
- Strona główna
- Forum
- kryzysy, zaburzenia nastroju
- Jak radzić sobie ze...
Jak radzić sobie ze złością, przeciążeniem? Trudna sytuacja życiowa.
Joanna Łucka
Dzień dobry,
pisze Pani o dużej frustracji związanej z poczuciem bezradności i bezsilności wobec podjęcia konkretnych zmian w Pani życiu. Wyobrażam sobie, że potrzebuje Pani poczucia, że w końcu coś jest po Pani myśli i szanse na powodzenie są po prostu realne.
Wspomniała Pani o psychoterapii, myślę, że zatem pierwszym krokiem może być rozmowa z terapeutą o Pani odczuciach dotyczących braku postępu, tkwienia w jednym miejscu i Pani złości związanej z takim stanem rzeczy. To ważne, by tego typu emocje omawiać w trakcie procesu, są one niezwykle ważne dla progresu, którego Pani wyczekuje. W psychoterapii owa klarowność oraz szczerość jest niezwykle istotnym czynnikiem powodzenia procesu.
Długotrwała złość zmienia się we frustrację, ale jednocześnie póki ona trwa, może dać Pani napęd do podejmowania walki o siebie i swoje cele. To, co Pani odczuwa jest informacją o potrzebie przeformułowania pewnych sfer życia. To naprawdę ważne, by ukierunkować ją na walkę z przeciwnościami, nie zaś z samą sobą. Pomoc psychoterapeutyczna może być tu nieocenionym wsparciem. W tym temacie może Pani zwrócić także uwagę (lub dopytać swojego terapeutę, jeśli temat ten nie został omówiony) na kompetencje specjalistyczne psychoterapeuty - zaleca się zwrócenie uwagi na wykształcenie bazowe (z wielu względów zaleca się wykształcenie psychologiczne) oraz ukończone minimum 4-letnie szkolenie psychoterapeutyczne w określonym, uznanym nurcie, a także korzystanie ze stałej superwizji. Więcej o nurtach psychoterapii może Pani przeczytać w tym artykule.
Życzę Pani wszystkiego dobrego
Pozdrawiam serdecznie
Joanna Łucka
psycholożka i psychoterapeutka w trakcie certyfikacji
Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?
Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!
Klaudia Dynur
Dzień dobry,
przykro mi, że sprawy nie układają się po Pani myśli.
Jednym z działań, jakie można by podjąć w tej sytuacji, to poruszenie Pani emocji na terapii. Być może wspomniana przez Panią złość nie była dotychczas wnoszona do procesu terapeutycznego, a jeśli poruszy Pani ten temat, terapia przybierze inną dynamikę niż do tej pory.
Alternatywnie być może warto rozważyć zmianę terapeuty lub nurtu psychoterapii – istnieje możliwość, że inne techniki terapeutyczne będą Pani bliższe, niż te stosowane dotychczas.
Złość może nie tylko budzić frustrację, ale można ją przekuć w siłę napędową do działania. Istotne jest jednak, aby kierować ją na konkretne działania dotyczące problemu, nie zaś na siebie.
Życzę Pani dużo siły i pozdrawiam serdecznie
Klaudia Dynur
Psycholog
Katarzyna Świdzińska
Przykro mi słyszeć, że tak się czujesz.
To, co opisujesz, brzmi jak ogromne przeciążenie i frustracja. Twoje emocje są ważne i uzasadnione. Nie musisz ich bagatelizować tylko dlatego, że "inni mają gorzej". Wyczerpanie psychiczne i poczucie utknięcia to coś, co wymaga delikatności i cierpliwości wobec siebie.
Może to czas, by nie szukać już kolejnych sposobów „naprawiania się”, tylko dać sobie zgodę na to, by po prostu być w tym, co jest i poszukać minimalnych kroków, nawet nie zmiany, ale ulgi. Masz prawo czuć złość, smutek, zmęczenie. I masz prawo szukać pomocy, być może w innej formie niż dotąd. Jeśli psychoterapia nie przynosi efektów, może warto rozważyć inną osobę lub nurt terapeutyczny.
