym że niby była ogólna redukcja etatów i nikogo nowego też nie potrzebują, jednak ja w to nie wierzę i do dzisiaj się obwiniam że po prostu byłem za słaby i mimo że dawałem z siebie wszystko, to było to za mało. Od tego czasu wróciły wszystkie demony z czasów dzieciństwa i szkolnych. Od tego czasu boję się pójść do jakiejkolwiek pracy, zdarzyło mi się nawet odwołać rozmowę o pracę w jej dniu bo tak sparaliżował mnie strach i dostałem drgawek. Aktualnie mam 22 lata, zawodowo stoję w miejscu i czuję presję czasu. Rodzice mnie wspierają zarówno psychicznie jak i czasami finansowo, jednak gdy mam chociaż trochę oszczędności to oddaję im wszystko z naddatkiem bo nie mógłbym spojrzeć w lustro. Stany lękowe, depresyjne i lęki społeczne tylko się pogłębiły, gdy jestem np. w galerii handlowej czuję jakby wszyscy się na mnie patrzyli i obgadywali, od razu się pocę. Boję się też przykładowo wjechać do miasta samochodem w godzinach szczytu bo się stresuję że ktoś będzie na mnie trąbił, zgaśnie mi samochód, na światłach itd. Czuję się niepotrzebny i często się za wszystko obwiniam, często uważam się za ciężar dla wszystkich. Jeśli chodzi o charakter to nigdy nie należałem do wrednych osób, wręcz przeciwnie, zawsze byłem w cholerę empatyczny, bezkonfliktowy i wolę być skrzywdzonym niż skrzywdzić kogoś. Denerwuje mnie gdy ktoś jest bez serca. Jestem w cholerę wrażliwy, płaczę na filmach, grach czy przy książkach jeśli tylko mają chwytającą za serce historię. I... właśnie tych cech charakteru też się wstydzę (chociaż nie wiem czy to dobre określenie) bo boję się że ktoś mnie zwyzywa od słabiaków czy mięczaków. Sam też się boję że będąc właśnie takim typem osoby nie osiągnę sukcesu bo żeby teraz coś osiągnąć, trzeba mieć w sobie trochę z bycia zimnym człowiekiem a empatia i wrażliwość właśnie nie są dzisiaj normą. Gdy nie ma czasu na spotkanie z przyjaciółmi czuję się w strasznie samotny a nie umiem nawiązać żadnej nowej znajomości, nawet w internecie, boję się do kogokolwiek odezwać czy napisać. Z wejściem w związek jest dokładnie ta sama sytuacja. Od 2 miesięcy chodzę na terapię, ufam swojej terapeutce i czuję wsparcie i leciutką poprawę jednak jeszcze trochę czasu musi minąć zanim się przed nią w pełni otworzę. Jednak jestem zadowolony, że się na to zdecydowałem.
Trzymanie się przeszłości i martwienie się. Brakuje mi również moich starych przyjaciół.
Dzień dobry, co mogę zrobić by nie rozmyślać ciągle nad przeszłością? To, co obecnie dzieje się w moim życiu, nie jest jakieś najlepsze, poza tym zawsze bardziej skupiałam się na tym co było. Jak patrzę na zdjęcia sprzed paru lat to zastanawiam się, jak wtedy na to wszystko patrzyłam, co myślałam itp. Poza tym spokoju nie daje mi to, że minęło ponad pół roku od kiedy straciłam kontakt z moją grupą znajomych a ja nadal nie umiem się z tym pogodzić. Mam dwie wspaniałe przyjaciółki od bardzo dawna i z nimi też cudownie spędzam czas, ale z tamtą grupą również byłam dość zżyta.:( Jak patrzę na nich wszystkich w szkole to nadal mam w głowie, jak było fajnie i jestem smutna przez resztę dnia. Bardzo bałam się zawsze utraty znajomych i gdy to się stało, może trochę z mojej winy, bo nie pisałam do nich pierwsza w wakacje, to mocno mnie to przybiło, ponieważ w przeciągu roku miałam sporo problemów. Obecnie od niedawna leczę zaburzenia lękowe i mam wrażenie, że te inne problemy mi to utrudniają i co mogę zrobić by je zwalczyć?
Odkąd dowiedziałem się, że mogę uszkodzić wzrok od słońca, bardzo się boję i utrudnia mi to funkcjonowanie.
Dzień dobry, ostatni przeczytałem artykuł, że jak się spojrzy na słońce przez sekundę, dwie to można oślepnąć albo poważnie uszkodzić oczy , od tego czasu boję się słońca . Boję się spojrzenia w chmury, że tam będzie gdzie słońce za nimi .Czy ktoś mógłby mi wyjaśnić jak to jest i czy mam się czego bać ? Chodzę teraz cały czas w okularach przeciwsłonecznych i boję się, że przez przypadek spojrzę na słońce podczas spaceru czy jazdy rowerem . Nigdy nie miałem takich objawów, dopóki nie przeczytałem tego artykułu . Ogólnie boję się chorób oczu i czuję, że już popadam w coraz większy absurd . Coraz więcej czytam na temat chorób oczu . Nie wiem jak z tego wyjść . Proszę o pomoc . Chce wrócić do normalnego życia.
kryzys w związku

Kryzys w związku – jak go przetrwać i odbudować relację?

Twój związek w kryzysie? To naturalny etap, który może wzmocnić relację. Poznaj sprawdzone strategie i porady ekspertów, by skutecznie przez niego przejść i odbudować więź. Czytaj dalej!