Pozdrawiam,
Katarzyna Świdzińska, Psycholog
Sylwia Harbacz-Mbengue
Witaj,
rozumiem, jak frustrujące jest to, że pomimo wysiłków nie widzisz żadnej zmiany. Myślę, że warto zacząć od szczerej rozmowy z psychoterapeutą.
Dodatkowo możesz spróbować przemyśleć czy kiedyś radziłaś sobie choć trochę lepiej, co wtedy było inaczej, co stanowiło różnice. Czy jest coś, co możesz zrobić jutro, żeby powtórzyć ten stan?
Życzę wszystkiego dobrego
Sylwia Harbacz-Mbengue
Psycholog
Paulina Habuda
Dzień dobry,
Widzę tę złość w Pani wiadomości, ale też bezsilność i może smutek, po utraconej przyjaźni? Wszystkie te uczucia na pewno są trudne i mogą się wydawać obezwładniające, ale też robi Pani dla siebie naprawdę dużo dobrego.
Sport, medytacja, terapia - to wszystko są doskonałe sposoby na radzenie sobie z trudnościami. Jednak czasem jest tak, że wymagają czasu, aby zadziałać. Albo inaczej - wymagają czasu, abyśmy zauważyli, że działają.
Jeżeli ma Pani odczucie, że terapia nie przynosi korzyści, to ważne jest, aby porozmawiać o tym z Pani terapeutą. Terapeuta zna już Pani historię życia i najlepiej będzie wiedział, co zmienić w procesie. Jak również będzie wiedział skąd bierze się to poczucie złości u Pani, czy to nie jest na przykład efekt jakichś dawniejszych, nieprzepracowanych doświadczeń.
Proszę też zauważyć, że to nie jest tak, że całe Pani życie jest w kryzysie. Sama Pani zauważa, że są obszary życia, które są dla Pani satysfakcjonujące.
Pozdrawiam,
Paulina Habuda
Psycholog
Linnea Rasmusson
Dzień dobry,
Z twojej wypowiedzi wybrzmiewa bardzo mocno złość, brak odpoczynku i praca, która nie daje satysfakcji. Warto, jeśli masz terapeutę, porozmawiać o tym, jak znaleźć w ciągu swojego dnia czas na odpoczynek oraz przyjrzeć się tej części Ciebie, która się złości, co to za komunikat? I dodatkowo spróbować przyjrzeć się co można by zrobić z pracą, jakie są możliwości i zasoby w twoim życiu. Proszę porozmawiać ze swoim terapeutą.
Życzę wszystkiego dobrego, i krok po kroku dążyć do tego, co już jak piszesz, wiesz, że chcesz.
Yolanda Bolívar-Wardas
Dzień dobry,
Złość, o której piszesz, może być sygnałem, że wewnętrznie nie zgadzasz się z obecną sytuacją życiową, że coś w niej jest dla Ciebie zbyt trudne lub niesatysfakcjonujące. Choć masz świadomość, czego potrzebujesz, możesz teraz nie mieć realnych możliwości, by wprowadzić zmiany. To naturalne, że w takiej sytuacji pojawia się poczucie bezradności i zniechęcenia, szczególnie gdy masz wrażenie, że terapia nie przynosi efektów, a bliscy zawiedli.
Warto poruszyć te uczucia w terapii — zarówno frustrację, jak i rozczarowanie samym procesem terapeutycznym. Być może wspólne przyjrzenie się tej złości pozwoli lepiej zrozumieć, co ona chce Ci powiedzieć i jak możesz ją wykorzystać w sposób wspierający.
Pozdrawiam,
Yolanda Bolivar-Wardas
Psycholog/Psychoterapeuta
Daria Składanowska
Dzień dobry,
Dziękuję, że podzieliła się Pani swoją historią. Warto poszukać wsparcia – nie tylko w terapii indywidualnej, ale też w miejscach, które mogą pomóc doraźnie.
Może Pani skorzystać z:
-Centrum Wsparcia – całodobowa, bezpłatna pomoc psychologiczna: 800 70 2222
-Ośrodka Interwencji Kryzysowej – oferuje bezpłatne konsultacje psychologiczne i pomoc prawną w miejscu zamieszkania
-Poradni Zdrowia Psychicznego – tam można skonsultować się z psychiatrą (bez skierowania) lub psychologiem, psychoterapeutą
-Telefon zaufania 116 123 (dla dorosłych w kryzysie emocjonalnym).
To, że Pani mówi o swoim stanie i szuka pomocy, to ważny krok.
Proszę nie zostawać z tym sama – nawet krótka rozmowa z psychologiem dyżurującym może przynieść ulgę i pomóc ustalić dalsze kroki. Wszystkiego dobrego.
Pozdrawiam,
Składanowska Daria
Psycholog, Doradca Kariery

Zobacz podobne
Witam, zwracam się o poradę, gdyż nie daje już rady psychicznie. Chodzi o moją mamę. Od zawsze moi rodzice byli nadopiekuńczy i chcieli kontrolować mnie na każdym kroku. Mój ojciec pozwalał mi co prawda na większość rzeczy, ale moja mama była inna.
Odkąd pamiętam, zmuszała mnie do bycia najlepszą, co za tym idzie, kazała mi mieć najlepsze oceny w klasie.
Tak więc po szkole nie miałam czasu na wychodzenie ze znajomymi ani na nic innego, tylko się uczyłam, nawet po nocach. Od 1 klasy podstawówki do 1 klasy liceum miałam świadectwo z paskiem i wspaniałe wyniki, chociaż wiem, że w dalszym życiu mi to nic nie dało i tak. Jeżeli dostawałam ocenę poniżej 4, (w większości 3) to wyzywała mnie itp. Kiedyś jak dostałam 3 z jakiegoś przedmiotu ze sprawdzianu, to rozpłakałam się przy nauczycielce i powiedziałam, że dostanie mi się za tą ocenę. Dodając jeszcze, że w tym czasie mój ojciec był alkoholikiem i sam robił awantury codziennie i nie mogłam się w spokoju uczyć. Tak więc od początku byłam skazana na przemoc psychiczną z obu stron. Mój brat nie wytrzymał i jak tylko nadarzyła mu się okazja, to wyprowadził się do moich dziadków i żyje spokojnie. Dopiero w liceum zaczęłam się jakoś buntować i miałam i dobre oceny i miałam czas na jakieś przyjemności.
Co prawda dostawało mi się za złe oceny, ale chyba rodzice zaczęli akceptować to, że nie chce zmarnować sobie części życia na naukę. Problem z moim ojcem alkoholikiem skończył się dopiero przed moimi 18 urodzinami, bo ma założoną niebieską kartę, ale i tak zdarzały się sytuację, w których łamał zasadę i wypił, ale moja mama nie chciała tego zgłaszać.
Relacja moich rodziców jest skomplikowana, gdyż co chwilę albo się kłócą, nienawidzą i grożą sobie rozwodem i wyprowadzką, albo się kochają i udają, że wszystko jest okej. Od prawie 2 lat jestem w związku i tutaj też moja matka musiała wejść.
Z chłopakiem mieliśmy i mamy podobną sytuację w domu z rodzicami, ale moja mama się zachowuje, jakby u nas było dobrze. Przez jej zachowanie, czyli zabranianie mi wyjazdów do niego (mieszka ok. 30-40min od mojego miasta) mój chłopak zostawał u nas cały czas, na każdą okazję, np. on był na moich urodzinach (był na 18), a mi nie pozwoliła jechać na jego urodziny (co do dzisiaj mój chłopak ma mi za złe), tylko na ten dzień znalazła mi pracę u niej w sklepie i potem kazała mówić, że jestem zajęta.
Mój chłopak był u mnie z dobre 30 razy, nawet wolał do mnie przyjeżdżać niż jechać do szkoły, a ja miałam zakaz i łącznie byłam może z 7 razy. Za każdym razem jak tam byłam, to moja mama była dla mnie chamska i się obrażała. Jeździłam za zgodą ojca, bo on akurat mi pozwalał. Moja mama nie raz robiła mi wstyd i wkurzała mnie swoim zachowaniem. Jak tylko ukończyłam 18 lat, to trąbi mi o znalezieniu pracy i samodzielności, mimo, że sama mi jej nie daje, bo najchętniej to by ułożyła mi życie po swojemu i tyle. W sylwestra uparłam się i nie patrząc na matkę, pojechałam do chłopaka (początkowo na 4 dni, ale zostałam 2 tygodnie) i za to mi się dostało. Moja mama się rozpłakała przy ojcu i niby przestała jeść, bo zostałam u chłopaka dłużej (chociaż nie dzieje mi się tam żadna krzywda, a nawet jest mi tam lepiej niż we własnym domu). Jak tylko wróciłam do domu, to była na mnie obrażona (do teraz jest) i ojcu i innym mówi, że to ja jestem obrażona i mam ją gdzieś. Mój ojciec dostał bezdechu nocnego (może od palenia papierosów lub czegoś innego), a mama mnie za to obwinia (twierdzi, że stan zdrowia ojca się pogorszył przez moje zachowanie). Co prawda nie mam ochoty gadać z moją mamą, bo zawiodło mnie jej zachowanie z tym płaczem itp., ale według niej wszystko jest moją winą. Nazywa mnie rozkapryszonym gówniarzem, który nie dostaje tego, czego chce i mówi, że jak mi się nie podoba to mam iść do chłopaka, bo tam "będę miała lepiej" (nie patrzę na jego rodziców, ale na to, że u niego mam przynajmniej z kim porozmawiać i naprawdę dobrze się tam czuję). W jej oczach jestem najwidoczniej najgorsza, a jej akcje i kontrolowanie mnie od małego są dla niej chyba normalne. Nie rozumie swoich błędów, a długie i wielokrotne rozmowy na ten temat nic nie dają, bo w ogóle się po nich nie zmieniła.
Nie raz prosiłam o swobodę (chociażby z wyjazdami do chłopaka), ale zawsze mnie potem wyzywała i kazała wyprowadzić. Stwierdziła, że skoro mieszkam u nich, to nie mam nic do gadania i ona za mnie decyduje, chociaż mam już prawie 20 lat.
Cały czas szukam pracy w swoim mieście, ale staje to na niczym, ponieważ nikt nie chce przyjąć studentki i osoby, która nie ma doświadczenia w danej branży (pracowałam już u mamy w sklepie, ale nikt na to nie patrzy), a moja mama tego nie rozumie i uważa mnie za leniwą. Chciałabym coś znaleźć i się wyprowadzić, bo naprawdę mam już dosyć tej toksyczności. Mój chłopak ma się zapytać u siebie o jakiś staż w przedszkolu lub pracę i myślę, czy to nie czas na wyprowadzkę do niego. Wiem, że powinnam najpierw zarobić, a potem uciec, ale ja już nie daje rady.
Odkąd wróciłam od chłopaka (3 dni jestem w domu), to cały czas czuję pustkę w sercu i chce mi się płakać. Mój brat sam się śmieje z zachowania mamy, a kiedyś nawet ją za nie opieprzył (byłam u chłopaka na próbach do poloneza i zrobiła mi aferę, bo mojemu bratu nie pasowało mnie odebrać o takiej godzinie, o której ona chciała (był ze swoją dziewczyną i napisał, że będzie wieczorem, to matka mi zrobiła awanturę i kazała się kłócić z bratem, żeby zostawił dziewczynę dla mnie). U chłopaka i w drodze do domu płakałam i byłam cała roztrzęsiona, a jak wróciłam, to jakby nigdy nic. Dodam jeszcze, że od małego byłam narażona na duży stres (sytuacja w domu, nagonki ze strony mamy i szkoła) i od 1 klasy podstawówki mam niedowagę i ogromne problemy ze stresem. Miałam też myśli i kilak prób samobójczych, ale jak to kiedyś powiedziałam mamie (że chce się zabić), to nic z tym zbytnio nie zrobiła. Co powinnam zrobić?
Czy praca i wyprowadzka do chłopaka to dobry pomysł patrząc na to, że rozmowy ani nic innego nie działa?
TW samookaleczanie
Mam 22 lata i przepraszam, że tak długo się rozpiszę, ale nie daję rady. Od dziecka byłam typem aspołecznym, nie lubię spotykać się z ludźmi, ani z nimi rozmawiać. Nigdy nie mam tematów na rozmowy, nawet jeśli ktoś się ze mną zaprzyjaźnił, ta relacja bardzo szybko się kończyła, gdyż w pewnym momencie się izolowałam. Przez ten brak potrzebny socjalizacji, zawsze czułam się nieludzko. Dziwnie, inaczej. Jestem bardzo brzydka i głupia. Przez słowo głupia mam na myśli, że jestem osobą zapominalską, wszystko wypada mi z rąk, wykonuje niezręczne ruchy przy ludziach. Bardzo dużo gestykuluję i szybko mówię. Moja prokastrynacja jest na tak wysokim poziomie, ze obecnie mam pięć warunków na studiach. Nie zdałam roku. Wielokrotnie zapominałam dat rejestracji albo gubiłam się we wszystkim. Mówię szybko i nerwowo, czego bardzo się wstydzę.
Mam wrażenie, że wszystko, co wychodzi spod mojej ręki, jest złe, gorsze, żenujące. W ciągu dnia doświadczam wahań nastrojów, czasem mam motywację, ale czasem mam wręcz ochotę rzucić się pod metro, którym codziennie dojeżdżam na uczelnię. Okaleczam się żyletką, lubię, gdy rany są dość głębokie, gdy krawędzie rozsuwają się na boki. Dużo płaczę, w miejscach publicznych, na zaliczeniach, wszędzie, czasem nawet bez powodu. Mam wrażenie, że emocje mnie przytłaczają, że jestem dziecinna, głupia niedojrzała. Nie mam marzeń, cały dzień czekam do nocy, żeby spać, jednak ten sen często nie przychodzi. Chodziłam do psychiatry, ale on nie rozmawiał ze mną.
W gabinecie głównie płakałam roztrzęsiona, a on przepisywał mi leki. Od kilku miesięcy biorę Dulsevię 60 mg raz dziennie, spamilan 10 mg trzy razy dziennie, estazolam 2 mg tymczasowo na sen (bardzo pomagał, ale już się skonczył) i medikinet CR 20 mg. Medikinet sprawia, że przez jakiś czas czuję motywacje, ale po paru godzinach znowu przychodzi stan otępieniq, beznadziei i złości. Nie potrafię radzić sobie z emocjami, płaczę, okaleczam się, uderzam w drzwi, wewnętrznie krzyczę. Dotychczas miałam jednego ,,przyjaciela" ale izolowałam się i olewałam tę znajomość. Gdy on powoli się odsunął, poczułam ogromną zazdrość i duże emocje, które targają moje wnętrze, tak jakby rozrywały każdą część mięsa, z którego jestem utworzona. Nie tęsknie za człowiekiem, lecz za uwagą. Czuję się tak obrzydliwie, jakbym nie pasowała do świata. Nie chcę być częścią życia społecznego. Nienawidzę przebywania w tłumach i nie umiem prowadzić rozmów z ludźmi. Z drugiej strony brak mi poczucia przynależności, tak jakbym nie istniała. Po kilku minutach miłej rozmowy ze znajomym lub nieznajomym muszę wyjść gdzieś, trząść rękami i głową, oraz mówić do siebie, by uregulować emocje. Psychiatra skierował mnie do psychologa z epizodem depresyjnym i zaburzeniami adaptacyjnymi z lękiem społecznym, ale on praktycznie ze mną nie rozmawia. Polecał mi również diagnozę pod kątem spektrum autyzmu, ale to dużo kosztuje i nie wiem, czy się opłaca. Nie wiem, nawet co mi jest. Coraz bardziej męczy mnie bycie człowiekiem. Uciekam w fikcję, ale moje ciało daje mi znać, że życie istnieje. Boję się cierpienia. Czasem brałam kilka tabletek więcej, niż powinnam, żeby sprawdzić swoją granicę. Zdarzyło się, że przecięłam swoją skórę tak, że krwawiła cały dzień bez przerwy. Kładłam się spać z krwawiącą raną, myśląc, że może umrę przez sen. Wykańcza mnie bycie mną, leki nie pomagają. Czy jest sposób, aby sprawdzić, co jest ze mną nie tak? Czemu nie czuję się jak człowiek? Czy można jednocześnie być aspołecznym, ale empatycznym? Nie mam zaburzeń schizoidalnych, ponieważ odczuwam emocje i troskę.
Nie przywiązuję się jednak do ludzi. Mój świat to niestabilna pustka. Czy jestem zepsuta?

